Prawa autorskie: AFPAFP
13 listopada 2022

Małe narody Federacji Rosyjskiej drogo płacą za wojnę w Ukrainie. Czy rozsadzą Federację od środka?

Wojna w Ukrainie uruchomiła ukryte konflikty etniczne w Rosji. Czy w razie klęski doprowadzą do rozpadu Federacji Rosyjskiej na oddzielne państwa?

Putin do tej pory umiejętnie rozgrywał konflikty etniczne w Rosji. Czy teraz traci kontrolę nad republikami? Na zdjęciu: Ramzan Kadyrow, przywódca Czeczenii podczas spotkania z prezydentem Putinem.

Trudno dzisiaj przewidzieć, czy w razie przegranej wojny Federację Rosyjską czeka rozpad na kilka oddzielnych państw. Ale już dzisiaj widać, że wojna w Ukrainie uruchomiła ukryte antagonizmy i konflikty etniczne w Rosji, między kolonialną centralą, a jej satelickimi republikami, głównie z Kaukazu i Syberii, oraz między narodami FR. Ich przejawy widać w samej rosyjskiej armii. Czy ten odśrodkowy proces uruchomi kiedyś lawinę?

O konfliktach etnicznych w Federacji Rosyjskiej i ich konsekwencjach dla kraju pisze dla OKO.press Albert Jawłowski, pisarz, uczestnik badań terenowych m.in. w Buriacji, Kraju Zabajkalskim, na Ałtaju i w Jakucji.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie

W połowie października, na terenie rosyjskiej jednostki wojskowej w Biełgorodzie świeżo zmobilizowani żołnierze rosyjskiej armii wyjaśnili sobie kilka spraw, argumentując swój punkt widzenia seriami z kałasznikowów. Zgodnie z oficjalnymi danymi ministerstwa obrony, awantury nie przeżyło jedenastu poborowych, a kolejnych piętnastu zostało rannych. W początkowym komunikacie poinformowano, że strzelaninę rozpoczęli imigranci „jednej z byłych republik ZSRR”. Której? Dlaczego strzelali? O co poszło? O tym już nie wspomniano.

Palba na poligonie

Jak się okazało, jako pierwsi ogień otworzyli trzej żołnierze urodzeni w Tadżykistanie, niedawno wcieleni do rosyjskiego wojska. Podobno ochotnicy. Dwóch z nich zastrzelono na miejscu, trzeciemu udało się uciec przez dziurę w płocie.

Wyszło na jaw, że chaotyczna palba była zwieńczeniem awantury, ciągnącej się od poprzedniego dnia, a liczba ofiar może być nawet dwukrotnie wyższa od oficjalnie podanej do wiadomości. Do dziś nikt spoza koszar nie jest w stanie odpowiedzieć ze stuprocentową pewnością, co stało się dzień wcześniej.

Portal informacyjny „Astra” dotarł do jednego z żołnierzy z biełgorodzkiej jednostki, który opowiedział, że wszystko zaczęło się od rozmów na temat sensu prowadzenia wojny. Trzej żołnierze z Kaukazu – Dagestańczyk, Adygejczyk i Azer mieli dojść do wniosku, że wojna przeciw Ukrainie nie jest „naszą wojną”. Po czym zabrali się za pisanie oficjalnych podań z prośbą o zwolnienie ze służby.

Awantura o świętą wojnę

Kiedy do jednego z oficerów dotarła informacja, że jego podkomendni nie zamierzają jechać na wojnę, postanowił ustawić ich do pionu. Rankiem następnego dnia przyłapał grupkę defetystów na placu apelowym i zaczął wykrzykiwać, że wojna, na którą jadą, jest świętą wojną.

W kłótnię wdali się Tadżycy. I bezczelnie odpyskowali oficerowi, że muzułmanie znają tylko jedną świętą wojnę. Toczoną przez wyznawców Allacha przeciw niewiernym. Na co oficer miał odpowiedzieć: „Allach jest tchórzem, jeśli nie pozwala walczyć za kraj, któremu przysięgaliście”. Oficerskie bluzgi i groźby nie uciszyły żołnierskich pomruków niezadowolenia. Pyskówki zamieniły się w przepychanki. Do zbiegowiska przyłączyli się również żołnierze z Baszkirii i Tatarstanu.

Niedługo po awanturze miały odbyć się ćwiczenia strzeleckie. Obrażeni do cna Tadżycy dostali do ręki broń. I zaczęli strzelać do Rosjan. Tak wynika z relacji rozmówcy portalu „Astra”, którą powtórzyły inne rosyjskie i zagraniczne media.

Jak było naprawdę i co wydarzyło się jeszcze? Trudno powiedzieć. Armia milczy, a inni naoczni świadkowie nie zdecydowali się na rozmowę. Tak czy inaczej, problem wewnętrznych konfliktów etnicznych i religijnych w Rosji, zarówno tych realnych i potencjalnych, znów wypadł z szafy.

Obywatele drugiej kategorii

Za masakrą na biełgorodzkiej strzelnicy może kryć się coś więcej niż obrażone uczucia religijne kilku niestabilnych psychicznie fanatyków. Od razu zwrócono uwagę na szerszy kontekst, czyli długie lata traktowania imigrantów z Azji Centralnej jako ludzi gorszej kategorii, nawet tych, którym udało się uzyskać obywatelstwo rosyjskie.

Nazywanie ich czurkami, „cipookimi” albo „czarnodupcami”. Poddawanie ich systemowej przemocy ze strony policji i urzędników. Wymuszenia, nękanie haraczami, również przez współziomków. Konieczność życia z dnia na dzień, pracy na czarno bez ubezpieczeń i opieki medycznej. Wreszcie życie w immanentnym poczuciu niedowartościowania.

Im gorzej układa się sytuacja na froncie, tym więcej mówi się o wzajemnych animozjach i konfliktach etnicznych w szeregach armii. Do popularnych pogłosek o międzyresortowych konfliktach między FSB a GRU, czeczeńskich formacji Ramzana Kadyrowa, a wojskiem i FSB, czy między wojskiem i tzw. wagnerowcami, doszły przypadki konfliktów i niechęci między narodowościowymi i regionalnymi grupami.

Pod koniec października w internecie pojawił się filmik z pierwszej linii frontu, na którym widać Rosjan, bijących muzułmanina i wrzeszczących do niego, że mają dosyć jego ciągłych modłów w okopie. Coraz częściej wspominano letnią wymianę ognia na południu Ukrainy, do której miało dojść między Czeczenami i Buriatami. Publikowano oświadczenia stawropolskich Kozaków, którzy deklarowali gotowość udziału w wojnie pod warunkiem, że nie będą służyli razem Dagestańczykami.

Najsłabsi idą pierwsi

Chaotyczna „częściowa mobilizacja”, którą Władimir Putin ogłosił 21 września, dolała oliwy do ognia. W wielu regionach, zwłaszcza zamieszkanych przez rdzenną „niesłowiańską” ludność rośnie poczucie nieproporcjonalnie wysokiego eksploatowania poborowych.

Republika Ałtaj w południowej Syberii przez pierwszy miesiąc mobilizacji zachowała czyste konto. Prawie do końca października żaden nowy poborowy z tego regionu nie został zmobilizowany. Ale potem przyszło trzęsienie ziemi. W miasteczku Kosz-Agacz niedaleko granicy rosyjsko-mongolskiej, pod koniec października doszło do pierwszych, ulicznych wystąpień.

Miejscowi Kazachowie, wykorzystując dominującą pozycję w regionie, uchronili przed mobilizacją kazachskich mężczyzn kosztem Ałtajczyków, których wysłano na front zamiast nich. W całej Republice Ałtaj aktualnie żyje około dwustu tysięcy ludzi, z czego ponad połowa to etniczni Rosjanie. W pasie granicznym między Rosją, Mongolią i Kazachstanem dominują dobrze zorganizowani Kazachowie. Rdzenni Ałtajczy stanowią niewiele ponad trzydzieści procent ludności we własnej republice.

Ałtajscy aktywiści biją na alarm, ich zdaniem w tej chwili 90 proc. zmobilizowanych w regionie mężczyzn to Ałtajczycy. Co nazywają wprost „czystką etniczną” rdzennej ludności Ałtaju.

Czystką, która – dodajmy – wynika z tego, że Ałtajczycy są stosunkowo najgorzej zorganizowaną społecznością. Z związku z tym stosunkowo łatwo ich wykorzystywać. Innymi słowy – trafią na front, bo nie potrafili się przed tym obronić. Nic osobistego, po prostu okazali się słabi.

Osiem lat wojny Buriatów

Nieproporcjonalnie wysoki udział w wojnie rdzennych mniejszości Rosji zauralskiej ma odmienne powody, w zależności od specyfiki regionu.

Na Ałtajczyków mobilizacja spadła niemal jak grom z jasnego nieba. Inaczej sprawy wyglądały w większej i demograficznie silniejszej Buriacji. Żołnierze z tej, graniczącej z Mongolią, autonomicznej republiki, biorą udział w napaści na Ukrainę już od ośmiu lat. Przez ten czas stali się jednym z symboli wojny. Buriaci nadawali się idealnie do obrazu wroga. Ten północno-mongolski etnos błyskawicznie wpasował się w memiczną figurę dzikiego stepowego najeźdźcy.

Historyczne analogie same prosiły się o wykorzystanie. Warto pamiętać, że Kałka, rzeka, nad którą średniowieczne państwo kijowskie usiłowało w 1223 roku powstrzymać najazd imperium mongolskiego na Europę Wschodnią, płynie przez współczesny Donbas. I wpada do Morza Azowskiego w okolicach dzisiejszych przedmieść Mariupola. Już w 2014 roku w sieci pojawiły się nawiązujące do tego wydarzenia dziejowe egzegezy, złośliwości i memy.

Z drugiej strony trudno traktować część buriackich żołnierzy wyłącznie w kategoriach ofiar rasizmu, czy stereotypów kulturowych. Niejaki Wacha, drobny cwaniaczek z Buriacji, któremu z ust i nosa buchał dym konopnego suszu, przyjechał na Donbas z własnej woli. Nikt nie kazał mu strzelać do Ukraińców i wrzucać do sieci wygłaszanych pod wpływem kannabinolu idiotycznych tyrad o zabijaniu „banderowców” i „faszystów”. Między 2014 a 2021 rokiem wielu innych Buriatów brało udział w wojnie jako najemnicy albo kadrowi kontraktowi żołnierze, których „nie było”.

Nikt też nie zmuszał czołgisty Dorżiego Batomunkujewa, by podpisywał kontrakt z armią i dał się wysłać na Donbas jako „ochotnik”. Teoretycznie wiedział, na co się zgadza. Można mu po ludzku współczuć. Ale trudno wymagać, zwłaszcza od Ukraińców, żeby solidaryzowali się z nim, kiedy w trakcie bitwy o Debalcewe w 2015 roku trafił do szpitala z ciężko poparzoną twarzą. A jego zdjęcia przerobione na memy pofrunęły światłowodami we wszystkie strony świata.

Na granicach Chin i Mongolii

Warto jednak poszukać głębszej odpowiedzi na pytanie, dlaczego tylu Buriatów trafiło na tę wojnę. Zarówno wtedy, w pierwszych latach konfliktu. I teraz, po 24 lutego. Czy rzeczywiście Buriaci mają wojnę we krwi, a stepowe pochodzenie czyni ich szczególnie okrutnymi? Odpowiedź na te pytania oczywiście ma niewiele wspólnego z genami, przodkiem Czyngischanem czy wojowniczymi atawizmami dawnego stepowego imperium.

W Buriacji i Kraju Zabajkalskim, czyli na pograniczu Rosji, Mongolii i Chin znajduje się sporo jednostek wojskowych, zwłaszcza zmotoryzowanych i pancernych. W okresie sowieckim nadgraniczne zgrupowania miały kontrolować satelicką Mongolską Republikę Ludową i granicę z Chinami.

Infrastrukturę wojenną dodatkowo rozbudowano w okresie konfliktu chińsko-sowieckiego. Jeśli spojrzymy na mapę, to najkrótsze i najłatwiejsze drogi z ZSRR do Pekinu wiodły przez Mongolię i Mandżurię. Wojska, rozmieszczone we wschodniej Syberii i na Dalekim Wschodzie ZSRR, w razie konieczności miały uderzyć na Chiny.

Wojsko daje pracę

Dziś Buriacja jest jednym z biedniejszych regionów Rosji. Wbrew oficjalnym danym z rosstatu realna średnia pensja w republice to około 20 000 rubli, czyli mniej więcej 1 500 złotych. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że rosyjskie ceny żywności i opłat komunalnych są porównywalne z polskimi, a odzież i elektronika są nawet droższe, to mamy wstępny obraz sytuacji w regionie. W dodatku średnią zawyża stolica regionu Ułan – Ude i okolice. Niektóre rejony muszą funkcjonować w warunkach strukturalnego bezrobocia.

Tymczasem po upadku ZSRR potężne jednostki wojskowe nie rozpłynęły się niebycie. Na przełomie XX i XXI stały się jednymi z największych i najpewniejszych miejsc pracy.

Dla mieszkańców przygranicznych rejonów, wiosek i miasteczek są bodaj ostatnią szansą na w miarę stabilne życie, świadczenia socjalne i pewną, relatywnie wysoką emeryturę.

Kiedy wybuchła wojna na pełną skalę, spokojne życie, które gwarantowała praca w armii, skończyło się. Syberyjskie jednostki zaczęto przerzucać w kierunku Ukrainy jeszcze przed rozpoczęciem inwazji. Na wojnę nie wysłano tym razem poszczególnych oddziałów, czy wyłącznie tych żołnierzy, którzy wyrażali gotowość.

Pierwsze miesiące „specjalnej wojennej operacji” wywołały w Buriacji serię nieskoordynowanych, chaotycznych protestów. Duże wrażenie na regionalnej opinii publicznej zrobiła samotna akcja protestacyjna matki jednego z wziętych do niewoli buriackich żołnierzy. Zdesperowana kobieta usiłowała ubłagać władze republiki, by zainteresowały się losem jej syna. Lokalni politycy i regionalni dowódcy wojskowi zignorowali to. Wkrótce okazało się, że chłopak zmarł w niewoli wskutek odniesionych ran.

Niszowe protesty

W kwietniu spory rezonans przyniosło wystąpienie poetki i prawniczki Nadieżdy Nizowkiny. Buriacka obrończyni praw człowieka zwróciła się z bezpośrednim apelem do naczelnika republiki Aleksieja Cydenowa. Domagała się, żeby wreszcie zrobił coś, by mieszkańcy Buriacji przestali ginąć w bezsensownej i nikomu nie potrzebnej wojnie. Przy okazji stwierdziła, że Buriacja powinna mieć prawo do samookreślenia się i samodzielności, m.in. po to, żeby podobne sytuacje nie zdarzały się w przyszłości.

Cydenow oczywiście nie odniósł się do tego wystąpienia, a Nizowkina została ukarana grzywną, zamienioną na obowiązkowe „prace społeczne”. Kiedy odmówiła, została zatrzymana i ogłosiła głodówkę. Po tygodniu przetransportowano ją do szpitala. Po jakimś czasie sprawa przycichła, ale protest tej odważnej kobiety nie był samotnym głosem wołającej na puszczy.

Buriackie ruchy antywojenne są jednak stosunkowo niewielkie. Inicjatywy takie jak „Buriaci przeciwko wojnie” czy „Free Buryatia Foundation” skupiają wąskie środowiska inteligenckie. Ludzi, którzy już wcześniej próbowali rozwijać działalność pozarządową w regionie.

Sytuacja nielicznych wysp społeczeństwa obywatelskiego Buriacji i ich stopniowe zanikanie w putinowskiej Rosji to temat na osobną rozmowę. W tej chwili jakakolwiek zorganizowana oddolnie aktywność obywatelska stała się praktycznie niemożliwa. Większość działaczy antywojennych grup znalazła się poza granicami Rosji. Mimo to w dalszym ciągu starają się monitorować udział żołnierzy narodowości buriackiej w wojnie.

Propagandowy stereotyp „dzikiego Azjaty"

Zgodnie z danymi upublicznionymi przez organizację „Free Buryatia Foundation” najwięcej Buriatów na początku tego roku służyło w 5. Samodzielnej Brygadzie Pancernej z Ułan-Ude. Buriaci stanowili ponad połowę składu osobowego tej jednostki. Sporo żołnierzy narodowości buriackiej służyło w 11 brygadzie powietrznodesantowej – w sumie około 25 procent jej składu. Podobne proporcje można było zauważyć w 37. Brygadzie Zmechanizowanej z Kiachty.

Buriaci służyli również w niesławnej, dalekowschodniej 64. Brygadzie Zmechanizowanej z Kraju Chabarowskiego, która ma na koncie, mordy i gwałty dokonane na ludności cywilnej pod Kijowem, szaber i okradanie domów. W pewnym momencie zaczęto przypisywać te przestępstwa Buriatom.

Tyle, że dzięki danym ujawnionym przez „Free Buryatia Foundation”, okazało się, że w całej 64 brygadzie Buriaci nie stanowili nawet 2 procent składu.

Buriaccy społecznicy sugerowali przy tym, że zrzucanie odpowiedzialności na „dzikich Azjatów” faktycznie może okazać się na rękę rosyjskiej machinie propagandowej. W przypadku zwycięstwa, zawsze można byłby odwrócić kota ogonem i zacząć wmawiać Ukraińcom, że zbrodnie popełniali „buriaccy mongoloidzi”, a nie ich słowiańscy bracia. Rosyjscy żołnierze nie mogliby zrobić czegoś takiego, bo Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród.

Opowieści o okrucieństwach Azjatów, są więc potencjalnym zasobem fałszowania rzeczywistości, a zwłaszcza zdejmowania z Rosjan odpowiedzialności.

Przeczytaj także:

Mięso armatnie i szklany sufit

Aktywiści „Free Buryatia Foundation” zwracają również uwagę, że buriaccy żołnierze byli i w dalszym ciągu są traktowani jako mięso armatnie. Szybko zderzają się ze szklanym sufitem, a ich kariery nie sięgają wyższych stopni oficerskich.

We wspomnianej wyżej 5. Samodzielnej Brygadzie Pancernej, czyli najbardziej „buriackiej” jednostce w armii rosyjskiej, tylko 12 Buriatów służyło w stopniu średnich i niższych rangą oficerów.

Fundacja szacuje, że liczba poległych żołnierzy narodowości buriackiej w ostatnich miesiącach była relatywnie pięciokrotnie wyższa niż pozostałych. Warto przy tym wspomnieć, że dane z początku konfliktu są już nieaktualne, Większość jednostek, o których była mowa, została albo wyeliminowana fizycznie, albo ich skład, po uzupełnieniach strat, ma się nijak do stanu z 24 lutego.

Po rozpoczęciu we wrześniu „częściowej mobilizacji” podobnie jak w innych regionach, w Buriacji panuje ponure milczenie ledwo przykrywane pokazowym, patriotycznym entuzjazmem. Na ulicach Ułan-Ude nie widać protestów. Przestrzeń miasta pokrywają za to propagandowe bilbordy, gieorgijewskie pomarańczowo-czarne barwy i „zetki”. Niedawno tzw. nieznani sprawcy spalili jedną z nich na Placu Rad, w samym centrum miasta.

Buriaci nigdy nie byli skorzy do otwartych wystąpień i buntów. Ich ogólna liczba w ponad 140 – to milionowej Rosji nie sięga nawet pół miliona. W nominalnie własnej republice federacyjnej żyje ich oficjalnie około 300 tysięcy.

Ponad 60 proc. ludności Buriacji to tzw. etniczni Rosjanie. W Agińskim Okręgu Buriackim, na terenie pobliskiego Kraju Zabajkalskiego, oficjalna liczba Buriatów nieznacznie przekracza 40 tysięcy. Ogółem, włącznie z pobratymcami żyjącymi po mongolskiej i chińskiej stronie granicy oraz światową diasporą, liczba Buriatów nie przekracza 700 tysięcy.

Wierny sługa centrali

Przez około trzy i pół stulecia życia w granicach imperium rosyjskiego i ZSRR, Buriaci musieli nauczyć się, jak przetrwać w warunkach nieustannej presji kulturowej i egzystencjalnej. Dziś, w prywatnych rozmowach, albo nie ujawniają swoich opinii, albo dają wyraz frustracji. Są oczywiście i tacy, którzy demonstrują wyuczony wielkoruski szowinizm.

To, że Buriaci mało mówią i nie protestują masowo, nie zmienia faktu, że tuż pod powierzchnią obojętności buzują w nich emocje – strach, poczucie krzywdy, gniew wobec władzy i siebie nawzajem. Bodaj najwięcej krytyki pada pod adresem wspomnianego już Aleksieja Cydenowa, aktualnego naczelnika republiki.

Cydenow urodził się w Buriackim Okręgu Agińskim. Piął się wytrwale od posady konduktora pociągu na Zabajkalu, przez etat księgowego dalekowschodniego oddziału rosyjskich kolei, aż do stanowiska zastępcy dyrektora Departamentu Przemysłu i Infrastruktury. Wreszcie zasiadł w fotelu wiceministra transportu. Karierę zawdzięcza talentowi, ciężkiej pracy i bezwzględnej lojalności wobec towarzyszy z putinowskiej partii „Jedna Rosja”. W 2017 roku władze centralne usadowiły go w fotelu naczelnika Republiki Buriacja.

Ci, którzy liczyli na to, że rodowity Buriat na czele republiki zadba bardziej o losy rdzennych mieszkańców regionu, szybko się rozczarowali. Cydenow nie okazywał sentymentów. I po powrocie w rodzinne strony zachowywał się jak urzędnik metropolii, zarządzający odległą prowincją. Jeden z moich przyjaciół, pracownik ułan – udeńskiego uniwersytetu, już po ogłoszeniu mobilizacji, złorzeczył, że właśnie teraz z Cydenowa wychodzą najgorsze cechy.

– On jest gotów poświęcić wszystko dla własnej kariery. To ślepy wykonawca poleceń z Kremla – gniewnie wyrzucał z siebie – Unicestwi wszystko. Buriackich mężczyzn, kulturę i język. Zniszczy ostatki tego, co jeszcze Buriatom zostało, żeby wykazać się, że jest pożyteczny.

– Po co mamy uczyć naszą młodzież, po co wyszukiwać najbardziej utalentowanych i pomagać im w rozwoju, skoro i tak w każdej chwili mogą trafić wojnę i dać się tam zabić? – zakończył.

Zmobilizowani: dyrygent, aktorzy, kulturoznawca i artysta rzemieślnik

W październiku ułan-udeńskie rozmowy „na kuchni” kręciły się wokół osobistych tragedii mobilizowanych na siłę. Nie brakowało również publicznych skandali. Jednym z nich było wręczenie w trakcie pracy powołań do wojska całej męskiej części zespołu artystycznego Buriackiego Teatru Dramatycznego. W tym samym czasie powołanie dostał dyrygent buriackiej orkiestry tradycyjnych instrumentów Żargał Toktonowow. W ostatniej chwili udało się wyciągnąć go z wojska, dzięki interwencji i układom w republikańskim ministerstwie kultury.

Inny mój dobry znajomy, młody informatyk i kulturoznawca z tytułem doktora, nie miał tak silnej protekcji. Mimo to liczył, że może jakoś się uchowa. Po trzeciej próbie wręczenia mu powołania i najściach we własnym domu spakował plecak i uciekł do Mongolii. W Ułan – Ude zostawił żonę, córkę i trzymiesięcznego syna. No i rozpoczęty projekt badawczy, ale to mniej istotne. Najważniejsze, że żyje i z pewnością nie jest to ostatni projekt w jego życiu.

Kiedy będzie mógł wrócić? Nie wiadomo. W Dumie Państwowej kilka dni temu złożono projekt zmian w prawie karnym, wedle którego uchylający się od mobilizacji mają trafiać do więzienia na pięć lat. Jakby nie było trudno, trzeba się cieszyć, że udało mu się wyjechać.

W tym czasie, kiedy był już bezpieczny po mongolskiej stronie granicy, w Ukrainie zginął zmobilizowany na siłę Cyren Najdanow, buriacki artysta rzemieślnik, zajmujący się buddyjską sztuką sakralną. Najdanowa wzięto do wojska z dnia na dzień. W warsztacie zostawił niedokończone zamówienie: serię figur Buddy, które właśnie odlewał na zamówienie Dacanu Iwołgińskiego, centralnego kompleksu klasztornego Buriacji.

Po wyjeździe z Ułan – Ude trafił prosto na front, skąd 21 października przyszło powiadomienie o jego „bohaterskiej śmierci”. Co się z nim stało? Poległ. W jakich okolicznościach? Nie wiadomo.

Osiem lat życia w iluzji, że wojna toczy się gdzieś tam daleko i tzw. zwykłych ludzi nie dotyczy, skończyło się dla Buriacji czołowym zderzeniem z brutalną rzeczywistością. Pod tym względem Buriacja nie różni się szczególnie od pozostałych regionów Rosji.

Kaukaska trauma

Nikt trzeźwo myślący, nawet w Rosji, raczej nie traktuje serio niedawnej deklaracji ministra obrony Sergieja Szojgu o zakończeniu „częściowej mobilizacji”. Władimir Putin potwierdził, że w tej chwili mobilizacja zostaje zatrzymana, ale jednocześnie nie widzi potrzeby podpisywania dokumentów w tej sprawie. Poszczególni funkcjonariusze reżimowej propagandy przeczą sami sobie, plotąc, co im ślina przyniesie na język.

W tej chwili społeczeństwo nie zna dokładnej liczby zmobilizowanych. Pojawiają się różne szacunki w otwartych źródłach, z których wynika, że

w ciągu pierwszego miesiąca mogło zostać zmobilizowanych od dwustu do ponad trzystu tysięcy mężczyzn. W tym samym czasie z Rosji wyjechało od sześciuset tysięcy do miliona mężczyzn zagrożonych mobilizacją.

Kilkaset tysięcy nowych żołnierzy trzeba nakarmić, ubrać, zakwaterować, jakoś dowieźć do jednostek albo od razu na linię frontu. W dodatku właśnie rozpoczął się coroczny jesienny pobór, który z jednej strony gwarantuje, że nawet zatrzymanie mobilizacji nie zatrzyma napływu ludzi. Z drugiej strony może ostatecznie przeciążyć system uzupełnień, który stał się niewydolny.

Tymczasem już widać pierwsze, chaotyczne przejawy gniewu. Na razie „mobiki” piją na umór, narzekają, awanturują się z dowódcami i między sobą. Niewykluczone, że za jakiś czas dojdą do wniosku, że z karabinów można strzelać w różnych kierunkach. Nie tylko do przeciwnika na polu walki. Konsekwencje przedłużającej się wojny są trudne do przewidzenia.

Zagrożone mniejszości z Kaukazu

Jeśli wojna nie zakończy się w ciągu kilku kolejnych miesięcy, może mieć nieodwracalne skutki dla grup mniejszościowych – rdzennych narodowości Syberii i Dalekiej Północy, Uralu czy Kaukazu. Właśnie takie obawy skłoniły społeczników i obrońców praw człowieka z kaukaskiej Kabardo-Bałkarii do napisania listu otwartego z apelem o realne wstrzymanie mobilizacji w regionie.

Zgodnie z ostatnim spisem ludności w Kabardo – Bałkarii żyje w sumie niecały milion ludzi. Z czego 420 tysięcy to mężczyźni. Liczba młodych mężczyzn, w wieku między 20 a 35 wynosi zaledwie 84 tysiące. W liście skierowanym do naczelnika republiki Kazbeka Kokowa alarmowano więc, że kolejna fala mobilizacji może przynieść egzystencjalne zagrożenie dla zamieszkujących w niej małych narodów. Zwłaszcza turkijskich Bałkarów, którzy stanowią zaledwie 8 procent niewielkiej liczby jej mieszkańców.

Sygnatariusze apelu twierdzą również, że oficjalne dane przedstawione w spisie są przeszacowane, a faktyczna liczba Kabardyjczyków i Bałkarów jest znacznie mniejsza. W liście otwartym kabardo-bałkarscy aktywiści odwołali się do burzliwych dziejów Kaukazu. Przypomnieli, że rdzenna ludność tej republiki jest prześladowana, zabijana albo wypędzana z własnych domów od przeszło dwustu lat. W konsekwencji samych wojen kaukaskich w XIX wieku, zakończonych masowymi przesiedleniami i czystkami etnicznymi, liczba Kabardyjczyków i Bałkarów spadła według nich o 90 procent.

W kolejnym stuleciu kaukaskich górali nie oszczędzały wojny światowe, rewolucja, wojna domowa i polityczne represje. Rzecz dotyczy nie tylko Kabardyjczyków i Bałkarów. W podobnej sytuacji znaleźli się sąsiadujący z nimi Adygejczycy, Karaczajowie i Czerkiesi.

Autorzy listu stwierdzili wprost, że kolejnej katastrofy demograficznej ich społeczeństwa mogą już nie przetrwać.

Dagestan protestuje przeciw mobilizacji

Wysoki przyrost demograficzny, o którym często się mówi w przypadku muzułmańskich narodowości kaukaskich, jest nierównomierny. Przyrost obsługują przede wszystkim Dagestan, Czeczenia czy Inguszetia i ich diaspory. Dobra sytuacja demograficzna Dagestanu nie zmienia jednak faktu, że śmiertelność młodych mężczyzn w tej republice, od początku tego roku, wzrosła ponad dwukrotnie. Trudno tego nie łączyć z faktem, że w ostatnich miesiącach relatywnie najwięcej poległych żołnierzy pochodzi właśnie z tej republiki.

Realna skala śmierci może być jednak wyższa. Nie tylko w Dagestanie.

Naprawdę nie wiadomo, ilu ludzi zginęło na wojnie. Ministerstwo obrony ukrywa realne dane. Dodatkowo realną liczbę poległych przekłamuje się, używając kategorii tzw. zaginionych bez wieści.

Kiedy w drugiej połowie września ogłoszono „częściową mobilizację” w stolicy Dagestanu, Machaczkale, ulice zapełniły się ludźmi. Po dwóch dniach niepokojów, zatrzymań, pobić na komisariatach i wszczęciu trzydziestu spraw karnych przeciw protestującym, władze federalne w Moskwie odpuściły.

Publikowaliśmy w OKO.press wideo z protestów kobiet w Machaczkale:

[embed]https://www.youtube.com/watch?v=mAVZIs0MzVQ[/embed]

„Częściowa mobilizacja” w Dagestanie została realnie wstrzymana. Szykujące się do interwencji jednostki wojsk wewnętrznych z sąsiedniej Czeczenii, faktycznie podległe Ramzanowi Kadyrowowi, zawrócono do koszar.

Padyszach

Udział Czeczenów w wojnie to nie dający się z niczym porównać, osobny przypadek. Dotyczy to zarówno prywatnej armii satrapy Ramzana Kadyrowa i czeczeńskich ochotników walczących od 2014 roku po stronie Ukrainy. Szczegółowy opis i wyjaśnienie przyczyn tego, co się tam w tej chwili dzieje wymagałoby napisania osobnej książki. Być może wielotomowej.

Czeczenia pod rządami Kadyrowa to faktycznie udzielny, totalitarny twór w granicach Federacji Rosyjskiej. Kadyrow wymordował oponentów. Ci, którym się poszczęściło, zdążyli uciec za granicę.

Otaczający Kadyrowa pochlebcy i podporządkowane mu regionalne media prześcigają w pieszczeniu jego rozbuchanego ego. Między innymi nazywają go padyszachem. Dla wielu zewnętrznych obserwatorów stało się to powodem do kpin, podobnie jak kiczowate pałace Kadyrowa, jego złote zegarki i pistolety, bokserskie akcesoria od Louisa Vuittona czy pseudo wojskowe buty od Prady.

Inni widzą w tym wyraz jego realnych ambicji. Słowo padyszach w językach perskim i tureckim oznacza króla, cesarza. To niezależny władca, niemający nikogo ponad sobą. Kadyrow zamienił Czeczenię w obskurancką, klanowo-mafijną, islamską enklawę, którą rządzi jak jedyny pan i władca. Od wielu lat posiada uzbrojoną po zęby prywatną armię. Nakłada na ludność haracz mający się nijak do rosyjskiego systemu fiskalnego.

Kadyrow stworzył własny systemem quasi-prawny, będący mieszaniną archaicznych układów klanowo-rodowych, gangsterskich lojalności i wybiórczo stosowanych norm religijnych.

Uważa Europę za obcą i wrogą cywilizację, prawa człowieka za przesądy, przemoc wobec kobiet za kulturową normę. Prześladuje każdego, na kogo padnie podejrzenie posiadania „nietradycyjnej” orientacji seksualnej. Przy okazji bardzo dobrze dogaduje się z czarnosecinnymi ultrakonserwatystami, zbiera pochwały od Aleksandra Dugina i obłąkanych imperców z „Klubu Izborskiego”

Pod osłoną rozmaitych dotacji i nieformalnych koncesji rosyjskie państwo faktycznie opłaca jego lojalność. Kiedy Putin ogłosił „częściową mobilizację”, Kadyrow stwierdził, że Czeczenia wypełniła już swój obowiązek wobec ojczyzny z naddatkiem. Oczywiście zaraz potem zapewnił o swojej lojalności, synowskich uczuciach do prezydenta federacji i tak dalej. Ale jasno dał do zrozumienia, że to on będzie decydował, ilu Czeczenów wyśle na front i w jakim celu.

Na utrzymaniu Putina

Prywatne formacje Kadyrowa biorą udział w wojnie niemal od samego początku w 2014 roku. W Donbasie zajmowały się głównie wymuszeniami i zwykłym bandytyzmem. Ale zdarzało się im również brać udział w walkach z ukraińską armią. W 2015 roku „kadyrowcy” uczestniczyli w bitwie o Debalcewe.

W lutym 2022 prywatna armia Kadyrowa wzięła udział w inwazji, formalnie w strukturach wojsk wewnętrznych MSW. Kadyrow chytrze chroni swoich ludzi. Stara się nie tracić zbyt wielu na polu walki. Przeciw armii ukraińskiej w jego imieniu wojują m.in. najemnicy formacji „Achmat”, często niebędący Czeczenami. Kadyrow ubezpiecza się na wypadek przegranej wojny i chroni lojalne sobie jednostki Czeczenów.

Czeczeński satrapa zdaje sobie sprawę, że jego los jest uzależniony w dużym stopniu od losu samego Putina. Jeśli aktualny reżim upadnie, mogą skończyć się miliardowe wpływy do jego kiesy. Skończy się również kremlowska protekcja i ochrona lukratywnych źródeł dochodów, nielegalnych interesów i żerowania na zasobach państwa. Nie jest wielką tajemnicą, że spora część FSB i rosyjskiego wojska najchętniej pozbyłaby się go najszybciej jak to możliwe.

Przez długie lata swoich rządów otoczył się lojalnym bogacącym się dzięki niemu klanem. Pozostałym Czeczenom zgotował totalitarne piekło. Zabijał ich, okradał, upokarzał i terroryzował. Kiedy straci środki na utrzymanie prywatnej armii i całego mafijnego systemu, który stworzył, a sporą część swojego bogactwa zawdzięcza wpływom z rosyjskiego budżetu federalnego, może nie mieć wystarczająco dużo siły, żeby obronić się również przed nienawidzącymi go rodakami.

Czeczeńska bomba z opóźnionym zapłonem

Na emigracji znajduje się sporo Czeczenów, którzy nigdy nie zapomną mu krzywd i zdrad. Dla wielu z nich idea niepodległej Czeczeni jest wciąż żywa. Swoje rachunki mają z nim sąsiedni Ingusze. W Dagestanie również znalazłoby się sporo ludzi, którzy chętnie zobaczyliby jego upadek, a nawet przyłożyli do niego rękę.

Na początku XXI wieku Putin, oddając Czeczenię w ręce klanu Kadyrowów, zyskał lojalnych satrapów, terroryzujących niepokorny Kaukaz. Ale jednocześnie sam podłożył w tym regionie bombę z opóźnionym zapłonem, która może wybuchnąć w sytuacji kryzysowej. W przypadku przegranej wojny aktualny system państwowy, którego częścią jest udzielne państewko Kadyrowa, najprawdopodobniej się posypie. Dlatego Kadyrowowi może tak bardzo zależeć na zwycięstwie Rosji. Bo porażka może być również jego osobistym końcem.

Patrząc na to, co „padyszach” wyprawia w internecie, jak poucza polityków i obsobacza generałów, można by dojść do wniosku, że jest o krok od zajęcia miejsca po Putnie. Tyle że Putin wciąż żyje, a moskiewskie elity, zwłaszcza siłowe, znoszą go tylko warunkowo. W nowej rzeczywistości potęga „padyszacha” może okazać się wirtualną iluzją, a on sam ponurym memem.

Kwadratura koła

Dziś wszystko wydaje się proste. Czarne jest czarne, a białe jest białe. Trzeba Ukrainie pomagać, wspierać ją, wysyłać broń i każdą potrzebną pomoc. Wtedy Rosja przegra, Putin upadnie i wszystko się jakoś ułoży. Po zakończonej wojnie mogą jednak zacząć się schody. Strome i śliskie. A cały szereg błędów, pomyłek i porażek, który spowodował, że przed ponad trzydziestu laty Rosyjska Federacyjna Socjalistyczna Republika Radziecka nie zamieniła się w dostatnią, demokratyczną Rosyjską Federację, może zostać powtórzony.

Zamiast zajmować się wróżbami, może warto na koniec posłuchać, co mają do powiedzenia organizacje społeczne małych rdzennych narodów Rosji. I spojrzeć na problem z ich perspektywy. Oczywiście wiadomo, że jest ich mało, a w ogóle większość już dawno wyjechała za granicę. Mimo wszystko posłuchajmy, choćby z ciekawości.

Jednym z ich podstawowych postulatów jest transformacja państwa rosyjskiego w realną federację. Wbrew pozorom byłaby to fundamentalna zmiana. Bo jeśli federacyjność miałaby się stać czymś więcej niż martwym zapisem w konstytucji, którą władza od prawie dwudziestu lat podciera sobie tyłek, to Rosja musiałaby raz na zawsze wyleczyć się z imperialnego syndromu.

Żeby tak się stało, musiałby dojść do gruntownej zmiany, nie tylko na poziomie praktyk ustrojowych państwa. Ideolodzy, politycy, media, wreszcie sami ludzie musieliby przestać myśleć o swoim państwie w kategoriach ekspansji, wojen, zwycięstw, zbierania utraconych ziem, wybraństwa, „ruskiej duszy”, której umysłem nie pojmiesz. A wtedy mogłoby się okazać, że Rosja jest jednym z około dwustu innych państw na świecie, nie ma jakiejś szczególnej misji itd. Już widzę drogie Czytelniczki i Czytelnicy wasz ironiczny uśmiech. Też nie jestem optymistą.

Przykro mi, ale nie wierzę, że w najbliższym czasie z nieba zstąpi jakiś demokrata – zbawiciel. Albo wyjdzie z więzienia Aleksiej Nawalny i odmieni oblicze Ziemi. Rosyjscy demokraci są dziś słabi jak nigdy w ostatnim trzydziestoleciu. Jest ich za mało. Są podzieleni, skłóceni między sobą, w dużym stopniu skorumpowani. Nie mają dziś realnego wpływu na społeczeństwo.

Warunek: rozbrojenie i deputinizacja

W bardzo optymistycznym wariancie miejsca po Putinie nie zajmie jeszcze bardziej brutalny dyktator. Po jego upadku prywatne quasi-feudalne armie Kadyrowa czy Prigożyna pójdą w rozsypkę albo w najgorszym wypadku po jakimś czasie wykrwawią się. Tzw. poważni ludzie dojdą do wniosku, że warunkiem ich dobrego życia jest dogadanie się z tzw. Zachodem. Innymi słowy, bez poparcia siłowików, żadni demokraci nie zapanują nad powojennym chaosem. Mogą się jednak przydać. Bo tzw. poważni ludzie będą musieli znaleźć kogoś, komu da się jeszcze podać rękę.

Niewykluczone, że za jakiś czas będzie trzeba stawiać twarde warunki przyzwoitym ludziom mającym szczere chęci. Rozbrojenie powinno być warunkiem nienegocjowalnym. Bez rozbrojenia i likwidacji arsenału jądrowego żadnej stabilnej zmiany w Rosji po prostu nie będzie.

Obawiam się, że również bez czegoś analogicznego do powojennej denazyfikacji. A bez realnych zmian za jakiś czas będziemy oglądali kolejny sezon serialu o narodzie bogonoścu i jego wstawaniu z kolan. Nie będzie stabilnego pokoju. I nie powstanie realnie federacyjna, wielonarodowościowa, demokratyczna i prosperującej Rosja.

Oczywiście w ostateczności zawsze możemy wykopać rowy, postawić tysiące kilometrów murów z wieżami strzelniczymi. Jednak nie chciałbym żyć w takim świecie. I właśnie dlatego sądzę, że po skończonej wojnie, która niestety może potrwać jeszcze długo, trzeba będzie zachować siłę na to, żeby wykazać się maksymalną asertywnością.

Czy to jest możliwe? Nie wiem. Chciałbym wierzyć, że tak.

Udostępnij:

Albert Jawłowski

Adiunkt w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW, badacz terenowy, pisarz. Autor książek, m.in.: „Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów" i „Miasto biesów. Czekając na powrót cara".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne