0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Wladyslaw Czulak / Agencja Wyborcza.plFot. Wladyslaw Czula...

Dane grudniowe, które poznamy już w nowym 2026 roku, zadecydują, czy miniony rok był drugim, czy „dopiero” trzecim najcieplejszym rokiem w historii pomiarów. Jednak już teraz wiemy, że lata 2023-2025 będą pierwszym tak długim okresem, w którym wzrost globalnej średniej temperatury osiągnie 1,5°C. Dzieje się tak w zaledwie dekadę po – wydawałoby się – historycznym szczycie klimatycznym w Paryżu, kiedy rządy bez mała wszystkich krajów świata uzgodniły zatrzymanie wzrostu temperatury na poziomie „znacznie poniżej” 2°C, a najlepiej 1,5°C.

Przeczytaj także:

Tekst paryskiego porozumienia nie wymienia żadnej daty, ale przyjęło się, że progu 1,5°C nie powinniśmy przekroczyć do… 2100 roku. Tymczasem temperatura rośnie. Rosną także obawy co do dalszego przyspieszenia kryzysu klimatycznego, kiedy w kolejnym roku na skutek rozwoju fenomenu El Niño wzrost temperatury może sięgnąć już 1,7°C (więcej o tym pod koniec tekstu).

Nie gorzej, ale i tak źle

Co prawda scenariusze absolutnie katastrofalnego ocieplenia sprzed dekady są mniej prawdopodobne, niemniej – jeśli nic się nie zmieni – grozi nam wystarczająco niszczycielski wzrost temperatury o 2,1° – 3,3°C do końca stulecia. A wersji „optymistycznej” – o 1,5° – 2,4°C. Nawet jeśli to postęp względem ocieplenia o ok. 4°C przewidywanego przed paryskim szczytem, niewielka to pociecha.

Obecne ocieplenie powoduje katastrofalne fale upałów, susze na przemian z powodziami, pożary i przyspieszoną destrukcję ekosystemów.

Kto obserwuje wysychanie małych rzek w Polsce, ten wie, że to nie abstrakcja. To wszystko dzieje się tu i teraz.

Prawicowa dezinformacja sufluje nam półprawdę, że “klimat zawsze się zmieniał”. Kryzys klimatyczny trzeciej dekady XXI wieku polega na tempie tej zmiany. Najlepiej obrazuje to dynamika zmian koncentracji dwutlenku węgla CO2 w atmosferze. Na skutek spalania paliw kopalnych – węgla, gazu i ropy – obecnie przybywa ok. trzech cząsteczek CO2 na milion (ppm) rocznie. Do rewolucji przemysłowej tempo to wynosiło 1 ppm na… 100 lat. A im większa koncentracja CO2 i innych gazów cieplarnianych w atmosferze, tym mniej energii wypromieniowuje Ziemia w przestrzeń kosmiczną. Nic dziwnego, że kolejne lata biją rekordy ciepła, a 10 najcieplejszych lat w historii pomiarów to prawie wyłącznie poprzednia dekada: 2015-2024 (wyjątkiem był rok 2021).

Klimatyczny walec nie rozjechał jeszcze wszystkiego. Być może najistotniejszą i prawdziwie globalną zmianą w 2025 roku był dynamiczny wzrost inwestycji w niskoemisyjne odnawialne źródła energii, a także w atom (w Polsce powoli zbliża się moment rozpoczęcia budowy pierwszej elektrowni jądrowej na Pomorzu).

Siła OZE

Energia słoneczna i wiatrowa rozwijają się obecnie na tyle szybko, że są w stanie zaspokoić cały nowy popyt na energię elektryczną, wyliczył think-tank Ember (na podstawie danych za pierwsze trzy kwartały 2025 roku). Energia słoneczna i wiatrowa łącznie odpowiadały za 17,6 proc. globalnej produkcji energii elektrycznej w pierwszych trzech kwartałach 2025 roku, wobec 15,2 proc. w analogicznym okresie roku poprzedniego, co podniosło łączny udział źródeł niskoemisyjnych do 43 procent.

“Po raz pierwszy w dłuższym okresie wszystkie odnawialne źródła energii – w tym energia słoneczna, wiatrowa, wodna oraz mniejsze źródła, takie jak geotermia – wytworzyły więcej energii elektrycznej niż węgiel. Kluczową rolę w tej zmianie odgrywa fotowoltaika, której wzrost był w 2025 roku ponad trzykrotnie większy niż w przypadku jakiegokolwiek innego źródła energii, co potwierdza jej pozycję jako dominującej siły przekształcającej globalny system elektroenergetyczny” – czytamy w analizie Ember.

Według szacunków na świecie ma przybyć ok. 800 GW nowych mocy odnawialnych w 2025 roku, co oznacza wzrost o 11 proc. względem roku poprzedniego. Ember szacuje, że “przy takim tempie jedynie niewielkie zwiększenie rocznych przyrostów mocy będzie potrzebne, aby świat pozostał na ścieżce potrojenia globalnych mocy odnawialnych do 2030 roku”.

Solary w podstawie? Prawie

OZE nie są bez wad. Instalacje wiatrowe i solarne to źródła pogodozależne o dość niskiej efektywności, co sprawia, że do uzyskania dużych ilości energii elektrycznej potrzeba ogromnych ilości turbin i paneli, stojących bezużytecznie, gdy nie wieje wiatr oraz nocą.

Odpowiednia skala wymaga przeznaczania pod te inwestycje dużych obszarów. Dzieje się to kosztem dalszej presji na środowisko naturalne, fragmentacji przyrody i zaniku skrawków dzikości. Niekoniecznie tych sztandarowych, jak parki narodowe i rezerwaty, ale także – a może przede wszystkim – „zwykłych” łąk czy pól lub „nieużytków”.

Rozwiązaniem problemów niskiej efektywności OZE może być – i według analizy Ember wkrótce będzie – spadający koszt magazynowania energii.

“Gwałtowny spadek kosztów baterii oraz szybkie wdrażanie magazynów energii sprawiają, że energia słoneczna staje się niezawodnym źródłem prądu przez niemal 24 godziny na dobę, przez cały rok. Analiza Ember z czerwca 2025 roku pokazuje, że w regionach o wysokim nasłonecznieniu fotowoltaika połączona z magazynami energii może już dziś dostarczać energię elektryczną przez całą dobę po koszcie około 104 USD/MWh, co jest poziomem niższym niż w przypadku nowych elektrowni węglowych i jądrowych. Oznacza to, że koncepcja energii słonecznej jako źródła podstawowego jest nie tylko technicznie wiarygodna, ale także coraz bardziej konkurencyjna kosztowo” – czytamy.

Zwrot w atomie

Drugie kluczowe źródło czystej energii elektrycznej, atom, także wydaje się wychodzić z kryzysu. Tak wynika z raportu World Energy Outlook 2025 Międzynarodowej Agencji Energii. W 2024 roku globalna moc zainstalowana elektrowni jądrowych wynosiła 420 GW. Aktualnie realizowane plany zakładają jej wzrost o 34 proc. do 563 GW do roku 2035, następnie do 638 GW w roku 2040 i 728 GW w roku 2050.

Według tzw. scenariusza STEPS, który uwzględnia oficjalnie ogłoszone, choć jeszcze nie wdrożone, plany i cele, moc zainstalowana elektrowni jądrowych ma wynieść 574 GW w roku 2035, 633 GW w rok 2040 i 784 GW w roku 2050. Większość tego wzrostu nastąpi w krajach Azji, przede wszystkim w Chinach.

Problemami atomu są koszty, a także wieloletni oraz często przekraczany zakładany czas trwania inwestycji. Mimo to wzrost mocy zainstalowanej OZE i atomu stwarza szansę na wypłaszczenie, a być może nawet opadnięcie, krzywej globalnego wzrostu emisji gazów cieplarnianych. Bez tego nie może być mowy choćby o złagodzeniu kryzysu klimatycznego.

Emisje wciąż rosną

To jednak wciąż przyszłość. Według szacunków Global Carbon Budget

emisje CO2 w roku 2025 wzrosną o ok. 1,1 proc. do rekordowych 38,1 mld ton

(GCB szacuje tylko wzrost emisji CO2 na skutek spalania paliw kopalnych oraz innych czynników np. wylesiania; wzrosty emisji innych gazów cieplarnianych takich, jak metan, wylicza osobno).

Stanowi to niewielkie przyspieszenie wzrostu emisji w porównaniu ze wzrostem o ok. 0,8 proc. w roku 2024. W poprzednich latach dynamika zmian była znacząca: od spadku o ponad 5 proc. w pandemicznym roku 2020 poprzez odbicie o blisko 5 proc. w roku 2021 i następnie umiarkowany wzrost w latach 2022-2024, kiedy emisji przybywało ok. 1 proc. rocznie.

W tym miejscu warto przypomnieć, że dziesiątki miliardów ton gazów cieplarnianych wypuszczanych co roku do atmosfery mają także inne groźne skutki mogące przyspieszyć wzrost temperatury mimo pewnego „uspokojenia” tempa wzrostu emisji. Jednym z tych skutków jest osłabienie naturalnej zdolności oceanów, lasów, mokradeł i torfowisk do pochłaniania emisji, na co wskazuje ostatni raport Światowej Organizacji Meteorologicznej. Efektem tego jest nieproporcjonalnie szybki (w stosunku do emisji) wzrost koncentracji CO2 w atmosferze.

Jest to tzw. dodatnie sprzężenie zwrotne – im wyższa koncentracja CO2 i innych gazów cieplarnianych w atmosferze ziemskiej, tym cieplej. A im cieplej, tym gorsze zdolności ekosystemów do pochłaniania nadmiaru gazów cieplarnianych – co prowadzi do dalszego ocieplenia.

Są i dobre wiadomości

Spośród pozytywów mijającego roku wymienić należy wejście w życie traktatu ONZ na rzecz ochrony bioróżnorodności morskiej (High Seas Treaty) po tym, jak w mijającym roku ratyfikowała go wystarczająca liczba rządów. Ratyfikacja traktatu otwiera drogę do objęcia ochroną aż 30 proc. oceanów do 2030 roku. Negocjacje tekstu traktatu trwały 20 lat.

W 2025 roku podjęto również próbę opracowania “mapy drogowej” do zakończenia wylesiania już w 2030 roku, a także powołania funduszu na rzecz ochrony lasów deszczowych. Fundusz, zwany TFFF (Tropical Forests Forever Facility) ma zachęcić do ochrony cennych lasów tropikalnych przez wypłacanie pieniędzy tym rządom, które przedstawią dające się zweryfikować sukcesy w ochronie tych lasów. Wylesianie jest bowiem jednym z istotnych czynników wzrostu emisji i co za tym idzie – temperatury.

COP30 w cieniu MAGA

TFFF był jednym z efektów 30 konferencji klimatycznej, tzw. COP30, która odbyła się w brazylijskim Belem pod koniec roku. Wydarzenie nie przyniosło przełomu, choć nie okazało się także całkowitą porażką. Co do zasady globalne negocjacje klimatyczne rzadko „dowożą” jednoznaczne rozstrzygnięcia, ponieważ działają na zasadzie konsensusu – na końcowy tekst, czyli tzw. decyzję COP, muszą się zgodzić wszyscy, od zagrożonego podnoszącym się poziomem oceanu wyspiarskiego Kiribati po USA, którego prezydent uważa kryzys klimatyczny za „oszustwo”.

Od dawna więc ambitniejsze propozycje ograniczenia emisji – co w praktyce oznacza ukrócenie swobody działania wartego setki miliardów dolarów przemysłu wydobycia paliw kopalnych – napotykają zaciekły opór. Na COP30 nie zdołano więc uzgodnić dalszych kroków w stronę odejścia od paliw kopalnych (na co dość niespodzianie przystał w 2023 roku COP28 zorganizowany przez stojące ropą i gazem Zjednoczone Emiraty Arabskie).

COP30 rozczarował także w sprawach finansowych. Pomimo uzgodnienia “mapy drogowej” do zapewnienia w ciągu najbliższej dekady 1,3 biliona dolarów na finansowanie działań na rzecz zmniejszenia skutków kryzysu klimatycznego i adaptacji do niego (w tym potrojenia pomocy klimatycznej dla krajów najbardziej narażonych).

Niejasnym pozostaje nie tylko to, ile z tej sumy pochodzić będzie ze środków publicznych, a ile z prywatnych, ale przede wszystkim – czy w ogóle uda się zebrać te pieniądze. Niestety, przeczy temu historia wcześniejszych wysiłków w tej kwestii.

Najbiedniejsze kraje świata ponoszą nieproporcjonalnie wysokie koszty wzrostu globalnej temperatury, spowodowanej historycznie wysokimi emisjami krajów bogatych. Te z kolei wzbogaciły się, beztrosko pompując miliardy ton gazów cieplarnianych do atmosfery, pomimo że obserwowane dziś gospodarcze, polityczne, społeczne i ekologiczne skutki tej beztroski trafnie przewidziano już pod koniec lat 80. ubiegłego stulecia, a w sensie stricte naukowym – jeszcze w XIX wieku.

COP30 nie mógł sprostać oczekiwaniom także dlatego, że administracja prezydenta Trumpa, konsekwentnie zaprzeczająca kryzysowi klimatycznemu, zdecydowała nie uczestniczyć w szczycie. USA to historycznie największy (i największy per capita) emitent CO2. Tymczasem prezydent Trump właśnie demontuje krajowy system monitoringu i naukowych badań zmian klimatu.

Nie pozostaje to bez wpływu na lokalnych agentów rewolucji MAGA, także w Polsce, gdzie zaprzeczająca przyczynom i skutkom kryzysu klimatycznego narracja ma się coraz lepiej, zwłaszcza wśród partii z szansami na objęcie władzy po kolejnych wyborach.

1,7°C w 2027 roku

Co dalej? Prawa fizyki atmosfery pozostają nieubłagane. Wspomniane na początku tekstu El Niño to cyklicznie występujące zjawisko na tropikalnych szerokościach geograficznych Pacyfiku, kiedy dominujący kierunek wiatru zmienia się ze wschodniego na zachodni, powodując ogrzanie wód wschodniego Pacyfiku (zazwyczaj jest na odwrót: zachodnie wiatry utrzymują cieplejsze wody w zachodniej części Oceanu Spokojnego).

Z punktu widzenia globalnego klimatu El Niño powoduje skokowy, trwający około pół roku wzrost średniej temperatury planety, spowodowany tą rozlewającą się na wschodnim Pacyfiku „plamą” bardzo ciepłej wody. To właśnie czeka nas w roku 2027 – napisał w grudniu zespół prof. Jamesa Hansena. Hansen jako jeden z pierwszych alarmował o nadchodzącym kryzysie klimatycznym już pod koniec lat 80. XX w.

„Według prognoz średnia krocząca [wzrostu temperatury] z 12 miesięcy powinna w najbliższych miesiącach spaść do około 1,4°C, jednak w drugiej połowie 2026 r. ponownie zacznie rosnąć wraz z rozwojem kolejnego zjawiska El Niño. Modele wskazują, że w 2027 r. [wzrost] globalnej temperatury może sięgnąć nawet 1,7°C, co ma stanowić kolejne potwierdzenie przyspieszenia globalnego ocieplenia” – napisał Hansen ze współpracownikami.

;
Wojciech Kość

W OKO.press pisze głównie o kryzysie klimatycznym i ochronie środowiska. Publikuje także relacje z Polski w mediach anglojęzycznych: Politico Europe, IntelliNews, czy Notes from Poland. Twitter: https://twitter.com/WojciechKosc

Komentarze