W 2019 roku nadal wielu ludzi niezłomnie wierzyło, że rozwiązaniem kryzysu klimatycznego jest rynek, choć nie radzi on sobie nawet z kryzysami gospodarczymi. Na szczęście to się powoli zaczyna zmieniać, choć nikt nie ma dziś dobrej odpowiedzi na to, jak pogodzić wzrost gospodarczy z troską o klimat i środowisko

Czasem najciekawsze zmiany polityczne są niewidoczne na pierwszy rzut oka, bo nie da się ich sprowadzić do konkretnych decyzji czy nazwisk. Mijający rok potwierdził, że żyjemy w czasach takiej zmiany.

Od co najmniej kilkudziesięciu lat język światowej polityki był zdominowany przez kategorie ekonomiczne: PKB, wzrost gospodarczy, rynek, popyt, podaż czy konkurencja. Większość naszych rozmów o postępie i dobrobycie zaczynało się od tych pojęć i na nich kończyło.

To się zmienia, bo nauka o klimacie – a mówiąc szerzej: refleksja ekologiczna – stopniowo wzbogacają nasze słownictwo polityczne o nowe pojęcia i kategorie.

Media interesują się już nie tylko wykresami pokazującymi zmiany w PKB, ale także wykresami prezentującymi zmiany temperatury na Ziemi. W naszym politycznym słowniku oprócz słów takich, jak „rynek”, „wzrost gospodarczy”, „konsumpcja” czy „konkurencja”, zaczęły pojawiać się słowa „klimat”, „przyroda”, „dobro wspólne” czy „Ziemia”.

W kontrze do przekonania, że wszystko ma się podporządkować prawom rynku i ekonomii, coraz więcej osób przypomina, że to raczej ekonomia powinna podporządkować się ekologii i prawom fizyki.

Na dłuższą metę ta pozornie niewielka zmiana może zrewolucjonizować całą naszą politykę.


W OKO.press wielokrotnie pisaliśmy w 2019 roku o lekceważeniu katastrofy klimatycznej przez polskich polityków:


Nie żyjemy w Ekonomlandzie

 To bardzo dobra wiadomość dla większości z nas, także dla ekonomistów, ponieważ ich dyscyplina ma szansę na największy przełom od czasu powstania ekonomii behawioralnej, kiedy to zaczęto baczniej przyglądać się temu, jak naprawdę zachowują się ludzie na rynku, a nie jak powinni zachowywać się według modeli ekonomicznych.

Refleksja na temat postępu i gospodarki musi rozpoczynać się od prostego stwierdzenia: aktywność gospodarcza zachodzi na konkretnej planecie o określonych warunkach, a nie w Ekonomlandzie, krainie niewrażliwej na zmianę klimatu czy dewastację środowiska.

„Pora, aby nasza dyscyplina sprostała odpowiedzialności, która na nas ciąży. Ekonomiści zbyt długo milczeli na temat największego problemu naszej epoki”

– przekonywali ostatnio Andrew Oswald z Warwick University i Nicholas Stern z London School of Economics.

Na tej zmianie mogą stracić jedynie fundamentaliści rynkowi (by posłużyć się terminem zaproponowanym m.in. przez Josepha Stiglitza): coraz mniejsza grupka ekonomistów i dziennikarzy ekonomicznych wierzących bezkrytycznie w moc rynku i rzekomo twarde prawa ekonomii.

Ekonomiści rządzą?

Wielu ekonomistów wcale nie ma poczucia szczególnego wpływu na politykę. Przeciwnie, uważają, że władza i media nagminnie lekceważą ich najnowsze badania. Jak to zatem jest: ekonomia rządzi polityką czy nie?

Musimy oddzielić wymiar akademicki od publicznego. To prawda, że wyrafinowane badania, których wyniki są opisywane w tekstach akademickich, zazwyczaj słabo oddziałują na poczynania polityków – widzimy to także w Polsce, gdy kolejne doniesienia o narastającym problemie nierówności zupełnie nie wzruszają rządzących.

Jednocześnie nasze myślenie o polityce, postępie i dobrobycie zostało niemal całkowicie podporządkowane kategoriom ekonomicznym. Najpopularniejszym sposobem oceny naszego dobrostanu stało się PKB.

Nie ma takiej rzeczy, włącznie z przyrodą i świeżym powietrzem, której nie zaczęlibyśmy traktować jako towaru, i nie ma takiej sfery rzeczywistości, której ktoś nie pragnąłby urynkowić.

Wszyscy jesteśmy redukowani do roli konsumentów i sprzedawców. Nauczyliśmy się przerabiać na ten ekonomiczny język niemal wszystko. Widać to na przykład na uniwersytetach: student staje się klientem, który chce zakupić towar w postaci wiedzy, a uniwersytet przedsiębiorstwem, które ten towar sprzedaje.

Nawet ekonomiści dostrzegają absurd tej sytuacji, przynajmniej część z nich.

Ha-Joon Chang pisał ironicznie, że ekonomia zajmuje się Wszechświatem i całą resztą. Wielu przedstawicieli tej dyscypliny, np. wspomniany już Stiglitz, stara się też pokazać, że PKB nie jest dobrym wskaźnikiem dobrobytu, bo co nam po wzroście PKB, jeśli owoce tego wzrostu są tak nierówno dzielone, że duża część obywateli nie odczuwa żadnej poprawy?

Z kolei Suresh Naidu, Dani Rodrik i Gabriel Zucman piszą, że żaden poważny ekonomista nie wierzy już ani w niezawodność rynków, ani w to, że są one receptą na wszystkie problemy gospodarcze, nie mówiąc już o problemach ekologicznych.

Ale ostatecznie w debacie publicznej całe to skomplikowanie ekonomii jest nader często spłaszczane do kilku prostych zasad. Jeśli chcemy ocenić rozwój kraju, to pokazujemy wykresy PKB. Jeśli zastanawiamy się nad dobrymi reformami, to zalecamy rozwiązania wolnorynkowe. Jeśli rozmawiamy o dobrobycie, to niemal wyłącznie przez pryzmat kategorii ekonomicznych.

Wielu ludzi nadal niezłomnie wierzy w to, że rozwiązaniem kryzysu klimatycznego jest rynek, choć nie radzi on sobie nawet z kryzysami gospodarczymi.

To nie jest przypadek, lecz dzieło tych ekonomistów, dziennikarzy ekonomicznych czy przedstawicieli think tanków, którzy najczęściej wypowiadali się w mediach na tematy z pogranicza polityki i gospodarki. Jak zauważają Naidu, Rodrik i Zucman, medialna reprezentacja ekonomii została zdominowana przez fundamentalistów rynkowych, którzy swobodnie dzielili się ze społeczeństwem swoimi dogmatami, prezentując je tak, jak gdyby odzwierciedlały powszechny konsensus ekonomiczny.

Ekonomia a klimat

 Fundamentaliści rynkowi od dłuższego czasu mają problem z debatą na temat katastrofy klimatycznej. Gdy napotykamy na negacjonistyczny tekst, to możemy niemal w ciemno zakładać, że napisała go albo osoba o skrajnie prawicowych poglądach, albo fundamentalista rynkowy.

To nie jest tylko polska przypadłość. Naomi Klein pisała o tym już kilka lat temu w książce „To zmienia wszystko”. Zdaniem kanadyjskiej dziennikarki fundamentaliści rynkowi szybko zdali sobie sprawę z tego, że poważna odpowiedź na zagrożenie klimatyczne oznacza pożegnanie się z dogmatem o nieomylnych rynkach, więc od samego początku próbowali zniechęcić społeczeństwo do zajęcia się tym problemem.

W podobnym duchu wypowiadają się historycy nauki Erik M. Conway oraz Naomi Oreskes, którzy napisali wspólnie książkę „Merchants of Doubt”. Pokazują w niej, jak działają ludzie rozsiewający wątpliwości wobec ustaleń nauki, w tym nauki o klimacie. „Pokazaliśmy, że pierwsi handlarze wątpliwościami byli motywowani nie tyle przez pieniądze co przez fundamentalizm rynkowy” – tłumaczy Oreskes.

„Tak bardzo wierzyli w magię rynku, że mieli trudności, było to dla nich wręcz niemożliwe, aby zaakceptować jego porażkę”.

Dziś zaprzeczanie wprost ekspertom od klimatu jest coraz mniej popularne, bo dowody na to, że klimat ociepla się pod wpływem działalności człowieka są przytłaczające, ale fundamentaliści rynkowi próbują nowej taktyki: twierdzą, że zagrożenie wcale nie jest tak duże, nie należy więc podejmować gwałtownych kroków, w szczególności zaś nie powinniśmy podważać mechanizmów rynkowych.


W OKO.press w 2019 roku regularnie informowaliśmy o kolejnych dowodach na zbliżającą się katastrofę klimatyczną:


Takie rozumowanie często prowadzi do kuriozalnych stwierdzeń. Na przykład Towarzystwo Ekonomistów Polskich wydało oświadczenie w sprawie zmiany klimatu, w którym przekonuje, że wzrost gospodarczy nie jest ograniczony prawami fizyki. Niestety członkowie TEP nie tłumaczą,

w jaki sposób w ciągu najbliższych kilkunastu czy kilkudziesięciu lat mamy wydostać się z ograniczeń fizycznych, a tyle czasu zostało nam na podjęcie działań, jeśli chcemy uniknąć najgorszych skutków katastrofy klimatycznej.

Jeszcze innym niepokojącym trendem są ekonomiczne fantazje na temat tego, na jaki wzrost temperatury możemy pozwolić sobie z perspektywy PKB. Na przykład Jan Lewiński na popularnym blogu (i kanale youtubowym) „Prosta ekonomia” stwierdza, że koszty wzrostu temperatury o 4,9 stopni Celsjusza są mniejsze niż koszty wdrożenia ograniczeń emisji gazów cieplarnianych.

Problem polega na tym, że przy wzroście temperatury o pięć stopni ryzykujemy dosłownie zapaścią cywilizacyjną.

Adair Turner ostrzega, że już „podgrzanie atmosfery o 3,5°C w stosunku do czasów sprzed rewolucji przemysłowej doprowadzi do temperatury, jakiej świat nie widział od ponad dwóch milionów lat”, dodatkowo „im wyższą osiągniemy temperaturę, tym większe prawdopodobieństwo galopującego i nieokiełznanego dalszego ocieplenia”.

W podobnym duchu wypowiada się fizyczka atmosfery Aleksandra Kardaś: „Powyżej dwóch stopni pojawia się ryzyko poważnych katastrof. Powyżej trzech stopni mamy całą lawinę dodatkowych skutków. Nie można zaniedbać tej geofizycznej strony, prawdopodobnie przy dojściu do trzech stopni nie da się uniknąć jeszcze większego ocieplenia”.

Lewiński wyraża nadzieję, „że uda się uniknąć katastrofy, jaką grozi odgórne planowanie”, a stosowanie „prawa własności pozwoli choćby dzięki pozwom osób rzeczywiście poszkodowanych (lub zagrożonych szkodami) na właściwe, rynkowe oszacowanie powstałych i potencjalnych strat”.

Nie bardzo wiadomo jednak, jak miałoby wyglądać rynkowe oszacowanie odszkodowania za zatopienie Holandii – a jest to jeden ze scenariuszy podawanych przez Conwaya i Oreskes – i kto zapłaciłby za to mieszkańcom tego kraju.

Takie przykłady najlepiej pokazują do jakich absurdów prowadzi uparte trzymanie się kategorii i modeli ekonomicznych, gdy mowa o problemach wykraczających poza gospodarkę. Jak trafnie podsumował to podejście fizyk Marcin Popkiewicz:

„Myślenie tylko o PKB można doprowadzić do absurdu, bo przecież jeśli zginie biedniejsza połowa ludzkości, to PKB per capita może nawet wzrosnąć, ale przecież nie o to chodzi”.

Zmiana języka, zmiana świata

 Nikt nie ma dziś dobrej odpowiedzi na to, jak pogodzić wzrost gospodarczy z troską o klimat i środowisko. Z jednej strony prawdą jest, że dzięki wzrostowi gospodarczemu niespotykana wcześniej liczba ludzi cieszy się dobrobytem (aczkolwiek niektórzy dużo bardziej niż inni), z drugiej nie można lekceważyć zagrożenia klimatycznego i roić sobie, że Ziemia cieplejsza o kilka stopni jest stosunkowo niewielką ceną za rosnące PKB.

Zdewastowane środowisko, zalane miasta, rejony świata zbyt gorące do życia, wielomilionowe migracje, napięcia polityczne – to są rzeczy w ogóle nieprzeliczalne na PKB.

Dobra wiadomość jest taka, że coraz bardziej zdajemy sobie sprawę z ograniczeń tego ściśle ekonomicznego punktu widzenia. Kryzys klimatyczny jest dobitnym przypomnieniem, że ostatecznie to prawa ekonomii muszą być podporządkowane prawom fizyki, a nie na odwrót.

Jakikolwiek model rozwoju ekonomicznego, który lekceważy ostrzeżenia ekspertów od klimatu, jest po prostu bezużyteczny.


OKO.press sprawdza, czy politycy ratują świat przed katastrofą klimatyczną.
Wesprzyj nas, też chcemy przeżyć.

Filozof, autor książki „Język Neoliberalizmu” (Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2017), współpracuje m.in. z „Nowym Obywatelem” i „Magazynem Kontakt”.


Komentarze

Masz cynk?