01 kwietnia 2020

„Lont już podpalony”. 6 dziur w systemie, przez które wędruje wirus [DIAGNOZA OSTRZEGAWCZA]

Brak lekarzy i pielęgniarek, łatany polityką kontraktów, nadal dozwolona "turystyka dyżurowa", która zapala kolejne ogniska COVID-19 w szpitalach, brak sprzętu i środków ochrony osobistej, wciąż za mało testów, a wcześniej nieprzygotowanie laboratoriów i groźne powroty z zagranicy – takie furtki otworzyliśmy koronawirusowi. Nadal są otwarte

Zastanawialiśmy się w redakcji, gdzie w systemie ochrony zdrowia są dziś największe dziury, przez które przemieszcza się wirus SARS-CoV-2. I w jaki sposób można by je zatkać.

Ponieważ przez wiele lat zajmowałem się zakażeniami HIV/AIDS od razu przypomniał mi się aksjomat walki z epidemią podnoszony przez licznych specjalistów. W przypadku HIV po to, by kontrolować jego przenoszenie, trzeba zabezpieczyć wszystkie miejsca ataku. Rzecz w tym, że dotyczy to każdego zarazka, także koronawirusa.

W przypadku HIV/AIDS należy ograniczyć zarażanie zwracając uwagę na:

  • służbę krwi;
  • dostępność sprzętu jednorazowego (strzykawek), także dla osób uzależnionych od narkotyków;
  • zabezpieczenie kontaktów homoseksualnych mężczyzn (prezerwatywy, przedekspozycyjna profilaktyka, czyli tzw. PrEP);
  • edukacja/kontrola osób utrzymujących się z prostytucji;
  • uczenie zasad bezpiecznego seksu i namawianie całej populacji, w tym młodzieży, a także osób 50+ do korzystania z testów.

Wystarczy zlekceważyć choć jeden z tych elementów, a epidemia będzie się rozszerzać. Jak to się ma do pandemii COVID-19?

Ograniczenie kontaktów, ale wcześniej (1) nieudolna kontrola granic

W przypadku AIDS dysponujemy już całym arsenałem leków i z wirusem HIV radzimy sobie całkiem nieźle. Tymczasem w obliczu nowej, rosnącej wykładniczo epidemii COVID-19, nasze jedyne narzędzia walki to:

  • izolacja,
  • monitorowanie zakażeń,
  • przeciwdziałanie im,
  • intensywna opieka nad tymi, którzy się ciężko rozchorują.

Polska wprowadziła wprawdzie dość szybko radykalne ograniczenia kontaktów społecznych, mające zmniejszyć transmisję wirusa. 20 marca wprowadzono więc stan epidemii i zamknięto m.in. szkoły - gdy oficjalnie potwierdzonych zakażeń w Polsce było ledwie 425 .

Wcześniej jednak kontrolowaliśmy jedynie transport lotniczy i to nieudolnie, a powroty Polek i Polaków do kraju (trafiają na kwarantannę) odbywały się w sposób umożliwiający transmisję wirusa. W efekcie SARS-CoV-2 miał wystarczająco dużo czasu, by dotrzeć do nas i rozsiać się po kraju.

(2) Mało testów. Nie przygotowano laboratoriów

Od początku mocno kulało i kuleje do tej pory monitorowanie zakażeń, przede wszystkim testowanie. Mimo zapewnień władz i mimo tego, że mieliśmy trochę czasu na działanie – nasz kraj okazał się całkowicie nieprzygotowany do epidemii pod względem liczby laboratoriów, personelu potrafiącego wykonywać testy, potrzebnych odczynników.

Warto przypomnieć, że gdy 2 marca zgłosił się pierwszy zakażony pacjent (już jest zdrowy) dostępne były 4 laboratoria i pobrane od niego próbki musiały jechać z Wrocławia do Warszawy.

Jak podał minister Szumowski 30 marca, "pracuje 46 laboratoriów, które wykonują testy genetyczne". Według komunikatu ministerstwa zdrowia 1 kwietnia liczba wszystkich wykonanych testów (od początku epidemii) wzrosła do 55801, ale to wciąż znacznie mniej niż w wielu krajach. W niedzielę 29 marca brytyjskie ministerstwo zdrowia podało, że wykonano tam 127 737 testów (wykrywając 19 522 przypadki), do tego dnia w Polsce zbadano trzy razy mniej próbek 42 783. Niemcy przebadali co najmniej ćwierć miliona osób.

Tuż przed publikacją tego tekstu przyszła wiadomość z Poznania, że - jak podał prezydent miasta Jacek Jaśkowiak - w szpitalu zakaźnym zostało im ledwie 120 testów na COVID-19. "Starczy na półtora dnia".

(3) Brak środków ochrony osobistej

Bardzo szybko okazało się też, że Polska ma niewielkie zapasy środków ochrony osobistej dla personelu medycznego – lekarzy, pielęgniarek, ratowników, diagnostów, salowych.

Epidemia koronawirusa ujawniła bezlitośnie w jak fatalnej kondycji jest nasz system ochrony zdrowia – skrajnie niedofinansowany, źle zarządzany, coraz bardziej podzielony na dwa konkurujące ze sobą sektory (prywatny i publiczny), no i z roku na rok coraz bardziej cierpiący na niedobór kadry.

Od początku istnienia OKO.press opisujemy ciężką chorobę – bo nie można tego nazwać niedomaganiem – tego systemu. Nie zaczęła się ona ani dziś, ani wczoraj, lecz w III rzeczpospolitej trwa od 30 lat. A teraz ciężko chory „pacjent” stanął przed gigantycznym wyzwaniem.

W opisanym przez OKO.press przypadku szpitala bródnowskiego w Warszawie "przez tydzień od pierwszego pozytywnego wyniku testu, kadra bez zabezpieczenia krążyła po innych oddziałach szpitala".

(4) Wędrujący lekarze i pielęgniarki roznoszą wirusa (skutek polityki kontraktów)

„Największą dziurą w systemie w sytuacji epidemii jest brak kadr” – twierdzi doświadczona lekarka z jednego z warszawskich szpitali. „Nie ma lekarzy, nie ma pielęgniarek. Płacimy teraz cenę za kardynalny błąd popełniony dawno temu, kiedy to zgodzono się na kontrakty”.

Wprowadzenie kontraktów oznaczało, że lekarze i pielęgniarki nie musieli się już stosować się do zapisów Kodeksu Pracy przewidującego m.in., że nie można pracować dłużej niż 48 godzin tygodniowo, a po dyżurze należy się przynajmniej 11 godzin odpoczynku. Wprowadzenie kontraktów zwalniało też pracodawców z pilnowania zasad Kodeksu.

W efekcie lekarze mogli z łatwością pracować w 2-3-4, a nawet w większej ilości miejsc i przechodzić płynnie z jednej pracy do drugiej. Poprawiło to wyraźnie ich stan materialny, ale na systemie odbiło się fatalnie.

„Sama pracowałam na kontraktach i wiem, że przyjemnie jest mieć trochę więcej pieniędzy – mówi moja rozmówczyni. - Wcześniej niemal całą swoją pensję oddawałam opiekunce do dzieci”.

Ponieważ rąk do pracy brakuje od dawna, szpitale przyjmowały wszystkich, którzy tylko chcieli pracować. Niestety, efekt tego jest taki, że

jeżeli lekarz zostanie odesłany dziś na kwarantannę albo zachoruje, nie ma go we wszystkich tych miejscach, w których pracuje w ramach kontraktu. I z tego właśnie względu coraz liczniejsze oddziały szpitalne zaczynają się zamykać. Jeszcze groźniejszą konsekwencją jest to, że zakażony personel jest coraz częściej przyczyną szpitalnych ognisk epidemicznych. Bo wędrujący lekarze i pielęgniarki przenoszą wirusa z ośrodka do ośrodka.

„Nie wiem jak to się dalej potoczy, ale takich sytuacji mamy coraz więcej – mówi lekarka. - Otwock, Rypin, Grójec, Nowe Miasto nad Pilicą, a Warszawie szpital na Bielanach, na Bródnie, na Trojdena… Wczoraj rozmawiałam z jedną z podwarszawskich placówek – nie ma kto wykonać rtg płuc, chorują radiolodzy i technicy.

„To pokazuje, jak słaby był ten system – istny kolos na glinianych nogach. Moim zdaniem lont już jest podpalony, nie wiem tylko jak daleko jeszcze jesteśmy od bomby”.

(5) Brak zakazu turystyki dyżurowej. Prośba to za mało

Inny mój rozmówca, doświadczony lekarz ze Śląska, twierdzi, że minister Łukasz Szumowski popełnił duży błąd nie zakazując „turystyki dyżurowej”, bo - jego zdaniem - bał się reakcji środowiska. Ten błąd zaważy na rozprzestrzenianiu się infekcji.

To prawda, że owa

„turystyka dyżurowa – bezpośredni rezultat polityki kontraktów – stanowi zagrożenie nie tylko dla lekarzy i pielęgniarek, ale także dla pacjentów.

Minister najwyraźniej jest świadomy obu tych zagrożeń, ponieważ 25 marca 2020 wystosował stosowny apel do pracowników ochrony zdrowia. Ton tego pisma jest pojednawczy. Nie pada w nim słowo „zakaz”, a jedynie „prośba” oraz „zalecenie”:

„Proszę, by w przypadku wykonywania pracy w kontakcie z osobami ze zdiagnozowanym zakażeniem albo z podejrzeniem zakażenia powstrzymać się od wykonywania pracy z innymi pacjentami, w innych podmiotach leczniczych czy jednostkach organizacyjnych systemu ochrony zdrowia”.

To brzmi wręcz groteskowo w porównaniu z kategorycznymi ograniczeniami dla "ludności cywilnej". Minister prosi, by potencjalnie zakażeni lekarze nie leczyli chorych w innych miejscach, gdzie pracują!

„Pracownikom, którzy nie mają bezpośredniego kontaktu z takimi grupami pacjentów, zaleca się ograniczenie liczby miejsc wykonywanej pracy”.

Z informacji jaką uzyskaliśmy w jednym z warszawskich szpitali wiemy, że jego dyrekcja konsultowała z prawnikami czy może zobligować kadrę do pracy w jednym miejscu. Okazuje się, że nie. Mogą więc – przynajmniej na razie - podobnie jak minister, co najwyżej sugerować, prosić.

„Taka prośba jest nierealna do spełnienia – twierdzi moja rozmówczyni z kadry zarządzającej jednym ze szpitali. Pytaliśmy się pielęgniarek czy zgodziłyby się na rezygnację z kontraktu. »A dlaczego tylko my? A co z lekarzami« – usłyszeliśmy w odpowiedzi. Jeśli zaproponujemy coś takiego lekarzom, odejdą i wtedy od razu możemy zamknąć szpital”.

Z pisma ministra Szumowskiego wynika jednak, że prawo w tym względzie może już wkrótce być zmienione. „Proszę o bezwzględne zastosowanie się do tych [opisanych przed chwilą] zasad ze skutkiem natychmiastowym. Jednocześnie informuję, że trwają już prace mające na celu wprowadzenie ich do systemu prawa” – w taki sposób kończy się dokument z 25 marca.

(6) Nie ma rezerw. Brakuje lekarzy i pielęgniarek, emeryci już pracują

W przypadku lekarzy pracujących na kontraktach nie można wszystkiego sprowadzać do chęci zysku.

Jeśli nagle zrezygnowaliby z pracy w innych placówkach, tam również zawali się grafik. Po prostu za mało jest rąk do pracy. Rezerw nie mamy żadnych.

Inne kraje apelowały niedawno do swoich lekarzy emerytów, by choć czasowo wrócili do pracy. U nas to niemożliwe. Nasz system zdrowia i tak do tej pory jakoś trzymał się głównie dzięki emerytom. Wielu zarządzających placówkami ochrony zdrowia drżało na długo przed koronawirusem, co będzie, gdy odejdą.

Z drugiej strony trzeba też powiedzieć, że kontrakty są w dzisiejszej sytuacji niebezpieczne dla lekarzy. „Ludzie obawiają się kwarantanny.

Idziesz na kwarantannę to w tym czasie nic nie zarabiasz. To jest dobre dla zdrowych ludzi w czasie pokoju”

– mówi moja rozmówczyni. Może szpitale zaczną znów proponować umowy o pracę, ale skąd wziąć na to pieniądze?

I znowu: sprzęt ochronny i testy, czyli wracamy do punktu (3)

Wszystko to wyglądałoby mniej groźnie, gdyby nie kluczowa sprawa, o której już była mowa. I lekarze, i pacjenci czuliby się bezpieczniej, gdyby sprzętu ochrony indywidualnej było dość.

Jeśli bowiem lekarz nawet pracuje w trzech miejscach, ale w każdym z nich czeka na niego gotowa maska, gogle, rękawiczki, kombinezon, nie powinien się zakazić, a jeśli sam jest zakażony, to nie powinien zakazić innych. A przynajmniej ryzyko zakażenia staje się minimalne.

W ten sposób wracamy do sprzętu. A także do testów.

Personel medyczny powinien mieć absolutne pierwszeństwo w dostępie do testowania.

I tak jest – ale tylko w teorii. Dochodzą do nas sygnały, że tutaj też są opóźnienia, problemy. Nie jest źle w Warsaw Genomics – 12 godz. czekania, gorzej, jeśli załatwia to stacja sanitarno-epidemiologiczna.

Dr Bartosz Fiałek, szef kujawsko-pomorskiego oddziału Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, przychyla się do zdania, że w walce z epidemią kluczowy jest dostęp do środków ochrony osobistej.

W sytuacji, gdy lekarzy i pielęgniarek mamy jak na lekarstwo, powinniśmy dbać o nich na wszelkie sposoby. Jeśli oni zaczną chorować częściej, to ani testy, ani sprzęt nas nie uratują.

A jak wyjdziemy już z tej katastrofy, trzeba wreszcie zrobić generalne porządki w systemie. Kształcić jak najszybciej nowe kadry, zacząć wreszcie przyzwoicie opłacać medyczny personel, by lekarze nie musieli tyrać na 3 posadach, a diagności laboratoryjni czy ratownicy ledwo wiązać koniec z końcem, trzeba też uporządkować relacje pomiędzy sektorem państwowym i prywatnym.

Miejmy nadzieję, że będzie jeszcze co porządkować.

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Założył tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne