0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Lukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.plFot. Lukasz Cynalews...

„Dlaczego 200 metrów, a nie 250? A może 150? Mamy podejrzenie, że [700 metrów] to odległość z kapelusza, wymyślona tylko po to, żeby zadowolić Solidarną Polskę" – mówiła podczas łączonego posiedzenia komisji sejmowych ds. energetyki oraz samorządów posłanka KO Małgorzata Chmiel. Tematem posiedzenia była ustawa wiatrakowa.

Od jej kształtu zależy, czy w Polsce będą mogły powstawać nowe moce z wiatru.

Ustawa wiatrakowa z poprawką Suskiego

Chmiel odniosła się do poprawki wniesionej przez Marka Suskiego. Według osiągniętego w toku prac konsensusu, wiatraki miały stanąć minimum 500 metrów od zabudowań. Ich postawienie musi być ujęte w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego oraz poprzedzone konsultacjami społecznymi. Takie rozwiązanie nie podobało się Solidarnej Polsce, która postulowała odległość minimalną na poziomie kilometra.

Poseł Suski znalazł „złoty środek". Podczas obrad komisji na kartce papieru odręcznie zapisał poprawkę, według której odległość minimalna to 700 metrów. Projekt został przegłosowany w takiej formie i trafił do Senatu.

Senacka komisja w swoich poprawkach wróciła do propozycji 500 metrów od budynków mieszkalnych. Senat tę propozycję przyjął jednogłośnie (również głosami senatorów PiS), a projekt ustawy wiatrakowej wrócił do Sejmu.

Komisje sejmowe odrzuciły wszystkie senackie poprawki.

Przypomnijmy: Walka o wiatraki od 2016 roku, kiedy przyjęto tzw. zasadę 10H. Odległość między zabudowaniami a wiatrakami nie może wynosić mniej niż dziesięciokrotność ich wysokości. To w praktyce około 2 km. Taki zapis zablokował możliwość budowania nowych wiatraków w Polsce. Według wyliczeń ekspertów zasada 10H wykluczyła 99,7 proc. powierzchni Polski z inwestycji wiatrakowych.

Opisywaliśmy to szeroko w OKO.press:

Przeczytaj także:

Nowa ustawa wiatrakowa ma odblokować potencjał OZE z wiatru w Polsce. Wiele jednak zależy od tego, jaką ostatecznie odległość przegłosuje Sejm. Eksperci przekonują, że wbrew pozorom 200 metrów różnicy zmienia wiele i może spowolnić polską transformację energetyczną.

Plany zagospodarowania do kosza

Mariusz Marszał ze Związku Gmin Wiejskich RP podkreślał podczas łączonego posiedzenia dwóch komisji, że poprawki Senatu, czyli odległość 500 m, są odpowiedzią na oczekiwania samorządów. „Osiągnęliśmy konsensus podczas rozmów z rządem. Niezależnie od tego, jaka opcja rządzi w gminie, chcemy takiego prawa, które będzie akceptowalne społecznie" - komentował.

Podkreślił również, że zmiana z 500 na 700 metrów minimalnej odległości unieważni ogromną część planów zagospodarowania przestrzennego, na których podstawie mają być wydawane zgody na budowę wiatraków.

Duża część planów była sporządzana z uwzględnieniem odległości 500 metrów. Teraz, jak szacują analitycy, aż 84 proc. z nich będzie nieaktualna. W czterech województwach (małopolskim, śląskim, mazowieckim i kujawsko-pomorskim) do kosza trafią wszystkie przyjęte plany.

To nie koniec problemów ze zmianą z 500 na 700 metrów. Jeśli przepisy zostaną przyjęte z poprawką Suskiego, dostępna dla wiatraków powierzchnia będzie aż o 47 proc. mniejsza niż w pierwotnej wersji projektu – podaje Instrat. Największy potencjał przy „wariancie 700 m” tracą woj. kujawsko-pomorskie (o 65 proc. mniej dostępnych terenów) i łódzkie (62 proc. terenów mniej).

W całej Polsce wariant 500 m spowoduje, że wiatraki mogłyby powstawać na łącznym obszarze 27 371 km2. Poprawka Suskiego powoduje, że dostępny teren maleje do 14,5 tys. km2.

Nie ustawa wiatrakowa, a świerszcze? Suski o KPO

Liberalizacja ustawy wiatrakowej jest jednym z kamieni milowych, bez których Komisja Europejska nie wypłaci środków z KPO. W samym kamieniu milowym nie podano co prawda szczegółów dotyczących minimalnej odległości od zabudowań. Jednak projekt z propozycją 500 m, został przedstawiony Komisji Europejskiej. „Majstrując przy uzgodnionym konsensusie, Polska strzela sobie w stopę, ryzykując utratę miliardów złotych z unijnych funduszy" – mówił Paweł Czyżak z think tanku Ember.

W podobnym tonie wypowiadała się posłanka Zielonych, Urszula Zielińska. Przypomniała podczas posiedzenia komisji, że ustawa wiatrakowa z poprawką 700 metrów może nie być wystarczająca do wypłacenia pieniędzy z KPO. Marek Suski, który jest przewodniczącym Komisji ds. Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych odpowiedział: „Unia nam tych pieniędzy nie da, bo nie chcemy jeść jej świerszczy".

Ta wypowiedź, oczywiście, jest absurdalna (nie wiemy jedynie, czy taki był jej cel, czy jednak poseł Suski w to wierzy). Suski nawiązał do powielanej ostatnio przez prawicę narracji o rzekomym „zmuszaniu" nas przez Unię do jedzenia robaków.

Unia niczego nie nakazuje. 3 stycznia 2023 roku Komisja Europejska jedynie wydała rozporządzenie zezwalające na wprowadzanie na rynek częściowo odtłuszczonego proszku ze świerszczy jako nowej żywności. To wystarczyło, żeby prawicowi miłośnicy kotleta wpadli w panikę. Całą narrację rozebrał na części pierwsze Michał Rolecki, a jego tekst można przeczytać tutaj:

O ile niechęć do jedzenia świerszczy nie przeszkodzi w wypłacie pieniędzy z KPO, to zbyt daleko idące zmiany w noweli wiatrakowej już mogą. Komisja Europejska będzie to analizować dopiero po przyjęciu ustawy, podpisaniu jej przez prezydenta i złożeniu wniosku o płatność. Jak się nieoficjalnie dowiadujemy, ustawa z „poprawką Suskiego" może być problematyczna. Nie jest pewne, czy KE zaakceptuje takie zmiany w ustawie wiatrakowej, które są zagrożeniem dla transformacji energetycznej.

Wiatraki w ogródku

Po co więc rząd Zjednoczonej Prawicy zmienia zaakceptowaną przez samorządy i ekspertów odległość? Na to pytanie odpowiedział Marek Suski podczas posiedzenia komisji.

„Mieszkańcy na każdym spotkaniu proszą nas, żeby nie stawiać wiatraków w ogródkach" – powiedział.

My działamy z takich pobudek, jakie wynikają z oczekiwań wyborców. Chronimy ich przed szkodliwymi skutkami zbyt bliskich instalacji energetycznych
Wiatraki umieszczone 500 metrów od zabudowań nie miałyby negatywnych skutków dla mieszkańców
łączone posiedzenie komisji ds. energii oraz samorządów,07 marca 2023

„Projekt zakładający odległość 500 metrów nie dopuszcza budowy wiatraków w ogródkach" – odpowiedziała Suskiemu posłanka Zielonych Urszula Zielińska. „Wiatraki powstawałyby po konsultacjach i tylko w ramach miejscowych planów zagospodarowania. Nie ma więc takich obaw. Obawy społeczne zostały w tym projekcie rozwiane i to właśnie nad nim powinniśmy dziś głosować" - dodała.

Ustawa wiatrakowa i jej negatywne skutki

Marek Suski nie rozwinął myśli o „negatywnych skutkach" mieszkania w pobliżu wiatraków. Wcześniej jednak o rzekomych zagrożeniach mówili jego koledzy.

Na przykład doradca prezydenta, prof. Andrzej Zybertowicz w styczniu 2023 na antenie TVN24 ogłosił: „Pracujące turbiny wiatrowe wytwarzają wibracje powodujące, że zwierzęta znikają z dużego obszaru. Te wibracje mają wywoływać także u ludzi, którzy są blisko, stan niepokoju".

Wiceminister rolnictwa Janusz Kowalski, który najbardziej zaciekle walczy z wiatrakami, przekonywał w swoich twitterowych wpisach, że hałas turbin powoduje „chorobę wibroakustyczną". Migotanie świateł z wiatraków może doprowadzić do "stanów epileptycznych" - wymieniał.

W OKO.press obalaliśmy te tezy.

Hałas? Raczej ledwo słyszalny szum

„Turbiny wiatrowe wydają charakterystyczny dźwięk. Z naszych badań wynika jednak, że w odległości 500 metrów nie oddziałuje on na zdrowie człowieka” – przekonywał jeden z autorów raportu dotyczącego hałasu towarzyszącego działalności wiatraków, prof. Piotr Kacejko z Politechniki Lubelskiej. – „Na duże odległości migrują tylko infradźwięki (fale akustyczne na tyle niskie, że niesłyszalne dla ludzkiego ucha – przyp. aut.)” – dodał.

Według autorów badania już w odległości około 85 metrów od turbiny poziom hałasu wynosi około 50 decybeli (dB). To wartość mieszcząca się w limitach dopuszczalnego hałasu na terenie zabudowanym w godzinach dziennych (w dzień wynoszą one 60, w nocy- 50 dB).

W odległości ok. 500 metrów natężenie dźwięku spada do poniżej 40 dB, a często nie przekracza 35 dB. „Taki poziom hałasu nie powinien powodować negatywnych skutków zdrowotnych, również w przypadku osób wrażliwych” – twierdzą naukowcy z Politechniki Lubelskiej.

Pseudonaukowe teorie

Nie hałasują, ale może wywołują choroby? Rzekomy wpływ wiatraków na zdrowie to argument często podnoszony przez przeciwników wiatraków. Został on jednak obalony dwie dekady temu przez naukowców.

Pseudonaukową teorię tzw. Syndromu Turbiny Wiatrowej wprowadziła do obiegu Nina Pierpont, pediatra z USA. Lekarka zauważyła dolegliwości u grupy 38 osób mieszkających w pobliżu turbin: występowanie ataków paniki, bóle brzucha czy szum w uszach.

Jednak sposób przeprowadzenia badań (lub bardziej: eksperymentu) budzi wiele wątpliwości.

Jak pisaliśmy w OKO.press, osoby poddane obserwacji zostały osobiście wybrane przez Pierpont, grupa była zbyt mała, by uznać wyniki za miarodajne, a autorka nie wykazała ciągu przyczynowo-skutkowego pomiędzy „ultraniskimi dźwiękami” generowanymi przez wiatraki a złym samopoczuciem badanych. Wyniki innych badań przekreślają wnioski, które przedstawiła amerykańska lekarka.

W 2020 roku grupa badaczy z Finlandii realizowała rządowy projekt, który miał sprawdzić, jak infradźwięki, niewykrywalne przez ucho, mogą nam szkodzić. „Odkrycia nie potwierdzają hipotezy, że infradźwięk jest elementem w dźwięku turbiny, który powoduje irytację. Bardziej prawdopodobne jest, że symptomy są wywoływane przez inne czynniki. Nawet takie jak oczekiwanie objawów" - wykazali badacze. Nie ma również dowodów na to, że dźwięki emitowane przez turbiny wiatrowe wpływają na częstość akcji serca.

Ustawa wiatrakowa na ostatniej prostej

Uspokajamy więc: nawet w scenariuszu 500 metrów nikt nam wiatraka nie postawiłby w ogródku - wbrew temu, co mówi Marek Suski. Wiatraki nie będą miały również negatywnych skutków: ich hałas jest ledwo słyszalny, a emitowane dźwięki nie szkodzą naszemu zdrowiu.

O tym, czy ustawa wiatrakowa zostanie przyjęta z poprawką Suskiego, 9 marca będzie głosował Sejm. Jeśli ustawa przejdzie, do jej zatwierdzenia będzie brakowało jedynie podpisu prezydenta.

;
Wyłączną odpowiedzialność za wszelkie treści wspierane przez Europejski Fundusz Mediów i Informacji (European Media and Information Fund, EMIF) ponoszą autorzy/autorki i nie muszą one odzwierciedlać stanowiska EMIF i partnerów funduszu, Fundacji Calouste Gulbenkian i Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (European University Institute).

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze