0:00
10 marca 2022

Patriarcha Cyryl na barykadach. Gdy Gejropa sprowadza na Ukrainę grzech, naszym obowiązkiem jest walka

Rosyjska cerkiew: inwazja na Ukrainę była potrzebna, bo Zachód kusił (siłą!) do grzeszenia pod tęczową flagą. Wojna ma więc wymiar metafizyczny. Poza tym, Rosja i Ukraina to jeden naród. Dlaczego patriarcha Cyryl I przystąpił do wojny? I skąd to wszystko się wzięło?

Wydrukuj

W 2014 roku patriarcha Moskwy i całej Rusi Cyryl I, choć nie potępił agresji Władimira Putina na Ukrainę, to też publicznie jej nie poparł. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że była to łagodna aprobata. Cyryl I w serii lawirujących wypowiedzi apelował o pokój i dialog. Podkreślał, że rosyjski Kościół prawosławny nigdy nie opowiadał się po żadnej ze stron w walce politycznej. "Jego obowiązkiem jest troszczyć się o wszystkich, którzy doświadczają przemocy", mówił.

Gdy Ukraińcy tłumnie protestowali na Majdanie, Cyryl przestrzegał jednak duchownych ukraińskiego Kościoła prawosławnego (formalnie podległego Moskwie), by nie angażowali się w konflikt:

„Cerkiew nie może kierować się programami politycznymi. Jeśli na barykadach pojawiają się duchowni, którzy podburzają naród, to nie niosą oni posłania Kościoła".

Osiem lat później ojciec rosyjskiego kościoła prawosławnego sam zajął miejsce na barykadzie. I to w pierwszej linii. Już na dzień przed inwazją na Ukrainę udzielił błogosławieństwa batalionom zgromadzonym przy granicach. "Żyjemy w okresie pokoju, ale zdajemy sobie sprawę, że również w czasach pokoju powstają zagrożenia. Niestety i w obecnym momencie istnieją zagrożenia. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, co dzieje się na rubieżach naszej Ojczyzny. Dlatego myślę, że nasi wojskowi nie mogą mieć żadnych wątpliwości co do tego, że dokonali oni jedynie słusznego i prawidłowego wyboru w swoim życiu”, mówił 23 lutego podczas obchodów „Dnia Obrońców Ojczyzny”.

Na kolejne posłanie trzeba było czekać 10 dni. W tym czasie w Ukrainie ginęli już cywile, a patriarcha Cyryl I był wywoływany przez duchownych całego świata jako ten, który mógłby odciągnąć Władimira Putina od pomysłu krwawej agresji.

Wszak rosyjska cerkiew próbowała już szukać sposobu, by wejść na drogę autonomii. Tak było na przełomie lat 2011-2012, gdy Rosjanie protestowali przeciwko fałszerstwom wyborczym. Na początku tzw. "Białej Zimy", Cyryl stawiał się w roli mediatora pomiędzy społeczeństwem a władzą. "Każdy człowiek żyjący w wolnym społeczeństwie powinien mieć prawo wyrażać swoje opinie”, mówił patriarcha na antenie państwowej telewizji.

Przez chwilę wydawało się nawet, że Kościół razem z wiernymi odmawia modlitwę "Bogurodzico, przegoń Putina".

Tamte protesty w Rosji zostały jednak zdławione, a cerkiew podryfowała w kierunku stabilnej, ciepłej władzy.

Kazanie pierwsze: Gejropa atakuje wschodnie rubieże

6 marca, podczas kazania w Niedzielę Przebaczenia Win - święto przygotowujące do okresu postu - patriarcha wyłożył metafizyczną, jak sam stwierdził, interpretację wojny w Ukrainie. Według Cyryla I Rosja walczy z tym, co "ustnicy Putina" nazwali wdzięcznie "Gejropą".

"Od ośmiu lat próbuje się zniszczyć to, co istnieje w Donbasie. Tylko dlatego, że ta ziemia stanowczo odrzuca tak zwane wartości oferowane przez tych, którzy roszczą sobie prawo do władzy nad światem", mówił Cyryl I.

Szeroko pojęty Zachód, światowe potęgi, mają bowiem przeprowadzać na społeczeństwach eksperymenty w postaci parad gejowskich. Kto ich odmówi, dostanie status outsidera w świecie "szczęśliwego konsumpcjonizmu". Zdaniem patriarchy, jeśli ten najcięższy grzech - paradowania pod tęczową flagą - rozleje się na świat prawdziwych wartości, będzie to koniec ludzkiej cywilizacji. Wszak grzech ten potępiono w Starym i Nowym Testamencie. Ale jaki to ma związek z wojną w Ukrainie?

Według Cyryla, mieszkańcy Donbasu stawili opór rozprzestrzenianiu się tego grzechu i właśnie dlatego „spróbowano go stłumić siłą".

W Ukrainie toczy się więc wojna kulturowa z ideologią LGBT. Ten przekaz, jakkolwiek absurdalnie by nie zabrzmiał, ma silny potencjał w mobilizacji Rosjan na osi "my" versus "oni". Etycznym wzorem dla "Gejropy", Rosja stała się od przesilenia politycznego przełomu lat 2011-2012. Putin, z niskimi notowaniami, wciąż osłabiony po protestach, postanowił zjednoczyć wieloetniczny, przywiązany do konserwatywnych wartości naród, w opozycji do LGBT.

W 2013 roku na poziomie federalnym przyjęto prawo o "obronie dzieci przed informacją propagującą odrzucanie tradycyjnych wartości rodzinnych”. Wcześniej podobne inicjatywy wprowadzano lokalnie, ale Putin odnosił się do nich sceptycznie. Temat elektryzował jednak dużą część społeczeństwa. Dość powiedzieć, że gdy Duma uchwalała ustawę, a garstka tęczowych aktywistów przyszła zaprotestować przeciwko kryminalizacji informowania o różnorodności płciowej i seksualnej, pod budynkiem czekali na nich działacze cerkiewni i nacjonaliści. I obrzucili ich pokrzywami, zgniłymi jajkami oraz... prezerwatywami wypełnionymi kałem. Od tego czasu w Rosji penalizacji podlega wszystko, co może podpadać pod "homoseksualną propagandę". Co to oznacza?

Szczelny kordon dla zachodniej "zgnilizny"

Na ulicach, w sklepowych witrynach, a nawet na własnym balkonie nie wolno eksponować tęczowych emblematów. Karze podlega też publiczne okazywanie sobie uczuć, trzymanie się za rękę czy całowanie. Oczywiście, w parach jednopłciowych.

Włodarze miast nie muszą też się tłumaczyć, gdy nie wydają pozwolenia na organizowanie Parad Równości. Każdy spontaniczny protest jest pacyfikowany przez policję, a jego uczestnicy lądują w aresztach. Nawet wyjście na ulicę z transparentem „homoseksualizm jest normalny", jest złamaniem prawa poprzez „umyślne wprowadzenie młodzieży w błąd”.

Zakazane są też akcje edukacyjne i kampanie informacyjne dedykowane społeczności LGBT. Z zagranicznych książek tłumaczonych na język rosyjski wymazywane są rozdziały o osobach LGBT. Cenzura obowiązuje też internecie. W 2018 roku sąd ukarał surową grzywną organizację „ParniPlus”, która informowała o prewencji zakażeń HIV wśród homoseksualnych mężczyzn. Wcześniej sądy kilkukrotnie próbowały rozprawić się też z „Children 404” – inicjatywą, która oferowała porady psychologiczne i prawne dla młodzieży LGBT.

Mimo że ustawa ma chronić nieletnich, to i oni mogą wpaść w poważne tarapaty. W 2018 roku Maksym Niewierow, 16-latek zaangażowany w walkę o prawa obywatelskie, udostępnił w mediach społecznościowych zdjęcie przytulających się mężczyzn. Sąd pierwszej instancji wymierzył karę grzywny w wysokości dwóch pensji minimalnych w Rosji. Ostatecznie, sąd drugiej instancji uniewinnił chłopaka (ale tylko dlatego, że był nieletni). Za to agenci służb w Komsomolsku nad Amurem przesłuchiwali dzieci w wieku szkolnym, które miały wystąpić w przedstawieniu „Niebiescy i różowe” mówiącym o równości płci. Były też historie kuriozalne.

Ze szkoły w Krasnojarsku wyrzucono nauczycielkę Marię Szestopałową. Dlaczego? Piercing w kąciku ust miał sugerować, że jest „groźną dla tradycyjnych wartości" lesbijką.

Rosja od dziewięciu lat jest więc aktywną wybawicielką od dekadenckich "antywartości" Zachodu. I robi to na potrzeby polityki wewnętrznej. Kremlowscy propagandyści używają określeń takich jak "Gejropa", czy "Gejmajdan", by zniechęcić Rosjan i Ukraińców do Unii Europejskiej, demokracji i praw człowieka. Ideolog Kremla Władysław Surkow już w 2006 roku ukuł pojęcie "suwerennej demokracji", które miało odróżnić rosyjski ustrój od tego wykształconego na Zachodzie. Z czasem Putin coraz mocniej wpychał państwo w system, który Freedom House, amerykańska organizacja pozarządowa monitorująca stan demokracji i ochrony praw człowieka na świecie, nazywa "skonsolidowanym reżimem autorytarnym". Jego sercem jest prawne (i narracyjne) "uszczelnianie" społeczeństwa przed niepożądanymi, „obcymi” nurtami myśli politycznej, społecznej, kulturowej.

Przeczytaj także:

Kazanie drugie: o wspólnym narodzie i Kościele

Patriarcha w pierwszym kazaniu rozgrzeszył więc Putina z wojny, którą Rosja, ramię w ramię z cerkwią, prowadzi od lat. I robi to w imię i z błogosławieństwem Najwyższego. Tylko jak wytłumaczyć tak głęboką, zbrojną interwencję na teren Ukrainy? Patriarcha używa oczywiście kalki Putina, przekonując, że to oni nas atakowali, a my musimy siebie, i naszych obywateli mieszkających w Ukrainie, bronić.

W drugim kazaniu Cyryl I odpuścił już dosłowną walkę z tęczową zgnilizną. Mówił tylko ogólnie o obcych siłach, które działają na polecenie "wroga ludzkiej rasy". Przekonywał za to, że Ukraińcy i Rosjanie to jeden naród dręczony przez siły zła. I tu zbliżył się do putinowskiej idée fixe, czyli restauracji związku radzieckiego.

Cyryl ma zresztą interes w tym, aby o porządku świata myśleć jak Putin. Prezydentowi Rosji ciężko pogodzić się z myślą o suwerennej, demokratycznej Ukrainie, a patriarsze - o niezależnym ukraińskim Kościele prawosławnym. Moskiewskie media, a także cerkiew, także tutaj mają bogatą historię rozsiewania dezinformacji. Według nich ukraińscy banderowcy co najmniej od czterech lat mają od Stanów Zjednoczonych broń, która splami krwią ukraińskie cerkwie poddane Moskwie. Te wyobrażenia napędził rozłam, którego Moskwa nie chce uznać. W 2018 roku uniezależnił się bowiem Ukraiński Kościół Prawosławny, który ma więcej wyznawców niż ten moskiewski. Status cerkwi kanonicznej nadał mu Patriarchat Konstantynopolski, z czym do dziś Cyryl I nie potrafi się pogodzić.

Czy to koniec putinizacji (i cyrylizacji) świata?

Propaganda z ambony jest równie chaotyczna, co stanowiska oficjeli. Od czternastu dni niestrudzenie pisze o tym dla państwa Agnieszka Jędrzejczyk w cyklu "GOWORIT MOSKWA".

W przypadku Cyryla i paniki wokół LGBT, a także zachodniej zgnilizny, warto zwrócić uwagę, jak duża część tej absurdalnej narracji zdołała w ostatnich latach przeniknąć do naszej debaty publicznej. W OKO.press alarmowaliśmy, że wydarzenia ostatnich lat były kalką rozwiązań i narracji przetestowanych w Rosji. Zakaz "ideologii LGBT", stop seksualizacji dzieci, bronimy chrześcijańskich, polskich wartości, przeciwko zachodniej demoralizacji - to wszystko skrypt ściągnięty z autorytarnego reżimu, który - by uspokoić wewnętrzne napięcia - zawsze sięga po strach przed obcym.

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. W OKO.press od 2017 roku. Wcześniej pracował w kulturze i współtworzył trzeci sektor. Za pracę dziennikarską uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). Najchętniej pisze o usługach publicznych i prawach człowieka. Entuzjasta data journalism i human stories

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne