Szachista w turbanie, poruszany trybikami, miał ograć ojca-założyciela USA Benjamina Franklina, carycę Katarzynę Wielką oraz Napoleona Bonaparte. Mechaniczną ręką kierował jednak ktoś inny…
Sztuczna Inteligencja (AI) stała się jednym z najchwytliwszych tematów naszych czasów. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że nie myśleli o niej już nasi praprzodkowie. Nawet w mitologii greckiej znaleźć możemy przykład. To Talos: wykonany ze spiżu inteligentny automat, żywy posąg, olbrzymi robot, który niczym filmowy terminator strzegł wybrzeży Krety przed piratami i nieproszonymi gośćmi, obrzucając ich głazami.
Starożytni nie dysponowali oczywiście technologią, pozwalającą stworzyć takie monstrum – w swoich konstrukcjach nie wyszli poza niewielkie machiny napędzane parą – natomiast nie brakło im wyobraźni, skłonności do filozoficznych rozważań oraz talentów naukowo-technicznych (czego najlepszym dowodem słynny mechanizm z Antkithiry). W ich wierzeniach mityczny Talos miał narodzić się w kuźni boga Hefajstosa, a energii dostarczała mu krew nieśmiertelnych bogów, zwana ichor. Pulsowała w umieszczonej wewnątrz Talosa rurze-żyle, biegnącej od karku do stopy i zapieczętowanej bolcem na kostce.
Ów człekopodobny automat obchodził Kretę trzy razy dziennie i był niemal niezniszczalny. Automat, a nawet coś więcej. „Jako ożywiona metalowa maszyna o wyglądzie mężczyzny – zdolny tak jak człowiek prowadzić złożone działania – Talos może być uznany za androida”, pisze brytyjska historyczka Adrienne Mayor w książce Bogowie i roboty. Jak ludzie starożytności wymyślili sztuczne życie.
Badaczka dodaje przy tym szczegół dotyczący Talosa i wyjątkowo współgrający z naszymi współczesnymi lękami dotyczącymi maszyn obdarzonych Sztuczną Inteligencją: „Miał jeszcze jedną umiejętność wzorowaną na ludzkiej cesze. W walce wręcz ten mechaniczny olbrzym umiał wykonać upiornie przewrotny gest powszechnie wyrażający ciepłe uczucia, mianowicie uścisk. Ponieważ jednak był w stanie rozgrzać swe spiżowe ciało do czerwoności, gdy tulił ofiary do piersi, jednocześnie żywcem je smażył”.
Inteligentny robot został zniszczony przez czarodziejkę Medeę, która wykorzystała jego dość ludzkie słabości. Według jednej wersji uśpiła Talosa napojem, rzekomo mającym mu zapewnić nieśmiertelność, a według innej – omamiła hipnotyzującymi oczami i doprowadziła do upadku. Następnie wypuściła z rury-żyły ichor i to był koniec starożytnego terminatora. W naszych realiach robotę Medei odwaliłby haker, wywołujący awarię Sztucznej Inteligencji i odcinający ją od zasilania…
Nie wszyscy dzisiaj podzielają jednak obawy dotyczące AI. Są tacy, którzy wierzą, że przyniesie nam nieporównywalnie więcej korzyści niż zagrożeń. Jeszcze inni uważają, że AI to kolejna bańka, która pryśnie, zaś macherzy stojący za boomem na akcje i przedsięwzięcia związane z tą branżą niewiele różnią się od szalbierzy.
Takich jak węgierski baron Wolfgang von Kempelen (1734-1804), który jeździł po Europie z Mechanicznym Turkiem – rzekomym szachistą-automatem, zadziwiającym swoją grą nawet koronowane głowy.
Były to czasy, w których złożonymi mechanizmami zajmowało się wielu wynalazców. Francuz Jacques de Vaucanson skonstruował m.in. flecistę, tamburynistę, a przede wszystkim bardzo realistyczną kaczkę. Nie tylko pływała, czyściła pióra, kwakała, ale też połykała podawane jej pożywienie, a nawet się... wypróżniała (choć w istocie rzeczy nie trawiła pokarmów).
Z kolei Szwajcar Pierre Jaquet-Droz od 1767 roku pracował nad uroczymi automatami przedstawiającymi piszącego chłopca, małego rysownika i dziewczynkę grającą na organach. Potrafiły wykonywać ruchy i dzieła, do których zostały zaprogramowane dzięki skomplikowanym układom zębatek, sprężyn, dźwigni i tarcz.
Humanoidalny szachista w tureckim stroju, dzieło von Kempelena z 1769 roku, wydawał się czymś jeszcze doskonalszym: reagował przecież na ruchy rywala na szachownicy. Odnosiło się wrażenie, że ta wypełniona dźwigniami drewniana kukła w turbanie, siedząca przy pełnej trybików wielkiej skrzyni z planszą na wierzchu, naprawdę myśli!
Jakim cudem? Wprawdzie w czasach Oświecenia mózg i ludzka świadomość stanowiły wciąż wielką zagadkę, lecz kto by uwierzył w myślącą machinę skonstruowaną jak zegar? Równie dobrze można byłoby podejrzewać, że w Turku mieszka jakiś duch z zaświatów. Siłę automatycznego szachisty stanowiły tajemnice konstrukcji oraz… sama chęć widzów, by widzieć w nim więcej, niż było.
Najpierw Turek zrobił furorę na dworze austriackiej cesarzowej Marii Teresy. Nakręcany wielkim kluczem humanoidalny automat zachowywał się w sposób nieprzystający do topornego mechanizmu. Najpierw elegancko się kłaniał, a potem grał agresywnie. Pierwszego rywala – austriackiego księcia – rozgromił w pół godziny. W 1781 roku w pokazie umiejętności Turka uczestniczył syn carycy Katarzyny II Paweł – przyszły władca Rosji. Najtęższe głowy, pojawiające się na dworze, nie potrafiły wytłumaczyć fenomenu automatycznego gracza.
Sam Kempelen wypowiadał się dosyć tajemniczo: nie twierdził wcale, że skonstruował myślące urządzenie, a podkreślał, że audytorium ulega pewnej iluzji. Widzi to, co chce zobaczyć: jak często bywa z rozmaitymi „bańkami”.
„Zapraszał widzów do wypróbowania zdolności urządzenia podczas partii szachów. Chętni, wśród których byli ludzie tak mądrzy jak Benjamin Franklin, przeważnie przegrywali. Przed każdym pokazem Kempelen odsuwał drzwiczki z boku skrzyni, żeby pokazać, iż znajduje się tam wyłącznie maszyneria, a przy każdym ruchu Turka słychać było odgłos jakby młynka, co miało dodatkowo upewnić obecnych, że pracuje tylko mechanizm. Tajemnica działania tego automatu stała się przedmiotem nieustannych spekulacji. Większość uważała, że wewnątrz skrzyni ukryty jest karzeł, który kontroluje ruchy maszynerii, lecz wielu było przekonanych, iż naprawdę jest to automatyczny szachista”, pisał Alex Boese, badacz z USA specjalizujący się w historii nauki, w Nieznanych archiwach mistyfikacji.
Zmęczony podróżami i skupiony na pracy nad innymi wynalazkami – na przykład na mechanicznej maszynie mówiącej – w 1790 roku Kempelen zdemontował i ukrył automat. Po śmierci konstruktora rodzina sprzedała Turka niemieckiemu konstruktorowi Johannowi Nepomukowi Maelzelowi, twórcy mechanicznego metronomu. Przedsiębiorczy Niemiec znów ruszył z szachistą w trasę.
Na liście „ofiar” znalazł się w ponoć sam Napoleon Bonaparte, rozgościwszy się w 1809 roku w wiedeńskim pałacu Schoenbrunn.
„Maelzel był jednym z naukowców wezwanych przed oblicze cesarza Francji na rozmowę o wynalazkach – także o sztucznych kończynach, które Maelzel zaprojektował dla rannych żołnierzy. Jeśli chodzi o te protezy, Napoleon był pod wrażeniem, ale jeszcze bardziej zaintrygowało go to, że Maelzel jest w posiadaniu maszyny, która potrafi grać w szachy”, pisał dziennikarz BBC Magnus Magnusson w zbiorze Słynne fałszerstwa, oszustwa i skandale.
Jeśli wierzyć wspomnieniom Louisa-Constanta Wairy, kamerdynera Bonapartego, cesarz zasiadł naprzeciwko Turka i postanowił zaskoczyć go nieprzepisowym posunięciem. „Turek skłonił się, podniósł pionek cesarza i odstawił go na miejsce. Kiedy Napoleon znowu zrobił niedozwolony ruch, Turek znów się skłonił i skonfiskował pionek. Kiedy Napoleon oszukał go po raz trzeci, Turek potrząsnął głową i strącił wszystkie pionki z szachownicy. Napoleon, według opisu Constanta, wyraził swoje najwyższe uznanie dla mechanika”, opisuje Magnusson.
Może to i prawda, skoro Turka kupił następnie pasierb Napoleona, Eugene de Beauharnais? Po kilkunastu latach odsprzedał go z powrotem Maelzelowi, lecz gwiazda automatycznego szachisty zaczęła blaknąć. Stało się to podczas amerykańskiego tournée Turka.
W czerwcu 1827 roku w efemerycznej baltimorskiej „Gazette” ukazał się artykuł z relacją chłopców, którzy podejrzeli, jak ze środka urządzenia wychodzi ukryty mężczyzna. Mało kto jednak w to uwierzył. Niektórzy sugerowali (i niewykluczone, że mieli rację), iż to sam Maelzel zlecił publikację artykułu, chcąc narobić jeszcze więcej szumu wokół Turka.
W 1836 roku humanoidalną gwiazdę wziął na warsztat Edgar Allan Poe, wówczas 27-letni dziennikarz i początkujący pisarz. Niczym rozwiązując zagadkę kryminalną, zgłębił sprawę automatycznego szachisty i wskazał w eseju Maelzel's Chess Player, że jest on w rzeczywistości sterowany przez człowieka. „Ktoś ukryty jest w pudle przez cały czas prezentacji wnętrza”, przekonywał. Zdaniem Poego podczas gry to ten ktoś podejmował decyzje i kierował przesuwaniem pionów na planszy.
Wieść się rozniosła, aczkolwiek szczegóły ujawnił dopiero kolejny właściciel Turka, amerykański lekarz neurolog Silas Weir Mitchell. Zdemontowana machina spłonęła w pożarze, więc w roku 1857 uznał, że nie ma już sensu nic ukrywać. Okazało się, że Turkiem nie kierowała ani osoba ukryta wewnątrz drewnianej kukły, ani karzeł zamknięty w skrzyni urządzenia. Otóż z powodzeniem mieścił się w tym drugim miejscu dorosły mężczyzna. Najczęściej był to jakiś wynajęty przez von Kempelena czy Maelzela szachowy arcymistrz.
„Dzięki kilku przesuwanym płytom i krzesłu na kółkach pozostawał w ukryciu, kiedy pokazywano wnętrze skrzyni. Potem kontrolował ruchy Turka za pomocą »pantografu« synchronizującego ruchy jego rąk z ruchami drewnianej kukły. Namagnesowane figury szachowe pozwalały mu zorientować się w położeniu figur nad jego głową”, tłumaczył Alex Boese.
„Szachownica na gablocie była dość cienka, co pozwalało na przymocowanie magnesów do figur, a graczom kazano stawiać dokładnie figury na polach, aby robot przypadkiem ich nie potrącił. Dzięki temu zawodnik w środku maszyny wiedział o wszystkich posunięciach. Do tego miał do dyspozycji świecę oraz małą szachownicę, na której mógł swobodnie analizować przebieg partii. Ruchy wykonywane były za pomocą lewej ręki robota, która była w pełni mechaniczna. Warto dodać, że co jakiś czas pod pretekstem konieczności »nakręcania mechanizmu« otwierano niektóre drzwiczki w celu zagwarantowania świeżego powietrza ukrytemu graczowi”, zwraca uwagę międzynarodowy mistrz szachowy Piotr An Nguyen na portalu Infoszach.pl.
Tajemnica oszustwa i wiara w umiejętności Turka przetrwały niemal sto lat. Rozwiązanie zagadki sprokurowało zaś kolejne plotki. Rozpuszczał je w 1859 roku sławny francuski iluzjonista Jean Eugene Robert-Houdin (którego nazwisko w nieco zmienionej formie przybierze później jeszcze słynniejszy amerykański magik Houdini), a za nim powtarzały periodyki prasowe, w tym londyński „The National Magazine” oraz bostoński „The Living Age”.
Francuz twierdził, jakoby podczas tournée po Rosji w 1777 roku w automacie von Kempelena ukrywał się... polski oficer Woroński (Worouski, Vorowsky), który stracił nogi w antyrosyjskim buncie. Machina była jego paszportem na Zachód, do wolności. Sęk w tym, że z Turkiem postanowiła zagrać sama caryca Katarzyna II – a gdy jej nie szło, to próbowała oszukiwać (całkiem jak Napoleon w opowieści jego kamerdynera).
Turek, a właściwie Woroński, na to nie pozwolił, co wzbudziło zarówno zainteresowanie imperatorowej, jak i podejrzliwość. Jako miłośniczka automatonów – ale też urażona władczyni – chciała odkupić machinę. Prawdopodobnie podejrzewała, że wewnątrz ukryty jest człowiek. To mogłoby zakończyć się dla Polaka tragicznie. Na szczęście von Kempelen nie uległ carycy.
Houdin dowiedział się o tym wszystkim rzekomo w roku 1844 roku od swego współpracownika, francuskiego konstruktora Aleksandra Croniera, mieszkającego w Belleville pod Paryżem. Prasa nie wnikała, dlaczego milczał kilkanaście lat – uznała po prostu, że wyjaśnienia owe są tak oryginalne, że zasługują na przytoczenie...
Anegdotę Houdina wykorzystały dwa francuskie filmy zatytułowane Le Joueur d’échecs – jeden niemy z roku 1927 oraz drugi dźwiękowy z 1938. Dziś kojarzą te obrazy już tylko najwięksi amatorzy starego kina. Opowieści iluzjonisty wzbogacono w nich o dodatkowe wątki, m.in. o wydany przez carycę rozkaz rozstrzelania androida oraz o umundurowane roboty wynalazcy, uzbrojone w karabiny z bagnetami. Możemy w tym łatwo odnaleźć nasze współczesne lęki związane z AI…
Niechybnie niejeden z nas chciałby, by Sztuczna Inteligencja także okazała się wielką mistyfikacją. Całkiem jak w przypadku startupu z Indii Builder.ai, w czasach świetności wycenianego nawet na półtora miliarda dolarów, wspieranego dziesiątkami milionów przez Amazon i Microsoft.
Firma twierdziła, że używa zaawansowanych algorytmów AI do tworzenia aplikacji mobilnych i internetowych. W czerwcu 2025 roku okazało się jednak, że to kłamstwo. Media doniosły, że większość pracy wykonywało kilkuset programistów, którzy ręcznie kodowali dane i udawali chatboty. Jakie czasy, taki Mechaniczny Turek.
Dziennikarz i autor książek. Był redaktorem naczelnym magazynu „Focus Historia”, zajmował się m.in. historycznymi śledztwami. Publikował artykuły m.in. w „Przekroju”, „Ciekawostkach historycznych” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor kryminałów retro, powieści z dreszczykiem i książek popularyzujących historię.
Dziennikarz i autor książek. Był redaktorem naczelnym magazynu „Focus Historia”, zajmował się m.in. historycznymi śledztwami. Publikował artykuły m.in. w „Przekroju”, „Ciekawostkach historycznych” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor kryminałów retro, powieści z dreszczykiem i książek popularyzujących historię.
Komentarze