0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Iga Kucharska / OKO.pressIlustracja: Iga Kuch...

Krótko i na temat: najnowsze wiadomości z Polski i ze świata

Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny

Google News

14:14 22-05-2026

Prawa autorskie: Fot . Robert Kowalewski / Agencja Wyborcza.plFot . Robert Kowalew...

Brauna znów poniosło. Sędzia wyprosił go z sali

Grzegorz Braun stanął w piątek przed warszawskim sądem, jednak rozprawa została zakłócona zachowaniem samego oskarżonego. Lider Konfederacji Korony Polskiej znieważył prokuratora, za co sędzia nakazał mu opuszczenie sali rozpraw na 30 minut.

Co się wydarzyło?

„Ten banderowski prokurator reprezentuje reżim aktualny, ukropoliński reżim. Dał popis swojej bezcelowej skłonności do manipulacji i kłamstwa. Zaprezentował się jako skrajnie stronniczy, agresywny, napastliwy”

- powiedział Grzegorz Braun podczas rozprawy przed Sądem Rejonowym Warszawa-Praga Południe, jak relacjonuje „Fakt”.

Braun w ten sposób mówił o prokuratorze Macieju Młynarczyku, który przed sądem przypomniał sposób, w jaki oskarżony odnosił się do świadków w procesie, w którym zarzuca mu się siedem czynów karalnych.

Te uwagi prokuratora sprowokowały Grzegorza Brauna do ostrych słów, a atmosfera na sali rozpraw zrobiła się gorąca.

Sędzia zareagował więc, pytając prokuratora, czy czuje się znieważony. Ten odpowiedział:

„Wysoki sądzie, mam służbową grubą skórę, a oskarżony nie jest w stanie mnie znieważyć. Natomiast zwracam uwagę na niechlujność retoryczną oskarżonego. Przekracza granice, które określają przepisy dotyczące powagi sądu” – odpowiedział prokurator.

Sędzia przychylił się do tego. Uznał, że Grzegorz Braun rzeczywiście przekroczył granice dopuszczalnej wypowiedzi i dlatego zdecydował o usunięciu Grzegorza Brauna z sali na 30 minut.

Obrona posła zaprotestowała, jednak bez skutku.

Jaki jest kontekst?

Rozprawa przed Sądem Rejonowym Warszawa-Praga Południe dotyczy sprawy, w której zebrano aż 17 wątków z lat 2023–2025. Grzegorz Braun jest oskarżony o siedem czynów karalnych.

Wśród nich pojawia się kwestia obrazy uczuć religijnych wyznawców judaizmu, znieważenia, naruszenia nietykalności cielesnej i zniszczenia mienia.

Zarzuty te łączą się z głośnymi ekscesami posła jak zgaszenie świec chanukowych w Sejmie, zniszczenie choinki w krakowskim sądzie czy przerwanie wykładu prof. Jana Grabowskiego w Niemieckim Instytucie Historycznym.

To nie jedyne problemy posła Grzegorza Brauna z prawem, z którego wyraźnie sobie kpi. Niedawno, 8 maja, Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu próbowała mu postawić zarzuty w związku z tzw. „obywatelskim zatrzymaniem” ginekolożki Gizeli Jagielskiej w szpitalu w Oleśnicy.

To był już czwarty raz, kiedy prokurator próbował odczytać Braunowi zarzuty. Poprzednio poseł a to składał wnioski o wyłączenie prowadzących śledztwo prokuratorów, a to przedstawiał usprawiedliwienie nieobecności.

8 maja w prokuraturze się stawił, ale znów się nie udało, bo podczas odczytywania zarzutów Grzegorz Braun po prostu wstał i wyszedł. Następnie złożył wniosek o przeniesienie śledztwa do innej prokuratury, bo ta – jego zdaniem – złamała zasadę domniemania niewinności.

Przeczytaj także:

12:50 22-05-2026

Prawa autorskie: Il.: Mateusz Mirys/OKO.pressIl.: Mateusz Mirys/O...

SLAPP-y znowu w Sejmie. Po ważnych poprawkach Senatu

Adam Bodnar, a z nim Senat, wprowadził do ustawy anty-SLAPP ważną poprawkę. Jeśli przepisy wejdą w życie, to autor pozwu będzie musiał wykazać przed sądem, że jego intencją nie było nakładanie knebla i uciszenie głosów krytyki. Rząd tę odpowiedzialność próbował scedować na osobę pozwaną.

Co się wydarzyło?

Senat jednogłośnie przyjął w czwartek ustawę „o szczególnych środkach ochrony w postępowaniu cywilnym osób uczestniczących w debacie publicznej”, zwaną potocznie anty-SLAPP. Ustawa ta daje bowiem sądom możliwość nałożenia grzywny na organizacje, firmy i osoby fizyczne, które sięgają po pozwy sądowe, by w ten sposób stłumić krytykę i zastraszyć dziennikarzy, aktywistów czy organizacje społeczne.

Projekt wróci teraz do Sejmu, ale z ważną zmianą. Senat przyjął bowiem poprawkę autorstwa byłego ministra sprawiedliwości i RPO Adama Bodnara, który zaproponował przerzucenie ciężaru dowodu na autora pozwu.

Jak tłumaczył Polskiej Agencji Prasowej Bodnar, chodzi o to, żeby ustalić pewien rytm działania przy przerzucaniu ciężaru dowodu. „Powód składa pozew, pozwany na to reaguje, twierdząc, że to tłumienie debaty publicznej. Wtedy powód musi wykazać, że nie ma na celu tłumienia debaty, bo zaistniały okoliczności uzasadniające pozew. Dopiero na bazie tej wymiany sąd będzie oceniał, czy pozew ma charakter SLAPP, czy nie” – objaśniał senator.

Bodnar przygotowując poprawkę wyszedł naprzeciw organizacjom społecznym, które od tygodni apelują, że rządowy projekt ustawy anty-SLAPP ma wady. Jedną z nich było właśnie obciążenie ofiary SLAPP ciężarem udowodnienia, że jej działanie było legalne – wbrew europejskim założeniom dyrektywy.

Ustawa anty-SLAPP wróci teraz do Sejmu. Kiedy zostanie uchwalona? Tego nie wiadomo, bowiem na razie nie ma jej w porządku obrad na przyszły tydzień.

Jaki jest kontekst?

Sejm uchwalił ustawę anty-SLAPP przed tygodniem, 15 maja. Ustawa ta wprowadza do polskiego porządku prawnego charakterystyczny rodzaj postępowań prawnych zmierzających do stłumienia debaty publicznych. Chodzi o sprawy inicjowane najczęściej przez wpływowe podmioty, m.in. korporacje, polityków czy instytucje publiczne, przeciwko dziennikarzom, aktywistom i organizacjom społecznym.

Ich celem nie jest udowodnienie przed sądem, że krytyka była nieadekwatna. Chodzi o rodzaj uciszenia czy zniechęcenia pozwanych do dalszych publikacji i nagłośnienia nieprawidłowości. A więc uciszenia krytyki i wywołanie „efektu mrożącego”, zniechęcającego innych do podobnych działań.

Jak wyjaśniał podczas wystąpienia w Sejmie wiceminister sprawiedliwości Arkadiusz Myrcha: „żeby zniechęcić taką osobę do krytykowania, stawiania publicznie pytań czy wątpliwości, kieruje się sprawę do sądu z wydumanym roszczeniem i zarzutem naruszenia dóbr osobistych, wciągając de facto tę osobę w wieloletni i niezwykle kosztowny spór sądowy”.

Ustawa anty-SLAPP zakłada:

  • możliwość oddalenia lub odrzucenia pozwu już na wstępnym etapie postępowania, jeśli sąd uzna go za oczywiście bezzasadny lub stanowiący nadużycie prawa procesowego;
  • wprowadzenie maksymalnie 3-miesięcznego terminu na podjęcie decyzji przez sąd w sprawach dotyczących oczywiście bezzasadnych pozwów;
  • wskazanie (otwartego) katalogu okoliczności pomagających sądom rozpoznawać, że pozew ma charakter SLAAP, m.in. wygórowane żądania finansowe, wielokrotne składanie podobnych pozwów czy działania utrudniające obronę pozwanemu;
  • możliwość zobowiązania powoda do wpłaty kaucji na poczet kosztów procesu poniesionych przez pozwanego;
  • obowiązek pokrycia pełnych kosztów postępowania przez stronę inicjującą bezzasadny proces, w tym – co do zasady – pełnych kosztów zastępstwa procesowego poniesionych przez pozwanego, tj. bez obecnie obowiązujących ograniczeń;
  • możliwość nakładania wysokich grzywien na powoda za nadużywanie postępowań sądowych – nawet do 100-krotności minimalnego wynagrodzenia;
  • możliwość zobowiązania powoda do publikacji informacji o przegranej sprawie na własny koszt;
  • szerszy udział organizacji pozarządowych, które będą mogły wspierać pozwanych i przedstawiać sądowi informacje i opinie w sprawach dotyczących wolności debaty publicznej.

Polska ma obowiązek uchwalić przepisy anty-SLAPP. Rząd jest już z tymi zapisami spóźniony – czas na wprowadzenie w polski porządek prawny stosownych przepisów minął 7 maja. Rządowy projekt wychodzi jednak poza minimum wymagane przez Unię Europejską – i daje szansę na realne dostosowanie zapisów do polskich realiów.

Przeczytaj więcej w OKO.press:

Przeczytaj także:

09:58 22-05-2026

Prawa autorskie: Fot . Kuba Atys / Agencja GazetaFot . Kuba Atys / Ag...

Gwałt na 9-latce. Syn Jacka Kurskiego przed sądem

W piątek 22 maja rozpoczyna się proces Antoniego Zdzisława K., syna Jacka Kurskiego, byłego prezesa TVP. Zarzut to zgwałcenie dziewięcioletniej dziewczynki, córki znajomych rodziny. Proces rozpoczyna się dopiero po ponad dziesięciu latach

Co się wydarzyło?

W piątek przed Sądem Rejonowym w Kwidzynie ma ruszyć proces 35-letniego Antoniego Zdzisława K. Syn byłego szefa TVP Jacka Kurskiego oskarżony jest o zgwałcenie dziewięcioletniej Magdaleny. Miało dojść do tego już kilkanaście lat temu, dziś Magdalena jest już pełnoletnia.

Matka dziewczynki zawiadomiła prokuraturę w Kwidzynie już w 2015 roku, jednak śledztwo przez lata umarzano.

Rodzice Magdaleny i małżeństwo Kurskich znali się od lat, wspólnie spędzali wakacje, m.in. w leśniczówce w woj. pomorskim, gdzie miało dojść do przestępstwa.

Antoniemu Zdzisławowi K. grozi od dwóch do 12 lat więzienia. Nie przyznaje się on do winy, a działania prokuratury nazywa „atakiem na polską prawicę i rodzinę”.

„Ja nic nie zrobiłem, a atak jest wymierzony w mojego ojca, który jest odważnym politykiem prawicy. Dołożę wszelkich starań, by prawda wyszła na jaw”

- powiedział Antoni Zdzisław K. w rozmowie z TVN24.

Akt oskarżenia wpłynął do Sądu Rejonowego w Kwidzynie w grudniu 2025 roku. Rozpoczęcie procesu jednak się przeciągało, ponieważ Sąd Rejonowy chciał przekazać sprawę do Gdańska. Formalnie z uwagi na to, że choć do przestępstwa miało dojść w miejscu odpowiadającym rejonowi Kwidzyna, to jednak większość osób występujących w sprawie mieszka w Gdańsku.

Nieoficjalny powód, który podaje TVN24, jest taki, że w małym sądzie istnieje większa obawa, że po powrocie do władzy prawicy, osoby odpowiedzialne za skazanie syna Jacka Kurskiego zostaną za to ukarane, a ich kariera zniszczona.

Jednak wniosek o przeniesienie sprawy z Kwidzyna do Gdańska został odrzucony.

Jaki jest kontekst?

Proces syna Jacka Kurskiego rusza dopiero po ponad dziesięciu latach, ponieważ zawiadomienie matki dziewczynki nałożyło się na okres, gdy władzę w Polsce przejęła Zjednoczona Prawica. Kurski został prezesem TVP, a władzę w prokuraturze objął jego kolega Zbigniew Ziobro.

Po złożeniu zawiadomienia postępowanie natychmiast przeniesiono wyżej – do Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, gdzie sprawę umożono i to dwukrotnie. Naciskać w tej sprawie miała wielokrotnie sama szefowa tej prokuratury Teresa Rutkowska-Szmydyńska.

Śledztwo ponownie wszczęto dopiero w 2023 roku, kiedy doszło w Polsce do zmiany władzy. Na wniosek pełnomocnika Magdaleny prokurator regionalny w Gdańsku przeprowadził kontrolę tamtego postępowania sprzed lat i uznał, że dwie prokuratorki zajmujące się sprawą za czasów Zbigniewa Ziobry, popełniły uchybienia należące do "kategorii najpoważniejszych przestępstw”.

Wydział Spraw Wewnętrznych Prokuratury Krajowej zajął się kwestią tego, czy prokuratorki przekroczyły uprawnienia, a jednocześnie Antoniemu K. szybko postawiono zarzuty.

Przeczytaj także:

08:09 22-05-2026

Prawa autorskie: Fot. Konrad Kozlowski / Agencja Wyborcza.plFot. Konrad Kozlowsk...

Odwołają czy nie? Ważą się losy prezydenta Krakowa

W najbliższą niedzielę, 24 maja, krakowianie zdecydują o tym, czy w toku referendum odwołają prezydenta Aleksandra Miszalskiego oraz całą radę miasta. Młody, postępowy, bez afer na koncie. Czym naraził się mieszkańcom polityk, który miastem rządzi raptem pół kadencji?

Co się wydarzyło?

„Jako honorowa obywatelka zwrócę się do wszystkich Krakowian z wielką prośbą: nie idźcie na to referendum. Mówiąc językiem młodzieżowym: olejcie to” – mówiła podczas czwartkowej (21 maja) nadzwyczajnej sesji Rady Miasta Krakowa prof. Krystyna Zachwatowicz-Wajda, odbierając tytuł Honorowej Obywatelki Krakowa.

Pytanie: iść czy nie iść na niedzielne referendum, zdaje się najważniejszym elementem dyskusji toczącej się dziś w stolicy Małopolski. 24 maja odbędzie się tam historyczne głosowanie, w którym mieszkańcy zdecydują o tym, czy odwołać prezydenta miasta i całą radę miasta, czy też pozwolić im dokończyć kadencję.

Już dziś, bez względu na ostateczny wynik referendum, sam fakt jego zorganizowania jest żółtą kartką wystawioną prezydentowi przez mieszkańców. Jacek Majchrowski, który rządził Krakowem przeszło dwie dekady, nigdy nie doczekał się takiej formy sprawdzianu. Aleksander Miszalski, szef Koalicji Obywatelskiej w Małopolsce, były poseł i samorządowiec, miastem rządzi zaledwie dwa lata. I już popadł w polityczne tarapaty.

Aleksander Miszalski. Czym naraził się krakowianom?

44-letni polityk rozpoczął swoją prezydenturę w Krakowie w iście wielkomiejskim stylu. Zarówno na swoje zaprzysiężenie, jak i pierwsze spotkania z dziennikarzami przyjechał na rowerze. Jego pierwszą decyzją była sprzedaż prezydenckiego lexusa oraz deklaracja, że stanie na czele Marszu Równości – jako pierwszy prezydent w historii miasta.

„Kraków będzie otwarty, transparentny, przejrzysty, uczciwy. Na takie miasto zasługują mieszkańcy” – deklarował Aleksander Miszalski. A potem zaczęły się schody.

Kraków jest dziś niechlubnym liderem w rankingu najbardziej zadłużonych miast Polski. Miasto tonie w długach; na tyle, że średnio na każdego mieszkańca miasta przypada nawet 10 tysięcy złotych dziury.

Prezydent ową dziurę w budżecie próbował łatać podwyżkami cen biletów komunikacji miejskiej (dziś najtańszy, 20-minutowy bilet normalny kosztuje 4 złote, bilet godzinny to wydatek 6 złotych), rozciągnięciem strefy płatnego parkowania i objęcia nią nawet weekendów, do godziny 22. Oliwy do ognia dolało jednak wprowadzenie w mieście Strefy Czystego Transportu, zabraniającej poruszania się po mieście najstarszym dieslom; chyba że opłacą wjazd do miasta.

Choć miesięczna opłata za wjazd do Krakowa nieekologicznych samochodów wynosi sto złotych miesięcznie – i zupełnie nie dotyczy mieszkańców miasta, spotkała się z ogromnym społecznym sprzeciwem, podgrzewanym przez Ruch Narodowy oraz inne prawicowe organizacje, kojarzone wcześniej z ruchami antyszczepionkowymi, ultrakonserwatywnymi i antyukraińskimi. To właśnie SCT stała się punktem wyjścia do organizacji referendum. Jak pisaliśmy w OKO.press: „Przeciwnicy SCT stworzyli w Krakowie efekt chaosu, nad którym gabinet prezydenta nie był w stanie zapanować. Pod osłoną nocy niszczono znaki informujące o wjeździe do strefy, a zdjęcia wrzucano do sieci. Pojawiła się dezinformacja, narracja o oblężonym Krakowie, mieście ekskluzywnym, dla bogatych (czyt. z drogimi, ekologicznymi samochodami), czego symbolem miał być upadek lub co najmniej poważne trudności mikroprzedsiębiorstw”.

Przeczytaj także:

„Nie mam wątpliwości, że Aleksander Miszalski obrywa za Jacka Majchrowskiego” – wskazywał w rozmowie z OKO.press socjolog i komentator polityczny, prof. Jarosław Flis. Z twarzą prezydenta Krakowa zlepiło się jednak także niechlubne określenie dotyczące zarażenia miasta „epidemią kolesiostwa”.

Polityk KO, w tiktokowym filmiku opublikowanym tuż po rozpoczęciu prezydentury symbolicznie wietrzył krakowski magistrat z cygar poprzednika, dokonywał odważnych cięć personalnych (jak np. zwolnienie oskarżanej o mobbing bliskiej współpracownicy Jacka Majchrowskiej Marii Anny Potockiej). A chwilę później upartyjnił urząd i zatrudnił na wysokich stanowiskach w miejskich spółkach oraz w magistracie polityków związanych z partią Donalda Tuska. To właśnie za owe „kolesiostwo” i spłatę partyjnych długów Aleksander Miszalski może teraz zapłacić swoim stołkiem. Miszalskiemu wytyka się też styl prezydentury, tiktokowe filmy, które zdaniem krytyków nie przystoją urzędowi takiej rangi czy nagrania z prywatnych spotkań, na których widać prezydenta będącego pod wpływem alkoholu.

Oficjalnie za referendum swoi grupa wzburzonych mieszkańców. Ta jednak jest silnie dotowana i wspierana tak przez Prawo i Sprawiedliwość, Konfederację i mniejsze ultraprawicowe ugrupowania, jak i Łukasza Gibałę, który od lat bezskutecznie stara się o urząd prezydenta Krakowa. Dziś w mieście trwa walka o każdy głos „za” pójściem na wybory lub zostaniem w domu. Kraków został zalany banerami, plakatami i ulotkami wzywającymi do pójścia na wybory. Walka, po obu stronach, trwa też w sieci.

A co na to mieszkańcy? Ostatni sondaż SW Research dla magazynu „Wprost” wskazuje, że największa grupa ankietowanych – aż 44,2 procent – mówi, że nie wie, co zrobi w niedzielę i czy chce, czy nie chce odwołania prezydenta.

Jaki jest kontekst?

Aby niedzielne referendum w Krakowie było ważne, udział w nim musi wziąć co najmniej 3/5 liczby wyborców, którzy dwa lata temu wybierali prezydenta i radę miasta. Oznacza to, że przynajmniej 158 555 mieszkańców musi w niedzielę 24 maja oddać głos. W przypadku rady miasta prób ten wynosi 179 792 głosy. Aby wziąć udział w głosowaniu, trzeba być ujętym w stałym obwodzie głosowania na terenie Krakowa.

Lokale wyborcze będą otwarte od godziny 7 do 21. Adres swojej komisji wyborczej można sprawdzić np. w usłudze mObywatel.

Niedzielne referendum ma podwójne znaczenie. Nie tylko przesądzi o ewentualnej zmianie włodarza Krakowa, ale – w przypadku powodzenia – może rozpocząć falę referendów w całym kraju. „Odwołanie Miszalskiego w Krakowie może pociągnąć za sobą całą serię referendalnych wyborów” – pisał poseł PiS Ryszard Terlecki. W podobnym tonie wypowiada się Konrad Berkowicz z Konfederacji: „Po Krakowie to samo robimy z Platformą w całej Polsce” – pisał prawicowy polityk.

Do walki o Kraków niechętnie garnie się centrala partii, która usilnie stara się utrzymać temat referendum w narracji o lokalnym problemie. Sam prezydent Aleksander Miszalski odmawia wywiadów ogólnopolskim portalom, m.in. OKO.press, czas poświęcając głównie na spotkania z mieszkańcami. Tylko w maju w ramach „Ławeczek Dialogu” odwiedził 10 rejonów miasta, odwiedził nawet działkowców.

„Jeśli do referendum by nie doszło, pan prezydent może odetchnąć z ulgą. Dokończy prezydenturę, ale trudno sobie wyobrazić, by druga połowa jego kadencji była odważna. Spodziewam się niestety bardzo ostrożnej, może nawet populistycznej polityki, obliczonej na niewywoływanie większych emocji wśród mieszkańców” – oceniał w rozmowie z OKO.press politolog prof. Marek Bankowicz z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

A prof. Jarosław Flis wskazywał, że choć walkę o Kraków może przegrać Miszalski, to spokojna może być Koalicja Obywatelska jako taka. „Organizacja referendum jest stosunkowo łatwa, bo nietrudno jest skrzyknąć ludzi przeciwko jednej osobie i to tej, która rządzi miastem. Trudniej tylko pójść dalej i wygrać wybory. Choćby dlatego, że graczy jest więcej, a ich interesy i polityczne postulaty zaczynają być ze sobą sprzeczne.Nawet, jeśli krakowskie referendum okazałoby się skuteczne [...] wcale nie jest powiedziane, że mieszkańcy w wyborach prezydenckich znów nie wskażą kandydata lub kandydatki z Koalicji Obywatelskiej” – komentuje prof. Flis.

Przeczytaj więcej w OKO.press:

Przeczytaj także:

05:32 22-05-2026

Prawa autorskie: Foto Chris Jackson/ Getty Images via AFPFoto Chris Jackson/ ...

Trump: USA wyślą do Polski 5 tys. żołnierzy. I już nikt nic nie rozumie

Prezydent Donald Trump ogłasza: USA wyślą do Polski 5 tysięcy dodatkowych żołnierzy. Ale uwaga: nie wiadomo, czy chodzi o przywrócenie wstrzymanej, tudzież opóźnionej rotacji pancernej brygady bojowej z Teksasu, czy o wysłanie dodatkowo 5 tysięcy żołnierzy.

Co się wydarzyło?

„W związku z sukcesem wyborczym obecnego prezydenta Polski Karola Nawrockiego, którego z dumą poparłem, oraz naszymi relacjami z nim, z przyjemnością ogłaszam, że Stany Zjednoczone wyślą do Polski kolejnych 5000 żołnierzy” – ogłosił prezydent USA w czwartek 21 maja na Truth Social.

Ale uwaga – to niewiele wyjaśnia: nie wiadomo bowiem, czy chodzi o przywrócenie wstrzymanej, tudzież opóźnionej rotacji pancernej brygady bojowej z Teksasu (o której wstrzymaniu, a następnie jednak opóźnieniu informował generał Alexus G. Grynkevich, naczelny dowódca połączonych sił NATO w Europie oraz sił USA w Europie, a potem wiceprezydent J.D. Vance), czy o wysłanie dodatkowo 5 tysięcy żołnierzy.

Gdyby prawdziwy okazał się drugi scenariusz, oznaczałoby to, że tymczasowo amerykańska obecność wojskowa w Polsce zwiększyłaby się do 15 tysięcy żołnierzy.

Lakoniczny wpis Donalda Trumpa na Truth Social nie wyjaśnia sprawy. Trump podkreśla w nim jednak, że ta decyzja to zasługa prezydenta Karola Nawrockiego, co prawdopodobnie ma jednocześnie oznaczać, że to nie sukces rządu. W ostatnich dniach bowiem z misją w Waszyngtonie przebywali dwaj wiceministrowie obrony narodowej – Cezary Tomczyk oraz Paweł Zalewski, którzy również ogłaszali sukces swoich spotkań. O nich Trump jednak nie wspomina.

Na ogłoszenie Trumpa odpowiedział Karol Nawrocki:

„Stoję na straży sojuszu polsko-amerykańskiego i będę to robił nadal – jest to fundamentalny filar bezpieczeństwa każdego polskiego domu i całej Europy. Dobre sojusze to takie, które opierają się na współpracy, wzajemnym szacunku i zaangażowaniu na rzecz naszego wspólnego bezpieczeństwa. Dziękuję prezydentowi Stanów Zjednoczonych Donaldowi J. Trumpowi za jego przyjaźń wobec Polski oraz za decyzje, których praktyczne znaczenie widzimy dziś bardzo wyraźnie. Bezpieczeństwo Polski i Polaków jest dla mnie sprawą najwyższej wagi!” – napisał Nawrocki.

Wszystko dzięki prezydentowi?

Ludzie prezydenta Nawrockiego podkreślają w mediach społecznościowych wyłączne zasługi dobrych relacji Karola Nawrockiego z prezydentem Donaldem Trumpem jako powód owego sukcesu – jeśli faktycznie okaże się to sukcesem. Wciąż jeszcze niewykluczone, że Trump ogłosił wysłanie do Polski 5 tysięcy żołnierzy, których wysłanie było już dawno zaplanowane.

Bartosz Grodecki, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego napisał w mediach społecznościowych:

„Decyzja @realDonaldTrump [prezydenta Donalda Trumpa – red.] to ogromny sukces Prezydenta @NawrockiKN [prezydenta Karola Nawrockiego – red.] i efekt konsekwentnego budowania relacji transatlantyckich. Podczas środowej rozmowy z Podsekretarzem ds. Polityki w Departamencie Wojny @ElbridgeColby [Elbrigdem Colbym – red.] otrzymałem informację, że kwestia wzmocnienia obecności sił USA w Polsce zostanie szybko rozstrzygnięta z korzyścią dla Polski i naszego sojuszu. O takich sprawach rozmawia się jednak w ciszy. Zwiększenie kontyngentu sił zbrojnych USA to doskonała wiadomość dla Polski, wzmacniająca nasze bezpieczeństwo i potwierdzająca siłę oraz trwałość sojuszu polsko-amerykańskiego” – ogłosił Grodecki.

Marcin Przydacz, szef Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta podkreślił, że „bezpieczeństwo Polski opiera się na sile własnej, ale także na dobrej współpracy sojuszniczej. Dziś po raz kolejny przekonujemy się, że spokojna praca dyplomatyczna i konsekwentne budowanie relacji przynosi efekty”, a „za tę dobrą decyzję podziękowania należą się prezydentom Polski i USA”. „To ich doskonała relacja przynosi dziś spokój i bezpieczeństwo” – napisał Przydacz.

Zupełnie inaczej wygląda komunikacja rządu na ten temat. Politycy koalicji rządzącej podkreślają, że ta decyzja to sukces obu ekip i ich współpracy.

Ta sytuacja pokazuje jednak coś bardzo ważnego.

Prezydent Donald Trump i jego administracja rozgrywają ważne tematy związane z funkcjonowaniem NATO tak, by promować politycznie obóz MAGA.

Pytanie, czy całe to kilkudniowe zamieszanie, które zaczęło się od przecieków medialnych w sprawie wstrzymania rotacji pancernej brygady bojowej do Polski, następnie potwierdzenia tego faktu przez naczelnego dowódcę sił sojuszniczych w Europie, a następnie sprostowania tego przez wiceprezydenta J.D. Vance'a i Pentagon, nie służyło właśnie temu, by ostatecznie można było ogłosić sukces współpracy w ramach obozu MAGA.

Jaki jest kontekst?

Administracja Donalda Trumpa dokonuje „dostosowania” swojej obecności wojskowej w Europie. Proces jest jednak komunikowany w taki sposób, że więcej nie wiadomo, niż wiadomo.

Generał Alexus G. Grynkewich, naczelny dowódca sił sojuszniczych NATO w Europie i dowódca sił USA w Europie, przekazywał we wtorek 19 maja, że USA zamierzają wycofać z Europy w najbliższym czasie w sumie 5 tysięcy żołnierzy, i że dotyczy to właśnie wstrzymania planowanej rotacji pancernej brygady bojowej do Polski.

Grynkevich mówił też, że to nie koniec zmniejszania sił amerykańskich w Europie:

„W miarę jak sojusznicy będą rozwijać swoje zdolności, Stany Zjednoczone mogą wycofywać część własnych sił i wykorzystywać je do innych globalnych priorytetów. Należy się więc spodziewać, że z czasem nastąpi kolejne przegrupowanie sił amerykańskich” – mówił Grynkewich.

Tego samego dnia Pentagon informował, że USA planują zmniejszyć z 4 do 3 liczbę brygad bojowych stacjonujących w Europie i że nie chodzi o brygadę pancerną, która ma być relokowana do Polski. J.D. Vance informował, że to tylko „opóźnienie”.

Poza tym w środę 20 maja agencja Reuters informowała, powołując się na trzy źródła w amerykańskiej administracji, że USA zmniejszają siły wojskowe, które będą dostępne dla NATO w ramach tzw. modelu sił NATO (z ang. NATO Force Model), czyli do dyspozycji w sytuacji kryzysu, np. ataku na któreś z państw NATO.

Model sił NATO to ramy organizacyjne udostępniania Sojuszowi sił krajowych. Daje on przywódcom politycznym i wojskowym NATO wiedzę o tym, jakie siły krajowe mogą być udostępnione dla Sojuszu w czasie pokoju, kryzysu i konfliktu w celu wsparcia trzech podstawowych zadań NATO: odstraszania i obrony, zapobiegania kryzysom i zarządzania nimi oraz obrony zbiorowej. Opiera się on na trójstopniowym systemie gotowości. Tu znowu, nie wiadomo, czy chodzi tylko o te siły, które mają zostać wycofane z Europy, czy o kolejne jednostki.

Informacje w tej sprawie mają zostać przekazane sojusznikom jeszcze w tym tygodniu. W czwartek i piątek (21 i 22 maja) w Szwecji odbywa się spotkanie ministrów spraw zagranicznych państw NATO.

Przeczytaj także: