Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Policja prawdopodobnie zatrzymała osoby odpowiedzialne za fałszywe alarmy w siedzibie TV Republika i na posesji prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Obecnie wnioski o ich tymczasowe aresztowanie rozpatruje warszawski sąd.
We wtorek wieczorem, 26 maja, prokuratura wystąpiła do warszawskiego sądu z wnioskami o tymczasowe aresztowanie dwóch osób. Jak ustalili reporterzy TVN24, Maciej Duda i Robert Zieliński, chodzi o fałszywe alarmy, które dotyczyły posesji Jarosława Kaczyńskiego oraz siedziby Telewizji Republika. W momencie pisania tego tekstu sąd zgodził się już na zastosowanie aresztu wobec jednego z zatrzymanych. Drugi wniosek był natomiast rozpatrywany.
Może to oznaczać, że policja ustaliła sprawców fałszywych alarmów. TVN24 poinformowało również, że policja prawdopodobnie wie już także, kim są osoby odpowiedzialne za fałszywe zgłoszenie dotyczące mieszkania matki prezydenta Karola Nawrockiego.
Na tym etapie żadne informacje nie wskazują na to, by za alarmami miały stać rosyjskie służby.
Jak podało 18 maja Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, między 10 a 15 maja doszło do dwunastu interwencji funkcjonariuszy policji, w związku z fałszywymi – jak się później okazało – zgłoszeniami. Zgłaszający informowali o podłożeniu ładunków wybuchowych albo o różnych sytuacjach, związanych z zagrożeniem życia lub zdrowia osób przebywających pod podawanym przez oszustów adresem.
Część tych zgłoszeń dotyczyła nieruchomości osób publicznych. Policja weszła między innymi do mieszkania redaktora naczelnego TV Republika Tomasza Sakiewicza. Oszuści zgłaszali, że pod tym adresem zagrożone jest życie dziecka. Nic takiego jednak nie miało miejsca.
Policja interweniowała także przy posesji Jarosława Kaczyńskiego w Warszawie, o czym poinformował rzecznik PiS Rafał Bochenek.
Tym razem fałszywe zgłoszenie miało dotyczyć podłożenia ładunków wybuchowych w ogrodzie obok domu prezesa PiS.
Z kolei 23 maja wieczorem doszło do interwencji w domu matki prezydenta Karola Nawrockiego. Jej mieszkanie nie było objęte ochroną SOP, dlatego straż pożarna, która otrzymała informację o pożarze pod wskazanym adresem, nie wiedziała, że chodzi o mieszkanie rodziny prezydenta Polski. Ratownicy, którzy przybyli na miejsce, stwierdzili, że nie widać zagrożenia pożarowego. Wtedy dostali drugie zgłoszenie – o zagrożeniu życia osoby, znajdującej się w mieszkaniu. Strażacy weszli więc do lokalu siłowo. Jednak mieszkanie okazało się puste.
Po fałszywym alarmie w mieszkaniu matki prezydenta w MSWiA odbyła się pilna narada służb pod przewodnictwem szefa MSWiA Marcina Kierwińskiego. A w niedzielę rano premier Donald Tusk zwołał odprawę. Po niej służby poinformowały, że ustalą sprawców w ciągu kilkudziesięciu godzin.
Mimo to jeszcze po południu we wtorek, 26 maja, policja nie przekazywała żadnych informacji o postępach w śledztwie. Informacje o zatrzymaniach pojawiły się dopiero wieczorem. Przez cały ten czas mnożyły się polityczne oskarżenia wobec służb i rządu. Tak się bowiem złożyło, że osoby publiczne, zaatakowane przez oszustów, były związane z PiS.
Pojawiały się też sugestie, że fałszywe alarmy mogą być elementem rosyjskiej wojny hybrydowej z Zachodem. Na razie nie ma jednak dowodów, potwierdzających taką hipotezę.
Przeczytaj także:
Rosja zapowiada, że zwróci się do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości ONZ, bo Estonia, Łotwa i Litwa „odmawiają zakończenia polityki ograniczania praw Rosjan”. To scenariusz znany z Ukrainy
25 maja rosyjski MSZ zapowiedział złożenie skargi do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości ONZ przeciwko Łotwie, Litwie i Estonii, oskarżając je o „dyskryminację Rosjan”, ograniczanie użycia języka rosyjskiego i prześladowanie osób o prorosyjskich poglądach. Kreml od lat wykorzystuje narrację o rusofobii i ochronie rosyjskojęzycznej ludności jako narzędzie presji wobec sąsiadów. Tak samo było w przypadku Ukrainy.
Kraje bałtyckie odrzucają stanowisko Moskwy, wskazując, że ich polityka językowa jest zgodna z prawem europejskim i ma na celu ochronę języków narodowych. Zaostrzenie przepisów dotyczących używania języka rosyjskiego jest motywowana względami bezpieczeństwa. Chodzi o ograniczenie wpływów Kremla po rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie.
„Nie jest to nic nowego – jest to część stałego schematu zachowań Rosji, kontynuacja kampanii dezinformacyjnej przeciwko krajom bałtyckim” – przekazał Margus Tsahkna, szef estońskiej dyplomacji w rozmowie z The Kyiv Independent. „Te oszczerstwa są rozpowszechniane w celu odwrócenia uwagi od naruszeń popełnianych przez samą Rosję, takich jak obecne brutalne ataki na ukraińskie cele cywilne” – dodał Tsahkna.
Podobne stanowisko zajęły Łotwa i Litwa, podkreślając, że to prowokacja — Rosja rażąco lekceważy prawo międzynarodowe, żeby realizować agresywną, kolonialną politykę zagraniczną.
Ochrona rosyjskojęzycznej ludności była pretekstem do wywołania wojny w Ukrainie. Dziś to kraje bałtyckie znajdują się pod ogromną presją Moskwy. Choć według ekspertów Rosja nie ma zasobów militarnych do pełnej konfrontacji z NATO, to wiele zachodnich wywiadów ostrzega przed możliwą prowokacją, której celem może być wystawienie jedności NATO na próbę.
Kreml już dziś angażuje się w rozbudowę baz przy granicy z Finlandią, a także działania hybrydowe — zakłócanie sygnałów GPS, sabotaż, czy prowokacje w przestrzeni powietrznej (np. testowanie systemów bezpieczeństwa za pomocą przekierowywanie ukraińskich bezzałogowców w przestrzeń powietrzną Litwy, Łotwy i Estonii).
Co więcej, 13 maja rosyjska Duma przyjęła ustawę rozszerzającą uprawnienia Władimira Putina do użycia armii poza granicami kraju — pod pretekstem ochrony obywateli Federacji Rosyjskiej przed „bezprawnym ściganiem” przez zagraniczne sądy i instytucje międzynarodowe.
Przeczytaj także:
Rosja zwiększyła możliwości zaburzania sygnałów GPS z obwodu królewieckiego – twierdzi litewski regulator łączności
Według Dariusa Kuliesiusa, wiceprezesa litewskiego regulatora łączności, Rosja znacząco zwiększyła liczbę anten służących do zakłócania sygnałów GPS w obwodzie królewieckim. Problemem jest przede wszystkim nadawanie fałszywych danych geolokalizacyjnych (spoofing). Powoduje on błędne odczyty w systemach pozycjonowania, co może doprowadzić do katastrofy.
Według litewskiego regulatora na początku 2025 roku Rosja posiadała trzy takie urządzenia w obwodzie królewieckim. Dziś ma ich 36, a ich zasięg wynosi 450 km. Analizy zakłóceń w transmisjach wskazują, że w polu rażenia rosyjskich służb mogą znajdować się nie tylko Estonia, Łotwa i Litwa, ale także większość Polski oraz część Finlandii, Szwecji, Białorusi, a także Morze Bałtyckie.
„Sporadyczne zakłócenia zaczęły się podczas szczytu NATO w Wilnie w 2023 r. Teraz rozbudowali infrastrukturę, a ingerencja stała się systemową, permanentną, niekończącą się rosyjską prowokacją przeciwko bezpieczeństwu europejskiemu” – mówił Kuliesius, cytowany przez Reutersa.
Sygnały nawigacyjne są celem rosyjskiego ataku hybrydowego od początku pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Część anten zamontowana jest np. w okolicach Murmańska, na północy Rosji, blisko granicy z Finlandią. Rosjanie stosują dwie podstawowe techniki zakłócania Globalnego Systemu Nawigacji Satelitarnej (GNSS):
Od początku wojny tysiące samolotów i statków doświadczyło problemów z systemami nawigacyjnymi, skutkującymi odwoływaniem lotów, zamykaniem lotnisk, czy zbaczaniem z kursu (to głównie dotyczy statków handlowych).
W sierpniu 2025 r. samolot, którym podróżowała do Bułgarii szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, doświadczył zagłuszania sygnału GPS. Miesiąc później podobny incydent wydarzył się, gdy hiszpański samolot wojskowy z ministrą obrony Margaritą Robles na pokładzie znalazł się w pobliżu obwodu królewieckiego.
Większość maszyn i lotnisk dysponuje jednak dodatkowymi systemami lokalizacji, co zabezpiecza loty pasażerskie. W 2024 roku linie lotnicze Finnair były zmuszone zawiesić loty do Tartu w Estonii z powodu braku alternatywnych systemów podejścia do lądowania.
Rosja w przeszłości zaprzeczała podobnym oskarżeniom.
Przeczytaj także:
Wojsko Polskie wciąż nie ma wiedzy o tym, co oznacza tak naprawdę czwartkowa zapowiedź prezydenta Donalda Trumpa o wysłaniu do Polski „dodatkowych” 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Dla obozu prezydenta Nawrockiego to żadna różnica — i tak obwieszczają jego sukces.
Rzecznik Sztabu Generalnego Wojska Polskiego pułkownik Marek Pietrzak poinformował OKO.press, że Wojsko Polskie wciąż nie wie, jak liczna będzie obecność amerykańskich wojsk w Polsce w związku ze sprzecznymi i niejasnymi komunikatami strony amerykańskiej.
W czwartek 21 maja prezydent Donald Trump ogłosił w mediach społecznościowych, że USA wyślą do Polski „dodatkowych pięć tysięcy żołnierzy”. Stało się to dwa dni po tym, jak gen. Alexus G. Grynkewich, naczelny dowódca połączonych sił NATO w Europie oraz dowódca sił USA w Europie, potwierdził doniesienia amerykańskich mediów o wstrzymaniu wysłania do Polski rotacyjnej pancernej brygadowej grupy bojowej liczącej około 4 tysięcy żołnierzy, co następnie zdementował Pentagon.
Niejasnym jest więc, co tak naprawdę zapowiedział Trump: utrzymanie planowanej rotacji 4 tysięcy żołnierzy do Polski oraz wysłanie dodatkowych 5 tysięcy żołnierzy, co w sumie zwiększyłoby amerykańską obecność wojskową w Polsce o jedną trzecią, czy jedynie planową rotację grupy, czyli utrzymanie wielkości polskiego kontyngentu w Polsce na dotychczasowym poziomie ok. 10 tysięcy żołnierzy.
Sztab Generalny Wojska Polskiego poinformował w poniedziałek 25 maja, że szef Sztabu Generalnego, gen. Wiesław Kukuła, rozmawiał z gen. Christopherem Donahue, dowódcą armii Stanów Zjednoczonych w Europie i Afryce oraz Dowództwa Wojsk Lądowych NATO m.in. o obecności wojsk amerykańskich na wschodniej flance NATO. Ale — jak wynika z informacji przekazanej OKO.press we wtorek 26 maja przez rzecznika Sztabu Generalnego — ta rozmowa nic nie wyjaśniła.
„Na tym etapie piłka jest po stronie planistów wojskowych USA. Jakichkolwiek informacji można się spodziewać za około 3 tygodnie” – poinformował OKO.press rzecznik Sztabu, pułkownik Marek Pietrzak.
W związku z tym, że wciąż wiadomo, że nic nie wiadomo o ostatecznej liczbie żołnierzy, którą USA są gotowe zostawić w Polsce pomimo ogólnego planu zmniejszania obecności wojskowej w Europie, zaskakują wypowiedzi osób z otoczenia prezydenta Karola Nawrockiego. Takie osoby jak Paweł Szefernaker, szef gabinetu prezydenta, Marcin Przydacz, szef Biura Polityki Międzynarodowej, czy Bartosz Grodecki, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, ogłoszenie Donalda Trumpa uznają za „osobisty sukces prezydenta” i dowód na to, że „działania podejmowane przez prezydenta przynoszą efekty”. Pomimo że właściwie nie wiadomo, co to za efekty.
Marcin Przydacz jeszcze w piątek 22 maja, podczas konferencji Globsec w Pradze, mówił, że „bardzo cieszy nas decyzja prezydenta Trumpa o wysłaniu dodatkowych pięciu tysięcy żołnierzy do Polski, bo to właśnie wschodnia flanka odpowiada za stabilność nie tylko regionu, ale całego kontynentu”. Podkreślał, że „naszym celem pozostaje stała obecność wojsk USA w Europie Środkowej, nie tylko rotacyjna” i dodawał, że Polska zapewnia bardzo dobre warunki infrastrukturalne i finansowe dla amerykańskich wojsk.
„Pokrywamy około 90 procent kosztów ich stacjonowania. De facto to polski podatnik ponosi większość kosztów, nie podatnik amerykański. Niektórzy nawet żartują, że utrzymywanie żołnierzy w Polsce może być tańsze niż w Kentucky czy Ohio” – mówił Przydacz.
Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Bartosz Grodecki dopiero we wtorek 26 maja, w rozmowie z portalem Defence24, przyznał, że wciąż nie wiadomo, jak interpretować ogłoszenie prezydenta Trumpa. Na pytanie o to, jaka będzie ostatecznie wielkość sił amerykańskich w Polsce, Grodecki odpowiedział, że „chciałby czytać tę deklarację literalnie, to znaczy dodatkowe pięć tysięcy do tego, co już mamy”. „Ale nawet jeśli będzie — bo sam Pentagon nie ma jeszcze opracowanych szczegółów — pięć tysięcy w ramach zastąpienia i uzupełnienia stanu osobowego, który mamy obecnie, to i tak ostateczna liczba będzie większa, niż teraz” – powiedział.
Czyli tysiąc amerykańskich żołnierzy dodatkowo w Polsce, czy pięć tysięcy – żadna różnica, jest sukces.
O tym, jak bardzo zaskakujący jest ten brak przepływu informacji między amerykańską administracją, a dowództwem armii USA w Europie podczas konferencji Globsec mówił też prezydent Czech, Petr Pavel.
– Niepokoi mnie niepewność i nieprzewidywalność, które widzimy dziś nawet wewnątrz NATO (...) To zaskakujące, gdy uświadomimy sobie, że Naczelny Dowódca Sił Sojuszniczych w Europie, który jest amerykańskim czterogwiazdkowym generałem, prawdopodobnie nie został poinformowany o planowanych zmianach – stwierdził Pavel, odnosząc się do – jak się okazało – błędnych informacji podanych przez generała Alexusa G. Grynkevicha na konferencji prasowej po spotkaniu Komitetu Wojskowego NATO we wtorek 19 maja.
O tym, że ostateczna wielkość amerykańskiego kontyngentu w Polsce i Europie ma jednak znaczenie, w rozmowie z OKO.press w piątek 22 maja mówił Ian Brzeziński, ekspert ds. bezpieczeństwa i NATO Atlantic Council. O tym, co wycofanie wycofania żołnierzy amerykańskich z Polski oznacza dla naszego bezpieczeństwa, pisał natomiast dr Michał Piekarski z Uniwersytetu Wrocławskiego.
Przeczytaj także:
Celem mają być „centra decyzyjne” w ukraińskiej stolicy. Rosyjski MSZ radzi obcokrajowcom i dyplomatom, żeby „jak najszybciej opuścili miasto”
Komunikat z ostrzeżeniem o zmasowanych atakach pojawił się w poniedziałek 25 maja na oficjalnej stronie rosyjskiego MSZ. Czytamy w nim, że celem operacyjnym Kremla są centra decyzyjne, stanowiska dowodzenia i zakłady zbrojeniowe w Kijowie. „Apelujemy o niezbliżanie się do obiektów infrastruktury wojskowej i administracyjnej reżimu Zełenskiego” – apelowali Rosjanie do mieszkańców, a obcokrajowcom i dyplomatom radzili wyjechać.
„Rosja chce strachu. Paniki. Izolacji Ukrainy. To się nie uda. UE nigdzie się nie wybiera. Zostajemy w Kijowie. Pozostajemy po stronie Ukrainy” – opowiedziała na portalu X szefowa przedstawicielstwa UE w Kijowie Katarina Maternová.
We wtorek 26 maja Unia Europejska wezwała na dywanik chargé d'affaires Rosji w związku z groźbami rosyjskiego MSZ wobec zachodnich placówek dyplomatycznych.
Polski MSZ w krótkim komunikacie podkreślił, że wszelkie ataki na infrastrukturę cywilną będą traktowane jako akty nieuzasadnionej agresji. „Każdy przypadek uderzenia w polskie przedstawicielstwa dyplomatyczne będziemy traktowali w związku z tym jako celowy i zamierzony” – stwierdził resort polskiej dyplomacji.
Rosjanie przedstawiają planowane ataki jako odpowiedź na „akty terroryzmu przeciwko ludności cywilnej i obiektom cywilnym na terytorium Rosji”. Taką wersję wydarzeń miał przekazać w poniedziałek 25 maja szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow podczas rozmowy telefonicznej z sekretarzem stanu USA Marco Rubio.
Rubio, pytany przez dziennikarzy o rozmowę z Ławrowem, stwierdził, że USA są wciąż gotowe pełnić rolę mediatora. „Za każdym razem, gdy widzimy te masowe ataki z jednej lub drugiej strony, przypominają one nam, dlaczego ta straszna wojna, która trwa dłużej niż II wojna światowa, musi się skończyć. Stany Zjednoczone są gotowe i zdecydowane zrobić wszystko, co w ich mocy, aby przyczynić się do zakończenia tej wojny, i mam nadzieję, że w pewnym momencie pojawi się taka możliwość” – powiedział amerykański Sekretarz stanu we wtorek 26 maja.
W nocy i nad ranem 24 maja Rosja przeprowadziła kolejny zmasowany atak na Kijów. Według ukraińskich sił powietrznych Kreml użył około 600 dronów i 90 rakiet. Wśród zniszczonych lub uszkodzonych instytucji kultury znalazło się Narodowe Muzeum „Czarnobyl”, które kilka dni wcześniej otwarto po remoncie.
Coraz brutalniejsze ataki powietrzne Rosji to odpowiedź na udane akcje ukraińskich bezzałogowców. Ukraińcy są dziś w stanie unieruchomić obiekty strategiczne dla rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego i paliwowego oraz zagrozić poczuciu bezpieczeństwa Rosjan, docierając ponad 1000 km za linię frontu, do stolicy kraju.
Przeczytaj także: