Na podstawie prowadzonych badań wiemy, że leśna kąpiel powinna trwać jednorazowo minimum 20 minut i minimum dwie godziny w tygodniu. Dobry jest las, ale może to być także park. Byle bez smartfona. Rozmowa z dr Katarzyną Simonienko, lekarką psychiatrii z Centrum Terapii Las, autorką książek poświęconych lasoterapii
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyPaweł Średziński: Czym różni się kąpiel leśna od lasoterapii?
Dr Katarzyna Simonienko: Kąpiel leśna to profilaktyka, dbanie o dobrostan, relaksacja i przyjemność polegająca właśnie na takim odprężeniu. I to może robić każdy, tak jak każdy może tańczyć, każdy może ćwiczyć jogę. Oczywiście można to robić z przewodnikiem kąpieli leśnych. Nie trzeba wtedy myśleć, jaki kolejny krok zrobić, bo on będzie ten krok proponował. Zna teren, zna przepisy, proponuje aktywności, może mieć gadżety. Jednak można też praktykować kąpiel leśną bez niczyjej pomocy.
A lasoterapia?
W praktyce lasoterapia jest ustrukturalizowaną kąpielą leśną z przeszkolonym przewodnikiem. Musi tu być osoba ekspercka, wykwalifikowana w zakresie jej prowadzenia. Lasoterapia kładzie nacisk na przebadane mechanizmy prowadzące do dobrostanu osiąganego przez kontakt ze środowiskiem leśnym. Ma swoją określoną strukturę, dopasowaną do potrzeb i charakteru grupy, pacjentów i pacjent oraz programu zdrowotnego. Jest stosowana nie tylko w profilaktyce, ale też we wsparciu leczenia farmakologicznego i psychoterapeutycznego oraz w rehabilitacji.
A czy terapię lasem mogą prowadzić wyłącznie lekarze i psychoterapeuci?
Nie. Mogą to być równie dobrze terapeuci zajęciowi, pedagodzy i nauczyciele. Ważne jest tylko to, żeby otrzymali solidną dawkę wiedzy i zdobyli niezbędne doświadczenie praktyczne.
Nie ma jeszcze w Polsce regulacji prawnych, kto może to robić.
Zawód psychologa został uregulowany dopiero w tym roku, pierwsze przepisy tej ustawy weszły właśnie w życie.
Obecnie uznaje się, podobnie jak w Japonii i w Korei, że jeśli chcemy prowadzić lasoterapię, musimy mieć ukończony certyfikujący kurs. Nie jest to jednak wymóg dyktowany przez przepisy. I te kursy nie są pełnymi studiami, bliżej im do zajęć w trybie studiów podyplomowych.
Prowadzą je między innymi uczelnie wyższe. Osoby, które są ich słuchaczami, poznają pracę z procesem grupowym, podstawy pierwszej pomocy medycznej, pierwszej pomocy psychologicznej, uczą się jak pracować z pacjentem. Te kursy są intensywne i wymagające.
Trzeba też przeprowadzić w mentoringu określoną liczbę spacerów z różnymi grupami, o różnych porach roku i doby. Po ukończeniu całego cyklu zajęć taka osoba powinna być przygotowana do pracy z drugim człowiekiem.
Absolutnie tego nie można nauczyć się na kursach online. Obecnie w Polskim Towarzystwie Kąpieli Leśnych i Terapii Leśnej, jesteśmy na etapie domykania akredytacji tych jednostek, które już oferują szkolenia z tego zakresu. Będziemy zwracać szczególną uwagę na aspekty praktyczne, liczbę godzin zajęć terenowych, ukończenie kursu pierwszej pomocy, podstawy pierwszej pomocy psychologicznej, pracy z grupą.
Wszystko po to, żeby to było bezpieczne i żeby te szkolenia były fachowe.
Za ojczyznę leśnych kąpieli leśnych i lasoterapii jest uznawana Japonia. Dlaczego?
Bo Japończycy pierwsi zauważyli, że przebywanie w lesie, uważny spacer z zaangażowaniem wszystkich zmysłów, to są dobre aktywności, które oddziałują na komórki odpornościowe, obniżają poziom kortyzolu.
Najpierw Japończycy mówili metaforycznie o „zanurzaniu się w lesie”. W miarę jak przybywało badań, japońscy eksperci doszli do wniosku, że to już nie jest kwestia metafor. Trzeba to osadzić w języku medycznym. Powstał więc termin „terapia leśna” bądź „lasoterapia”. I nastąpił rozróżnienie na kąpiel i terapię. Potem jeszcze wymyślono specjalizację medyczną dla lekarzy – „medycyna lasu”. I tego się można uczyć tylko w Japonii, ale tylko jak się jest lekarzem.
Jesteś lekarką psychiatrą, która jako jedna z pierwszych zaczęła propagować lasoterapię. Skąd wzięło się to Twoje zainteresowania lasem i jego wpływem na nasze zdrowie?
W naszym kraju nie mamy długich tradycji leśnych kąpieli. Zanim zaczęłam to robić, w Polsce mieliśmy już dwójkę przewodników leśnych kąpieli – Adama Markuszewskiego z Warszawy i Małgorzatę Charyton z Supraśla.
Zainteresowałam się lasem w praktyce lekarskiej osiem lat temu. To wtedy dowiedziałam się, że jest coś takiego jak kąpiele leśne, terapia leśna. Pracowałam wtedy w kliniec, miałam okazję porozmawiać z niemieckim leśnikiem i pisarzem Peterem Wohllebenem o Puszczy Białowieskiej. Wtedy zdałam sobie sprawę, że warto poszukać tego, co może łączyć las z psychiatrią. Uświadomiłam sobie, że puszcza jest w pewnym sensie lustrem ludzkiej psychiki.
Dlaczego?
Bo w Puszczy Białowieskiej i innych tego typu leśnych kompleksach są różne kawałki. Jest las gospodarczy, który jest lasem ciętym, sadzonym, uprawianym z pewnym założeniem. I wtedy pojawia się pytanie – czy taki las odzwierciedla naszą naturalną istotę? Nie zawsze.
Jest też taki las, który trochę dziczeje, gdzie są naturalne procesy i ja bym ten las przyrównała do ludzkiego ego. Że tam już jest w nim jakaś autonomiczna tożsamość.
Jest też las, w którym panuje totalna dzikość, i ona wydaje się mroczna. Czasami wręcz przestrasza. Nie musimy czuć się w taki lesie dobrze.
Motyw lasu bardzo fajnie uzupełnia rozumienie psychiki kolektywnej. I to nie tylko tej dotyczącej człowieka, ale i innych gatunków, jak i całego ekosystemu. Nadaje to kontekst istnieniu nas, ludzi. Dla mnie ten kontekst stał się oczywisty, ale nie był uznawany w środowisku polskiej nauki, bo był niewypowiedziany. Dlatego stwierdziłam, że świetnie by było go nazwać, zacząć badać i opisywać.
Tym bardziej, że miałam już doświadczenia w pracy z pacjentami, którzy wychodzili na zajęcia terapii zajęciowej w parku w Choroszczy, obok ich szpitala. Przekonałam się, że ten kontakt z przyrodą im pomagał, zwłaszcza w realiach koniecznej izolacji.
I wtedy postanowiłaś wejść głębiej w temat terapii lasem i leśnych kąpieli?
Tak. Zaczęłam zbierać różne opinie tak od osób zdrowych, jak i tych zmagających się z kryzysami. Mówili, że im to pomaga. Zaczęłam szukać informacji, czy jest coś takiego jak ekopsychiatria. Okazało się, że jak najbardziej. Nie można człowieka sobie tak po prostu wyciąć, wsadzić do laboratorium, korporacji, zakładu pracy i uznać, że to jest pełnia jego życia. To przecież tylko życia namiastka.
Od tego czasu udało ci się napisać parę książek, w tym słynne już „Nerwy w las”, i utworzyć Centrum Terapii Las. Czy Twój przykład zachęcił innych terapeutów do pójścia w tym samym kierunku?
Lasoterapia to bardzo przyjemny temat. Już samo prowadzenie zajęć z tego zakresu daje korzyści nie tylko uczestnikom, ale również osobie prowadzącej. Ona też zanurza się w tej atmosferze lasu. Nie działa z pozycji autorytetu, tylko bardziej z pozycji kręgu. To w nim wymieniamy się różnymi spostrzeżeniami. Dziś mogę powiedzieć, że nie jest to jeszcze główny nurt, ale rośnie zainteresowanie tą formą terapii.
Psychiatrzy, terapeuci zajęciowi, psychoterapeuci, wprowadzają lasoterapię do swojej praktyki. Jest już kilku lekarzy, których znam i z niej korzystają w pracy z pacjentami.
W jednym z wywiadów mówiłaś o tym, że swój udział w popularyzacji lasoterapii i leśnych kąpieli, miała również pandemia.
To było wydarzenie, które uruchomiło zainteresowanie lasem i spędzaniem w nim czasu. Ludzie byli odcięci od wychodzenia, od spotkań z innymi. To sprawiło, że wiele osób zaczęło instynktownie szukać nowych form aktywności.
Pamiętajmy też, że sam termin „kąpiele leśne”, choć kojarzy się nam z Japonią, był również obecny w naszej kulturze. Robiliśmy te kąpiele od setek lat, może nie tak w pełni świadomie.
Nasze babcie czy dziadkowie mówili nie bez powodu: idź do lasu, podotleniaj się, tam ci się w głowie poukłada, będziesz odporniejszy.
I jak przyszła pandemia, to lasoterapia i leśne kąpiele, trafiły na swój czas. Pamiętam, jak zapraszano mnie na wywiady, dostałam propozycję napisania wspomnianej przez ciebie książki. I to zadziałało. Dziś, po kilku latach, lekarze w Polsce zaczynają już wystawiać zielone recepty i zalecają na piśmie obcowanie z przyrodą.
Mamy Polskie Towarzystwo Kąpieli Leśnych i Terapii Leśnej, w którym jest już ponad 100 osób. Lasoterapią i kąpielami leśnymi interesują się nie tylko medycy, ale firmy agroturystyczne i turystyczne, które chcą poszerzać zakres usług. Ten rodzaj aktywności pojawia się również w ofercie edukacyjnej parków narodowych i krajobrazowych.
Lasoterapia to nie tylko dobra praktyka dla zdrowia psychicznego? Wiele słyszy się o zbawiennym wpływie lasu na nasz organizm.
Tak, chociaż ja wykorzystuję ten rodzaj terapii w mojej pracy psychiatry. W Azji jednak lasoterapia zaczęła się od immunologii. Las pomagał w terapii wszelkich deficytów odporności, stanów poinfekcyjnych, w onkologii i rehabilitacji po przebytych chorobach. Korzystali z niej pacjenci z zaburzeniami metabolicznymi, z chorobami układu krążenia, zmagający się z otyłością, z zespołem metabolicznym, z zaburzeniami układu oddechowego.
U nas nadal o lasoterapii wciąż najwięcej mówi się w kontekście zdrowia psychicznego. Ale ciało, i emocje, i nasze głębsze struktury, i środowisko naturalne to jedno. Lasoterapia jest takim odzyskiwaniem utraconych, zablokowanych bądź zapomnianych połączeń, które pomagają nam wrócić do równowagi. Nie musimy od razu nurkować w głębinach. Spacery są proste, otwarte, zmysłowe. Oparte na percepcji.
To trochę wygląda jak praca ze snem, że coś mi się śniło, ale tylko ja wiem, jakie to ma dla mnie znaczenie.
W tym samym lesie mogę dziś zobaczyć jedną rzecz, a drugiego dnia coś innego. To trochę tak, jak mówi Heraklit, że dwa razy się nie da wejść do tego samego lasu.
Ale czym innym jest wspomniana już przeze mnie leśna kąpiel.
Rozumiem, że ta forma aktywności jest dedykowana nie tylko dla osób zmagających się z problemami zdrowotnymi? I nie wymaga udziału eksperta.
Na kąpiel leśną możemy wybrać się samemu lub z przewodnikiem. Jeżeli decydujemy się na ten drugi wariant, to jest mapa na stronie kapieleleśne.pl, gdzie można sprawdzić, kto oferuje takie kąpiele w naszej okolicy. Można też tam sprawdzić profil takiej osoby, czy ma stronę internetową, jakie ma kompetencje. Bo ilu przewodników, tyle różnych stylów prowadzenia tych spacerów.
Ktoś będzie prowadził to na wesoło, ktoś inny będzie miał jeszcze inny autorski program. Sama, kiedy jestem już bardzo zmęczona, bo choć sama też takie kąpiele prowadzę, to korzystam z usług innych przewodników.
Fajne jest również to, że na takie kąpiele z przewodnikiem wybierają się również osoby związane z pracą w lesie lub przyrodnicy.
Można od nich usłyszeć, że chodzą po lesie już tyle lat, ale tak jeszcze nie chodzili jak w czasie zorganizowanej kąpieli. Ale jeszcze raz podkreślę, że to nie jest jedyny słuszny sposób chodzenia po lesie. To jest tylko propozycja.
Bo nasze intuicyjne przebywanie w przyrodzie, to, jak my się w niej czujemy, jest indywidualną sprawa każdego z nas. Jeden pójdzie na grzyby, druga na jagody, trzecia fotografować. To wszystko ma potencjał terapeutyczny. Bo las działa na nas bez względu na formę spędzanego w nim czasu.
Dobrze jednak stosować się w lesie do zasady „im mniej zmysłów sobie zatkamy, tym lepiej”. Lepiej więc nie wchodzić do lasu w słuchawkach, nie nastawiać się może bardzo mocno na cel, że np. idę zebrać jak najwięcej grzybów, tylko po prostu pobyć sobie w tej przyrodzie tak, jak ja lubię i jak mi jest dobrze. Warto pobyć w lesie spontanicznie.
A jak dawkować sobie taką kąpiel?
Na podstawie prowadzonych badań wiemy, że leśna kąpiel powinna trwać jednorazowo minimum 20 minut i minimum dwie godziny w tygodniu. To przynosi trwały efekt przekładający się na immunologię i znaczący statystycznie spadek kortyzolu w płynach ustrojowych.
Ważne, żeby było to też regularne. Żeby chociaż raz w miesiącu jeden weekend poświęcić na przebywanie w lesie. Uważne, niespieszne i spokojne. Z lasem jest tak jak z relacją z człowiekiem. Trzeba być z nim w realnym kontakcie. Dawkowanie relacji zależy już od nas. I może to być również park.
Bywa tak, że polubimy jakiś kawałek lasu tak bardzo, że kiedy widzimy, że ktoś wycina jego kawałek, to czujemy ból.
Owszem. To może mieć na nas negatywny wpływ. Szczególnie dotyczy to tych, którzy nie tyle, co czują się w lesie jak w domu, ale czują, że las to jest jakaś ich cząstka. To one są najbardziej podatne na zranienie, jeżeli temu ich miejscu coś złego się dzieje.
Jednak różne są też wyobrażenia lasu. Jedni wolą las uporządkowany, gdzie można swobodnie chodzić, a najlepiej jak jeszcze jest w nim dużo grzybów, uznawanych za szlachetne i jadalne. Las, który wygląda inaczej, gdzie jest dużo drzew martwych i działa natura, już nie musi być tak lubiany. Czy też dostrzegasz te różne wizje lasu wśród pacjentów?
Pacjenci wyobrażają sobie często, że ich życie po psychoterapii będzie jak ten uporządkowany las. Że już nie będzie trudnych emocji, wszyscy będą mili, nie będzie płaczu, cierpienia, złości. I nawet się nie przeziębią, bo będę po terapii. My pewne rzeczy z siebie wypieramy. Trudno jest nam przyjąć starzenie się, rozkład lasu. Dopiero kiedy się ktoś zagłębi las, zacznie rozumieć, że rozkład równa się życie, bo nawet to martwe drewno jest pełne życia. Las powinien uczyć nas zaufania instynktom i tego, że zamieranie świerków czy odbudowa populacji wilków to nie jest katastrofa.
Wróćmy do samych zajęć w terenie. Czy zabieranie ze sobą smartfonu to dobry pomysł?
Spacery po lesie powinny być również pozbawione rozpraszających nas bodźców. Zawsze jednak umawiam się z osobami biorącymi udział w zajęciach, że te telefony są w trybie wibracji. Mamy być offline. Wychodzimy na taką kąpiel, żeby się oczyścić i zrobić taki cyfrowy detoks. Chociaż żaden radykalizm nie jest zdrowy. Dlatego nie mówię swoim spacerowiczom, żeby nie zabierali telefonów albo je wyłączyli, bo przecież zdarzają się takie sytuacje, że ktoś się zgubi. I wtedy trzeba do niego zadzwonić. Bywa też, że ktoś czeka na ważną osobistą wiadomość. Albo ważne jest dla niego, by zrobić zdjęcie czemuś, co zrobi na nim wrażenie.
Znajomy z Korei, który zabiera w teren dzieci, mówił mi, że u nich one bez telefonu w ogóle nie funkcjonują i spacer bez smartfonu jest nieatrakcyjny i nudny. Dlatego wymyślił coś na zasadzie gry „Pokemon Go”, stworzył aplikację. Jednak zamiast Pokemona trzeba było znaleźć na przykład jakąś roślinę, wychwycić dźwięk ptaka. I w ten sposób krok po kroku sprawiał, że dzieci stawały się coraz bardziej zanurzone w przyrodzie. Oczywiście nie jest to łatwe zadanie. Nawet wśród dorosłych. Nasza uważność może łatwo się rozsypać.
A czy teraz, zimą i na przedwiośniu też możemy się czegoś nauczyć w lesie?
Drzewa zimą się nigdzie nie śpieszą. Niektóre ssaki podobnie. I tu pojawia się pytanie, co my sobie odpuszczamy, jak się zaczyna październik? Zwykle nic. Bo jest rytm pracy tygodniowy, a nie roczny. Nasi przodkowie żyli inaczej, nie tak jak my, miesiąc po miesiącu tak samo. Zima była czasem spowolnienia. My to chociaż możemy robić w weekendy.
Publicysta, dziennikarz, autor książek poświęconych ludziom i przyrodzie: „Syria. Przewodnik po kraju, którego nie ma”, „Łoś. Opowieści o gapiszonach z krainy Biebrzy”, „Puszcza Knyszyńska. Opowieści o lesunach, zwierzętach i królewskim lesie, a także o tajemnicach w głębi lasu skrywanych, „Rzeki. Opowieści z Mezopotamii, krainy między Biebrzą i Narwią leżącej" i "Borsuk. Władca ciemności. Biografia nieautoryzowana".
Publicysta, dziennikarz, autor książek poświęconych ludziom i przyrodzie: „Syria. Przewodnik po kraju, którego nie ma”, „Łoś. Opowieści o gapiszonach z krainy Biebrzy”, „Puszcza Knyszyńska. Opowieści o lesunach, zwierzętach i królewskim lesie, a także o tajemnicach w głębi lasu skrywanych, „Rzeki. Opowieści z Mezopotamii, krainy między Biebrzą i Narwią leżącej" i "Borsuk. Władca ciemności. Biografia nieautoryzowana".
Komentarze