Radosne posty, w których nasi politycy ogłaszają sukces, należy przyjmować z mieszanymi uczuciami. Nie dlatego, że doszło do zmiany decyzji o wycofaniu brygady wojsk USA. Problem w tym, że została w ogóle podjęta. Można odnieść wrażenie, że trwa robienie dobrej miny do złej gry
Ostatnie dni upłynęły pod znakiem komunikacyjnego chaosu związanego ze zmniejszaniem amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Medialne doniesienia przeplatały się z emocjonalnymi komentarzami po obu stronach Atlantyku, a te z oficjalnymi, uspokajającymi w tonie komunikatami polskich władz.
Problemem jest jednak i to, że ta zła gra może przekształcić się w jeszcze gorszą – aż w końcu w nieakceptowalną. Prawdopodobnym scenariuszem może być w przyszłości dalsza redukcja amerykańskiego zaangażowania w Europie. Zarówno z powodu koncentracji uwagi w innych regionach, dążenia do zawarcia jakiegoś układu z Rosją w imię „stabilizacji strategicznej”, jak i innych powodów.
Niepewność pogłębia także stan polityki wewnętrznej Stanów Zjednoczonych oraz sama – dyplomatycznie mówiąc – niejasność decyzji i motywów samego prezydenta Donalda Trumpa.
Niestety, sytuacja, w której po kolejnych wyborach prezydenckich władzę obejmuje bardziej przewidywalna i gotowa do renesansu relacji transatlantyckich administracja, jest tylko jedną z możliwych.
To oznacza, że należy w szczególności mieć na uwadze stopniowe zmniejszanie zależności technicznych i wojskowych w relacjach z USA, jak również budowę własnych lub europejskich zdolności, choćby lotniczych i rakietowych, pozwalających w przyszłości radzić sobie z ograniczonym wsparciem z USA – a nawet bez niego.
Donald Trump, jak widać, daje i odbiera wojska według własnego widzimisię, traktując je jak pionki na szachownicy. Ale wola udzielnego władcy nie oznacza, że decyzje będą wykonywane natychmiast. Aparat administracji i dowództwa wojskowe muszą je przełożyć na konkretne decyzje i ruchy wojsk. Nie dziwi więc informacja podana przez „New York Times”, o zaskoczeniu Pentagonu tą decyzją.
Można więc teraz – do momentu następnych kaprysów lokatora Białego Domu – zakładać, że jednak siły w Polsce nie zostaną ostatecznie zredukowane. Może to jednak dotyczyć sił stacjonujących w Niemczech.
Taka zmiana decyzji nie byłaby jeszcze bardzo złą wiadomością. W tym scenariuszu część sił USA zostanie w Europie, w tym siły lotnicze. A co ważne, akurat wycofane siły lądowe mogą zostać zastąpione przez polskie jednostki.
W optymistycznym scenariuszu Polska, realizując niezwykle ambitny plan rozbudowy armii, zwiększając wydatki obronne, liczbę żołnierzy, kupując nowy sprzęt, potrzebowałaby przede wszystkim wsparcia tam, gdzie amerykański potencjał jest znacznie większy ilościowo i jakościowo – czyli w powietrzu.
Polska ma 47 myśliwców F-16, Amerykanie mają ich około 450. Jest zresztą możliwe, że właśnie na takie wsparcie liczono przede wszystkim, rozwijając zwłaszcza komponent lądowy polskiej armii, a mniej priorytetowo traktując dotąd siły powietrznej i morskie.
Po trwającym już ponad tydzień kryzysie, który być może zmierza ku końcowi, można jednak spojrzeć na problem z szerszej perspektywy.
Emocje, które wybuchły po ogłoszeniu, że rotacja jednej z amerykańskich brygad stacjonującej w Polsce została wstrzymana i to w trakcie tego procesu, nie mogą dziwić, mając na uwadze historię naszych wojskowych relacji z USA przez ostatnie trzydzieści sześć lat. Gdy rozpadał się blok wschodni i Polska mogła w końcu suwerennie określić kierunki własnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, szybko wybrała orientację prozachodnią.
A najsilniejszym aktorem i liderem zachodniej wspólnoty bezpieczeństwa były właśnie Stany Zjednoczone. Z perspektywy Polski w tamtym okresie stwierdzenie, że USA były postrzegane jako lider wolnego świata, nie brzmi ironicznie. A świadomość zła, jakie wyrządziła amerykańska polityka w Ameryce Łacińskiej czy innych obszarach świata, była raz, że niewielka, dwa, jej percepcja była filtrowana przez narrację walki z komunizmem.
Ponadto Zachód, a zwłaszcza USA, były stroną militarnie silną w przeciwieństwie do wojsk radzieckich, które w roku 1989 wycofały się po porażce z Afganistanu. To po stronie zachodniej trwała intensywna modernizacją techniczna, na którą ZSRR odpowiadało coraz mniej efektywnie. Operacja Pustynna Burza w 1991 roku była spektakularnym militarnie zwycięstwem nad armią wyposażoną w znacznej części w sprzęt konstrukcji radzieckiej.
W tej sytuacji nie zaskakuje, że polski rząd zgodził się na udzielenie pomocy Amerykanom w ewakuacji oficerów wywiadu z Iraku już w roku 1990. Ta operacja przeprowadzona została w tajemnicy – ale miała istotne znaczenie polityczne, podobnie jak późniejsze o kilka lat jej ujawnienie. Polska zdecydowała się także wysłać skromny kontyngent do Zatoki Perskiej. W operacji Pustynna Burza wzięły udział dwa okręty (ORP Wodnik w roku jednostki szpitalnej i ratowniczy ORP Piast) oraz personel medyczny.
Z drugiej strony miały miejsce przyjazne gesty ze strony amerykańskiej. W roku 1990 Gdynię odwiedziły dwa okręty (krążownik USS Yarnell i fregata USS Kauffman). Rok później zaś amerykańskie myśliwce brały udział w pokazach w Poznaniu. Oprócz tych dyplomatycznych gestów miały miejsce inne działania.
W trakcie, gdy trwały starania o przyjęcie Polski do NATO, polskich oficerów przyjmowano na kursy i studia wojskowe, miały także miejsce wspólne ćwiczenia. Początkowo odbywały się w ramach programu „Partnerstwo dla pokoju”, w którym Polacy, Amerykanie, jak również inni uczestnicy ćwiczyli działania pokojowe i stabilizacyjne. Miało to oczywisty wymiar polityczny i symboliczny – ale było tylko wstępem do dalszej współpracy czy to w ramach ćwiczeń lotniczych jak „Orli Szpon” w roku 1997, czy kolejnych edycji morskich ćwiczeń BALTOPS. Po wejściu do NATO wspólne ćwiczenia stały się częstsze i coraz mniej przykuwające uwagę opinii publicznej.
Interes Polski w tej współpracy był oczywisty. Objęcie sojuszniczym parasolem ochronnym oznaczało wyjście z szarej strefy bezpieczeństwa, która wyłoniła się po rozpadzie Układu Warszawskiego i ZSRR. Dawało także szanse na uzyskanie pomocy w razie niekorzystnego rozwoju sytuacji za naszą wschodnią granicą. Dokumenty strategiczne z roku 1992 – jakim były założenia polskiej polityki bezpieczeństwa oraz polityka bezpieczeństwa i strategia obronna – nie tylko zawierały zapisy o euroatlantyckich dążeniach Polski, ale akcentowały potrzebę utrzymania obecności wojsk USA w Europie.
Ze strony amerykańskiej interes w zapewnieniu stabilizacji i bezpieczeństwa oraz skutecznej transformacji ustrojowej, a co ważne gospodarczej, był również oczywisty. W latach 90. przyszłości upatrywano w globalizacji i wolnym handlu. Ponadto, państwa takie jak Polska, stojące w obliczu transformacji i modernizacji własnych wojsk, stanowiły rynek zbytu dla przemysłu zbrojeniowego.
Stąd też wydarzenia z początku obecnego stulecia zmodyfikowały zaledwie tamten kurs. Polska wysyłała kontyngenty wojskowe w ramach koalicji pod amerykańskim przywództwem, czy to do Zatoki Perskiej, Afganistanu czy Iraku. Nawet za cenę pogorszenia relacji z państwami Europy Zachodniej, zwłaszcza Francją i Niemcami na tle wojny z Irakiem.
Umacnianiu relacji służyły też inne decyzje – jak zgoda na budowę w Polsce elementów tarczy antyrakietowej czy ulokowanie tajnego więzienia CIA w Starych Kiejkutach.
Innym sygnałem politycznym był dokonany w roku 2003 wybór nowego samolotu bojowego. Ówczesny program był tak znaczący, że wymagał specjalnej ustawy – i zakończył się wyborem amerykańskiego F-16 produkcji General Dynamics, na przegranych pozycjach pozostawiając francuską ofertę dostaw Mirage 2000 oraz Szwedów z ich JAS-39 Gripen produkowanych przez koncern Saab.
Oczywiście faktem jest, że dokonano wyboru nowoczesnego i skutecznego samolotu. Ten zakup doprowadził do skokowej modernizacji sił powietrznych i poprawy zdolności obronnych – jednak wówczas równie ważne były i czynniki polityczne, jak również taktyczno techniczne.
Polsce oferowano także inne typu uzbrojenia, choćby śmigłowce bojowe czy pociski przeciwpancerne – wówczas nie doszło do ich zakupu. Otrzymano natomiast pomoc wojskową – polska marynarka wojenna otrzymała dwie fregaty i śmigłowce z nadwyżek US Navy, wojska lądowe w 2004 roku pozyskały dużą partię samochodów terenowych, a lotnictwo otrzymało używane samoloty transportowe Lockheed C-130E Hercules.
Nie były to dostawy bezinteresowne. Dostawca zawsze bowiem zarabiać może na wsparciu eksploatacji (remonty, części zamienne, modernizacje), łatwiejsze jest później doprowadzenie do zakupu nowego już sprzętu i wreszcie – ten amerykański sprzęt ułatwiał wystawianie kontyngentów do misji ekspedycyjnych.
Polska politycznie stawiała się w roli biorcy bezpieczeństwa – nie rezygnując z utrzymywania także więzi europejskich (czego znakiem było choćby pozyskanie niemieckich czołgów Leopard).
Za rzecz oczywistą i fundamentalną postrzegano jednak, że polskie bezpieczeństwo ma kilka podstaw. I widać to w kolejnych dokumentach – Strategiach Bezpieczeństwa Narodowego. Pisano w nich o znaczeniu NATO, Unii Europejskiej oraz sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi – traktowanymi jaki strategiczny, szczególny partner.
Na przykład w Strategii z 2007 roku stwierdzono, że „Członkostwo w NATO i UE oraz sojusz ze Stanami Zjednoczonymi zapewniły Polsce wysoki poziom bezpieczeństwa i stały się jednym z podstawowych gwarantów jej rozwoju wewnętrznego i pozycji międzynarodowej”, a same USA określane są „gwarantem bezpieczeństwa międzynarodowego”.
Siedem lat później dokument z 2014 określał, że strategiczna obecność USA na kontynencie europejskim jest jednym z najważniejszych czynników bezpieczeństwa Europy, a w obliczu widocznego wówczas przeorientowania amerykańskiej uwagi w kierunku Azji i Pacyfiku stwierdzano, że „Istotne jest utrzymanie znaczącego i trwałego zaangażowania Stanów Zjednoczonych w sprawy bezpieczeństwa europejskiego, w ramach NATO i relacji dwustronnych”.
Mówiąc wprost – przez całe dekady relacje z USA postrzegano jako mechanizm zapewniający, że w razie zagrożenia Amerykanie użyją w naszej obronie swojej machiny wojennej. Przyślą żołnierzy, czołgi, samoloty i rakiety. Temu służyły, nieraz bardzo kontrowersyjne decyzje polityczne.
W przeszłości stałe stacjonowanie sił sojuszniczych w Polsce nie było możliwe. Akt Stanowiący Rosja – NATO z 1997 zawierał deklarację, że „Sojusz będzie realizował swe zadania w dziedzinie zbiorowej obrony oraz inne zadania poprzez zapewnianie niezbędnej interoperacyjności, integracji i zdolności do wsparcia, a nie poprzez dodatkowe stałe stacjonowanie znaczących sił bojowych”.
Oznaczało to wprost: nie będzie u nas na stałe Amerykanów (ani innych żołnierzy sojuszniczych). To z kolei wprowadzało dodatkowy czynnik niepewności: skoro Amerykanów nie ma na stałe w Polsce, to kiedy Waszyngton zdecyduje ich przysłać?
Europa Środkowa i Wschodnia w roku 1997 z perspektywy dekad była bardzo spokojnym miejscem. Ostatecznie, na skutek negocjacji dotyczących budowy tarczy antyrakietowej, w czasie gdy napięcie w Europie zaczęło powoli narastać po wojnie rosyjsko-gruzińskiej, Amerykanie podjęli pierwsze decyzje.
Najpierw doszło do rozmieszczenia w formie rotacyjnej baterii rakiet przeciwlotniczych Patriot (od roku 2010) a później do wysyłania – również rotacyjnego i mającego charakter szkoleniowy – pododdziałów lotniczych (Aviation Detachement, AvDet). Z uwagi na fakt, że owe działania miały charakter szkoleniowy i nie oznaczały włączenia tych sił do systemu obrony powietrznej, nie dziwi, że jeden z wiceministrów obrony stwierdził w rozmowie z amerykańskimi dyplomatami, że Polska oczekuje rozmieszczenia rakiet bojowych, a nie „roślin doniczkowych”.
Była to więc obecność bardzo skromna. Co więcej, Amerykanie w tym czasie redukowali swoją obecność w Europie. Wycofano między innymi dwie z czterech brygad wojsk lądowych – obie były ciężkim brygadami piechoty zmechanizowanej, posiadającymi także czołgi. W roku 2013 ostatnie amerykańskie czołgi opuściły Niemcy.
W tym samym roku do USA odleciały także przeznaczone do walki z czołgami samoloty szturmowe A-10. Rozformowano także dowództwo V korpusu, które od 1951 roku stacjonowało w Niemczech. Z jednostek bojowych wojsk lądowych pozostały jedna brygada zmotoryzowana (2 Pułk Kawalerii) oraz brygada spadochronowa. A więc formacje lekkie.
Oznaczało to, że oprócz problemu z decyzją o przysłaniu do zagrożonego lub wręcz napadniętego państwa – choćby Polski – amerykańskich żołnierzy, trudniejsze stawało się wykonanie takiej decyzji. Coraz mniejsze siły oznaczały, że więcej czasu i wysiłku kosztowałby ich przerzut do Europy.
Dopiero agresja Rosji na Ukrainę w roku 2014 zaczęła zmieniać stan rzeczy. Rozpoczęta została operacja „Atlantic Resolve” mająca na celu zademonstrowanie gotowości USA do obrony sojuszników na wschodniej flance NATO przed agresją rosyjską.
Działania podejmowane przez siły zbrojne USA obejmowały między przerzut sił 173 Brygady i wspólne ćwiczenia z sojusznikami oraz ćwiczenia 2 Pułku Kawalerii o kryptonimie „Dragoon Ride”, podczas których wozy bojowe Stryker przemieszczały się drogami publicznymi. Organizowane były też spotkania ze społeczeństwem.
W ten sposób ćwiczono zarówno przejazd wojsk i demonstrowano obecność sojuszniczą. Stopniowo stopień amerykańskiej obecności się zwiększał. W roku 2015 do Polski przysłano samoloty szturmowe A-10, wspierające „Dragoon Ride”.
Wreszcie, podczas ćwiczeń w roku 2016 w Polsce wylądował desant spadochroniarzy 82 Dywizji Powietrznodesantowej, przerzuconych wprost ze Stanów Zjednoczonych. To wszystko służyło sprawdzeniu możliwości wsparcia sojuszników w krótkim czasie – z perspektywy Polski najważniejsze było jednak aby Amerykanie stacjonowali na stałe.
W praktyce przyjęta została koncepcja obecności stałej, ale rotacyjnej.
Od stycznia 2017 roku, gdy przybyła 3 Brygadowa Pancerna Grupa Bojowa 4 Dywizji Piechoty, w Polsce stacjonowała brygada wojsk lądowych, podlegająca zmianie co dziewięć miesięcy. Jej uzupełnieniem była i jest brygada lotnictwa wojsk lądowych oraz siły batalionu wielonarodowego w Orzyszu, będącego częścią sił wysuniętej obecności NATO. Dla tej operacji państwem ramowym są właśnie Stany Zjednoczone, wspierani przez kontyngenty brytyjski, rumuński i chorwacki.
W obliczu pogarszającej się sytuacji i eskalacji agresji Rosji na Ukrainę siły amerykańskie były wzmacniane. W 2022 roku do Polski przysłano samoloty bojowe, śmigłowce, zestawy przeciwlotnicze Patriot oraz spadochroniarzy z 82 Dywizji Powietrznodesantowej, których skierowano do Rzeszowa.
Ostatecznie rotacyjną obecność rozszerzono o dodatkową ciężką (pancerną) brygadę na naszym odcinku. Rotacyjna brygada pojawiła się także w Rumunii.
Obecne były także inne elementy. Przede wszystkim, pojawiły się stanowiska dowodzenia. W Bolesławcu rozmieszczono batalion dowodzenia szczebla dywizji a w Poznaniu wysunięte dowództwo odtworzonego V korpusu.
Powstał szkielet, który w razie potrzeby można obudować dodatkowymi siłami. Aby ułatwić ten proces, w Powidzu powstał magazyn sprzętu (APS-2) w którym znajdują się czołgi, wozy bojowe i inny sprzęt dla całej brygady pancernej.
Wystarczy tylko przetransportować żołnierzy z USA drogą lotniczą, co jest względnie proste i szybkie – i brygada w ciągu kilku dni będzie gotowa do walki, wchodząc w podporządkowanie wspomnianego dowództwa dywizji.
Podobnie w razie przysłania całych dywizji oraz jednostek wsparcia (na przykład brygad artylerii, łączności czy rozpoznawczych) dowodzić nimi będzie V Korpus. Wreszcie, te siły uzupełniane są przez inne jednostki z Europy, w tym 173 Brygada Powietrznodesantowa, 2 Pułk Kawalerii, 41 Brygadę Artylerii oraz 12 Brygadę lotnictwa wojsk lądowych.
Istotnymi elementami są także jednostki lotnicze czy baza obrony przeciwrakietowej. W obecnym kształcie oznacza to, że „Boots on the ground” w Europie pod koniec 2025 roku stanowiły odpowiednik jednej dywizji wojsk lądowych ze wsparciem lotnictwa – łącznie siedmiu dywizjonów sił powietrznych.
To było dużo. To ekwiwalent czterech do pięciu rosyjskich dywizji. A więc znaczna siła odstraszająca. W dodatku należy mieć na uwadze, że amerykańskie zdolności obejmują także walkę w powietrzu i uderzenia na zaplecze przeciwnika. I miały być one wzmacniane, gdyż zaplanowano rozmieszczenie w Niemczech dodatkowego batalionu artylerii, wyposażonego w broń dalekiego zasięgu.
Od kilku lat bowiem Amerykanie pracują nad poszerzeniem zdolności do uderzeń na zaplecze przeciwnika, zarówno poprzez adaptację pocisków SM-6 i Tomahawk do lądowych mobilnych wyrzutni, przez pociski balistyczne PrSM, jak i wprowadzenie pocisków hipersonicznych Dark Eagle.
Wcześniej eksperymentalnie przerzucano prototypowe wyrzutnie do Europy, między innymi na duński Bornholm, testując samą koncepcję. Teraz do Niemiec miała trafić gotowa do działania jednostka będąca odpowiedzią na rosyjski potencjał złożony z rakiet dalekiego zasięgu różnych typów – od Oriesznika po Iskandery i Kalibry.
Teraz tych sił zabraknie i znów, w razie potrzeby trzeba będzie je przemieścić z innego kontynentu. Podobne wygląda sytuacja z redukcją sił lądowych. Jedna brygada wojsk lądowych mniej to mniejszy potencjał odstraszania i więcej czasu, który będzie potrzebny na jej sprowadzenie z powrotem. Ponadto efektywne odstraszanie wymaga efektywnego procesu decyzyjnego i tu zaczynają się dalsze problemy.
Proces redukcji amerykańskiej obecności w Europie był widoczny już od pewnego czasu. W październiku 2025 roku ograniczono kontyngent w Rumunii. Ponadto o zmianach w traktowaniu Europy świadczyły zarówno nowa strategia bezpieczeństwa narodowego, jak i nowa strategia obronna, ogłoszone niedawno.
Dalsze, poważne redukcje zostały zapowiedziane na początku maja – i miały dotyczyć sil stacjonujących w Niemczech, których wycofanie zajęłoby całe miesiące. Co ważne, tłem tej decyzji miała być nie tylko długofalowa strategia, ale także spór pomiędzy Trumpem a kanclerzem Niemiec, który publicznie skrytykował amerykańską politykę wobec Iranu.
Jednak to, co miało być karą dla Niemców, przerodziło się w zawieszenie rotacji sił, które miały trafić także do Polski. Wywołało to burzę po obu stronach Atlantyku.
I według słów ministra obrony Władysława Kosiniaka-Kamysza z 21 maja po stronie amerykańskiej miał trwać proces planistyczny, a więc ostateczny kształt sił USA w Europie miał stać się jasny za kilka tygodni. Okazało się jednak, że w Trumpowskiej administracji tygodnie zmieniły się w godziny, gdyż już wieczorem tego samego dnia (czasu polskiego) okazało się, że jednak do Polski trafi pięć tysięcy żołnierzy.
To z kolei oznacza, że najwyraźniej prezydent Trump postanowił pominąć wspomniany „proces planistyczny” – co z kolei rodzi kolejne pytania. Nie wiadomo bowiem czy po prostu dojdzie do wykonania pierwotnego planu zakładającego rotację owej brygady, czy też przysłane zostaną inne siły. Szczególnie ważny jest zwłaszcza los wspomnianego batalionu rakiet dalekiego zasięgu.
Polska wydawała się do tego być modelowym sojusznikiem Ameryki. Spora część ważnych zakupów z ostatnich lat – to sprzęt amerykański, choćby czołgi Abrams, śmigłowce Apache czy przeciwlotnicze Patrioty. A do tego szereg komponentów do innych typów uzbrojenia pochodzi z Ameryki.
Polskie władze robiły wiec dokładnie to, czego oczekiwali Amerykanie od dawna od europejskich sojuszników, zarzucając im „jazdę na gapę” w sferze bezpieczeństwa.
Mimo to, o wycofaniu amerykańskich wojsk nasza opinia publiczna, a co gorsza – być może nawet decydenci, dowiedzieli się z mediów i to niszowych, militarnych periodyków. Pośpieszne zapewnienia o braku problemów w relacjach z USA, naprędce prowadzone rozmowy z Amerykanami świadczą najwyraźniej o sporym zaskoczeniu. Zaskoczeni wydawali się także amerykańscy parlamentarzyści.
Nie można przy tym ukrywać, że Amerykanie, chcąc z powodów politycznych, wyjaśnionych w dokumentach strategicznych Białego Domu i Pentagonu, ograniczyć swoją obecność w Europie, podjęli decyzje dla siebie najprostsze i najszybsze w wykonaniu.
Nie dziwi to, biorąc pod uwagę styl prowadzenia polityki przez obecną administrację, wynikająca zarówno z wyznawanej ideologii, jak i wewnętrznego chaosu. Sekretarz wojny zajmował się bowiem obok formułowania polityki obronnej także czystkami kadrowymi czy blokowaniem współpracy wojska z uczelniami cywilnymi.
Widoczny jest wręcz kuriozalny rozdźwięk komunikacyjny. Rzecznik Departamentu Wojny w jednym komunikacie określił Polskę jako „modelowego sojusznika” i jednocześnie ogłosił, że na skutek „wielowarstwowego procesu decyzyjnego” ogranicza się obecność wojskową, w tym wstrzymuje rotację wojsk.
Co charakterystyczne, w tej podjętej najwyraźniej szybko decyzji nie ma śladów, by miało znaczenie, że Polska jest modelowym sojusznikiem, ani to, jak dobre relacje osobiste mają obaj prezydenci. Można się bowiem spodziewać, że w przypadku faktycznie dobrych relacji sojuszniczych, zmiana zaangażowania zostałaby przeprowadzona w lepiej i efektywniej komunikowanym procesie. Dopiero zapowiedź wysłania do Polski żołnierzy z 21 maja odwoływała się do osoby prezydenta Nawrockiego i wsparcia, jakiego udzielał mu Trump.
I tutaj pojawia się kolejny problem w relacjach polsko-amerykańskich. Polska, zwłaszcza przez ostatnie lata, nabywała duże ilości wyposażenia – nierzadko bez przeprowadzenia konkurencyjnego postępowania, z góry wybierając jedną opcję i nawet nie próbując negocjować choćby udziału własnego przemysłu w montażu.
Dotyczyło to zarówno zakupów w USA, jak i w przemyśle innych państw, choćby Korei. Widoczne były przy tym dwa czynniki. Jeden to wyraźny pośpiech, związany z obawą o możliwość rosyjskiej agresji w ciągu najbliższych lat. A drugi – to teza o kompatybilności sprzętu, zarówno z tym używanym przez Amerykanów, jak i tym amerykańskim już przez Polskę posiadanym. Takie postępowanie w sposób oczywisty jeszcze bardziej osłabiało pozycję negocjacyjną. Co więcej, jest możliwe, że w polskiej armii pojawi się, i to na skutek obecnych redukcji, kolejny typ sprzętu z USA.
Redukcja obecności w Europie może bowiem doprowadzić do rozformowania 2 Pułku Kawalerii wyposażonego w kołowe transporty opancerzone Stryker. To oznacza, że używane wozy mogą trafić do innego użytkownika. Wiadomo, że taka propozycja – nieodpłatnego przekazania Strykerów została potraktowana poważnie. Według słów zastępcy szefa Sztabu Generalnego zakończyła się ocena stanu technicznego proponowanych do przekazania pojazdów – decyzja ma zostać zakomunikowana niedługo.
To z kolei może oznaczać, że w polskiej armii pojawi się dodatkowa partia wozów bojowych. Nowy typ oprócz innych problemów (choćby logistycznych) otworzy drzwi do pozyskania kolejnych pojazdów tego typu. Nowe wozy, jak również remonty już posiadanych, darmowe nie będą…
Oprócz zakupów sprzętu symptomatyczne są także inne niedawne wydarzenia w relacjach polsko-amerykańskich. Po skandalicznych i obraźliwych słowach Trumpa o „sojusznikach stojących trochę z tyłu”, reakcje polskich polityków były powolne i stonowane w porównaniu z innymi europejskimi przywódcami.
To mogło także mieć wpływ na sposób, w jaki Polska została początkowo potraktowana. Być może na chaos decyzyjny w Waszyngtonie nałożyło się traktowanie Polski jako sojusznika słabszego, którego można traktować lekceważąco. Także fakt, że doszło do zmiany tej decyzji na skutek presji, pokazuje, że asertywność w relacjach sojuszniczych na sens.
Zapewne strona amerykańska świadoma jest też szeregu zależności – zarówno tych technicznych, jak i stricte wojskowych oraz w sferze postrzegania otoczenia i sojuszy, co w naukach o bezpieczeństwie nazywa się kulturą strategiczną. W polskiej kulturze strategicznej bowiem pozycja symboliczna USA (mimo Teheranu i Jałty) jest bardzo silna, podczas gdy europejskich sojuszy dotyczy mit rzekomej „zdrady Francji i Anglii” z 1939.
Silne są także wzorce organizacyjne czy kulturowe importowane z USA. To wszystko sprawia, że wizja ograniczenia amerykańskiego zaangażowania w Europie, wycofania wojsk – a przynajmniej ich części – jest dla polskiej strony po prostu niekomfortowa.
Stąd też radosne posty, w których nasi politycy ogłaszają sukces, należy przyjmować z mieszanymi uczuciami. Problemem nie jest to, że doszło do zmiany tej decyzji. Problem w tym, że została ona podjęta i w sposobie jej realizacji. Można odnieść wrażenie, że cały czas trwa robienie dobrej miny do złej gry.
Sobota
Adiunkt w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się problematyką bezpieczeństwa narodowego, w szczególności zagrożeń hybrydowych, militarnych oraz kultury strategicznej Polski. Autor książki "Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-2010 w kontekście kultury strategicznej Polski" (2022), stały współpracownik magazynu „Frag Out” członek Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego
Adiunkt w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się problematyką bezpieczeństwa narodowego, w szczególności zagrożeń hybrydowych, militarnych oraz kultury strategicznej Polski. Autor książki "Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-2010 w kontekście kultury strategicznej Polski" (2022), stały współpracownik magazynu „Frag Out” członek Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego
Komentarze