Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
W nocy 27 maja Siły Obronne Ukrainy przeprowadziły kilka ataków na terytorium Rosji oraz anektowanym Krymie. Ministerstwo Obrony Rosji poinformowało, że w ciągu nocy zestrzelono 140 ukraińskich bezzałogowych statków powietrznych.
O ataku na wojskowe lotnisko „Baltimore” poinformował kanał Astra na Telegramie. Rankiem 27 maja mieszkańcy Woroneża zgłaszali wybuchy i unoszący się nad miastem dym.
„Wczesnym rankiem służby dyżurne obrony przeciwlotniczej wykryły i zniszczyły w przestrzeni powietrznej nad Woroneżem dwa szybkie cele. Według wstępnych informacji nie ma ofiar. Spadające odłamki uszkodziły budynek warsztatu oponiarskiego oraz barak roboczy” – napisał gubernator obwodu woroneskiego Aleksandr Gusiew.
„Militarnyj”, powołując się na kanał na Telegramie AMK Mapping, który przeanalizował dostępne materiały i ustalił lokalizację uderzenia, pisze, że „istnieje przypuszczenie, że atak przeprowadzono przy użyciu lotniczych pocisków manewrujących Storm Shadow”.
„Baltimore” – to lotnisko wojskowe w dzielnicy Radzieckiej w Woroneżu. W bazie stacjonuje 47. pułk lotnictwa bombowego 105. mieszanej dywizji lotniczej. Od 24 lutego 2022 r. lotnisko to jest regularnie wykorzystywane przez Siły Powietrzne Federacji Rosyjskiej do przeprowadzania nalotów na terytorium Ukrainy. Baza ta stanowi główne miejsce stacjonowania rosyjskich myśliwców bombowych Su-34, które regularnie atakują Ukrainę.
Oprócz tego w mediach społecznościowych o wybuchach informowali mieszkańcy Taganrogu, w obwodzie rostowskim. Burmistrz Taganrogu Swietłana Kambulowa w mediach społecznościowych napisała, że podczas odpierania ataku zniszczono rakietę. Dodała, że w wyniku ataku zostało rannych dwóch Rosjan.
„Proszę, nie dajcie się ogarnąć panice i zachowajcie spokój!” – apelowała Kambułowa do mieszkańców.
Jak pisze „Militarnyj”, pod atakiem miał być 325. zakład remontu samolotów. W związku z pełną inwazją Rosji na Ukrainę zakład objęty jest sankcjami wszystkich krajów Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych oraz Ukrainy. Wcześniej zakład ten był pod atakiem w grudniu 2024 roku.
W pobliżu znajduje się również 352. zakład lotniczy. Nie wiadomo na razie, czy zakłady zostały uszkodzone.
Astra też informuje, że po raz piąty tej wiosny atakem została dotknięta rafineria w Tuapse w Kraju Krasnodarskim – jedna z eksplozji tej nocy miała miejsce w okolicy zakładu. Nie wiadomo, czy ucierpiała sama rafineria.
Pierwszy atak na park zbiorników w Tuapse miał miejsce 16 kwietnia, drugi – 20 kwietnia. Jak donosiły kanały na Telegramie, po ataku dronów na akwatorze Morza Czarnego pojawiła się plama ropy o powierzchni sięgającej 10 tysięcy metrów kwadratowych, a z nieba spadały „ropne deszcze”. Kolejne ukraińskie ataki na Tuapse miały miejsce w nocy z 28 kwietnia oraz na 1 maja.
Wiadomo również o wybuchach na okupowanym Krymie. Michaił Razwożajew, okupacyjny gubernator Krymu poinformował, że w Sewastopolu „rakieta uderzyła w budynek Południowego Oddziału Banku Centralnego”, w wyniku czego płonie dach, a także uszkodzony został budynek administracyjny w okolicy ulicy Gogola. Jednak „Ukraińska Prawda”, powołując się na kanał „Krymski Wiatr” podaje, że przy tej ulicy znajduje się sztab Sił Powietrznych Floty Czarnomorskiej Federacji Rosyjskiej, który po zniszczeniu głównego sztabu Floty Czarnomorskiej Rosjanie wykorzystują jako siedzibę głównego organu dowodzenia.
Ministerstwo Obrony Rosji poinformowało, że w ciągu nocy zestrzelono 140 ukraińskich bezzałogowych statków powietrznych nad regionami Federacji Rosyjskiej, anektowanym Krymem oraz nad Morzem Azowskim i Morzem Czarnym.
Ukraina w coraz większym stopniu przenosi działania wojenne na terytorium Rosji. Atakuje infrastrukturę zasilającą wojnę: magazyny wojskowe, sieci transportowe, instalacje naftowe (bo one finansują wojnę), zakłady pracujące dla wojska.
„Ukraina nie tylko cierpi, ale potrafi zadawać bolesne ciosy w odpowiedzi” – mówił w wywiadzie OKO.press Wadym Kusznikow, ukraiński ekspert wojskowy, dyrektor wykonawczy Centrum Informacyjno-Analitycznego „Militarnyj”. Jak wyjaśniał ekspert Ukraina szczegółowo przygotowuje się do misji i jej ataki są coraz bardziej skuteczne. Według Kusznikowa to nie są po prostu wybuchy, które spowodują wybicie szyb w sąsiednich budynkach, a „ważny element ogólnych działań mających na celu osłabienie potencjału militarnego lub gospodarczego Rosji”.
Przeczytaj także:
W nocy były też rosyjskie ataki na Ukrainę. Od wieczora 26 maja Rosjanie zaatakowali Ukrainę 163 dronami bojowymi. Ukraińskie siły Obronne zneutralizowały 150 dronów, ale 8 z nich osiągnęło cel. Rosyjskie drony masowo atakowały m.in. Czernihów, obwód dnipropetrowski, gdzie wkutek ostrzału obrażenia odniosło sześć osób, w tym 17-letni chłopiec.
Przeczytaj także:
Policja zatrzymała podejrzanych w sprawie fałszywych alarmów w siedzibie TV Republika i na posesji prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. To dwudziestolatkowie, którzy wcześniej wchodzili już w konflikt z prawem.
We wtorek wieczorem, 26 maja, prokuratura wystąpiła do warszawskiego sądu z wnioskami o tymczasowe aresztowanie dwóch osób. Jak ustalili reporterzy TVN24, Maciej Duda i Robert Zieliński, chodzi o fałszywe alarmy, które dotyczyły posesji Jarosława Kaczyńskiego oraz siedziby Telewizji Republika. Do środy rano sąd zgodził się już na zastosowanie aresztu wobec jednego z zatrzymanych. Drugi wniosek był w trakcie rozpatrywania.
Może to oznaczać, że policja ustaliła sprawców fałszywych alarmów. TVN24 poinformowało również, że policja prawdopodobnie wie już także, kim są osoby odpowiedzialne za fałszywe zgłoszenie dotyczące mieszkania matki prezydenta Karola Nawrockiego.
Na tym etapie żadne informacje nie wskazują na to, by za alarmami miały stać rosyjskie służby.
AKTUALIZACJA: W środę rano, 27 maja, minister spraw wewnętrznych Marcin Kierwiński poinformował na antenie TVN24, że zatrzymano trzy osoby. Są to dwudziestolatkowie, którzy mieli już wcześniej kłopoty z prawem. Zapowiedział, że będą kolejne przesłuchania i zatrzymania w tej sprawie. Zapewnił również, że „namierzona zostanie osoba, która stoi za fałszywym alarmem, jeśli chodzi o matkę prezydenta.”
Jak podało 18 maja Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, między 10 a 15 maja doszło do dwunastu interwencji funkcjonariuszy policji, w związku z fałszywymi – jak się później okazało – zgłoszeniami. Zgłaszający informowali o podłożeniu ładunków wybuchowych albo o różnych sytuacjach, związanych z zagrożeniem życia lub zdrowia osób przebywających pod podawanym przez oszustów adresem.
Część tych zgłoszeń dotyczyła nieruchomości osób publicznych. Policja weszła między innymi do mieszkania redaktora naczelnego TV Republika Tomasza Sakiewicza. Oszuści zgłaszali, że pod tym adresem zagrożone jest życie dziecka. Nic takiego jednak nie miało miejsca.
Policja interweniowała także przy posesji Jarosława Kaczyńskiego w Warszawie, o czym poinformował rzecznik PiS Rafał Bochenek.
Tym razem fałszywe zgłoszenie miało dotyczyć podłożenia ładunków wybuchowych w ogrodzie obok domu prezesa PiS.
Z kolei 23 maja wieczorem doszło do interwencji w domu matki prezydenta Karola Nawrockiego. Jej mieszkanie nie było objęte ochroną SOP, dlatego straż pożarna, która otrzymała informację o pożarze pod wskazanym adresem, nie wiedziała, że chodzi o mieszkanie rodziny prezydenta Polski. Ratownicy, którzy przybyli na miejsce, stwierdzili, że nie widać zagrożenia pożarowego. Wtedy dostali drugie zgłoszenie – o zagrożeniu życia osoby, znajdującej się w mieszkaniu. Strażacy weszli więc do lokalu siłowo. Jednak mieszkanie okazało się puste.
Po fałszywym alarmie w mieszkaniu matki prezydenta w MSWiA odbyła się pilna narada służb pod przewodnictwem szefa MSWiA Marcina Kierwińskiego. A w niedzielę rano premier Donald Tusk zwołał odprawę. Po niej służby poinformowały, że ustalą sprawców w ciągu kilkudziesięciu godzin.
Mimo to jeszcze po południu we wtorek, 26 maja, policja nie przekazywała żadnych informacji o postępach w śledztwie. Informacje o zatrzymaniach pojawiły się dopiero wieczorem. Przez cały ten czas mnożyły się polityczne oskarżenia wobec służb i rządu. Tak się bowiem złożyło, że osoby publiczne, zaatakowane przez oszustów, były związane z PiS.
Pojawiały się też sugestie, że fałszywe alarmy mogą być elementem rosyjskiej wojny hybrydowej z Zachodem. Na razie nie ma jednak dowodów, potwierdzających taką hipotezę.
Przeczytaj także:
Rosja zapowiada, że zwróci się do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości ONZ, bo Estonia, Łotwa i Litwa „odmawiają zakończenia polityki ograniczania praw Rosjan”. To scenariusz znany z Ukrainy
25 maja rosyjski MSZ zapowiedział złożenie skargi do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości ONZ przeciwko Łotwie, Litwie i Estonii, oskarżając je o „dyskryminację Rosjan”, ograniczanie użycia języka rosyjskiego i prześladowanie osób o prorosyjskich poglądach. Kreml od lat wykorzystuje narrację o rusofobii i ochronie rosyjskojęzycznej ludności jako narzędzie presji wobec sąsiadów. Tak samo było w przypadku Ukrainy.
Kraje bałtyckie odrzucają stanowisko Moskwy, wskazując, że ich polityka językowa jest zgodna z prawem europejskim i ma na celu ochronę języków narodowych. Zaostrzenie przepisów dotyczących używania języka rosyjskiego jest motywowana względami bezpieczeństwa. Chodzi o ograniczenie wpływów Kremla po rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie.
„Nie jest to nic nowego – jest to część stałego schematu zachowań Rosji, kontynuacja kampanii dezinformacyjnej przeciwko krajom bałtyckim” – przekazał Margus Tsahkna, szef estońskiej dyplomacji w rozmowie z The Kyiv Independent. „Te oszczerstwa są rozpowszechniane w celu odwrócenia uwagi od naruszeń popełnianych przez samą Rosję, takich jak obecne brutalne ataki na ukraińskie cele cywilne” – dodał Tsahkna.
Podobne stanowisko zajęły Łotwa i Litwa, podkreślając, że to prowokacja — Rosja rażąco lekceważy prawo międzynarodowe, żeby realizować agresywną, kolonialną politykę zagraniczną.
Ochrona rosyjskojęzycznej ludności była pretekstem do wywołania wojny w Ukrainie. Dziś to kraje bałtyckie znajdują się pod ogromną presją Moskwy. Choć według ekspertów Rosja nie ma zasobów militarnych do pełnej konfrontacji z NATO, to wiele zachodnich wywiadów ostrzega przed możliwą prowokacją, której celem może być wystawienie jedności NATO na próbę.
Kreml już dziś angażuje się w rozbudowę baz przy granicy z Finlandią, a także działania hybrydowe — zakłócanie sygnałów GPS, sabotaż, czy prowokacje w przestrzeni powietrznej (np. testowanie systemów bezpieczeństwa za pomocą przekierowywanie ukraińskich bezzałogowców w przestrzeń powietrzną Litwy, Łotwy i Estonii).
Co więcej, 13 maja rosyjska Duma przyjęła ustawę rozszerzającą uprawnienia Władimira Putina do użycia armii poza granicami kraju — pod pretekstem ochrony obywateli Federacji Rosyjskiej przed „bezprawnym ściganiem” przez zagraniczne sądy i instytucje międzynarodowe.
Przeczytaj także:
Rosja zwiększyła możliwości zaburzania sygnałów GPS z obwodu królewieckiego – twierdzi litewski regulator łączności
Według Dariusa Kuliesiusa, wiceprezesa litewskiego regulatora łączności, Rosja znacząco zwiększyła liczbę anten służących do zakłócania sygnałów GPS w obwodzie królewieckim. Problemem jest przede wszystkim nadawanie fałszywych danych geolokalizacyjnych (spoofing). Powoduje on błędne odczyty w systemach pozycjonowania, co może doprowadzić do katastrofy.
Według litewskiego regulatora na początku 2025 roku Rosja posiadała trzy takie urządzenia w obwodzie królewieckim. Dziś ma ich 36, a ich zasięg wynosi 450 km. Analizy zakłóceń w transmisjach wskazują, że w polu rażenia rosyjskich służb mogą znajdować się nie tylko Estonia, Łotwa i Litwa, ale także większość Polski oraz część Finlandii, Szwecji, Białorusi, a także Morze Bałtyckie.
„Sporadyczne zakłócenia zaczęły się podczas szczytu NATO w Wilnie w 2023 r. Teraz rozbudowali infrastrukturę, a ingerencja stała się systemową, permanentną, niekończącą się rosyjską prowokacją przeciwko bezpieczeństwu europejskiemu” – mówił Kuliesius, cytowany przez Reutersa.
Sygnały nawigacyjne są celem rosyjskiego ataku hybrydowego od początku pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Część anten zamontowana jest np. w okolicach Murmańska, na północy Rosji, blisko granicy z Finlandią. Rosjanie stosują dwie podstawowe techniki zakłócania Globalnego Systemu Nawigacji Satelitarnej (GNSS):
Od początku wojny tysiące samolotów i statków doświadczyło problemów z systemami nawigacyjnymi, skutkującymi odwoływaniem lotów, zamykaniem lotnisk, czy zbaczaniem z kursu (to głównie dotyczy statków handlowych).
W sierpniu 2025 r. samolot, którym podróżowała do Bułgarii szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, doświadczył zagłuszania sygnału GPS. Miesiąc później podobny incydent wydarzył się, gdy hiszpański samolot wojskowy z ministrą obrony Margaritą Robles na pokładzie znalazł się w pobliżu obwodu królewieckiego.
Większość maszyn i lotnisk dysponuje jednak dodatkowymi systemami lokalizacji, co zabezpiecza loty pasażerskie. W 2024 roku linie lotnicze Finnair były zmuszone zawiesić loty do Tartu w Estonii z powodu braku alternatywnych systemów podejścia do lądowania.
Rosja w przeszłości zaprzeczała podobnym oskarżeniom.
Przeczytaj także:
Wojsko Polskie wciąż nie ma wiedzy o tym, co oznacza tak naprawdę czwartkowa zapowiedź prezydenta Donalda Trumpa o wysłaniu do Polski „dodatkowych” 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Dla obozu prezydenta Nawrockiego to żadna różnica — i tak obwieszczają jego sukces.
Rzecznik Sztabu Generalnego Wojska Polskiego pułkownik Marek Pietrzak poinformował OKO.press, że Wojsko Polskie wciąż nie wie, jak liczna będzie obecność amerykańskich wojsk w Polsce w związku ze sprzecznymi i niejasnymi komunikatami strony amerykańskiej.
W czwartek 21 maja prezydent Donald Trump ogłosił w mediach społecznościowych, że USA wyślą do Polski „dodatkowych pięć tysięcy żołnierzy”. Stało się to dwa dni po tym, jak gen. Alexus G. Grynkewich, naczelny dowódca połączonych sił NATO w Europie oraz dowódca sił USA w Europie, potwierdził doniesienia amerykańskich mediów o wstrzymaniu wysłania do Polski rotacyjnej pancernej brygadowej grupy bojowej liczącej około 4 tysięcy żołnierzy, co następnie zdementował Pentagon.
Niejasnym jest więc, co tak naprawdę zapowiedział Trump: utrzymanie planowanej rotacji 4 tysięcy żołnierzy do Polski oraz wysłanie dodatkowych 5 tysięcy żołnierzy, co w sumie zwiększyłoby amerykańską obecność wojskową w Polsce o jedną trzecią, czy jedynie planową rotację grupy, czyli utrzymanie wielkości polskiego kontyngentu w Polsce na dotychczasowym poziomie ok. 10 tysięcy żołnierzy.
Sztab Generalny Wojska Polskiego poinformował w poniedziałek 25 maja, że szef Sztabu Generalnego, gen. Wiesław Kukuła, rozmawiał z gen. Christopherem Donahue, dowódcą armii Stanów Zjednoczonych w Europie i Afryce oraz Dowództwa Wojsk Lądowych NATO m.in. o obecności wojsk amerykańskich na wschodniej flance NATO. Ale — jak wynika z informacji przekazanej OKO.press we wtorek 26 maja przez rzecznika Sztabu Generalnego — ta rozmowa nic nie wyjaśniła.
„Na tym etapie piłka jest po stronie planistów wojskowych USA. Jakichkolwiek informacji można się spodziewać za około 3 tygodnie” – poinformował OKO.press rzecznik Sztabu, pułkownik Marek Pietrzak.
W związku z tym, że wciąż wiadomo, że nic nie wiadomo o ostatecznej liczbie żołnierzy, którą USA są gotowe zostawić w Polsce pomimo ogólnego planu zmniejszania obecności wojskowej w Europie, zaskakują wypowiedzi osób z otoczenia prezydenta Karola Nawrockiego. Takie osoby jak Paweł Szefernaker, szef gabinetu prezydenta, Marcin Przydacz, szef Biura Polityki Międzynarodowej, czy Bartosz Grodecki, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, ogłoszenie Donalda Trumpa uznają za „osobisty sukces prezydenta” i dowód na to, że „działania podejmowane przez prezydenta przynoszą efekty”. Pomimo że właściwie nie wiadomo, co to za efekty.
Marcin Przydacz jeszcze w piątek 22 maja, podczas konferencji Globsec w Pradze, mówił, że „bardzo cieszy nas decyzja prezydenta Trumpa o wysłaniu dodatkowych pięciu tysięcy żołnierzy do Polski, bo to właśnie wschodnia flanka odpowiada za stabilność nie tylko regionu, ale całego kontynentu”. Podkreślał, że „naszym celem pozostaje stała obecność wojsk USA w Europie Środkowej, nie tylko rotacyjna” i dodawał, że Polska zapewnia bardzo dobre warunki infrastrukturalne i finansowe dla amerykańskich wojsk.
„Pokrywamy około 90 procent kosztów ich stacjonowania. De facto to polski podatnik ponosi większość kosztów, nie podatnik amerykański. Niektórzy nawet żartują, że utrzymywanie żołnierzy w Polsce może być tańsze niż w Kentucky czy Ohio” – mówił Przydacz.
Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Bartosz Grodecki dopiero we wtorek 26 maja, w rozmowie z portalem Defence24, przyznał, że wciąż nie wiadomo, jak interpretować ogłoszenie prezydenta Trumpa. Na pytanie o to, jaka będzie ostatecznie wielkość sił amerykańskich w Polsce, Grodecki odpowiedział, że „chciałby czytać tę deklarację literalnie, to znaczy dodatkowe pięć tysięcy do tego, co już mamy”. „Ale nawet jeśli będzie — bo sam Pentagon nie ma jeszcze opracowanych szczegółów — pięć tysięcy w ramach zastąpienia i uzupełnienia stanu osobowego, który mamy obecnie, to i tak ostateczna liczba będzie większa, niż teraz” – powiedział.
Czyli tysiąc amerykańskich żołnierzy dodatkowo w Polsce, czy pięć tysięcy – żadna różnica, jest sukces.
O tym, jak bardzo zaskakujący jest ten brak przepływu informacji między amerykańską administracją, a dowództwem armii USA w Europie podczas konferencji Globsec mówił też prezydent Czech, Petr Pavel.
– Niepokoi mnie niepewność i nieprzewidywalność, które widzimy dziś nawet wewnątrz NATO (...) To zaskakujące, gdy uświadomimy sobie, że Naczelny Dowódca Sił Sojuszniczych w Europie, który jest amerykańskim czterogwiazdkowym generałem, prawdopodobnie nie został poinformowany o planowanych zmianach – stwierdził Pavel, odnosząc się do – jak się okazało – błędnych informacji podanych przez generała Alexusa G. Grynkevicha na konferencji prasowej po spotkaniu Komitetu Wojskowego NATO we wtorek 19 maja.
O tym, że ostateczna wielkość amerykańskiego kontyngentu w Polsce i Europie ma jednak znaczenie, w rozmowie z OKO.press w piątek 22 maja mówił Ian Brzeziński, ekspert ds. bezpieczeństwa i NATO Atlantic Council. O tym, co wycofanie wycofania żołnierzy amerykańskich z Polski oznacza dla naszego bezpieczeństwa, pisał natomiast dr Michał Piekarski z Uniwersytetu Wrocławskiego.
Przeczytaj także: