„Niech ludzie, którzy tak nienawidzą węgla, pójdą po rozum do głowy” – radzi Patryk Jaki. Choć do węgla tak negatywnych uczuć nie mamy, to jednak z sugestii europosła PiS i tak skorzystaliśmy. I przyjrzeliśmy się faktom o węglu w USA i Polsce, które on sam ignoruje
„Trump podpisał dokument nakazujący Pentagonowi zakup energii z węgla, bo to energia tania i niezawodna” – rozpoczyna swoją wypowiedź na platformie X europoseł Patryk Jaki.
Polityk Prawa i Sprawiedliwości cytuje następnie artykuł wskazujący, że inicjatywa ma na celu „wzmocnienie przemysłu” oraz „zwiększenie niezawodności sieci energetycznej”.
„USA, największa gospodarka świata, stawia na węgiel, bo świat cyfrowy, przemysł kosmiczny, sztuczna inteligencja i ogromne bazy danych potrzebne do obsługi tego wszystkiego potrzebują dużo i taniej energii” – argumentuje Jaki.
I dodaje: „Dlatego Stany Zjednoczone mówią „węgiel”. A w Europie Polska ma go najwięcej, a Unia Europejska go zakazuje i stawia na zawodne wiatraczki”.
Europoseł kończy krótki filmik apelem: „Niech ludzie, którzy tak nienawidzą węgla, pójdą po rozum do głowy”.
Choć w redakcji OKO.press nie zaliczamy się do kategorii nienawidzących węgiel, z sugestii Jakiego chętnie skorzystaliśmy. Co o węglu w USA i Polsce mówią więc racjonalne fakty, a nie nacechowane emocjami nagranie polityka?
Warto zacząć od tego, że to prawda: Donald Trump rzeczywiście wydał takie polecenie.
W rozporządzeniu podpisanym w połowie lutego prezydent USA nakazał Departamentowi Wojny bezpośrednią współpracę z elektrowniami węglowymi przy nowych umowach na zakup energii. Zgodnie z rozporządzeniem, wojsko „będzie dążyć do pozyskiwania energii z amerykańskiej floty węglowej" poprzez długoterminowe umowy zakupu.
„Od teraz Będziemy kupować sporo węgla przez wojsko” – obwieścił Trump podczas konferencji prasowej.
Jak odnotowuje „New York Times”, w promieniu 100 mil (160 km) od instalacji wojskowych w całym kraju znajduje się ponad 40 elektrowni węglowych. „Ten ruch może zapewnić wsparcie finansowe dziesiątkom elektrowni węglowych, które w innym przypadku w nadchodzących latach mogłyby zostać zamknięte” – ocenia portal.
Od początku drugiej kadencji Trump podjął wiele kroków, by wzmocnić znaczenie węgla. Jak stwierdza Światowy Instytut Zasobów (WRI), efektem tego jest „przedłużenie pożegnania” z elektrowniami węglowymi. Organizacja ocenia w swej analizie, że źródło to nie jest ekonomicznym rozwiązaniem dla bezpieczeństwa energetycznego USA.
Najlepiej pokazuje to fakt, jak drastycznie spada rola węgla w miksie energetycznym. Jeszcze początku XXI w. prawie połowa prądu w Stanach pochodziła z węgla. Dziś jest to już tylko 15 proc.
„Największym powodem tej zmiany jest to, że inne źródła energii stały się bardziej konkurencyjne” – odnotowuje WRI.
Pisząc dokładniej: rozwój technologii frackingu pozwolił na tanie pozyskiwanie ogromnych ilości gazu łupkowego, a rozwój odnawialnych źródeł energii – na tanie wdrażanie czystych technologii.
Do tego dochodzi fakt, że zdecydowana większość elektrowni węglowych jest bardzo stara. „Trzy czwarte mocy węglowej w USA ma ponad cztery dekady, a tylko 14 proc. ma mniej niż 20 lat” – odnotowuje analityczny portal Carbon Brief.
A to znacząco przekłada się na koszty. „Dowody pokazują, że utrzymywanie starych elektrowni w ruchu, co czasem oznacza ponowne uruchomienie zepsutych jednostek, kosztuje przedsiębiorstwa energetyczne miliony – i są to koszty przerzucane na odbiorców. Chociaż te elektrownie mogą w krótkim terminie zwiększyć dostawy energii, już teraz podnoszą rachunki za prąd” – piszą analitycy Światowego Instytutu Zasobów.
Realia rynkowe sprawiły, że już w 2024 roku energetyka wiatrowa i słoneczna wyprodukowały 17 proc. energii elektrycznej w USA, po raz pierwszy w historii prześcigając produkcję z węgla (15 proc.).
Jak wskazuje raport think tanku Ember, największe przyrosty odnotowała fotowoltaika – w 2024 roku wygenerowała ona o 64 terawatogodziny (TWh) więcej energii niż rok wcześniej. To wzrost aż o 27 proc. Na drugim miejscu był gaz, który odnotował wzrost o 59 TWh (o 3,3 proc.), a na trzecim wiatraki, zwiększające produkcję o 32 TWh (8 proc.).
Choć w 2024 roku zapotrzebowanie na prąd zwiększyło się o ponad 3 proc., co jest jednym z największych wzrostów w historii, zaspokoiły to trzy wspomniane źródła. Co więcej, zaspokoiły z nawiązką, co pozwoliło… zmniejszyć produkcję z droższego i bardziej problematycznego węgla o 3,3 proc. (22 TWh).
No dobrze, ale mówimy o 2024 roku, a Trump przejął władzę na początku roku 2025. Być może więc jego usilne starania doprowadziły do odwrócenia tych trendów?
Nic bardziej mylnego.
„Pomimo wysiłków Trumpa, czysta energia stanowiła 96 proc. nowej mocy wytwarzania energii elektrycznej dodanej do amerykańskiej sieci w 2025 roku. Żadna z nowych mocy nie pochodziła z węgla” – odnotowuje Carbon Brief.
Co więcej, analiza prowadzonego przez naukowców portalu wykazała, że najwięcej mocy z elektrowni węglowych zostało wycofanych z eksploatacji… za prezydentury Trumpa. Wliczając jego pierwszą i trwającą obecnie drugą kadencję, moce te spadły o 57 gigawatów (GW). Dla porównania podczas dwóch pełnych kadencji Baracka Obamy odnotowano spadek o 48 GW, a podczas jednej kadencji Joe Bidena – o 41 GW.
„Nawet w ujęciu względnym, USA traciły większą część pozostałej floty węglowej w każdym roku prezydentury Trumpa niż za czasów któregokolwiek z jego ostatnich poprzedników” – informuje Carbon Brief.
I podsumowuje: „Taki dorobek prezydentury Trumpa wskazuje na działanie wielu praktycznych i ekonomicznych czynników, które napędzały zamknięcia amerykańskich kopalni węgla, niezależnie od preferencji ówczesnego prezydenta”.
Europoseł PiS Patryk Jaki słusznie stwierdza, że świat cyfrowy, sztuczna inteligencja czy ogromne bazy danych potrzebują dużo taniej energii elektrycznej. Między innymi z tych powodów wspomniany już 2024 roku przyniósł wzrost zapotrzebowania na prąd w USA o 3,3 proc. I to właśnie konieczność zaspokojenia rosnącego zapotrzebowania stanowi podstawę dla polityki energetycznej Trumpa.
Administracja Trumpa podjęła przy tym bezprecedensowe kroki, powołując się na regulacje o stanie zagrożenia, które stworzono dawno temu na wyjątkowe czasy. Regulacje te pozwalają nakazać produkcję prądu, gdy istnieje obawa o braki energii zagrażające bezpieczeństwu narodowemu czy ze względu na klęski żywiołowe. Zdaniem Trumpa rozwój centrów danych stanowi takie zagrożenie. I choć nie brak głosów, że to kolejne ogromne nadużycie z jego strony, nie przeszkodziło mu to w wymuszeniu dalszego działania wielu elektrowni węglowych, które w normalnych realiach rynkowych zostałyby już zamknięte.
„Eksperci ostrzegają, że wysiłki administracji na rzecz przywrócenia produkcji energii z węgla grożą podniesieniem cen energii elektrycznej dla wszystkich podatników” – pisze Evan Halper w analizie „Washington Post”.
Jak już jednak wspomnieliśmy, całość wzrostu zapotrzebowania na energię pokryły energetyka słoneczna, gazowa i wiatrowa. Co więcej, jak wskazuje rządowa instytucja U.S. Energy Information Administration (EIA), z przewidywanych do przyłączenia w 2026 roku mocy aż 99 proc. ma pochodzić z OZE i magazynów energii.
Z innej analizy IEA wynika zaś, że w 2026 roku zapotrzebowanie na prąd w USA wzrośnie o 1 proc., a w 2027 – o 3 proc. W rezultacie kraj ten odnotuje serię wzrostów przez cztery lata z rzędu, co ostatni raz miało miejsce blisko dwie dekady temu.
Mimo to udział energii produkowanej ze spalania węgla ma spaść do 2027 roku z 17 do 15 proc., a gazu – z 40 do 39 proc. Spadki te mają pokryć fotowoltaika (wzrost z 7 do 9 proc.) i wiatraki (wzrost z 11 do 12 proc.).
W skrócie: USA nie stawia na węgiel, choć Trump bardzo by chciał, na siłę przedłużając życie elektrowni węglowych. Mimo licznych ingerencji w rynek (co w tym przypadku konserwatystom jakoś nie przeszkadza), nawet jego niewidzialna ręka mówi jednak, że woli coś innego.
Europoseł PiS stwierdza prawdę także wtedy, gdy mówi o tym, że najwięcej węgla w Europie ma Polska. Pisząc precyzyjniej: węgla kamiennego, który nasz kraj spala dziś w elektrowniach… jako jedyny w UE. Jeszcze niedawno skromny udział miały w tym Czechy, ale symboliczny ostatni wagonik z kopalni ČSM wyjechał na początku lutego 2026.
Choć węglowy lobbing w Polsce trzyma się mocno i może liczyć na wsparcie wielu polityków, udział węgla kamiennego w produkcji prądu wyraźnie spada. Z corocznego raportu Ember wynika, że w 2025 roku spadł on do najniższego w historii poziomu 51 proc. Jednocześnie udział fotowoltaiki i wiatru wzrósł do 25 proc.
Jak już wyjaśnialiśmy w OKO.press, węgiel w Polsce byłby nieopłacalny bez względu na to, jaką politykę prowadzi Bruksela. Koszty wydobycia węgla kamiennego są w przypadku niektórych polskich kopalni jednymi z najwyższych na świecie. Odpowiada za to m.in. utrzymywanie ogromnej liczby pracowników i liczne przywileje płacowe, którymi cieszą się górnicy. Do tego węgiel trzeba wydobywać z coraz głębszych złóż, a ten najlepszej jakości został spalony już dawno temu.
W rezultacie, jak wylicza Polski Instytut Ekonomiczny, w latach 2016-2023 koszt wydobycia węgla kamiennego wzrósł aż o 283 proc. „Odejście od paliw kopalnych w energetyce staje się koniecznością zarówno z przyczyn środowiskowych, jak i ekonomicznych. Gdyby Polska pozostała przy węglu, cena energii elektrycznej na rynku hurtowym w latach 2030-2060 byłaby wyższa średnio o nawet 120 proc. w porównaniu do scenariusza przyspieszonego rozwoju OZE” – informował PIE w grudniu 2023 roku.
„Energia z polskiego węgla kamiennego wcale nie jest tania. Wręcz przeciwnie: jest ekstremalnie droga. Surowiec ten stał się wręcz kulą u nogi w rozwoju Polski” – tłumaczył w analizie Jakub Wiech, ekspert ds. energetyki i redaktor naczelny serwisu Energetyka24.
W całej UE „zawodne wiatraczki” i fotowoltaika wygenerowały zaś 30 proc. prądu, po raz pierwszy w historii wyprzedzając paliwa kopalne (29 proc.). Tym, co rozwój tych źródeł energii blokuje najbardziej, jest nie rynek, lecz polityka, czego przykładem jest weto prezydenta Karola Nawrockiego ws. nowelizacji ustawy wiatrakowej.
Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.
Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.
Komentarze