Nie chciałam czytać nic w internecie. Za to mój mąż szukał na forach kobiet, które przeżyły to samo. Nie chciał mnie obciążać, więc rozmawiał z nimi godzinami w samochodzie pod blokiem. Szukał potwierdzenia, że wyzdrowieję.
Niełatwo jest napisać romantyczny reportaż o chorowaniu. A jednak, dzięki wyjątkowości moich bohaterów, podjęłam taką próbę, po raz pierwszy. Po raz pierwszy również w serii „Taka pani uroda” powstał reportaż w dwóch odcinkach, napisany z dwóch punktów widzenia: pacjentki i opiekuna.
Oddaję głos Katarzynie Rojkowskiej, a w następnym odcinku jej mężowi, Robertowi. Historię Roberta będzie można przeczytać 1 września w OKO.press.
„Taka pani uroda" to cykl osobistych opowieści kobiet o zdrowiu i ciele. O tym, co boli, co ratuje i co wciąż pozostaje przemilczane. To reporterskie felietony, w których staram się odpowiedzieć na pytanie: dlaczego kobiety żyją dłużej, lecz w gorszym zdrowiu? Chcesz opowiedzieć swoją historię zdrowia i choroby? Chętnie wysłucham lub przeczytam, także anonimowo, i opublikuję. Napisz do mnie: [email protected].
To jeden z tych weekendów po chemii. Zbliża się wieczór i czuję, jak moje ciało zaczyna się nagrzewać. Pocę się. Na szczęście Bruna już nie ma, nie chcę, żeby widział mnie w takim stanie, lepiej mu będzie u babci. Mierzę temperaturę. 38,2. Teoretycznie powinniśmy jechać na SOR, ale boję się, że nie wrócę żywa. Nie mam prawie żadnej odporności.
Przysypiam przed telewizorem. Zaczynają się dreszcze. Robert bierze mnie pod ramię i prowadzi do łóżka. Przykrywa kołdrą i kilkoma kocami. Gładzi po policzku. Zapadam w niespokojny sen, z którego co dwie godziny budzi mnie dźwięk budzika. Robert podaje mi kolejne leki na zbicie gorączki. Odprowadza mnie do toalety, bo nie daję rady sama.
Przez cały weekend walczymy.
Był wrzesień 2023 roku.
– Robert, wyczułam pod palcami twardy guziczek na piersi. Jak myślisz, co to jest? – zapytałam męża.
Miałam 33 lata, on 36. Pracowałam w perfumerii jako zastępczyni kierownika, on jako trener personalny, i razem prowadziliśmy firmę cateringową. Rzadko chorowałam, aż nagle zaczęło brakować mi energii. Chciało mi się spać i nic mnie nie cieszyło. Kładłam to na karb pracy, ale poszłam do endokrynologa. Może to tarczyca? Okazało się, że mam niską ferrytynę. Przepisał suplementację i na tym się skończyło. Czasem serce waliło mi tak mocno, że bałam się, że wyskoczy.
W szpitalu kardiolog mnie zbadał, w tomografii wyszło coś na węzłach. Ale on był od serca i nie skierował mnie dalej.
Ja też nie chciałam zgłębiać problemu. Zawsze żyłam tu i teraz, nie lubiłam utrudniać sobie życia. Ale mąż naciskał. Poznaliśmy się siedemnaście lat wcześniej, tuż przed maturą. Skomentowałam jego zdjęcie na Naszej Klasie: „super uśmiech". Byłam przekonana, że taki przystojny facet nawet na mnie nie spojrzy. Kilka lat później wzięliśmy ślub, urodził się nasz syn, Bruno.
– Pani węzły pachowe są nietypowe, ale to się zdarza przy goleniu maszynką – uznał lekarz, którego znalazłam na Znanym Lekarzu. Zlecił biopsję. Pierwszy dostępny termin na NFZ wypadał pięć miesięcy później, w lutym. Okazało się, że to dopiero konsultacja.
– Nic tam pani nie ma – uznał drugi lekarz. Nie zrobił USG, ale dał skierowanie „na cito” na biopsję. Pierwszy wolny termin był w sierpniu. Za pół roku.
Zaczęłam się bać, że coś jest nie tak, ale miałam dość. Chciałam to olać. Tylko Robert nie odpuszczał. Polecono nam doktora Pawła Kabatę, chirurga onkologicznego. Zapisałam się do niego prywatnie.
– Pani Kasiu, nie jest dobrze – usłyszałam. Doktor Kabata badał mnie długo, w skupieniu, pod pachą, ale i pod obojczykiem, czego nie zrobił żaden inny specjalista.
– Musimy działać natychmiast.
Po dwóch dniach czekałam osiem godzin pod jego poradnią. Założył mi kartę DiLO i zlecił rozszerzoną diagnostykę.
Po tygodniu mąż z moją mamą i siostrą przyjechali na trening piłki nożnej Bruna. Raczej im się to nie zdarzało.
– Co was tu przywiało? – mama i Dorota uciekały wzrokiem, a Robert miał czerwone, spuchnięte oczy.
Młody się przebrał, poleciał na salę, a my ruszyliśmy za nim.
– Kasia, masz raka piersi. Przed nami długa droga – mąż złapał mnie za rękę i mocno ścisnął.
– Ale jak to?
– To rak złośliwy.
– Dobra, Robert, spoko. Będę się leczyć i damy radę.
Wstrzymywałam łzy. Nie chciałam żadnej dramy, powtarzałam sobie w myślach: „Jestem na treningu syna, żeby go dopingować. Nie chcę, żeby widział mój smutek”. Ciężko znoszę, gdy moi bliscy cierpią.
Szczegółowy wynik histopatologiczny przyszedł za kilka tygodni. Na wizytę poszłam z Robertem. Kiedy usłyszałam wynik- wyszłam z gabinetu. On został, żeby porozmawiać z lekarzem. Rak piersi potrójnie ujemny, z przerzutami do węzłów pachowych i podobojczykowych. Najbardziej złośliwy ze wszystkich. Od razu zrobiłam badania genetyczne, okazało się, że mam mutację BRCA1.
Gdybym czekała i szła ścieżką NFZ, na biopsję trafiłabym w sierpniu, prawie rok po tym, jak wyczułam guzek. Rak mógłby się do tego czasu rozprzestrzenić do wątroby, kości, do mózgu. Wtedy pozostałoby mi leczenie paliatywne.
Nie chciałam czytać nic w internecie. Za to mój mąż szukał na forach kobiet, które przeżyły to samo. Nie chciał mnie obciążać, więc rozmawiał z nimi godzinami w samochodzie pod blokiem. Szukał potwierdzenia, że wyzdrowieję. Stał się ekspertem od raka piersi i zadawał lekarzom wszystkie niewygodne pytania. Czasem bałam się, że nas wyrzucą, taki był dociekliwy. Zaczęłam go nazywać menadżerem mojej choroby.
Pierwszą chemię dostałam w marcu 2024, miesiąc po wynikach. Powinno być szybciej, ale dzięki naciskom Roberta i tak było ekspresowo. Gdybym chorowała sama, nie dałabym rady walczyć, a przecież liczyła się każda minuta.
Do szpitala przyjeżdżałam około siódmej rano. Pobranie krwi i decyzja czy będzie chemia, czy wyniki są zbyt słabe i chemia zostaje przesunięta. Następnie do sali, gdzie przez kilka godzin leżałam z dwiema, czasem czterema pacjentkami. Z reguły były ode mnie starsze, ale spotykałam też dziewczyny w moim wieku. Pielęgniarki mówiły na nas, te młode, „perełki". Wlewów miało być łącznie szesnaście: dwanaście chemii białych i cztery czerwone, a co trzy tygodnie dodatkowy wlew immunoterapii.
Najczęściej trafiałam na tę samą ekipę pacjentek. Jak się zebrałyśmy wszystkie pięć, to pielęgniarki nas uspokajały, bo za głośno gadałyśmy i za dużo się chichrałyśmy. Królował czarny humor. Ja chemię traktowałam jak „wyjście". Malowałam się i fajnie ubierałam. W torbie izolacyjnej rękawice i skarpety chłodzące. Jedzenie, picie. Kocyk, podusia, książka i naładowany telefon.
Chemia nie boli. Leżałam, a z kroplówki powolutku kapała przezroczysta substancja. Obserwowałam, jak wpływa do moich żył, i odczuwałam ulgę. Czasem zakładałam słuchawki, szczególnie gdy leżałam obok pacjentek, które ciągnęły mnie w dół. Jak zaczynały pisać czarne scenariusze, włączałam muzykę. Miałam wizje, że moje negatywne myśli karmią raka, więc wyobrażałam sobie tylko szczęśliwe zakończenia dla tej historii.
Nie wiedziałam, jak rozmawiać z moim sześcioletnim synem. Zapytałam o to inne pacjentki. Jedna doradziła mi coś, co stało się drogowskazem.
– Synku, mama jest teraz chora. Będę się długo leczyć. Będę miała mniej siły, będę więcej w domu. I będę też… łysa.
– Jak to łysa?
– Wyobraź sobie, że masz ogród. Dbasz o swoje rośliny, ale czasem trzeba spryskać chwasty, żeby usunąć to, co złe. Tylko że kropelki tego środka czasem trafiają też na zdrowe roślinki i one również obumierają. Podobnie będzie u mnie. Muszę przyjąć lekarstwa, które zniszczą guza, ale przez to wypadną też moje włosy.
Widziałam przerażenie w jego oczach.
– A może pójdziesz ze mną wybrać perukę? Będę przymierzać różowe, zielone, z warkoczami i z grzywką.
– Ok, byle nie różową! – uśmiechnął się.
Włosy zgoliłam pod koniec kwietnia, po kilku chemiach. Siostra założyła mi na głowę durszlak, miał być garnek, bo według opowieści naszej mamy w ten sposób ścinała jej włosy babcia, i obcięła włosy dokładnie po jego obrysie. Nagrywałyśmy to wszystko, śmiejąc się do łez.
Kiedy syn wrócił do domu, spytałam go:
– Chcesz mnie zobaczyć?
– Nie.
Wiedziałam, że przyjdzie moment, w którym będzie gotowy. A do tego czasu nosiłam bawełniane czapeczki. Pewnego dnia wrócił wcześniej z podwórka i zobaczył moją łysinkę.
– Wiesz co, mamusiu… to mi już nie przeszkadza. Możesz tak zostać.
– Pani Kasiu, tym razem chemii nie będzie. Wyniki są za słabe – powiedziała lekarka na początku maja.
Byłam załamana. Wydawało mi się, że to moja wina. Mogłam spać więcej, jeść lepiej. Milion różnych myśli. Leżałam na kanapie w domu, płakałam i mówiłam Robertowi, że czuję się beznadziejnie.
Po wielu ciężkich dniach, nocach i gorączkach dostałam czerwoną chemię, której strasznie się bałam, ale czułam się dobrze. Zostałam też odsunięta od immunoterapii, bo moja hemoglobina była za niska. Wtedy lekarka zdecydowała o przetoczeniu mi krwi. Odzyskałam siły, ale białe krwinki dalej były niskie. Decyzja: badanie szpiku.
Mniej więcej w tym czasie dowiedziałam się o śmierci koleżanki. Była mamą kolegi Bruna. Miała piękne, długie włosy. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że to peruka. Ten sam rak, co u mnie. Po raz pierwszy wyczuła, że coś jest nie tak, tuż po porodzie. Nawał mleka, ból w piersiach. Ale lekarze ją zbywali i diagnozę dostała dopiero, gdy jej córeczka miała miesiąc. Za późno.
– Mamusiu, skoro mama Damiana zmarła, a macie to samo, to czy ty też umrzesz? – zapytał mnie wtedy Bruno.
To było najtrudniejsze pytanie, z jakim musiałam się zmierzyć.
– Nie, synku. Ja nie umrę. Zobaczysz, będę zdrowa.
Nie wiem, czy wtedy mówiłam prawdę, ale nie potrafiłabym powiedzieć nic innego.
We wrześniu ledwo spacerowałam po mieszkaniu. Ale pod koniec miesiąca odbywał się w Gdańsku Race for the Cure, bieg osób wspierających kobiety z rakiem piersi. Kiedy ruszyły zapisy, utworzyłam swoją własną grupę uczestników i nie mogłam uwierzyć, ile osób się do niej zapisało.
Dzień przed biegiem hemoglobina wynosiła 7,8, przy normie dla kobiety powyżej 12. Leukocyty 1,2 tys./µl, przy normie od 4. Mój organizm był na granicy sił. Robert błagał, żebym została w domu. Ale ja się uparłam.
Szłam z obstawą trzech mężczyzn, oczywiście z menadżerem choroby na czele. Krok po kroku, przez teren pełen górek i pagórków, w palącym słońcu. Nic nie było w stanie mi przeszkodzić. Energia ludzi, ich emocje, uśmiechy i wzruszenia niosły mnie dalej.
Przeszłam dwa i pół kilometra.
Ostatnią chemię dostałam w październiku. Potem operacja: mastektomia obustronna z rekonstrukcją i limfadenektomią (usunięcie węzłów chłonnych – od aut.). Dzięki wiedzy o mutacji genetycznej zdecydowałam się też na usunięcie przydatków. To nie była łatwa decyzja, bo bardzo chcieliśmy mieć drugie dziecko.
– Pani Kasiu, jedno dziecko pani już ma. Więc teraz proszę się cieszyć życiem, podróżować, spełniać marzenia – powiedział mi wtedy ginekolog i bardzo mi to pomogło w podjęciu decyzji.
Wcześniej chciałam zadowolić wszystkich: być dobrą mamą, żoną, przyjaciółką, córką, synową, siostrą, pracownikiem. Miałam nieustające poczucie, że jestem niewystarczająca. Brakowało mi pewności siebie, bałam się porażek, więc często odpuszczałam, bo z tyłu głowy dręczyła mnie myśl, że i tak sobie nie poradzę. Po chorobie przestałam się przejmować, co ludzie o mnie myślą. Odzyskałam poczucie sprawczości.
Pod koniec listopada odebrałam telefon, na który najbardziej czekałam.
– Pani Kasiu, jest czysto. Stuprocentowa skuteczność leczenia – powiedziała moja lekarka. Drżał jej głos z emocji.
A ja śpiewałam. Tańczyłam. Byłam w euforii. Czułam całym ciałem coś, czego nie potrafiłam nazwać. Szczęście? Ulga? Nadzieja? Wdzięczność? Wszystko naraz.
Potem musiałam poddać się jeszcze czterem cyklom chemii w tabletkach. Byłam słaba i miałam mdłości. Przeszło dopiero po kilku miesiącach, a kolejne badania wykazały, że jestem w remisji. Ale spokojna będę dopiero za rok, o ile to po tej chorobie w ogóle możliwe.
Bywały dni, gdy Robert wyczuwał w moim głosie, że już nie daję rady. Wtedy rzucał wszystko i szliśmy na spacer nad staw, blisko domu. Boże, jak on kiedyś nie znosił spacerów. Rozmawialiśmy, gdy miałam ochotę pogadać. Większość czasu milczeliśmy. Obiecałam sobie wtedy, że jak mnie już zabraknie, to będę dla niego takim aniołem stróżem, jakiego nie ma nikt.
To u niego skończyła się diagnostyczna tułaczka Kasi. Doktor Paweł Kabata jest chirurgiem onkologiem w Copernicus Mamma Centrum w Gdańsku, największym ośrodku leczenia raka piersi na Pomorzu.
Anna Pamuła: Gdybym jutro miała iść na USG piersi, po czym poznam, że jest zrobione dobrze? Kasia miała kilka podejść, zanim trafiła do pana.
Paweł Kabata: Wbrew pozorom USG piersi wcale nie jest łatwe. Do dobrej interpretacji badania trzeba mieć wiedzę o samych chorobach piersi, zarówno praktyczną jak i kliniczną. Najlepiej iść do dedykowanych radiologów zajmujących się diagnostyką chorób piersi albo do innych specjalistów pracujących na co dzień z pacjentkami „piersiowymi” np. chirurgów piersiowych czy też ginekologów kształcących się w tym zakresie.
A co powinno zapalić lampkę podczas takiej wizyty?
Z pewnością trudności w interpretacji obrazu i wydaniu zaleceń dalszego postępowania. Dla nas takim niepokojącym sygnałem jest opis, który zaczyna być nieprzyzwoicie długi. Ktoś opisuje kwieciście wszystkie możliwe zmiany dookoła, stawia tysiące znaków zapytania. Druga rzecz to dawanie samego zdjęcia, bez opisu. Nie można wydrukować pacjentce wyłącznie czarno-szarego zdjęcia i powiedzieć: proszę z tym iść do onkologa, niech to usuną.
Czyli za każdym razem trzeba poprosić o opis?
Pełne diagnostyczne USG zawsze powinno mieć opis. To nie może być badanie zrobione w przysłowiowe „trzy minuty”. Cała pierś powinna być obejrzana: od obojczyka aż po fałd podsutkowy, od mostka aż po pachę. I zawsze muszą być obejrzane węzły chłonne.
Jak wygląda nauka o piersiach na medycynie?
Nie ma osobnego przedmiotu. Istnieje społeczne przekonanie, że piersiami zajmują się głównie ginekolodzy, a to nie jest prawda. Zakres wiedzy „piersiowej” obowiązujący podczas sześcioletniej specjalizacji z ginekologii jest dość podstawowy. Nie znaczy to, że nie ma ginekologów, którzy też dbają o ten zakres zdrowia pacjentki, bo byłoby to krzywdzące. Ale choroby piersi to dziś głównie domena chirurgów onkologów i onkologów klinicznych.
Jak często zgłaszają się do pana pacjentki takie jak Kasia? Które były u innych specjalistów i nic nie wykryto?
Tego typu historie są rzadkie, wbrew pozorom. Może raz do roku. Historia Kasi była nietypowa od samego początku. U nas po pierwszej biopsji też nic nie wyszło. A mamy wybitnych, w skali regionu, radiologów od lat dedykowanych wyłącznie diagnostyce piersiowej. Ale czasami też tak bywa, że biopsja nie odpowie na pytanie. Dlatego Kasia de facto miała raka rozpoznanego z węzła, a nie z guza. Większość pacjentek idzie typowym schematem. Jeżeli widzimy, że coś wygląda nie tak, a opis jest nieadekwatny do stanu klinicznego, to mamy możliwość zweryfikowania badania na naszej radiologii, która jest dla nas punktem referencyjnym.
A terminy? Czeka się długo?
Jeżeli mamy podejrzenie raka lub innej niepokojącej zmiany, czy z USG, czy palpacyjnie, to diagnostyka idzie sprawnie, w dużej mierze dzięki systemowi DiLO, który nadaje innego trybu administracyjnego. Zgodnie z wytycznymi pierwszy etap powinien dać odpowiedź w ciągu dwudziestu ośmiu dni.
Jak często Polki w ogóle robią mammografię?
To jest dramat. Realizacja programu przesiewowego jest na poziomie trochę powyżej trzydziestu procent. A żeby był skuteczny, zgodnie ze światowymi statystykami musi przekraczać siedemdziesiąt. Są regiony, gdzie realizacja jest na poziomie dwóch procent. Czyli po prostu nikt nie chodzi na kontrolę.
Z czego to wynika?
Ze strachu. Jest w społeczeństwie przekonanie, które od lat się nie zmienia, mimo tysięcy apeli i kampanii: że raka lepiej nie ruszać, że biopsja rozsiewa raka. A badań się nie robi, bo jeszcze się coś znajdzie. To jest myślenie magiczne, ale podszyte strachem. Ja się staram nikogo nie oceniać, bo to nie jest moja rola. Moim zadaniem jest leczyć niezależnie od zaawansowania choroby i tego, co do takiego stanu doprowadziło. Ale w społeczeństwie nadal silne jest przekonanie, że na raka się tylko i wyłącznie umiera. Oczywiście, na raka też się umiera. Ale nie tylko.
To wzmocnijmy przekaz. Że na raka już się nie tylko umiera.
Jeszcze piętnaście lat temu pacjentka z rozsianym rakiem piersi miała rokowanie na poziomie pół roku przeżycia. Obecnie przy najnowszych lekach mediana przeżycia w chorobie rozsianej przekracza sześćdziesiąt miesięcy. Nowoczesnych leków jest coraz więcej i mamy do nich coraz większy dostęp. Historia taka jak Kasi, młoda dziewczyna z bardzo agresywnym, zaawansowanym wyjściowo nowotworem, nie kończy się dziś zdaniem: nie, tu już nie ma sensu. Z coraz większą liczbą pacjentek, nawet z nowotworami bardzo agresywnymi, rozmawiamy o intencji całkowitego wyleczenia. Chcemy traktować to jako epizod w życiu. Ciężki, ale epizod.
Kasia załapała się na refundowaną immunoterapię. A czego wciąż brakuje?
Bardzo potrzebna jest refundacja testów genowych. One poprzez ocenę ryzyka nawrotu pokazują zasadność włączenia chemioterapii. Mówi się, że nawet trzydzieści, czterdzieści procent pacjentek mogłoby nie otrzymywać chemii, która najprawdopodobniej nie wpłynie istotnie na przeżycie. Tylko że to jest koszt na poziomie kilkunastu tysięcy złotych. Decydują się pojedyncze pacjentki. Rozmowy o refundacji trwają. Czy będzie, nie wiem.
A młode kobiety? Program przesiewowy zaczyna się dopiero po czterdziestce.
To jest absolutna szara strefa. Program profilaktycznej mammografii jest od czterdziestego piątego roku życia. I chyba nie ma systemowego pomysłu na grupę młodszą, bo nie ma wystarczających badań, które by pokazały, że rutynowy skrining w tej grupie coś da. Nam nie wystarczy wiedzieć, że zachorowań jest więcej. A jest. Potrzebujemy wiedzieć, co i jak robić. My obecnie każdego tygodnia mamy trzydziestolatki z rakiem piersi. Częściej niż kiedyś, zdecydowanie.
Kasia i Julia, dwie moje bohaterki, obie leczyły się u pana i obie mają mutację BRCA1. Kto może zrobić profilaktyczną mastektomię w systemie publicznym?
NFZ pozwala obecnie tylko na wykonywanie zabiegu u pacjentek z mutacją BRCA, ale z mutacjami PALB2 czy CHEK2 już nie. Dodatkowo mogą do niego być zakwalifikowane pacjentki z obciążającym wywiadem (powyżej 3 zachorowań na raka piersi lub jajnika w rodzinie), ale bez mutacji, po kwalifikacji przez lekarza genetyka. Są podejmowane działania i próby sprawienia, żeby kwalifikowało się więcej mutacji. Operacje te można wykonać na oddziałach z kontraktem na chirurgię onkologiczną albo plastyczną.
Czego się pan oduczył w mówieniu do pacjentek?
Retoryka wojenna: przegrała z rakiem, będziemy walczyć z rakiem. To działa jak płachta na byka. Czy ja to rozumiem, czy się z tym zgadzam, nie ma żadnego znaczenia. Akceptuję i nie używam. Unikam też tekstów rodem z amerykańskich seriali w stylu: zostało pani dziewięć miesięcy życia. Mówię raczej, że nie wiem, bo tak samo nie wiem, ile mi życia zostało. Może mnie ktoś potrąci samochodem, jak będę wracał do domu? Mogę powiedzieć, jakie jest rokowanie, jakie zaawansowanie. Ale żadnych zdecydowanych sformułowań nie rzucam.
A suplementy? Na polskim rynku jest ich zatrzęsienie.
My nie zalecamy w zasadzie żadnych suplementów. Zalecamy zasady zdrowego żywienia i normalność. Dieta o niskim potencjale zapalnym, mówiąc ładnie: zdrowo i wysokobiałkowo. Rak piersi nie jest chorobą, która tak bardzo angażuje metabolizm i wyniszcza, jak rak żołądka czy trzustki.
Co pan obserwuje u partnerów, mężów, którzy przychodzą z pacjentkami?
To jest bardzo zaniedbana grupa. Sam miałem nieprzyjemność doświadczyć takiej samotności, więc mam własne przemyślenia na ten temat. I myślę, że to jest bardzo podobnie: cała uwaga skupia się na pacjentce. A ty masz być dzielny i ją wspierać. Pacjentka ma dostęp do psychologa, do psychiatry, do leków, do wszystkiego. A facet ma pod górkę. Nikt go nie pyta: słuchaj, a jak ty się czujesz? Nagle masz na głowie kartę DiLO, której nie do końca rozumiesz, masz dzieciaki, musisz wiedzieć, kiedy mają iść na basen, a kiedy na piłkę i zarządzanie całą rzeczywistością. Wiem, że nowocześni ojcowie to wiedzą, ale nie jest łatwo ogarnąć wszystkie te obowiązki, chorobę osoby najbliższej i jeszcze pokazywać otoczeniu, że dajesz radę.
Wydaje mi się, że nie ma nawet społecznego przyzwolenia, żeby zadać mężczyźnie pytanie, jak się czuje.
Myślę, że nikt nawet nie rozpatruje tego w tej kategorii. Każdy się zgadza na to, że ona przeżywa. Że będzie płakała, że będzie miała gorszy nastrój, bo jest chora, bo musi znosić leczenie. Ale nikt nie myśli o tym, że on też może. Ja pamiętam siebie. Moja żona leżała w szpitalu, a ja sam chodziłem po Gdańsku i płakałem. Nie miałem dokąd pójść. Bo musiałem ciągle być dzielny. A mężczyzna, jak i lekarz, to tylko człowiek.
Kasia Rojkowska stworzyła fundację „Potrójnie silna”. Jej celem jest wsparcie kobiet w momencie diagnozy raka piersi. Więcej informacji na Instagramie Kasi: @kasia_roj
Reportaż powstał na podstawie dwóch długich wywiadów, które przeprowadziłam z Kasią, a także fragmentów jej ebooka „Potrójnie silna. Historia, którą napisał rak” (nakład własny autorki, 2026).
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Komentarze