Od polityków słyszymy, że sytuacja ukraińskich uchodźców się ustabilizowała i że przyzwyczaili się do życia w Polsce. Jednak rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana. „Niemal do dzisiaj ciągle towarzyszył mi strach, czy uda mi się przetrwać kolejny miesiąc” – mówi Inna
Inna mieszkała z córką w Polsce przez cztery lata. Wraca do Dnipra. Wysłała już do domu rzeczy przez przewoźnika. Rozmawiamy kilka dni przed ich wyjazdem. Inna świetnie posługuje się językiem polskim, uczyła języka ukraińskich uchodźców, pomagała im integracji. Jest młoda, pracowita i zaradna. Wydawałoby się, że powinna mieć jak z górki.
„Przez cztery lata mieszkałam na granicy. Choć fizycznie moje ciało było w Polsce, czuję się, jakbym znalazła się w szarej strefie – nie w Ukrainie, i nie w Polsce. Stoję na przejściu granicznym. Ukraina mnie nie wypuściła, a Polska nie przyjęła” – mówi Inna.
Oddajemy jej głos.
Przyjechałam z córką tydzień po rozpoczęciu wielkiej wojny. Wówczas miała rok i dziewięć miesięcy.
Tłumy ludzi. Pociąg ewakuacyjny. W przedziale zamiast czterech osób jechało 12. We Lwowie w poczekalni dla matki i dziecka czekałyśmy na pociąg do Polski. Nie wiadomo, dokąd dokładnie. Może ze względów bezpieczeństwa? Wszyscy panikowali, nikt nie wiedział, co robić. Dzieci płakały, dorośli się kłócili.
Dotarłam do Krakowa. W Ukrainie pracowałam na uczelni, miałam znajomych kolegów-naukowców. Pomogli mi wynająć hotel na tydzień. Potem pojechałam do mniejszego miasta. Przyjęła nas polska rodzina według programu 40+ [rekompensaty dla właścicieli za przyjmowanie uchodźców z Ukrainy]. Było trudno o znalezienie pracy, ponieważ dziecko było małe. Trudno było też znaleźć żłobek na początku marca.
W Ukrainie uczyłam języka polskiego – nie miałam problemów z językiem, kłopoty były ze zrozumieniem systemu. Byłam przyzwyczajona do innego. Nie rozumiałam, że oddaję dziecko do żłobka rano, ale już w środku dnia muszę je odebrać. W Polsce jestem samotną matką. Trudno jest podjąć się pracy, kiedy nie ma nikogo – babci, dziadka, męża – kto mógłby cię wesprzeć, odebrać dziecko. Do tego żłobki są prywatne, trzeba zapłacić około 1500 złotych miesięcznie. Nie mam na to wystarczających dochodów.
W miasteczku są swoje tradycje i obyczaje, wszyscy wszystkich znają. A ja czuję się jak piąte koło u wozu. Nie wiem, dokąd pójść i co robić.
W Ukrainie pracowałam na uczelni – w miasteczku nie ma dla mnie pracy.
Brałam zlecenia na tłumaczenie różnych komunikatów dla obywateli Ukrainy, np. w sprawie rozliczenia PIT-u. To też było dla nas nowe. (Tak samo, jak później dowiedziałam się, że na umowie zlecenie nie ma chorobowego, płaciłam dobrowolne składki, albo że w przedszkolu czteroletnie dzieci nie śpią – rok nosiłam dziecko na rękach, bo w autobusie, jak jechałyśmy z przedszkola, zasypiało: z przodu niosłam córkę 15 kg, z tyłu – swoją torbę z prowizją).
Po czterech miesiącach poprosiłam, żeby ta rodzina odwiozła nas do większego miasta, gdzie jest więcej możliwości. Wróciłam do Krakowa.
Znalazłam mieszkanie dzięki moim kontaktom. Przed pełnoskalową inwazją woziłam studentów z Ukrainy na wycieczki do Polski, organizowaliśmy wyjazdowe szkoły języka polskiego. Wiedziałam, że uniwersytety wynajmują pokoje w akademikach. Opisałam swoją sytuację, dostałam miejsce. Polska rodzina pomogła wynająć mi pokój na dwa miesiące. Bardzo im dziękuję.
Szukałam pracy. Znalazłam fundację, w której można było zostawić dziecko do trzech godzin. Mogłam chwilowo skoncentrować się na napisaniu CV, rozmowach kwalifikacyjnych.
Przez jakiś czas nawet byłam zarejestrowana w urzędzie pracy. To był bolesny moment. Skończyłam dwa kierunki studiów, pracowałam na uniwersytecie, pisałam doktorat i trafiłam do urzędu pracy, gdzie powiedziano mi, że nie mam wykształcenia. Jak to nie mam wykształcenia? – To nie jest polskie wykształcenie, więc pani nie ma wykształcenia. Proponowano mi pracę fizyczną albo taką od wczesnego ranka do późnego wieczora. Nie mogłam zaczynać o 6:00, bo nie mam co zrobić z dzieckiem. Nie mogę też być w pracy do 22:00.
Zrezygnowałam, stwierdziłam, że znowu będę szukać sama. Szukałam jako tłumaczka, jako wykładowczyni, jako asystentka międzykulturowa w szkole. Zadzwonili z fabryki pod Krakowem, poszukiwali tłumaczki z polskiego na ukraiński. Rozmowa kwalifikacyjna była przez internet. Było to stresujące, podczas rozmowy córka wołała: „Mama, mama, chcę to, tamto”. Myślałam, że mnie nie wezmą. Okazało się, że zaproponowali mi pracę. Paniom spodobało się (w rozmowie uczestniczyły tylko kobiety), że zachowałam spokój w tej sytuacji. Jednak odmówiłam. Znowu chodziło o żłobek. W podkrakowskiej miejscowości jeszcze trudniej było o miejsce dla mojego dziecka.
Kontynuowałam poszukiwania. To był duży stres. Jestem w innym kraju. Jestem odpowiedzialną osobą, jeśli podejmuję jakieś zobowiązania, muszę je wypełnić, nie mogę przegapić np. terminu opłaty za pokój. Nie mam stabilności finansowej. To, co mąż wysyła mi z Ukrainy, to naprawdę niewiele. Wypłaty i wydatki tam i tu są nie do porównania. Nie był w stanie zapewnić nam środków na wynajem. Ciągle towarzyszył mi strach, czy uda mi się przetrwać kolejny miesiąc.
We wrześniu zatrudniono mnie jako asystentkę w szkole. Córka poszła do żłobka. Dzięki dofinansowaniu dużej organizacji międzynarodowej przez jakiś czas płaciłam tylko za wyżywienie – 300 złotych miesięcznie. Nagle w akademiku mówią, że mamy się przenieść do innego budynku i opłata zwiększy się z 1400 do 1900 złotych. Za pokój. Nie mogłam zakwaterować się w ramach programów państwowych, ponieważ w Krakowie już nie było miejsc.
Jest to już trzecia nasza przeprowadzka. W ciągu czterech lat było ich osiem.
W szkole zarabiałam 2300 złotych. Starczało, żeby zapłacić za pokój i żłobek. Na jedzenie wysyłał nam mąż. Najpierw pracowałam na pełny etat – od 8 do 16:00 (2600 złotych). Żłobek w teorii jest otwarty do 17:00, jednak zamyka się o 16:00, bo trzeba jeszcze posprzątać, a najlepiej, żebyśmy odbierali dzieci po 15. Było to niemożliwe. Szkoła, w której pracowałam, znajdowała się na drugim końcu miasta.
Taka sytuacja: jadę autobusem ze szkoły do żłobka. Jestem prawie na miejscu. Ale są straszne korki. Dzwonią ze żłobka: „Pani się spóźnia, 17:02”. A ja stoję w zatkanym ludźmi autobusie. „Pani córki już nie powinno tu być. Jeśli jeszcze raz taka sytuacja się powtórzy, to zadzwonimy na policję”. Musiałam podpisać jakiś dokument, że nie będę się spóźniać. Po tej historii poszłam do szkoły i powiedziałam, że mogę pracować tylko na ¾ etatu. Tylko dlatego, że musiałam odebrać ze żłobka dziecko.
Przepracowałam w szkole cztery miesiące i stwierdziłam, że nie mogę dłużej tak funkcjonować. Pracuję cały miesiąc, żeby wszystko od razu oddać na opłaty. Nie mam pieniędzy na ubrania, na transport, na nic.
W mediach społecznościowych znalazłam pracę jako nauczycielka języka polskiego w fundacji, która wspiera uchodźców. To było niedaleko od akademika, w którym mieszkałyśmy.
Sytuacja trochę się poprawiła materialnie, ale nie fizycznie i psychicznie. Spędzałam mało czasu z córką, bo pracowałam, zaczęły się płacze, kryzys trzeciego roku. Córka nie chciała chodzić do przedszkola. Tłumaczę sobie, że z powodu stresu, jaki przeżywała. Mama ciągle znika, szuka pracy, jest zajęta.
Nie mogę powiedzieć nic złego o paniach ze żłobka. Były uprzejme. Zaprosiły mnie na rozmowę i powiedziały, że córka nie chce bawić się z innymi dziećmi w grupie, ucieka od nich. Sugerowały, że z dzieckiem może być coś nie tak, że rozwija się w spektrum autyzmu. Mówiły, że nie ma gestu wskazującego, który jest kluczowy we wczesnej komunikacji niewerbalnej. W domu córka zachowywała się normalnie, ma gest wskazujący. Była pierwszym dzieckiem, jakie widziały w swojej karierze, które ciągle siedzi i ogląda książeczki. W domu mamy dużą bibliotekę, jest przyzwyczajona do książek.
Może nie rozmawiała z innymi dziećmi, bo nie znała języka?
Była jedyną Ukrainką w grupie. Była mała. W okresie aktywnego wzbogacania zasobów słownictwa doszedł jej drugi język. Od dziecka rozmawialiśmy z nią po ukraińsku. A tu do niej zwracają się w innym języku. Dziecko nie rozumie, co się dzieje. Myślę, że była w panice, więc sięgała po to, co było znane z domu – po książki. A panie mówiły, że monotonne zachowanie jest niedobre. Że córka się nie komunikuje na swoim poziomie wiekowym. Mówię, polski jest dla niej językiem obcym, w języku ukraińskim nie ma takich problemów.
To wszystko wyczerpywało mnie psychicznie. Bolało. Niszczyło od środka. Zaledwie ustabilizowała się sytuacja z pracą, a tu nowe problemy.
Odkładałam pieniądze i wiosną po raz pierwszy pojechałyśmy do męża do Ukrainy, żeby – paradoksalnie – odpocząć. Dziecko się tam otworzyło. To był pierwszy sygnał, że może robię coś nie tak. Po co w ogóle przyjechałam do Polski? Racjonalnie rzecz biorąc, bo tam jest wojna i spadają bomby, ale emocjonalnie widzę, że to w Polsce mojemu dziecku jest gorzej.
Kiedy wróciłyśmy do Krakowa, to koleżanki z pracy, Polki, doradziły mi przedszkole. Była tam dziewczynka z Ukrainy, z którą córka się zaprzyjaźniła. Wkrótce jej problemy zniknęły. Natomiast znowu była przeprowadzka w akademiku. Teraz opłata była trochę mniejsza (1400 zł). Zmiana pokoju miała być tylko na trzy miesiące. Był to stary budynek, niewyremontowany, ze starymi meblami. Mieszkali tam tylko cudzoziemcy. Jestem wdzięczna, że tam nas wpuścili, to było lepsze niż nic. Ale… pogryzły nas tam pluskwy. Mieszkały w materacu. Po raz pierwszy w życiu je zobaczyłam. A dziecko przyniosło z przedszkola wszy.
Okazało się, że w przedszkolach wszy to nic takiego. Natomiast dla mnie to był szok kulturowy. W Ukrainie dziecko nie może wrócić do przedszkola bez zaświadczenia od lekarza, że już nic nie ma. Tutaj na czacie rodzice otrzymali wiadomość, że w grupie znaleziono wszy, prosimy zdezynfekować głowy dzieci. Nie ma zakazu uczęszczania do przedszkola. Teraz to przemyślałam, może rzeczywiście nie ma w tym nic złego. Ale wtedy, kiedy po raz pierwszy się z tym zetknęłam, pomyślałam: „Boże, co za horror”.
Kolejna przeprowadzka. Teraz już wynajmuję pokój w akademiku nie jako uchodźczyni, a prywatnie. Od lipca 2024 roku znów zwiększa się opłata. Miesięcznie mam płacić 2200 złotych. Znowu moja pensja zrównuje się z wydatkami.
Próbowałam szukać kawalerki. Ale jeśli jesteś samotną matką z dzieckiem i cudzoziemką, to jest nierealne. Zrobiłam sobie listę numerów, żeby umówić się na obejrzenie mieszkania. Z setki osób nikt nie chciał wziąć matki z małym dzieckiem. Albo po obejrzeniu mieszkania się zgadzali, ale po kilku godzinach właściciel oddzwaniał: „Porozmawiałem/am z żoną/mężem i zdecydowaliśmy, że jednak wybieramy studentów”.
Jest to przykre doświadczenie, bo pracuję i mogłabym płacić, ale nie chcą mi wynajmować. W pracy poprosiłam o więcej grup, żeby jakoś dawać radę.
Składałam wnioski o 800+. Po jednym z wyjazdów do Ukrainy straciłam świadczenia. Według dokumentów do Polski wróciłam tylko ja, a dziecko nie. Choć pokazywałam odpowiednie dokumenty na granicy (diia.pl), mimo że córka chodziła do przedszkola, dla systemu w Polsce jej nie było.
Przeszłam trudny proces przywrócenia świadczeń. Pisałam maile do Straży Granicznej, do punktu przekroczenia granicy. Po dwóch miesiącach bez odpowiedzi stwierdziłam, że napiszę zwykły list. Po tygodniu przyszła odpowiedź, status UKR został zmieniony na aktywny. Dostałam pouczenie, żeby nie dublować listów i nie zakłócać pracy SG. Napisali, że tymi sprawami zajmuje się ZUS, który ma dostęp do tych danych. A wcześniej ZUS wysyłał mnie do SG.
Mam dużą przewagę, ponieważ mówię po polsku, mogę znaleźć informację. A ile jest kobiet, które dopiero uczą się polskiego i nie mają pewności, jak coś powiedzieć, nie wiedzą, jak wyjaśnić sprawę? Znam takie, które przez lata nie otrzymywały 800+.
We wrześniu 2025 roku dowiaduję się, że znowu ma być zwiększenie opłaty za pokój. Nie dam rady. Staram się o miejsce w ośrodku zakwaterowania zbiorowego jako uchodźczyni. Nabiegałam się, bo nie tak łatwo jest tam trafić. Najpierw mieszkałyśmy w osiem osób, potem dostałyśmy osobny pokój. Tam też trzeba płacić. Po 180 dniach od przyjazdu do Polski uchodźcy (z pewnymi wyjątkami) powinni płacić za zamieszkanie w ośrodku 60 złotych dziennie. Opłata za dzieci – 15 złotych dziennie.
W ośrodku mieszkałyśmy cztery miesiące. Pod koniec stycznia Sejm przyjął ustawę o wygaszeniu pomocy ukraińskim uchodźcom.
Przepisy zawężają listę kategorii osób, które mogą tam mieszkać. Matka z dzieckiem starszym niż rok to już nie jest grupa wrażliwa.
Mogłybyśmy mieszkać w ośrodku jeszcze do końca czerwca, ale 1 lutego właścicielka poinformowała nas, że ma już dość tych papierów, które trzeba co miesiąc wypełniać, więc będzie zamykać ośrodek.
Mogłabym mieszkać w innym ośrodku, ale musiałabym płacić pełną kwotę, ok. 3000 złotych. I nie wiadomo, jakie będą warunki. W ośrodku, gdzie teraz mieszkamy – w większości mieszkają tam osoby starsze – na trzy piętra jest jedna kuchnia i kuchenka, jedna pralka. Dobrze, że choć łazienka jest prywatna. Pracownicy MOPS-u mówili, że to są „luksusowe warunki”. „Nie będziecie już mieli tak świetnych warunków, będziecie mieszkać po dwie-trzy rodziny w pokoju”.
Chodziłam po hostelach, w których jeszcze przyjmują uchodźców, pytałam, gdzie jest miejsce. Pytałam w administracji akademików, gdzie wcześniej mieszkałyśmy – można wynajmować po dwa tygodnie to w jednym budynku, to w innym, nie można wynająć pokoju na dłuższy okres. Nie jestem gotowa na tak częste przeprowadzki.
Mieszkanie na wynajem? Znowu: podwójna, potrójna kaucja – kwota, która jest nie do udźwignięcia. Była jedna kawalerka w przystępnej cenie. Mówiłam właścicielce, że pilnuję porządku, pracuję, dziecko chodzi do przedszkola, faktycznie przychodzimy do mieszkania tylko spać. Jednak pani stwierdziła, że 25 m² dla pięcioletniego dziecka to za mało. Powiedziałam, że sama zdecyduję, czy to jest dla nas wystarczająco. Jednak pani odpisała, że woli studenta.
Doszło do absurdu, że łatwiej wynająć mieszkanie lub pokój, mając psa lub kota, niż dziecko.
Jestem gotowa podpisać umowę najmu okazjonalnego. Właściciele nie chcą. Nie wiem, dlaczego się tak boją.
W lutym złożyłam wniosek do programu „Wspólnie do niezależności”. To państwowy projekt, który realizują pozarządowe organizacje. Pomaga uchodźcom mieszkającym w ośrodkach usamodzielniać się, przewiduje w ciągu pół roku dopłaty za wynajem mieszkania. Powiedzieli mi, że muszę zaczekać, potrzebują czasu, żeby rozpatrzyć naszą sprawę, nie dadzą rady w ciągu miesiąca.
Tylko że ja teraz nie mam gdzie mieszkać.
Ostatnią kroplą było zawieszenie 800+. 1 lutego w życie weszły zmiany dla uchodźców ze statusem UKR. Wszyscy powinni ponownie złożyć wniosek i potwierdzić, że pracują. Liczyłam na te pieniądze. Od razu złożyłam nowy wniosek. Na razie nie jest nawet w trakcie rozpatrzenia. ZUS ma dwa miesiące, ale ja muszę jakoś żyć w marcu.
Zakończyły się granty na niektóre kursy, które prowadziłam i które miały trwać do marca, ale ktoś popełnił błąd w liczbie godzin we wniosku – skończyły się w styczniu. Za luty otrzymam połowę wypłaty. Nie wynajmę mieszkania.
Nie mam gdzie mieszkać, nie mam już siły się przeprowadzać, mam dość. Chcę stabilności, a w Ukrainie mam gdzie mieszkać. Tam jest moja rodzina. Nikomu nie trzeba niczego udowadniać. Pracę sobie znajdę – tam mam wykształcenie. Jestem inżynierem elektrykiem specjalizującym się w odnawialnych źródłach energii. Ponadto mam wyższe wykształcenie pedagogiczne. Mogłabym na przykład uczyć fizyki w szkole średniej lub języków, które znam. (W Polsce złożyłam dokumenty o nostryfikację drugiego dyplomu, nadal jest w trakcie rozpatrzenia).
Język polski był moją pasją. Jako nastolatka marzyłam o przeprowadzce do Polski. Dążyłam do tego. Uczyłam się i zdałam egzamin na poziomie C2. Marzyłam, żeby tu się zaaklimatyzować.
Po kilku latach tutaj już nie chcę. Zdałam sobie sprawę, że mogę realizować się w domu.
Miałam kilka nieprzyjemnych sytuacji. Jechałyśmy autobusem. Córka opowiadała mi, jak minął dzień w przedszkolu. Rozmawiam z nią wyłącznie po ukraińsku. Zauważyłam, że patrzy się na nas starszy pan, który był pijany. „Tu jest Polska!” – oznajmił. Rozumiem, że to do nas, ale nie zwracam uwagi. Nikt z pasażerów nie reaguje. Krzyczy po rosyjsku: „Gowori po polski”. Nie rozumiem, co to za język, rozmawiamy po ukraińsku. Ciekawe, że obok siedzą Hindusi, również rozmawiają w swoim języku i do nich nic nie mówi. Dlaczego tak przeszkadza język ukraiński? Podchodzi bliżej i wskazuje palcem na córkę: „Ty, szczenok”.
Już nie wytrzymałam i powiedziałam: „Proszę mnie szanować, ponieważ w Polsce pracuję i płacę podatki”. Dopiero wtedy dwie panie wstawiły się za mną i go wyprowadziły.
Była też historia ze starszą panią. Odprowadzałam córkę do przedszkola, pani szła z wózkiem na zakupy. I moje dziecko powiedziało do pani: „Dobryj deń”, a nie „Dzień dobry”. Umie po polsku, ale przez to, że rozmawiałyśmy po ukraińsku, nie zmieniła języka. Pani się zatrzymała i gniewnie: „A weź się naucz polskiego!”. Mówię: „A wie pani, nawet mówię po polsku. Ale to jest moje dziecko, jest dzieckiem ukraińskim i będę mówiła do niego w tym języku, w którym chcę”. Powiedzieć, że pani była zaskoczona, to nic nie powiedzieć.
Takich przypadków było więcej, starałam się bronić. Kolejna sytuacja wydarzyła się pod koniec lata, kiedy prezydent Nawrocki zawetował nowelizację ustawy ukraińskiej. Weszłyśmy do autobusu, posadziłam dziecko, stałam obok. Pani przy oknie zaczęła coś mamrotać: „Och ci Ukraińcy…”. Szykuje się do wyjścia i patrzy na mnie. Mówię: „Z czym pani ma problem?” „Nic nie mówiłam” – odpowiada. „Dobrze słyszę i znam język polski” – mówię. Pani szybko wyszła z autobusu.
To wszystko też nie pozostaje bez śladu. Nie mówię o wszystkich Polakach – jest dużo wspaniałych ludzi. Ale ta sytuacja z uprzedzeniami… Rozumiem, że władze chcą, żebyśmy już podjęli decyzję, czy zostajemy tutaj, czy wracamy, czy jedziemy dalej. Ale to nie jest takie łatwe. I przecież przez cztery lata nie siedziałam z założonymi rękami.
Dziękuję Polsce za doświadczenie, osobom, które pomogły mi z mieszkaniem oraz tym, które uwierzyły we mnie, kiedy słyszałam, że w Polsce nie mam wykształcenia i mnie zatrudniły.
To dla mnie również jest nieocenione doświadczenie: w Ukrainie pracowałam głównie z młodzieżą, w Polsce – z seniorami. To w znacznym stopniu przyczyniło się do wypalenia emocjonalnego. W Dniprze miałam dużo studentów, uczniów, którzy byli aktywni, zdawali egzaminy na C1, dostawali się na bezpłatne studia, robiliśmy cudowne projekty, braliśmy udział w czytaniach narodowych, konkursach. Tutaj czuję się jak papuga. Ciągle powtarzam. Starszym ludziom jest o wiele trudniej nauczyć się języka. Mają gorszą pamięć, słabiej widzą i słyszą, a do tego podchodzą nieco krytycznie do tej nauki – nie wiedzą, czy to im się przyda. Żyją na walizkach. Tak samo jak ja.
Przez cztery lata mieszkałam na granicy. Choć fizycznie moje ciało było w Polsce, czuję się, jakbym znalazła się w szarej strefie – nie w Ukrainie, i nie w Polsce. Stoję na przejściu granicznym. Ukraina mnie nie wypuściła, a Polska nie przyjęła.
Na razie nie mogę pracować. Muszę zrobić sobie przerwę, nabrać sił. Kocham moich seniorów, ale to trudne, kiedy wiesz, jaką wiedzę możesz dać, a widzisz, że ludzie tego nie przyjmują. Dla mnie to degradacja. Powtarzam prymitywne rzeczy, brakuje mi rozwoju zawodowego, który miałabym ze studentami. Często mam wrażenie, że jak wyjdę z sali, to oni sobie poradzą beze mnie. Ja tylko przeszkadzam, zmuszam ich wymawiać dziwne dźwięki – ę, ą, prawidłowo układać usta.
Dla ukraińskich uchodźców nasze kursy były dobrym miejscem integracji. Bądźmy szczerzy: Ukraińcy, mimo że większość pracuje, nie integrowali się w polskim społeczeństwie. Doradzałam osobom starszym kluby seniora. Nie chcą tam iść. Nie mają Polaków w otoczeniu. Gdzie mają się socjalizować?
Czuję się wyczerpana. Doprowadziłam się do stanu, że nic nie chcę, mam tylko przetrwać. W grudniu miałam dużo kursów, wracałam do domu i po prostu padałam, budziłam się i znowu chciałam spać.
Wszystko musisz ogarniać sama. Dziecko jest zmęczone…
Chcę do domu. Jakby to dziwnie nie brzmiało, ale wierzę, że w Ukrainie odnajdę spokój. Moja przygoda w Polsce na tym się kończy.
Chyba wystarczy już tych wszystkich cierpień, ciągłych przeprowadzek. Dziecko pyta: „Mamo, nie możemy tu mieszkać? Dlaczego znowu się przeprowadzamy?”
Popatrzyłam na córkę – w ciągu swoich pięciu lat miała tyle przeprowadzek. Jak długo jeszcze będę ją męczyć? Bardzo tęskni za tatą. Ponownie zadałam sobie pytanie, czy dobrze zrobię, jeśli zostanę z nią w Polsce. Czy to naprawdę bezpieczne dla dziecka? Może fizycznie tak, ale psychicznie nie.
Kiedy powiedziałam jej, że już wracamy do taty, odlicza dni. Jednak w przedszkolu wpisałam ją na przyszły rok. Wracamy do Dnipra, to miasto przyfrontowe, w sąsiednich obwodach toczą się działania wojenne. Jeśli nagle będę musiała wrócić, to mam przynajmniej możliwość, aby oddać dziecko do przedszkola. Ale na razie po podjęciu decyzji o powrocie do domu czuję spokój. Już nie drżę na myśl o tym, skąd wziąć pieniądze, bo muszę zapłacić za mieszkanie, za przedszkole, za kurs gimnastyki dla dziecka, za komunikację miejską. A może gdzieś jeszcze pójść dorobić, żeby było na coś jeszcze. W końcu się uwolniłam od tej gonitwy i ciągłej presji.
Teraz po raz pierwszy od czterech lat zauważyłam, jakie piękne są domy wokół, jak piękny jest Kraków.
Imię bohaterki zmieniłam na jej prośbę.
Jest dziennikarką, reporterką. Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisała na portalu dla Ukraińców w Krakowie — UAinKraków.pl oraz do charkowskiego Gwara Media. W OKO.press pisze o wojnie Rosji przeciwko Ukrainie oraz jej skutkach, codzienności wojennej Ukraińców. Opisuje również wyzwania ukraińskich uchodźców w Polsce, np. związane z edukacją dzieci z Ukrainy w polskich szkołach. Od czasu do czasu uczestniczy w debatach oraz wydarzeniach poświęconych tematowi wojny w Ukrainie.
Jest dziennikarką, reporterką. Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisała na portalu dla Ukraińców w Krakowie — UAinKraków.pl oraz do charkowskiego Gwara Media. W OKO.press pisze o wojnie Rosji przeciwko Ukrainie oraz jej skutkach, codzienności wojennej Ukraińców. Opisuje również wyzwania ukraińskich uchodźców w Polsce, np. związane z edukacją dzieci z Ukrainy w polskich szkołach. Od czasu do czasu uczestniczy w debatach oraz wydarzeniach poświęconych tematowi wojny w Ukrainie.
Komentarze