0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot . Kuba Atys / Agencja Wyborcza.plFot . Kuba Atys / Ag...

Polska polityka po stronie opozycyjnej przypomina historię kuriera rowerowego, który ma dowieźć na miejsce, powiedzmy, paczkę z demokracją. Kłopot w tym, że kurier co parę metrów zbiera od opinii publicznej kolejne, poboczne zamówienia w postaci mitów, chciejstw, obsesji i kompletnych bzdur. Do pewnego momentu nasz bohater jeszcze cały czas dziarsko pedałuje, ale w pewnym momencie ciężar jest zbyt duży i następuje wywrotka.

A wtedy nad pechowym rowerzystą zbierają się komentatorzy, dziwując się i lamentując: a że taki pechowy, a że nieporadny, a że tak naprawdę to nie potrafi jeździć i nigdy donikąd nie dojedzie.

Takie cykle powtarzają się co kilka miesięcy, aż w końcu sam kurier zatrzymuje rower, przekonany, że do niczego się nie nadaje. I popełnia błąd. Bo wystarczy, żeby się skupił, część niepotrzebnego bagażu wyrzucił do najbliższego śmietnika i dziarsko ruszył prosto przed siebie. Tym bardziej że ów cel jest tuż, tuż.

Takich zbędnych, za przeproszeniem Szanownych Państwa, pierdół i pierdółek na plecach naszego opozycyjnego kuriera przez ostatnie lata nagromadziły się tony. Czas na błyskawiczny rozładunek tego ciężaru.

„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości

Mit pierwszy. Opozycji strasznie spada, a PiS jest bliski wygranej

Opozycja jest o lata świetlnej bliżej wygranej w wyborach, niż PiS uzyskania po raz trzeci samodzielnej większości, ale tak się jakoś stało, że to Prawo i Sprawiedliwość wśród opozycyjnej opinii publicznej uchodzi za hegemona. Tymczasem żeby myśleć o utrzymaniu samodzielnej większości w Sejmie, partia Jarosława Kaczyńskiego musiałaby uzyskać w październiku wynik zbliżony do tego z 2019 roku, czyli w okolicach 43 proc. W najkorzystniejszych badaniach PiS dzieli dziś od takiego wyniku 5-6 pkt proc.

Co przy założeniu podobnej frekwencji jak cztery lata temu, oznacza dla PiS przymus pozyskania około miliona dodatkowych głosów w kilka miesięcy.

I to przy obserwowanej już teraz ogromnej mobilizacji bazy Prawa i Sprawiedliwości, czyli wyborców 60+ oraz wielomiesięcznej stagnacji, jeśli chodzi o poparcie dla obozu władzy.

Ale to PiS publicznie jest pewny swego, za to opozycja (zarówno jeśli chodzi o polityków, jak i o opinię publiczną) wpada w paniczny dygot, jeśli tylko komuś z miesiąca na miesiąc spadło poparcie o 2 pkt. procentowe. To czysty absurd.

Wszystkie publikowane sondaże, choć mają różną jakość, operują na podobnych liczebnie ok. 1000-osobowych ogólnopolskich próbach. W przygniatającej większości z nich osób deklarujących udział w wyborach jest ok. 600. To oznacza, że błąd pomiaru przy partiach o poparciu w okolicach 30-40 proc. wynosi w zaokrągleniu +/- 4 pkt proc., przy partiach o poparciu w okolicach 10 proc. +/- 2,5 pkt proc.

Jeśli partie panicznie zmieniają swoją narrację, bo spadły w sondażach o punkt lub dwa, to znaczy, że rządzą nimi osoby niezbyt kompetentne.

Innymi słowy, jeśli Konfederacji z sondażu na sondaż rośnie poparcie o 5 pkt, a Polsce 2050 spada o 4 pkt proc., wtedy, owszem, możemy powiedzieć, że obserwujemy pewien fenomen. Jeśli KO spada o 1 pkt i o tyle samo rośnie Lewicy, albo odwrotnie, nie ma to znaczenia.

Przeczytaj także:

Mit drugi. Nie wystarczy po prostu wygrać z PiS, trzeba wygrać POTĘŻNIE

Trudno powiedzieć, skąd wzięło się to przekonanie, biorąc pod uwagę siłę i trwałość popularności Prawa i Sprawiedliwości, które od 16 lat zawsze może liczyć na poparcie zbliżone do 30 proc. Ba, od czasu ukształtowania się w 2005 roku polskiej sceny politycznej wg podziału między PiS a PO, żadna koalicja większościowa nie miała przewagi w mandatach wykraczającej ponad 240 mandatów (tyle miała koalicja PO-PSL w 2007 roku).

Tymczasem w lutym 2021 roku wyznaczono opozycji ekstremalnie mało realny cel zdobycia 276 mandatów. I od tego czasu zwykła wygrana już nie zadowalała części opinii publicznej, a jedyną akceptowalną perspektywą stało się zwycięstwo na historyczną skalę, które pozwalałoby odrzucać weto prezydenta.

Rzecz, owszem, w idealnym świecie bardzo przydatna, ale w świecie realnym niekoniecznie niezbędna.

Zwłaszcza że rok po wyborach parlamentarnych będziemy mieli już początek kampanii prezydenckiej.

Opozycja powinna zrezygnować z mitu Wielkiego Zwycięstwa, ponieważ jego urzeczywistnienie nie wykracza (i nigdy nie wykraczało) poza sferę political fiction. Za to stało się jednym z kilku zaklęć, które skutecznie demobilizują opozycyjnych wyborców, wypatrujących bezskutecznie na horyzoncie radykalnej zmiany sytuacji politycznej. Opowieści o takim scenariuszu to bajki, trzeba przestać nimi mamić ludzi, tym bardziej że w odróżnieniu od Wielkiego Zwycięstwa, Zwykłe Zwycięstwo było i pozostaje jak najbardziej realne.

Odpryskiem tego mitu jest kultywowane przez lata przekonanie, że PiS zaraz padnie, zostanie obalony, ludzie się od niego odwrócą, a Polska z kraju kwitnącego, w kilka miesięcy, a już na pewno lat, zmieni się w tzw. "drugą Wenezuelę". Z kolei rewersem tego przekonania jest grzęźnięcie w bezproduktywnym, beznadziejnym stuporze: bo skoro im nie spada, to znaczy, że będą rządzić wiecznie, że nic się nie da zrobić, że będzie tylko gorzej.

Tymczasem fakty są banalne: Prawo i Sprawiedliwość po prostu zręcznie obsługuje potrzeby kulturowe i społeczne ok. 1/3 wyborców, ma trwałe poparcie na poziomie ok. 30 proc. i to się szybko nie zmieni.

Ale takie poparcie dla PiS nie oznacza wiecznych rządów. Więcej, przy takim poparciu dla obozu władzy opozycja spokojnie może wygrać.

Mit trzeci. Tylko jedna lista opozycji…

W zależności od sondażowych słupków jednak lista wyborcza opozycji miała być albo jedynym sposobem na to, żeby wygrać z PiS POTĘŻNIE, albo – jak obecnie – żeby wygrać w ogóle. To kolejny niezwykle poręczny wihajster do demobilizacji elektoratu.

Nikt nigdy nie zająknął się o tym, jak właściwie ta jedna lista miałaby realnie (a nie życzeniowo) wyglądać, na jakich podstawach programowych i aksjologicznych się opierać. No i jaki spójny pomysł wyborczy miałaby przedstawić poza tym, który kiedyś wyklarował na jednej z demonstracji Władysław Frasyniuk: „PiS jebać i się nie bać”. Hasło oczywiście bardzo nośne, ale jednak chyba kapkę niewystarczające.

Jedna lista w opowieściach polityków i publicystów ma działać na zasadzie deus ex machina – wraz z jej pojawieniem się, wszystkie kłopoty po prostu znikają pod naporem majestatu boskiej interwencji. W końcu skoro to działało w dramatach Eurypidesa, dlaczegóż nie miałoby zadziałać w 2023 roku w Polsce?

Ale póki co w realnym świecie sytuacja jest taka, że choć jedna lista pozostaje jedynie hasłem z wieców i natchnionych publicystycznych wezwań, to i tak wszyscy na opozycji zdążyli się o nią śmiertelnie pokłócić. I jeśli już powstanie, będzie tylko wybrakowaną jedną listą strachu przed PiS.

Jedna lista zaczyna też działać jak samospełniająca się przepowiednia: tak długo była przedstawiana jako jedyna możliwa recepta na wygraną, że jeśli teraz się nie zmaterializuje, część wyborców opozycji może ulec pokusie demobilizacji. No bo skoro nie będzie jednej listy, znaczy, że będzie porażka.

Trzeba przeciąć wreszcie ten gordyjski splot chciejstwa i fantazji.

Mit czwarty. Opozycja osobno nie ma szans

Z tym mitem związany jest dodatkowo magiczny totem zwany „zasadą D’Hondta”. Prawdopodobnie jeszcze nigdy prostemu działaniu matematycznemu nie zostały przypisane tak pozaziemskie właściwości. Bo „zasada D’Hondta” to po prostu dzielenie wyniku wyborczego w okręgach przez kolejne liczby naturalne: 1, 2, 3, 4 i tak dalej. Uzyskane wyniki się szereguje i wg nich przyznaje mandaty partiom, które przekroczyły próg w skali kraju. Ot, i cała magia.

Rzeczywiście, polska ordynacja premiuje największe ugrupowania, natomiast wynika to w głównej mierze z małych okręgów wyborczych, ten czynnik najsilniej oddziałuje w wyborach samorządowych, najmniej w głosowaniu do PE, wybory do Sejmu są pośrodku – wyjaśnialiśmy to szczegółowo w OKO.press.

Jak rozkład mandatów wygląda matematycznie w hipotetycznych scenariuszach? Przyjmijmy w uproszczeniu, że opozycja w wyborach zdobywa 55 proc. poparcia, a PiS z Konfederacją – 45 proc. i rozdzielmy ten wynik na trzy teoretyczne warianty.

  • Wariant pierwszy: PiS - 36 proc., KO – 30 proc., Lewica – 11 proc., Konfederacja 9 proc., Polska 2050 – 7 proc., PSL – 7 proc. Opozycja zdobywa 223 mandaty. Za mało by rządzić.
  • Wariant drugi: PiS – 36 proc., KO – 31 proc., koalicja Pl2050-PSL - 14 proc., Lewica - 10 proc., Konfederacja – 9 proc. Opozycja zdobywa 231 mandatów. W sam raz, by rządzić.
  • Wariant trzeci: PiS – 36 proc., Jedna Lista – 55 proc., Konfederacja – 9 proc. Opozycja – 256 mandatów. Bezpieczna większość, ale daleko do obalenia weta prezydenta.

Jak widzimy, w sensie matematycznym wariant jednej listy jest – co oczywiste - najbardziej korzystny. Szkopuł w tym, że polityka to nie matematyka, a z sondażu obywatelskiego wiemy, że jedna lista demobilizuje wyborców opozycji w porównaniu do startu oddzielnego. Jak bardzo - trudno teoretycznie oszacować. Natomiast wynik takiego komitetu poniżej 50 proc. czyni już perspektywę sejmowej większości wątpliwą. Widać to w sondażu Ipsos dla OKO.press i TOK FM, w którym zbadaliśmy poparcie dla Paktu Senackiego. Gdyby przełożyć jego wynik (44 proc.) na wybory Sejmowe, taka jedna lista uzyskałaby 228 mandatów.

Inny wątek to poparcie dla Konfederacji - wydaje się bardzo prawdopodobne, że im większa będzie polaryzacja, tym bardziej skrajna prawica, pozycjonująca się obecnie jako siła "zdrowego rozsądku" poza głównym sporem politycznym, będzie tylko zyskiwać. A jej wynik na poziomie kilkunastu procent poparcia oznacza bardzo prawdopodobny brak większości w każdym z wariantów.

Jednak obecnie, zarówno w projekcie startu oddzielnego i zwłaszcza w wariancie koalicji Polski 2050 i PSL jako drugiej, silnej listy opozycyjnej, zwycięstwo w mandatach teoretycznie jest trudniejsze, ale pozostaje w zasięgu ręki. A kluczem do skutecznego startu jest relacja między:

  • mobilizacją i maksymalizowaniem poparcia w liczbie głosów,
  • konfiguracją list wyborczych dla maksymalizowania liczby mandatów,
  • i politycznym prawdopodobieństwem ich urzeczywistnienia.

Wnioski?

Po pierwsze, taka konfiguracja list wyborczych, która jednocześnie na kilka miesięcy przed wyborami jest mało realna, a do tego z pewnością demobilizuje część elektoratu, raczej nie jest najlepszym kandydatem na bezalternatywny klucz do zwycięstwa pod hasłem „Wszystko albo nic”. Choć w idealnym scenariuszu może dać "mandatowe dopalenie".

Po drugie, opozycja jest blisko zwycięstwa we wszystkich możliwych konfiguracjach. Obecnie w sondażach albo uzyskuje wynik wystarczający, albo dzieli ją od niego dystans wielkości błędu pomiaru.

Jeśli nie mity, to co?

Z dużym prawdopodobieństwem można sądzić, że jeśli przez ostatnie 8 lat opozycja:

  • nie wymyśliła nowego 500+,
  • nie zjednoczyła się na jednej liście antyPiS,
  • nie znalazła wśród licznych afer PiS tej jednej zmieniającej wszystko
  • oraz nie odkryła w licznych badaniach przełomowej emocji Polaków, która zręcznie wykorzystana, mogłaby fundamentalnie zmienić słupki poparcia...

...to znaczy, że przez następnych 6 miesięcy już tego wszystkiego nie dokona.

Co może więc zrobić opozycja?

  • Może proponować Polakom konkretne rozwiązania dotyczące konkretnych problemów społecznych, tak jak zresztą robią to już np. Koalicja Obywatelska i Lewica z babciowym, rentą wdowią, propozycjami dotyczącymi mieszkań etc.
  • Zakończyć szybko dywagacje na temat list wyborczych, nie jęcząc ciągle, czego zrobić się nie udało, tylko pokazując, jakie korzyści płyną z takiej lub innej konfiguracji.
  • Przestać zadręczać wszystkich dookoła partyjniackimi połajankami, bo czy górą z kolejnych jałowych polemik wewnątrz opozycji wyjdzie Donald, Szymon, Adrian, czy Władysław, naprawdę nikogo nie obchodzi poza najbardziej zagorzałymi fanami wyżej wymienionych panów.
  • Wrócić do podstaw i zacząć dawać się lubić. Przestać gapić się na sondaże, a zacząć organizować i wyrażać emocje ludzi, dziś skupione wokół kłopotów gospodarczych i finansowych. Sprytnie robi to obecnie Konfederacja.

I przede wszystkim - opozycja powinna dawać nadzieję.

To oczywiście banały, ale każda skuteczna kampania wyborcza od 2005 roku opierała się na banałach, wierze w zwycięstwo i chwytaniu społecznej emocji.

PiS i PO w 2005 roku wysyłały SLD na zieloną trawkę obietnicą sanacji państwa, odpartyjnienia, wprowadzenia nowych standardów i silnej, uczciwej władzy. Ale konkretów poza buńczucznymi hasłami było w tym niewiele.

W 2007 roku Platforma odsuwała PiS wizją wyrwania z potrzasku Kaczyńskiego aspiracji modernizacyjnych Polaków, ale w sensie konkretnych obietnic każdy wyborca rozumiał coś z tego już po swojemu. Do dziś z rozrzewnieniem wspominam kolegów, którzy byli wówczas przekonani, że w Polsce wreszcie będzie jak w Holandii i Donald Tusk zalegalizuje marihuanę.

Natomiast w 2015 roku PiS wykorzystał zmęczenie Polaków skutkami kryzysu 2008 roku, zaproponował powrót do silnego, opiekuńczego państwa i mamił nową, młodą energią Andrzeja Dudy i Beaty Szydło, którzy mieli przynieść nowe otwarcie i nową politykę. Obietnica 500+ mieściła się w tym szerokim pakiecie.

Kampania wyborcza to nie jest czas kamieni filozoficznych, świętych Graali, wielkich odkryć.

To taki unikalny czas, kiedy wyborcy chcą wierzyć politykom, chcą dać się porwać nadziei, przekonać, pomyśleć, że z tym facetem albo facetką jutro może być lepsze.

A o tym, kto dla tych wyborców będzie wiarygodny, nie zdecyduje jedna lista, trzy, albo cztery, nie zdecyduje sondaż pokazany przez pięć minut w telewizji, że takiej lub śmakiej partii wzrosło, albo spadło o jeden koma siedem punktu procentowego. Za to może zdecydować, czy wyborców będzie przekonywać ktoś energiczny i świeży, czy uzależniony od wyników badań szary, smutny wkład do garnituru lub garsonki, klepiący tę samą schematyczną mantrę od wielu, wielu lat.

Niech opozycja przestanie się trząść ze strachu przed porażką i zacznie dawać ludziom nadzieję i perspektywę na przyszłość. A sondaże same się poprawią. Obojętnie, czy w takiej, czy w innej partyjnej konfiguracji.

;

Udostępnij:

Michał Danielewski

Wicenaczelny OKO.press, redaktor, socjolog po Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW. W OKO.press od 2019 roku, pisze o polityce, sondażach, propagandzie. Wcześniej przez ponad 13 lat w "Gazecie Wyborczej" jako dziennikarz od spraw wszelakich, publicysta, redaktor, m.in. wydawca strony głównej Wyborcza.pl i zastępca szefa Działu Krajowego. Pochodzi z Sieradza, ma futbolowego hopla, kibicuje Widzewowi Łódź i Arsenalowi

Komentarze