0:00
24 stycznia 2022

Bogaci emitują CO2, jakby jutra miało nie być. Polityka klimatyczna wymaga redystrybucji

Emisje z lotów Billa Gatesa prywatnym odrzutowcem są 10-15 tysięcy razy wyższe niż średnie roczne emisje mieszkańców niektórych krajów Afryki. Nierówności węglowe dzielą też całe społeczeństwa, Polska nie jest wyjątkiem. Co z tym zrobić?

Wydrukuj

W dyskusjach o zmianach klimatu najczęściej porusza się takie kwestie jak źródła energii i zmiana technologii na bardziej wydajne i mniej emisyjne. To wszystko jest bardzo ważne: pilnie trzeba w Polsce zastąpić węgiel niskoemisyjnymi źródłami energii, wymieniać autobusy spalinowe na elektryczne, rozwijać sieć połączeń kolejowych.

W dyskusji tej ginie jednak ważna kwestia, która najsilniej różnicuje poziom emisji między krajami i osobami. Na emisje bowiem silnie wpływa poziom konsumpcji i sposób życia, a to z kolei w dużej mierze warunkowane jest zamożnością.

Wciąż w Polsce pokutuje przekonanie, że jesteśmy „krajem na dorobku”, który potrzebuje jeszcze lat bogacenia się, żeby dobić do zachodnich standardów. Tymczasem wiele osób w Polsce żyje już na bardzo wysokim poziomie jak na standardy światowe. Ten sposób życia ma swój wymierny skutek w postaci śladu węglowego.

W nowym World Inequality Report możemy przeczytać, że 10 proc. najbogatszych Polaków ma emisje na poziomie 27 ton równoważnika dwutlenku węgla (tCO2e) – więcej niż przeciętny Amerykanin.

Wynika to nie tylko z energetyki opartej na węglu, ale też z poziomu konsumpcji. Ile trzeba zarabiać, by znaleźć się w tym gronie? Około 13 tys. zł miesięcznie na osobę.

Mowa więc o tych, którzy zarabiają tak dużo, że nie łapią się już na „ulgę dla klasy średniej”.

Emisje klasy średniej – na potrzeby tego artykułu zdefiniujmy ją podobnie jak w „Polskim Ładzie”, czyli według dochodów – też nie są niskie. Według tego samego raportu, osoby zarabiające więcej niż 50 proc. biedniejszych, ale mniej niż najbogatsze 10 proc. - czyli mniej więcej beneficjenci „ulgi dla klasy średniej” - emitują nieco ponad 10 ton CO2e rocznie na osobę. To trochę więcej niż średnia dla Polski i więcej niż średnia dla Włoch, Francji, Hiszpanii.

Co oznaczają te liczby? Najlepiej je porównać do poziomu emisji na osobę, jaki pozwoliłby uniknąć ocieplenia klimatu o 1,5 stopnia.

Według raportu Międzynarodowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (ang. IPCC) z 2018 roku, świat z klimatem cieplejszym o 1,5 stopnia w porównaniu do początku epoki przemysłowej będzie dużo bezpieczniejszy i stabilniejszy niż świat z klimatem cieplejszym o 2 stopnie.

Aktualne trendy wskazują, że zmierzamy w kierunku ocieplenia o około trzy stopnie. Oznacza to katastrofalne zagrożenie: szybsze wymieranie większości gatunków zwierząt, temperatury zbyt wysokie dla ludzi na obszarach zamieszkanych przez miliardy osób, dużo gorętsze i częściej pojawiające się fale upałów w miastach. Dużo większe ryzyko suszy, pożarów i powodzi.

Każdy z tych scenariuszy – 1,5 stopnia, 2 stopnie, 3 stopnie i więcej – niesie pewne niebezpieczeństwa, jednak trend jest wyraźny: im cieplejszy klimat, tym trudniej o stabilne i bezpieczne życie na Ziemi. Dlatego tak ważne na ostatnim szczycie klimatycznym COP 26 było „utrzymanie celu 1,5 stopnia przy życiu”. Z tego powodu też szacuje się „budżet węglowy”: ilość gazów cieplarnianych, jakie można wyemitować, by mieć jeszcze szansę na uniknięcie ocieplenia o 1,5 stopnia.

Badacze z berlińskiego instytutu „Hot or Cool” szacują, że poziom emisji zgodny z takim budżetem to 3,4 tony CO2e w 2030 roku i jedna tona w roku 2050. Wyzwanie jest ogromne: emisje najbogatszych Polaków powinny się zmniejszyć niemal 30-krotnie przez najbliższe 28 lat, a emisje klasy średniej – około 10 razy. Oczywiście pod warunkiem, że przyjmiemy, że każda osoba w Polsce i na świecie ma takie samo prawo do korzystania ze wspólnego zasobu, jakim jest atmosfera i należy jej się taki sam udział we wspólnym budżecie węglowym.

Życie „pod kreską”

Oprócz najbogatszych 10 proc. i klasy średniej mamy w Polsce też pozostałą część społeczeństwa, które znajduje się, dosłownie i w przenośni, pod kreską.

W raporcie o światowych nierównościach czytamy też, że 50 proc. biedniejszych Polaków i Polek – tym razem nie według kryterium dochodów tylko stanu posiadania – jest „na minusie”: suma ich zobowiązań w postaci długów przekracza wartość ich majątków.

Emisje 50 proc. biedniejszych pod względem dochodów są o połowę niższe niż średnia krajowa i bardzo podobne do średniej na całym świecie: około 5 tCO2e.

Oczywiście połowa polskiego społeczeństwa to bardzo duża i różnorodna grupa. Należą do niej osoby o różnym statusie materialnym – jest różnica między zarabianiem 5000 zł brutto a zarabianiem połowę tej stawki – i kapitale kulturowym mierzonym na przykład poziomem wykształcenia.

Nie wszyscy są zadłużeni i nie wszystkie mają kłopoty finansowe. Można jednak powiedzieć, że w grupie tej mamy do czynienia z rzadszym korzystaniem z dóbr i usług luksusowych, a częstszym doświadczaniem biedy i różnych form wykluczenia niż wśród osób zamożniejszych.

Z perspektywy klimatycznej największe znaczenie mają dwie formy wykluczenia: wykluczenie transportowe i ubóstwo energetyczne.

To pierwsze sprawia, że mieszkańcy małych miejscowości i peryferii dużych miast, są zmuszeni nie tylko do długich i niewygodnych dojazdów do pracy czy do lekarza, ale często też do posiadania samochodu osobowego. Nie tylko zwiększa to ich ślad węglowy, ale może też wpędzić w kłopoty finansowe.

Utrzymanie samochodu dużo kosztuje, nawet jeśli wszystko jest OK, a nieprzewidziane naprawy mogą doprowadzić domowy budżet do załamania. Z kolei osoby bez samochodu mają co prawda niski ślad węglowy, ale też ograniczony dostęp do usług publicznych, jak przychodnie czy szkoły.

Z ubóstwem energetycznym mamy z kolei do czynienia, gdy wydatki na energię elektryczną i ogrzewanie są wysokie, a możliwości finansowe gospodarstwa niewielkie.

Może to prowadzić do sytuacji, w której ogrzewanie pochłania tak wiele wydatków, że niewiele starcza na inne rzeczy, lub wręcz przeciwnie, do oszczędzania na ogrzewaniu kosztem komfortu termicznego i zdrowia. Problem najczęściej dotyczy gospodarstw zamieszkujących domy jednorodzinne i mieszkania w starym budownictwie, osób starszych i rodzin z dziećmi, o dochodach niskich i średnich.

Wielu z nich nie stać na remont budynku i wymianę źródeł ogrzewania, co pozwoliłoby poprawić wydajność i zmniejszyć koszty energii. Skutki dla klimatu i jakości powietrza nie są dobre: ogrzanie takich domów wymaga ogromnych ilości emisji, a stare kotły i niskiej jakości paliwo nie są ani wydajne, ani zdrowe.

Nierówności węglowe pokazują nam więc obraz społeczeństwa, którego spora część żyje „ponad stan”, swobodnie korzystając z zasobów planety i dosłownie „puszczając z dymem” nasze perspektywy na stabilny i bezpieczny klimat w przyszłości. Obok niej funkcjonuje dużo większa grupa, której emisje wynikają raczej z uwarunkowań strukturalnych i służą zapewnieniu sobie podstawowych potrzeb.

Nierówności światowe

World Inequality Report nie jest jedynym raportem z ostatnich lat mówiącym o problemie nierówności węglowych. Opublikowany ponad rok temu raport Oxfamu i Stockholm Environment Institute pokazuje nierówności w skali świata i wiele mówi o zróżnicowanej odpowiedzialności za kryzys klimatyczny.

W raporcie możemy przeczytać, że 10 proc. najbogatszych ludzi na świecie odpowiada za 52 proc. emisji gazów cieplarnianych między 1990 a 2015, a średnie emisje na osobę w gronie najbogatszych 1 proc. (około 75 ton rocznie) są 100 razy wyższe od średnich emisji najbiedniejszej połowy świata (poniżej 1 tony na osobę).

Jeszcze bardziej szokująca jest dynamika emisji w czasie. Przedstawiona jest ona za pomocą wykresu w kształcie brontozaura: z bardzo długim ogonem biednych ludzi, których emisje niemal stoją w miejscu, grzbietem w miejscu rosnącej i bogacącej się klasy średniej, głównie w Chinach, ale też w krajach takich jak Polska, oraz wysoką szyją reprezentującą wąską grupę najbogatszych ludzi, których zamożność i związane z nią emisje rosną w bardzo szybkim tempie.

Najbogatsze 5 proc. ludzi odpowiada za 37 proc. wzrostu emisji między 1990 a 2015 rokiem.

Na co składają się emisje najbogatszych? W raporcie pojawiają się wyniki badania Diany Ivanovej i Richarda Wooda opublikowane w Global Sustainability. Oszacowali oni strukturę emisji mieszkańców Unii Europejskiej na podstawie ankiet o budżetach gospodarstw domowych.

W emisjach najbogatszych Europejczyków największy udział ma transport, w tym lądowy i lotniczy. Duże znaczenie mają też wielkie domy i mieszkania oraz zużywana w nich energia. Pokazuje to, w jakich sektorach można szukać źródeł nierówności węglowych i konsumpcji, która jest jednocześnie wysokoemisyjna i luksusowa. Szczególnie podróże lotnicze, których udział w światowych emisjach CO2 to 2,5 proc., mają wybitnie elitarny charakter.

Według szacunków Stefana Gösslinga i Andreasa Humpe, co najwyżej 4 proc. ludzkości odbyło lot międzynarodowy w 2018 roku, a 1 proc. najczęściej latających wygenerowało 50 proc. emisji tego sektora. Według obliczeń Ivanovej i Wooda podróże lotnicze mają właśnie taki charakter: luksusowy i wysokoemisyjny.

W emisjach z transportu najbogatszych duże znaczenie mają też samochody. Zamożne gospodarstwa domowe częściej kupują nowe auta, których wyprodukowanie, niezależnie od rodzaju napędu, jest wysokoemisyjne. Takie gospodarstwa też częściej mają po dwa, trzy, a nawet więcej samochodów i przez to zużywają więcej paliwa niż te mniej zamożne.

Nie ulega wątpliwości bardzo duży potencjał ograniczenia emisji poprzez zmiany w stylu życia najbogatszych. Jednak jak widać z tych analiz, problematycznych pod względem klimatu jest wiele elementów stylu życia klasy średniej i tych, którzy do niej aspirują.

Podróże lotnicze, samochody, duże domy na przedmieściach — to wszystko trudno pogodzić z ochroną klimatu. Nawet jeśli “średniacy” wydają na te rzeczy dużo mniej niż najbogatsi, to wciąż ich styl życia wymaga zmiany.

Duży potencjał ograniczenia emisji jest też w innych dziedzinach konsumpcji jak na przykład w zmniejszeniu spożycia mięsa. Oczywiście przeprowadzenie tych zmian nie powinno spoczywać tylko na jednostkach. Potrzebne są zmiany systemowe jak inwestycje w transport zbiorowy czy ograniczenie przemysłowego chowu zwierząt. Jednak aspiracje i normy związane z konsumpcją także są bardzo ważnym elementem systemowych zmian.

Emisje ekstremalne

Badanie emisji ekstremalnie bogatych ludzi nie jest łatwym zadaniem. Bogaci ludzie rzadko wypełniają ankiety, a nawet jeśli to się zdarza, to stanowią tak małą grupę, że trudno jest wnioskować na ich temat z danych statystycznych. Dlatego badacze szukają niekonwencjonalnych sposobów, by pozyskać taką wiedzę.

Stefan Gössling, profesor turystyki z Uniwersytetu w Lund, zastosował metodę „netnografii” do badania emisji z podróży lotniczych celebrytów i celebrytek aktywnych w mediach społecznościowych. Przeczesał on posty na Facebooku, Twitterze i Instagramie w poszukiwaniu pozostawionych tam śladów podróży w postaci zdjęć, opisów i lokalizacji i sprawdził je z doniesieniami medialnymi. Dopasował informacje o modelach samolotów, obliczył odległości, oszacował zużycie paliwa i związane z nim emisje CO2.

Oszacowane różnice śladu węglowego są ogromne. Bill Gates, który spędził w 2017 około 356 godzin w prywatnym odrzutowcu, wyemitował 1630 ton CO2. Paris Hilton - 1230 ton. Rzuca się w oczy ogromna, 20-krotna różnica w zużyciu paliwa między prywatnymi odrzutowcami i lotami rejsowymi: około 1400 kg w porównaniu do 70 kg paliwa na godzinę lotu. Emma Watson, korzystająca z lotów rejsowych, wygenerowała swoimi lotami "tylko" 15 ton CO2 w ciągu roku.

Beatriz Barros i Richard Wilk oszacowali emisje dwudziestu miliarderów na podstawie publicznych danych o domach, pojazdach, samolotach i jachtach. Rekordzistą jest Roman Abramowicz, którego roczne emisje przekraczają 30,000 tCO2, głównie za sprawą luksusowych mega-jachtów i Boeinga 767 traktowanego jako prywatny odrzutowiec.

Mówiący wiele o klimacie Elon Musk, Jeff Bezos i Michael Bloomberg jawią się w tym towarzystwie niczym asceci: nie mają jachtów, a ich emisje to „zaledwie” około 2000 tCO2 w ciągu roku — wciąż 200 razy więcej niż przeciętna osoba żyjąca w Polsce.

Wyniki tych badań zwracają uwagę na ogromne nierówności węglowe. Emisje z samych tylko lotów Billa Gatesa są 10-15 tysięcy razy wyższe niż średnie roczne emisje mieszkańców niektórych krajów Afryki Środkowej.

Styl życia celebrytów i innych bogatych i wpływowych osób jest problematyczny nie tylko ze względu na wpływ na klimat i marnotrawienie wspólnych zasobów, które mogłyby zostać wykorzystane w lepszym celu. Dziesięć osób badanych przez Gösslinga miało łącznie 170 milionów obserwujących na Instagramie. Chwalenie się przez nie lotami powoduje, że ich fani i fanki będą bardziej skłonne uznać częste latanie za przedmiot swoich aspiracji.

Miliarderzy są też bardzo wpływowymi postaciami, także w kwestii polityki klimatycznej. Wspomniany Bill Gates jest autorem wydanej po polsku książki pt. „Jak ocalić świat od katastrofy klimatycznej“. Rozwiązania, o których w niej pisze, mają głównie charakter technologiczny.

Niewiele dowiemy się z niej o nierównościach węglowych, pułapkach „zielonego kapitalizmu“, czy potrzebie zmiany sposobu życia i ograniczenia konsumpcji przez najbogatszych. Trudno się dziwić, bo podkreślenie tych tematów, musiałoby się wiązać z krytyką jego własnej działalności i uderzałoby w jego interesy.

Redystrybucja jako część polityki klimatycznej?

Problem nierówności węglowych i wpływu zamożności na klimat staje się powoli ważnym tematem w środowiskach naukowych. W czerwcu 2020 roku grupa naukowców i naukowczyń zajmujących się tematyką zmian klimatu opublikowała na łamach Nature Communications „ostrzeżenie naukowców przed zamożnością”.

Thomas Wiedmann, Julia Steinberger i Manfred Lenzen to postaci znane m.in. z działalności w ramach IPCC, współautorzy raportów tej organizacji. W artykule zwracają uwagę na rosnące nierówności i poziomy konsumpcji wyniszczające klimat i ekosystemy. Źródeł tego stanu upatrują w systemie kapitalistycznym opartym na ciągłym wzroście gospodarczym, który wymaga wciąż wyższych poziomów konsumpcji i produkcji.

W jaki sposób można przeciwdziałać tym trendom?

Próba znalezienia rozwiązań wskazuje na potrzebę przyjęcia radykalnego kierunku zmian i pokazuje, że ochrona klimatu jest tematem wybitnie politycznym. Istnieje wiele koncepcji krytykujących obecny system gospodarczy z perspektywy klimatycznej: od dewzrostu, promowanego przez Jasona Hickela w wydanej po polsku książce “Mniej znaczy lepiej”, przez postwzrost Tima Jacksona i “ekonomię obwarzanka” Kate Raworth.

Ich wspólnym mianownikiem jest krytyka wzrostu oraz jednoczesne działanie na rzecz ochrony klimatu i zapewniania wszystkim ludziom godnych warunków życia.

Jednym z obszarów takiego działania może być redystrybucja dochodów. Silniejsza progresja podatkowa ograniczyłaby dochody najbogatszych, tym samym zmniejszając ich siłę nabywczą, a co za tym idzie, także ich emisje.

Wysokie opodatkowanie dochodów powyżej pewnego pułapu, jak np. 75 proc. od dochodów powyżej 500 000 zł rocznie proponowane niegdyś przez partię Razem, zyskuje nowe znaczenie. Jest nie tylko instrumentem działania na rzecz sprawiedliwości społecznej, ale staje się także ważnym elementem polityki klimatycznej.

W podobnym duchu utrzymane są propozycje wprowadzenia dochodu maksymalnego formułowane na gruncie dewzrostu. Mogą one przybierać formę podatków progresywnych, jednak stawka na najwyższym poziomie wynosiłaby nie 75 proc. a 100 proc.

Sama redystrybucja nie wystarczy do zmniejszenia emisji.

W wielu krajach o bardziej wyrównanych dochodach niż w Polsce, jak np. w Finlandii i Szwecji, emisje są wciąż wyższe niż w naszym kraju. Jednak silniejsza progresja może być konieczna, żeby ochronę klimatu połączyć z poprawą warunków życia ludzi.

Jak pokazali Yannick Oswald, Julia Steinberger, Diana Ivanova i Joel Millward-Hopkins w swoim “obliczeniowym eksperymencie myślowym”, globalna redystrybucja dochodów pozwoliłaby wyciągnąć miliardy osób z ubóstwa energetycznego, w niewielkim tylko stopniu zwiększając globalne zużycie energii.

Najbiedniejsi zyskaliby dostęp do podstawowych usług, żywności i transportu, a najbogatsi nadal żyliby w dostatku.

Do dobrego życia potrzebujemy energii, a jej wytworzenie wciąż jeszcze wymaga emisji gazów cieplarnianych. Może lepiej wykorzystać pozostały budżet węglowy na wyciągnięcie ludzi z biedy niż luksusową konsumpcję?

Innym sposobem na ograniczenie konsumpcji o progresywnym charakterze jest opodatkowanie luksusu. Oczywistym kandydatem są tu podróże lotnicze. Lotnictwo jest subsydiowane i zwalniane z podatków na skalę niespotykaną w innych branżach. Nafta lotnicza nie jest objęta akcyzą, a VAT na loty międzynarodowe ma zerową stawkę.

Według organizacji Transport & Environment nie ma to żadnego ekonomicznego, prawnego, ani społecznego uzasadnienia. Ze względu na nierówne korzystanie z lotów ludzi o różnych dochodach, każdy podatek w tej branży miałby progresywny charakter.

Jednak istnieją też propozycje, które są progresywne z definicji, na przykład daniny o stawkach uzależnionych od liczby lotów lub przebytych odległości w danym roku. Za pierwszy lot lub określoną liczbę mil w danym roku zapłacilibyśmy podatek o zerowej lub niewielkiej stawce, ale za kolejne, szczególnie długie, zapłacilibyśmy już podatek o stawce dużo wyższej.

Rozwiązanie to dotknęłoby najbardziej tych, którzy zanieczyszczają najwięcej, a jednocześnie umożliwiłoby ludziom korzystanie z lotów, wtedy kiedy tego najbardziej potrzebują.

Kolejnym rodzajem konsumpcji wysokoemisyjnej i jednocześnie luksusowej są samochody sportowe i SUV-y. Szczególnie ta druga kategoria jest problematyczna ze względu na skalę, jaką przybiera jej sprzedaż. Szacuje się, że SUV-y stanowiły 45 proc. nowych samochodów sprzedanych w 2021 roku na świecie. Należą też do najczęściej sprzedawanych modeli w Polsce. Skutki dla klimatu są opłakane: jeszcze do 2017 roku średnia emisyjność nowych samochodów osobowych w Europie spadała. Od tego czasu znów rośnie, właśnie za sprawą większego udziału SUV-ów.

Dzieje się tak pomimo rosnącego udziału aut elektrycznych w rynku. Sposobem na - choć częściowe - ograniczenie udziału SUV-ów w rynku byłoby uzależnienie wysokości opłat rejestracyjnych lub akcyzy od klasy samochodu lub jego wagi.

Nie bez znaczenia są też wielkie domy i mieszkania. Od metrażu zależy zużycie energii na ogrzewanie oraz ilość energii i materiałów potrzebnych na budowę czy remont. Problemy rynku mieszkaniowego kojarzy się w Polsce zwykle z niedostatecznym standardem mieszkań. To duży problem, bo wiele osób wciąż nie może sobie pozwolić na mieszkanie adekwatne do swoich potrzeb, a deweloperzy szokują opinię publiczną oferowaniem coraz to mniejszych „mikroapartamentów” i „lokali inwestycyjnych”.

Jednak domy większe niż 200 czy 300 metrów kwadratowych masowo wyrastające na peryferiach polskich miast powinny nas oburzać równie mocno jak klitki od deweloperów.

Inne rozwiązania to na przykład „smart VAT”, w którym dobra i usługi, które jednocześnie są luksusowe i wysokoemisyjne (np. SUV-y, bilety lotnicze, wołowina) byłyby objęte wyższymi stawkami (np. 24 proc.) niż dobra i usługi, które są niskoemisyjne i jednocześnie niezbędne (np. bilety komunikacji miejskiej i warzywa).

Ustanowienie takich stawek wymagałoby powszechnej dyskusji o tym, co jest luksusem, bez którego możemy się obyć, a co jest niezbędne do życia na przyzwoitym poziomie. W obliczu kryzysu klimatycznego i powiększających się nierówności powinniśmy jak najszybciej rozpocząć taką dyskusję.

Polski Zielony Ład z prawdziwego zdarzenia

Oprócz ograniczenia konsumpcji, opodatkowanie wysokoemisyjnych luksusów ma także inne zalety z perspektywy polityki klimatycznej. Może dostarczyć środków na przeprowadzenie niezbędnej transformacji: nie tylko energetycznej, ale też umożliwiającej niskoemisyjne sposoby życia.

Środki te mogą też zostać wykorzystane do zapewnienia sprawiedliwego charakteru tej transformacji: wzmocnienia usług publicznych, z których w więcej korzystają najbiedniejsi, zapewnienia programów osłonowych dla pracowników w likwidowanych branżach, czy nawet bezpośrednich transferów pieniężnych w postaci bezwarunkowego dochodu podstawowego czy „dywidendy klimatycznej”.

Redystrybucja może więc jednocześnie realizować cele ekologiczne i społeczne. Tę podwójność wyzwań naszych czasów świetnie ilustruje Kate Raworth w „Ekonomii obwarzanka”: najcenniejsza są takie działania, które ograniczą wpływ człowieka na klimat i ekosystemy, a jednocześnie poprawią warunki życia ludzi.

Zamiast bardzo zachowawczego pod względem redystrybucji i jednocześnie fatalnie wprowadzonego “Polskiego Ładu”, potrzebujemy w Polsce “Nowego Zielonego Ładu” z prawdziwego zdarzenia.

Potrzeby inwestycyjne są ogromne. Silnego wsparcia wymaga transport zbiorowy, szczególnie w małych miejscowościach i na przedmieściach zagrożonych wykluczeniem transportowym. Lokalnych inwestycji potrzebujemy dużo bardziej niż przeskalowanych projektów wspierających wysokoemisyjne lotnictwo i faworyzujących duże ośrodki jak Centralny Port Komunikacyjny.

Ogromnych środków wymaga termomodernizacja i wymiana źródeł ogrzewania, także w prywatnych mieszkaniach i domach jednorodzinnych. Utworzenie programów wsparcia dostosowanych do potrzeb osób niezamożnych pozwoliłoby nie tylko zmniejszyć emisje, ale też zapobiegać ubóstwu energetycznemu i zanieczyszczeniu powietrza.

Pilnych inwestycji wymaga energetyka, niezależnie od tego, czy ich przedmiotem będą elektrownie jądrowe, czy dostosowanie sieci do większego udziału odnawialnych źródeł energii.

Udostępnij:

Michał Czepkiewicz

Geograf, absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (doktor nauk o Ziemi, 2017). Postdoc na Uniwersytecie Islandzkim w Reykjaviku. Jego zainteresowania badawcze dotyczą zależności między urbanistyką, mobilnością, stylami życia, dobrostanem i emisjami gazów cieplarnianych. Współpracuje z polskimi samorządami w dziedzinie planowania przestrzennego.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne