0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Foto Attila KISBENEDEK / AFPFoto Attila KISBENED...

9 maja 2026 lider partii TISZA Péter Magyar został premierem Węgier. Na parlament wróciła flaga Unii Europejskiej.

„Naród węgierski dał nam historyczną szansę”, powiedział Magyar. Wezwał obywateli, żeby wyciągnęli wnioski z błędów przeszłości, obserwowali polityków, kłócili się z nimi, sprawdzali ich. Aby zaczęli ponownie jednoczyć naród.

„Rząd TISZY będzie rządem wszystkich Węgrów. Obywatel to ktoś, kto może swobodnie myśleć, prowadzić działalność gospodarczą i praktykować swoją wiarę. Będą pracować dla każdego Węgra” – obiecał nowy premier.

Przeczytaj także:

Przekonywał, że po wymierzeniu sprawiedliwości może nadejść pojednanie. Przeprosił wszystkich, którzy w ostatnich dekadach doświadczyli, że państwo nie chroni i nie szanuje swoich obywateli na równi.

Obiecał też, że Węgry nie będą już krajem, w którym nie ponosi się konsekwencji za swoje działania. „To, co zostało zabrane nielegalnie, zostanie odzyskane, to, co zostało ukryte, zostanie ujawnione, a osoby odpowiedzialne za swoje czyny poniosą odpowiedzialność” – mówił premier Magyar. Ogłosił, że jedną z pierwszych ustaw będzie ustawa o obronie narodowej i odzyskiwaniu mienia, które miało być zagrabione przez system Fideszu.

Premier Magyar skrytykował też poprzednie węgierskie elity, z prawa i lewa, za opłakany stan demokracji. Ocenił, że „to, co się stało, nie jest winą narodu węgierskiego, kraj jest zdolny do odnowy, zdrowego rozsądku i pragnienia wolności i sprawiedliwości. Naród węgierski, jak często opisują go uczeni, dziennikarze i liderzy opinii, jest o wiele bardziej demokratyczny i patriotyczny niż jego własne elity”.

Jak będzie wyglądała re-demokratyzacja Węgier?

W podkaście Drugi Rzut Oka Anna Wójcik rozmawia o tym Jakubem Jaraczewskim z berlińskiego think tanku Democracy Reporting International.

Anna Wójcik: Przez lata rozmowy o demokracji na Węgrzech sprowadzały się do tego, że jest źle, a będzie tylko gorzej. 9 maja premierem został Péter Magyar z partii TISZA, który obiecuje rozliczenie korupcyjnego systemu Viktora Orbána i naprawę demokracji. W jaki sposób może to osiągnąć?

Jakub Jaraczewski: Sytuacja, w której znalazł się Péter Magyar, jest z wielu powodów bardzo ciekawa i odmienna od sytuacji polskiej po wyborach w 2023 roku. TISZY udało się uzyskać tak dużą przewagę w parlamencie węgierskim, która otwiera drogę do bardzo szerokich reform, w tym do zmiany konstytucji.

Dzięki mechanizmom wprowadzonym za rządów Orbána zmiana węgierskiej konstytucji jest stosunkowo łatwa. Orbán chciał dość swobodnie zmieniać postanowienia uchwalonego w 2010 roku prawa podstawowego w zależności od politycznych potrzeb.

Większość kwalifikowana, którą ma TISZA, otwiera też drogę do zmiany tak zwanych ustaw kardynalnych. To szczególne ustawy w węgierskim systemie prawnym, szeroko wykorzystywane przez rząd Orbána.

Magyar znalazł się więc w sytuacji, w której – mówiąc obrazowo – niebo stoi przed nim otworem. Ograniczenia, na które natrafiają próby naprawienia demokracji i poprawy stanu praworządności w Polsce, w dużej mierze nie będą go dotyczyć.

W Polsce mamy prezydenta Karola Nawrockiego, który nie chce współpracować z rządem Donalda Tuska. Mamy pozostałości po rządach PiS w sądach i prokuraturze, osoby powołane na długie kadencje, rady mediów, których nie można łatwo rozwiązać. Te bolączki polskiego procesu przywracania demokracji i praworządności w dużej mierze nie będą dotyczyć Magyara.

Zakres problemów z demokracją na Węgrzech jest znacznie szerszy niż w Polsce. Obejmuje nie tylko sądownictwo, ale też ekosystem medialny, przeciwdziałanie korupcji, przepisy, które – jak pokazują wyroki Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej – dyskryminowały mniejszości, w tym osoby LGBT. Program TISZY w kampanii opierał się przede wszystkim na walce z korupcją i na normalizacji sytuacji Węgier w Unii Europejskiej. Czy nowy rząd rzeczywiście dokona postępowych reform, czy raczej ograniczy się do tego, co trzeba zrobić, żeby dostać unijne pieniądze?

TISZA jest partią big tent, „wielkiego namiotu”, pod którym Magyar zgromadził bardzo różnorodne osoby, które z rozmaitych powodów nie chciały już, aby Viktor Orbán utrzymał się u władzy. Byli tam wyborcy partii liberalnych i socjaldemokratycznych, którzy w poprzednich wyborach głosowali na różne partie tego nurtu w nadziei, że uda się Orbána odsunąć od władzy.

Wśród wyborców TISZY są także osoby bardziej konserwatywne. Magyar dokonał pewnej rewolucji w działaniach węgierskiej opozycji, ponieważ jako pierwszy naprawdę wyszedł poza Budapeszt i zaczął rozmawiać z konserwatywnymi wyborcami Fideszu w małych miejscowościach i na wsiach. Przyciągnął wiele z nich. One porzuciły Orbána, ale niekoniecznie swoje konserwatywne poglądy. To są często osoby sceptycznie nastawione do kwestii mniejszości seksualnych czy w ogóle do różnych mniejszości na Węgrzech, np. Romów.

Mniejszość romska paradoksalnie przez długi czas wspierała Orbána, który prowadził bardzo sprawną politykę zarządzania poparciem różnych grup. Podsycał na przykład etniczno-nacjonalistyczne sentymenty węgierskiej mniejszości w Rumunii, obiecywał jej większą integrację z Węgrami i wzmocnienie jej pozycji.

Sugerował, że wspierając Fidesz, ta mniejszość poprawia swoją sytuację w Rumunii, bo rząd w Budapeszcie będzie zabiegał o respektowanie jej praw. Dla kontrastu, za czasów zacieśniania współpracy z premierem Słowacji Robertem Ficą, Orbán zdawał się zapominać o Węgrach słowackich.

Orbánowski projekt zarządzania poparciem różnych grup społecznych zaczął się rozpadać, kiedy Magyar wyszedł do ludzi poza metropolią i zaczął mówić, że zmieni Węgry, wyeliminuje korupcję, odwróci negatywny kierunek węgierskiej gospodarki, usług publicznych i służby zdrowia. To pozwoliło mu zwyciężyć.

Jednak w tej zwycięskiej koalicji znaleźli się ludzie znacznie bardziej na prawo niż przeciętny wyborca Platformy Obywatelskiej czy Lewicy w Polsce.

Magyar musi teraz zrobić szpagat między wyborcami bardziej centrowymi, liberalnymi czy lewicowymi a wyborcami konserwatywnymi.

Wspólną osią jego przekazu było usunięcie Orbána i przerwanie 16-letniego zaklętego kręgu węgierskiej polityki, w którym wąska grupa osób – zwłaszcza rodzina i przyjaciele premiera – podporządkowała sobie państwo.

Magyara czeka duże wyzwanie. Myślę, że będzie prowadził raczej ostrożną, centroprawicową politykę i pilnował, żeby nie skręcić zbyt mocno w stronę postulatów lewicowych czy progresywnych.

Fidesz w 2010 roku uchwalił nowe prawo podstawowe Węgier. Napisane tak, żeby planowane przez Orbána zmiany instytucjonalne przeprowadzić zgodnie z prawem. Dzięki temu Fidesz legalnie obsadził kluczowe instytucje państwa, często na bardzo długie kadencje. Na przykład kadencja sędziego sądu konstytucyjnego na Węgrzech trwa 12 lat, w Polsce to 9 lat. Po wyborach Magyar zaapelował, żeby prezydent, szefowie sądu konstytucyjnego, sądu najwyższego, czy odpowiednika Naczelnej Izby Kontroli, dobrowolnie ustąpili. Co planuje rząd TISZY?

Magyar teoretycznie ma w rękach instrumenty, które mogłyby pozwolić mu na bardzo siłowe, ale formalnie zgodne z prawem rozwiązania. Publicznie wezwał szereg urzędników państwowych i ważnych postaci węgierskiego życia polityczno-prawnego do dobrowolnego ustąpienia. A jeśli tego nie zrobią, mają zostać usunięci.

Ale faktycznie, te osoby zostały powołane zgodnie z obowiązującym węgierskim prawem na bardzo długie kadencje. Gdyby Magyar wybrał wariant „wykopania drzwi” i siłowego pozbawiania funkcji prezesów sądów czy prokuratora generalnego, te osoby bardzo szybko złożą skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka albo zaczną pisać do Komisji Europejskiej, domagając się wszczęcia postępowań wobec Węgier.

Co w takiej sytuacji powiedziałby Trybunał w Strasburgu albo w Luksemburgu, gdyby został skonfrontowany z przypadkiem osoby powołanej na stanowisko zgodnie z prawem, która nie nadużywa swojej funkcji w ostentacyjny sposób, a jedynym problemem jest jej polityczna lojalność wobec poprzedniej władzy? Czy taką osobę można po prostu przedterminowo usunąć ze stanowiska? To byłoby dla Magyara bardzo ryzykowne.

To ważne zagadnienie dla prawników, ale warto pamiętać, jak długo orzekają europejskie trybunały. Mogą nie zdążyć z wydaniem orzeczeń przed końcem kadencji TISZY. To może zmienić kalkulacje polityczne. Obecna większość rządząca na Węgrzech może też uchwalić nową konstytucję lub, co powinno być szybsze, poprawki do obecnej.

Byłoby to w pewnym sensie powtórzenie polskiego modelu z lat 90. W 1989 roku odzyskaliśmy demokrację i zostaliśmy skonfrontowani z konstytucją PRL. Szybko pojawiły się szeroko idące poprawki, czyli tak zwana mała konstytucja. Funkcjonowaliśmy z nią przez kilka lat, aż wreszcie w dłuższym procesie, który włączał różne środowiska, uchwalono konstytucję z 1997 roku.

Z perspektywy czasu wydaje mi się, że był to całkiem niezły proces przejściowy. Pogodzono potrzebę szybkich zmian i dostosowania dokumentu do realiów praw człowieka, gospodarki rynkowej i nowej sytuacji politycznej z potrzebą bardziej deliberatywnego procesu.

Różne środowiska mogły się wypowiedzieć. Polska konstytucja z 1997 roku była wypadkową różnych sentymentów i potrzeb ówczesnej Polski. Oczywiście środowiska prawicowe oceniały ten proces bardzo negatywnie, bo wiele partii prawicowych znalazło się wtedy poza parlamentem. Nie przekroczyły progu wyborczego, bo były rozdrobnione. Do niedawna w przekazie Prawa i Sprawiedliwości była to istotna kwestia. Myślę, że antypatia środowiska PiS do konstytucji z 1997 roku w dużej mierze wynikała z tego, że Jarosław i Lech Kaczyńscy nie byli ważnymi uczestnikami jej uchwalania.

Wróćmy do Węgier w 2026 roku. Rozmawialiśmy o szerokich planach, nowej lub poprawionej konstytucji. Ale wyborcy będą oceniać nową władzę w znacznie krótszym terminie. Magyar szedł do wyborów z obietnicą jak najszybszego uwolnienia unijnych funduszy. Unia Europejska zablokowała Węgrom około 18 miliardów euro z funduszy spójności i KPO. Węgry straciły już bezpowrotnie ponad 2 miliardy euro z KPO, ale mają szansę uzyskać pozostałą część środków. Co musi się stać, żeby to się udało?

Zacznijmy od kontekstu. Te 18 miliardów euro może wydawać się niewielką kwotą w porównaniu ze 123 miliardami euro, które były w różny sposób zablokowane wobec Polski przez UE ze względu na naruszenia praworządności przez rząd PiS. Ale pamiętajmy o dramatycznej różnicy w wielkości gospodarek obu krajów. Gospodarka Węgier jest mniej więcej wielkości gospodarki województwa mazowieckiego, wliczając Warszawę.

Węgierska gospodarka jest w bardzo trudnym stanie. Jest słabo zdywersyfikowana, mocno oparta na przemyśle motoryzacyjnym i niemieckich inwestycjach, a przez to narażona na różnego rodzaju wstrząsy strukturalne. Dla Magyara odblokowanie unijnych środków jest więc priorytetem.

Unia Europejska ma dźwignię wobec Węgier w postaci tych 18 miliardów euro, ale Węgry też mają swoje dźwignie, z których najważniejsze było blokowanie przez Węgry 90 miliardów euro pożyczki UE dla Ukrainy. Magyar przed wyborami sygnalizował, że zgodzi się na nią. Ale Orbán na sam koniec rządów zmienił front i zgodził się odblokować te pieniądze.

Paradoksalnie dzięki Orbánowi Komisja Europejska może teraz znaleźć się w silniejszej pozycji w rozmowach z Węgrami, bo w ręku zostanie jej karta 18 miliardów euro.

Ale w odróżnieniu od sytuacji dotyczącej KPO w Polsce po wyborach w 2023 roku, na Węgrzech zegar tyka głośniej. Jeśli nic się nie zmieni, w sierpniu Węgry stracą pieniądze z KPO. Magyar będzie musiał bardzo szybko zadeklarować konkretne działania. Wszystko też musi przejść przez polityczne i prawne młyny Brukseli.

Środki z KPO i funduszy spójności dla Polski zostały odblokowane po tym, jak Polska w lutym 2024 roku dołączyła do Prokuratury Europejskiej, a minister sprawiedliwości Adam Bodnar przedstawił plan uchwalenia ustaw praworządnościowych. W instytucjach UE i europejskich stolicach wyraźna jest jednak krytyka, że unijne środki uwolniono przedwcześnie. Czy w przypadku Węgier też będzie się liczyło dobre pierwsze wrażenie i obietnice?

Zgadzam się, że Komisja Europejska popełniła błąd, odblokowując pieniądze dla Polski w oparciu o plany działania i obietnice, które zakładały jeden kluczowy warunek: że Rafał Trzaskowski wygra wybory prezydenckie. Zobaczymy, czy Komisja wyciągnie z tego lekcję wobec Węgier.

Moim zdaniem Komisja Europejska nie powinna ograniczać się do obietnic i planów przedstawianych przez węgierski rząd. Powinna pójść w kierunku mapy drogowej z kamieniami milowymi, czyli konkretnymi warunkami uwalniania kolejnych części zablokowanych pieniędzy. A warunkiem powinno być nie samo przedstawienie projektu ustawy czy złożenie jej w parlamencie, ale wejście w życie i wdrożenie konkretnych rozwiązań. To nadałoby sens unijnej koncepcji warunkowości, wiążącej przestrzeganie w państwach członkowskich praworządności i ochronę unijnego budżetu.

Ciekawe, czy będziemy mieć do czynienia z różnicowaniem oceny zmian w Polsce i na Węgrzech przez Komisję Europejską.

Pamiętajmy o kluczowej różnicy między rządami PiS a rządami Orbána. PiS był proukraiński praktycznie do końca. Tak naprawdę dopiero po przejściu do opozycji zaczął dystansować się wobec praw uchodźców z Ukrainy w Polsce czy wobec wsparcia dla Ukrainy. W latach 2022-2023 PiS był europejskim czempionem wsparcia Ukrainy i sankcji wobec Rosji.

W przypadku relacji PiS z Komisją Europejską nie istniała więc kwestia, czy Polska będzie wspierać sankcje wobec Rosji albo finansowe wsparcie dla Ukrainy. Orbán natomiast od początku grał tą kartą. Był bardziej lojalny wobec Rosji i dystansował się wobec Ukrainy.

Nie oczekuję, że Magyar będzie grał kartą ukraińską. Jasno sygnalizował, że popiera wspieranie przez UE Ukrainy i sankcje na Rosję. Ale jego rząd nie będzie wspierał przyspieszonej akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej, wysyłania na Ukrainę węgierskiej broni czy żołnierzy.

Natomiast Komisji Europejskiej zależy, żeby Węgry nie blokowały już działań wobec Rosji. To ogromna różnica, która będzie wpływała na dynamikę relacji Komisji Europejskiej z rządem Magyara.

Czy kraje Europy Środkowej będą blokować pomoc UE dla Ukrainy? Oprócz ostrożnego w tym zakresie Magyara, w Bułgarii wybory wygrała partia, która ma nazwie „progresywna”, ale jest dowodzona przez człowieka o prorosyjskich sympatiach. Na Słowacji rządzi Robert Fico, w wielu kwestiach uczeń Orbána, a w Czechach Andrej Babiš, który nie bał się grania na antyukraińskim sentymencie.

Jestem w tej sprawie ostrożnym optymistą. Wydaje mi się, że cały eurosceptyczno-prorosyjski blok środkowo-wschodnioeuropejski opierał się na Orbánie. To on był podstawą tego sojuszu. Na niego zawsze można było liczyć: że będzie prowadził twardą politykę: zawetuje, zablokuje.

Pozostali członkowie tego sojuszu nie są aż tak twardymi wojownikami. Andrej Babiš jest bardzo pragmatyczny. Myślę, że najważniejsze jest dla niego, aby pieniądze z Unii Europejskiej płynęły do Czech, zwłaszcza do tych gałęzi przemysłu, z którymi jest w jakiś sposób powiązany. Robert Fico bywa przedstawiany jako Orbán w wersji light, ale ma świadomość, że w przypadku Słowacji zbyt ostry konflikt z Unią może być jeszcze bardziej problematyczny niż dla Węgier.

Bułgaria głosowała już ósmy raz w ciągu kilku lat w wyborach parlamentarnych. Bułgarski politolog Iwan Krastew, jeden z najlepszych komentatorów bułgarskiego życia politycznego, mówił ostatnio, że Bułgaria jest zaklęta w magicznym kręgu słowa „korupcja”. To tak ogromny problem systemowy, że kolejne wybory wygrywają partie i sojusze obiecujące walkę z korupcją. Dochodzą do władzy i po roku okazuje się, że nic się nie zmienia. Co gorsza, ci, którzy wygrywali na fali sentymentu antykorupcyjnego, sami zaczynają wpadać w sidła płatnej protekcji i związków z biznesem.

Elektorat się rozczarowuje, pojawia się nowy gracz albo nowa inicjatywa, która obiecuje uzdrowić Bułgarię z korupcji – i cały cykl zaczyna się od początku. Dopóki kraj nie poradzi sobie z endemiczną korupcją, ten scenariusz będzie się powtarzał. Myślę, że istnieje duża szansa, że w ciągu dwóch lat będą tam kolejne wybory.

Na Węgrzech jednym z głównych postulatów jest rozmontowanie skorumpowanego, oligarchicznego, dynastycznego systemu Orbána. Polegał on między innymi na ustawianiu przetargów finansowanych ze środków publicznych i unijnych. Dlatego Węgry nigdy nie chciały wyjść z Unii Europejskiej – wiadomo, że osobiste fortuny członków rodziny Orbána były budowane dzięki tym pieniądzom. Czy da się rozmontować ten system?

Problem Węgier jest ogromny i systemowy. Doszło do zespolenia gospodarki z partią Fidesz i do integracji interesów wąskiego kręgu oligarchów sprzymierzonych z Orbánem. Rozplątanie tego będzie niesamowicie trudne.

W Polsce, nawet jeśli media państwowe były całkowicie upolitycznione, istniał pluralistyczny rynek mediów prywatnych. Można było liczyć, że dostarczą wiadomości z różnych perspektyw. Na Węgrzech prywatne media niesprzymierzone z Orbánem to już tylko mały wycinek, który przetrwał, a i tak był systematycznie pomniejszany. Roboty jest więc znacznie więcej.

Rozplątanie tego węzła gordyjskiego w sposób, który nie rozsadzi węgierskiej gospodarki, będzie jednym z kluczowych wyzwań dla Magyara.

Kiedy rząd Donalda Tuska rozpoczynał pracę w Polsce, miał wiele problemów związanych z pozostałościami po PiS. Ale nie było wśród nich integracji gospodarki z państwem na takim poziomie jak na Węgrzech. Oczywiście mamy spółki Skarbu Państwa, ale powiedzmy sobie szczerze: w Polsce tradycją jest, że są one łupem politycznym. To zła tradycja, ale powtarza się za każdej władzy.

Magyar deklaruje, że przetnie węzeł gordyjski: wejdzie, rozbije system, odetnie przyjaciół i rodzinę Orbána od źródeł publicznych i unijnych pieniędzy. Ale to będzie niesamowicie trudne. Będzie wymagało zmian prawnych i ogromnego balansowania ekonomicznego.

Nieprzypadkowo Magyar ogłosił, że będzie korzystał z doradców biznesowych. Ogromną rolę odegra to, jak przeprowadzić tę operację tak, żeby węgierskie fabryki nie stanęły, biznes nie znalazł się w jeszcze gorszej sytuacji, a zagraniczni inwestorzy – przede wszystkim niemiecki przemysł samochodowy – nie uznali, że wycofują się z Węgier i zamykają fabryki dające pracę całym miastom. To są wyzwania, których w Polsce w tej skali nie było.

Na Węgrzech mamy koncesjonowany kapitalizm, w którym liczyli się właściwie tylko ci, na których władza Fideszu patrzyła przychylnie. Teraz TISZA obiecuje to zmienić, wprowadzić rzeczywistą konkurencję. Ale niewykluczone, że Fidesz albo inna podobna formacja wróci do władzy za cztery lata.

Inwestorzy będą ostrożnie patrzeć na kroki Magyara. Będą sprawdzać, w jakim stopniu można liczyć, że Węgry staną się krajem bardziej przewidywalnym – takim, w którym można prowadzić interesy bez konieczności nadmiernego wkalkulowywania polityki.

Jednym ze sprytnych ruchów Orbána było szerokie wpuszczenie niemieckiego kapitału i doprowadzenie do sytuacji, w której niemieckim władzom bardzo nie na rękę był nacisk na niego. W ten sposób Orbán zapewnił sobie parasol ochronny w Berlinie i pośrednio w Brukseli.

Poważniejsze problemy Orbána ze strony Unii Europejskiej zaczęły się dopiero wtedy, kiedy złożyły się na to sytuacja na Węgrzech, sytuacja w Polsce i malejący wpływ Angeli Merkel pod koniec jej rządów. Wtedy skończyła się taryfa ulgowa.

W 2021 roku Fidesz został wyrzucony z Europejskiej Partii Ludowej. Dopiero wtedy zaczęły się realne naciski ze strony UE, wstrzymywanie środków dla Węgier i prace nad nowymi instrumentami prawnymi mającymi chronić unijne pieniądze przed skutkami deficytów praworządności.

Czasem zastanawiam się, czy gdyby PiS był trochę sprytniejszy, wpuścił niemiecki kapitał i nie poszedł tak mocno w antyniemiecką retorykę, miałby łatwiejszą pozycję w Brukseli – przynajmniej na początku. Tego się już nie dowiemy, ale to ciekawe zagadnienie.

Jak widzisz współpracę polsko-węgierską Magyara i Tuska – przynajmniej przez najbliższe półtora roku rządów koalicji 15 października?

Myślę, że decyzja Magyara, aby pierwszą podróż zagraniczną odbyć do Warszawy, jest bardzo przemyślana. Może tu zagrać na kilku rzeczach. Po pierwsze, on i Donald Tusk mają trochę podobny profil: centrowy, ale trochę w prawo; postępowy, ale jednak do pewnego stopnia konserwatywny.

Warto przypomnieć, że na Węgrzech związki partnerskie obowiązują od 2007 roku, a aborcja jest legalna od 1953 roku. Sytuacja „postępowa” i „niepostępowa” wygląda więc inaczej niż w Polsce.

To prawda. Zupełnie inna jest też rola Kościoła katolickiego i jego wpływ na społeczeństwo w Polsce i na Węgrzech.

Wracając do wizyty Magyara w Polsce: z jednej strony to podkreślenie sojuszu z naturalnym politycznym aliantem, który ma podobne spojrzenie na wiele spraw. Z drugiej strony to zagranie na polsko-węgierskiej przyjaźni, która za rządów Orbána była bardziej przyjaźnią Fideszu z PiS-em niż głęboką współpracą obu krajów.

To także pokazanie kierunku proeuropejskiego. Polska jest dziś jednym z kluczowych graczy w Unii Europejskiej, uczestnikiem coraz większej liczby istotnych europejskich formatów, takich jak grupa pięciu, do której należą Niemcy, Francja, Włochy, Wielka Brytania i Polska. Magyar może więc pokazywać: będziemy współpracować z tymi, którzy są mocno proeuropejscy i chcą budować wspólną Europę.

Trzeba jednak pamiętać o skali. Istnieją limity tego, co można osiągnąć w ramach przyjaźni polsko-węgierskiej. Przez wiele lat funkcjonowaliśmy trochę w odziedziczonej po PRL mentalności, że kraje Europy Środkowo-Wschodniej są do siebie podobne.

Tymczasem w ostatnich dekadach sytuacja bardzo się rozjechała. Polska – prawie 40 milionów ludzi, dostęp do morza, strategiczne położenie, zwłaszcza w obecnej sytuacji geopolitycznej – odjechała wielu partnerom z południa i wschodu regionu.

Oczywiście jest dużo spraw, które można wspólnie zrobić. Ale Węgry nie graniczą z Polską, a wymiana gospodarcza jest mikroskopijna w porównaniu z wymianą z Niemcami, Francją, Czechami czy Stanami Zjednoczonymi. Są więc pewne pułapy tej współpracy.

Myślę, że obie strony zdają sobie z tego sprawę. Rząd Donalda Tuska będzie zapewne próbował pokazać, że może pomóc Węgrom, dzieląc się doświadczeniem: jak radzić sobie z obecną sytuacją, jak załatwić pieniądze z Brukseli i jak poradzić sobie ze złogami poprzedniego systemu.

Polski dorobek w dziedzinie re-demokratyzacji nie jest dla mnie jednoznaczny. Czy Polska może eksportować na Węgry dobre praktyki albo lekcje z tego, co nam się nie udało w procesie odbudowy praworządności?

Tusk może na pewno doradzić Magyarowi, jak poradzić sobie z mediami publicznymi. Operacja przejęcia Telewizji Polskiej oraz Polskiego Radia i postawienie ich w stan likwidacji była skuteczna. Cokolwiek by o niej powiedzieć prawnie, jakkolwiek kręcić nosem na sposób, w jaki to zrobiono i przypominać, że celem postawienia spółki w stan likwidacji w Kodeksie spółek handlowych nie jest przejęcie nad nią kontroli bez rzeczywistej likwidacji – udało się. Sądy wpisały zmiany do rejestru. To zadziałało.

To jest doświadczenie, które Tusk może przekazać Magyarowi: szukanie różnych kruczków prawnych, interpretacji, pewna kreatywność prawna.

Druga rada byłaby taka, żeby nie ugrzęznąć tak, jak to zrobił rząd Tuska, który trochę się miota, szukając sposobu na poradzenie sobie z pozostałościami systemu zbudowanego przez PiS.

W Polsce mamy inny system instytucjonalny niż na Węgrzech, z silniejszą rolą prezydenta wybieranego w wyborach powszechnych. Prezydenta na Węgrzech wybiera parlament. Może po prostu Węgrzy nie mają się czego od nas uczyć, bo, choć mają więcej do zrobienia, to uwarunkowania są u nich bardziej sprzyjające.

Donald Tusk może poklepać Magyara po plecach i powiedzieć: nie zastanawiaj się, idź do przodu. Masz wszystko to, czego ja nie mam. Masz większość konstytucyjną, nie masz prezydenta wybranego w powszechnych wyborach, który będzie rzucał ci kłody pod nogi. Możesz osiągnąć wszystko to, czego mnie się nie udało. Zrób to.

Czy Magyara nie będzie kusiło, żeby zostawić sobie przynajmniej część mechanizmów wypracowanych przez Fidesz? Pytanie brzmi, jaki rodzaj demokracji Magyar będzie chciał wprowadzać.

Tragedią Węgrów w pewnym sensie jest to, że jeśli nie chcieli Orbána, mieli tylko jeden rozsądny wybór – abstrahując od ekstremalnej prawicy – czyli Pétera Magyara. A ten jest enigmą. Nie wiemy, co ten człowiek naprawdę reprezentuje. Nie wiemy, jak będzie rządził.

Kiedy w październiku 2023 roku w Polsce głosowały osoby, które chciały zakończyć ośmioletnią władzę PiS, miały pewien komfort. Wiedziały mniej więcej, czego można spodziewać się po Donaldzie Tusku, po PSL-u, po Włodzimierzu Czarzastym i Lewicy. Nawet w przypadku Razem, choć to młoda partia i jej politycy nie byli u władzy, można było mniej więcej wyobrazić sobie, co zrobiłby Adrian Zandberg, gdyby był premierem albo ministrem.

Na Węgrzech ludzie głosowali w ciemno. Głosowali na człowieka, który obiecał ogromną zmianę, bardzo dobrze rozegrał to medialnie, świetnie prezentował się na wiecach i przed kamerami, był elokwentny i sprytnie manewrował.

Teraz dopiero się dowiemy, kim naprawdę jest Péter Magyar. Czy jest reformatorem, który przerwie węgierski węzeł gordyjski? Czy może ugrzęźnie w tej sytuacji i nie oprze się pokusie zatrzymania przy sobie niektórych elementów systemu Orbána?

Po ogłoszeniu wyników wyborów Węgrzy wyszli na ulice z radością. Teraz pytanie, czy ta szczera nadzieja, że w ich kraju może wreszcie zawiać wiatr zmian, zostanie spełniona. Czy rozbije się o to, kim naprawdę jest Magyar, albo o to, kim chciał być, a kim stanie się, kiedy przyjdzie czas na ciężką robotę, kompromisy, zgniłe wybory i wybieranie mniejszego zła. Polityka nieuchronnie prowadzi do takich decyzji.

Niezależnie od tego, jak wielkim ktoś jest idealistą, na końcu musi podejmować wybory, z których ktoś będzie niezadowolony.

Zaciekawił Cię ten tekst? Posłuchaj podkastu Drugi Rzut Oka. W kolejnym odcinku Anna Wójcik dyskutuje z Marią Skórą o zmianie w Niemczech i rozprawia się z mitami polskiej debaty publicznej na ten temat.

Na zdjęciu Anna Wójcik
Anna Wójcik

Pisze o praworządności, demokracji, prawie praw człowieka. Prowadzi podcast OKO.press "Drugi rzut OKA na prawo". Współzałożycielka Archiwum Osiatyńskiego i Rule of Law in Poland. Doktor nauk prawnych.

Komentarze