Spętane odgórnym szablonem uczelnie kształcą nauczycieli wg wczorajszych wzorów, więc ich absolwenci nie podołają wyzwaniom teraźniejszej i przyszłej szkoły. Można to zmienić, uczelnie chcą to zmienić, ministerstwo nauki nie mówi nie. Potrzebne jest tylko zielone światło od MEN. Tylko czy aż?
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyJeśli uniwersytet działa w systemie silnej standaryzacji i kontroli „zgodności z dokumentami”, absolwentki* kierunków nauczycielskich uczą się jednego: najważniejsze jest dopasować się do procedury. Jeśli studia polegają głównie na realizowaniu odgórnych programów i wypełnianiu dokumentacji, nauczycielki przeniosą ten model do swoich klas.
Uniwersytety uczą przyszłych nauczycieli tego, co same robią ze studentami.
Jeśli uczelnia produkuje jednakowych absolwentów według szablonu, szkoła będzie produkować jednakowych uczniów, co stoi w sprzeczności z założeniami reformy edukacji „Kompas Jutra”.
Tuż przed startem reformy (od września 2026), powstała inicjatywa zmiany tego błędnego koła, tak by pomóc szkole, a przy okazji przywrócić autonomię uczelniom i zwiększyć atrakcyjność studiów nauczycielskich.
Ruch SOS dla Edukacji we współpracy z akademikami właśnie przygotował propozycję zmian w nauczaniu przyszłych nauczycielek i nauczycieli. Decyzja należy do Ministerstwa Edukacji oraz Nauki i Szkolnictwa Wyższego (na zdjęciu głównym: ministra Barbara Nowacka i minister Marcin Kulasek) – o czym pisze Karolina Prus-Wirzbicka, koordynatorka ruchu SOS dla Edukacji, z wykształcenia pedagożka i doktorantka UW.
SOS dla Edukacji to sieć 95 społecznych organizacji edukacyjnych, które od 2021 roku działają „na rzecz edukacji nowoczesnej, obywatelskiej i demokratycznej”, a za czasów ministra Przemysława Czarnka broniły szkołę przed ingerencją polityczną i ideologiczną.
*W tekście używam zamiennie form żeńskich i męskich, ale częściej feminatywów z uwagi na znacznie większy udział kobiet w zawodzie nauczycielskim
Kończy anglistykę. Ma licencjat, zaliczone wszystkie zajęcia pedagogiczne, odbyła praktyki w szkole. Jej poziom angielskiego to C1, czyli zaawansowany, znajomość biegła.
Chce uczyć.
Na uczelni usłyszała jednak, że nie może. Powód jest formalny: nie ma tytułu magistra.
Daria próbuje więc uzupełnić wykształcenie. Zaczyna studia magisterskie z pedagogiki. Czuje, że ma już wystarczającą wiedzę przedmiotową, ale nie jest pewna kompetencji wychowawczych, pedagogicznych. Chce lepiej rozumieć szkołę, wie, że to miejsce zmieniło się od czasu jej własnej edukacji.
Studia uniwersyteckie skłoniły ją do refleksyjności, Daria chce lepiej rozumieć siebie i swoją rolę w szkole. Marzy także, że zostanie pedagożką (tak, wciąż są takie marzenia!), a przy okazji będzie mogła uczyć języka obcego.
Na pierwszych zajęciach pedagogiki dowiaduje się, że to tak nie działa. Żeby uczyć w szkole, musi mieć magisterium z anglistyki lub uzyskać certyfikat językowy. Nie otrzyma wymarzonych uprawnień na pedagogice ani na żadnym innym kierunku pokrewnym.
Jeszcze raz. Licencjat z angielskiego i magisterium z pedagogiki nie pozwoli Darii uczyć w szkole angielskiego.
Przyjechała do Polski z Ukrainy. Tam skończyła studia filologiczne, zna doskonale dwa języki obce. Chce pracować w szkole, więc zgłasza się na uczelnię, żeby nostryfikować dyplom. Dokonuje obowiązkowej opłaty, by uruchomić ten proces.
Gdyby ukończyła studia do 2006 roku, nostryfikacja byłaby prosta, bo była umowa o uznawaniu dyplomów, ale ona studiowała niedawno i musi przejść normalną ścieżkę nostryfikacji. Musi, ale prawie na pewno nie przejdzie.
Już na początku procedury ktoś mówi jej półoficjalnie, że "raczej się nie uda”.
Nie dlatego, że jej studia były słabe czy brakuje jej umiejętności. Problem jest inny. W Polsce standard kształcenia nauczycieli od 2019 roku do bólu szczegółowo opisuje, czego musi się nauczyć absolwentka. Uczelnie w Ukrainie czy w jakimkolwiek innym kraju, nie uczą wg naszych standardów. W innych krajach takie dokumenty są ramą. U nas przypominają przepis kucharski, szczegółowy gotowy program studiów, które mają upichcić nauczycielkę. Pierogi tylko po polsku, ukraińskie pielmieni nie wchodzą w grę.
Pracowniczka dużego uniwersytetu koordynuje praktyki nauczycielskie. Pod opieką ma ponad 200 studentek.
„Chodzisz z nimi na zajęcia do szkół?” – pytam.
„Nie ma na to czasu. Sprawdzam dokumentację. Przeglądam teczki. Opieka nad praktykami to gorący kartofel – nikt ci tego oficjalnie nie powie, ale ja tego doświadczam” – mówi Adrianna.
Na innym uniwersytecie studenci podczas praktyk nie mają zajęć towarzyszących i ani chwili czasu na wspólne omawianie lekcji, które obserwują, a jak dobrze pójdzie – prowadzą. Nikt się nie interesuje tym, czego się nauczyli, ile mieli własnych prób, jakie mają problemy.
„Za opiekę nad nimi nie dostaję wynagrodzenia – mówi mi pracownik tej uczelni. – Mamy za mało pieniędzy”.
Na kierunku ścisłym słyszę jeszcze coś innego: „Chyba sobie nie wyobrażają państwo, że profesor fizyki będzie jeździł do szkoły i oglądał lekcję prowadzoną przez studenta?!”.
Patrząc od strony szkoły, nauczycielki, do których studentki przychodzą na praktyki, często pracują wolontariacko. Za dzielenie się swoją wiedzą, w którą często dużo zainwestowały nie tylko czasu, ale także pieniędzy, nie otrzymują wynagrodzenia. To wszystko opisuje raport SOS o praktykach w szkole.
I tu pojawia się pytanie, niesłusznie pomijane w debacie o reformie szkoły:
Kto właściwie odpowiada za jakość kształcenia nauczycieli?
Pytanie tym bardziej istotne, że obowiązujące dziś standardy kształcenia zostały stworzone dla szkoły opartej na transmisji wiedzy (wykład), papierowym podręczniku i stopniach za sprawdziany i egzaminy, które sprawdzają szczegółową wiedzę poszatkowaną na przedmioty.
Sztandarowa reforma rządu Donalda Tuska „Kompas Jutra” rysuje zupełnie inną szkołę opartą na kompetencjach, doświadczeniach edukacyjnych, interdyscyplinarności, dbającą o dobrostan i rozwijającą sprawczość dzieci i młodych ludzi. Bez zmiany modelu i standardów kształcenia uczelnie będą
wypuszczać absolwentki i absolwentów przygotowanych do szkoły, której za kilka lat już nie będzie.
Jeśli reforma się uda, oczywiście i da zakładane efekty.
Tylko czy może się udać bez reformy studiów dla przyszłych nauczycielek?
Standardy kształcenia nauczycieli stanowią mechaniczne serce systemu. Ministerialne rozporządzenie określa to, czego studentka ma się nauczyć.
Problemem jest absurdalnie szczegółowy ich opis w języku tzw. efektów uczenia się. Tych „efektów” jest tyle, że uczelnia – chociaż ma je wpisane w program i sylabusy – nie ma szans ich wszystkich zrealizować.
Należałoby pójść w kierunku takim jak „Kompas Jutra” – efekty studiowania opisywać bardziej w kategoriach ogólnych umiejętności, jakie są potrzebne w nauczycielskim zawodzie, a efekty konkretne wiązać z tymi ogólnymi.
Standardy mówią znacznie więcej: ile godzin ma być z pedagogiki, psychologii, ile dydaktyki, ile praktyk. Wskazują kryteria doboru kadry, które trzeba spełnić, zamiast szukać po prostu osób kompetentnych.
W praktyce oznacza to, że państwowe rozporządzenie ingeruje nie tylko w program studiów, ale również w organizację dydaktyki na uczelni.
I znowu. Dokument, który miał być ramą, działa jak przepis kucharski.
Na razie mamy paradoks.
Część środowiska akademickiego oburzała się, gdy Ministerstwo Edukacji chciało rozmawiać z akademikami o tzw. profilu absolwenta i absolwentki szkoły, czyli – o tym, jakie kompetencje powinien mieć młody człowiek kończący edukację. Mówiono, że to kolejne narzędzie standaryzacji szkoły, uprzedmiotowienia, centralizacji.
Pomijając fakt, że ten szkolny profil jest napisany w języku ogólnych umiejętności, to przecież uczelnie funkcjonują w systemie, w którym profil ich absolwenta jest niemal w całości zapisany w rozporządzeniu. Nie tylko kompetencje do uzyskania, nie tylko liczba godzin, ale także struktura programu studiów, a nawet – pośrednio – organizacja pracy uczelni.
Pojawia się niewygodne pytanie:
czy naprawdę środowisko akademickie nie jest w stanie samo zaprojektować dobrego programu studiów dla przyszłych nauczycieli?
Uniwersytety, które przez stulecia budowały swoją siłę na różnorodności teorii naukowych i autonomii badań, zaczęły działać tak, jakby wszystkie miały kształcić według jednego wzorca.
Próbując naprawić patologie poprzedniego systemu, narzuciły sobie gorset, którego nie powstydziłaby się dziewiętnastowieczna szkoła herbartowska, głęboko przekonana, że edukację można zaprojektować jak dobrze działającą maszynę.
Szokujący przykład: ministerialny standard kształcenia przedszkolnego i wczesnoszkolnego wymaga uzyskania (przez pięć lat) 301 pkt ECTS (European Credit Transfer and Accumulation System), a wymagana do ukończenia studiów liczba punktów wynosi... 300. Jeśli uczelnia chce wyjść poza standard, musi zwiększyć liczbę zajęć (i tak już wymagającego kierunku). Co zmniejszyłoby atrakcyjność jej studiów.
Skoro to takie proste, to czemu nikt nie wprowadza zmian? Nie mówi o zmianach?
Na szczęście, nie jest aż tak źle, przynajmniej z mówieniem.
Już w 2019 roku prof. Bogusław Śliwerski, członek Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, publikował na blogu krytyczne opinie ekspertów, że standardy kształcenia nauczycielskiego są tak rozbudowane, że przypominają raczej gotowy program studiów niż ramy kształcenia. Zwrócił uwagę, że podważa to autonomię uczelni i sprowadza akademików do roli wykonawców woli ministerialnych decydentów.
Tematem zajął się ruch społeczny SOS dla Edukacji.
Krok 1. W marcu 2025 poprosiliśmy środowisko szkolne o rekomendacje dla uczelni. Za kluczowe uznano rozwijanie u przyszłych nauczycielek i nauczycieli kompetencji miękkich i prospołecznych, takich jak komunikacja, liderstwo, współpraca, przy czym trzeba się ich uczyć nie podczas wykładów na uczelni, ale „w terenie”.
Dalej, więcej miejsca w uniwersyteckiej edukacji powinna – zdaniem nauczycielek i dyrektorek – zająć umiejętność współpracy z rodzicami, z całym zespołem szkolnym, z organizacjami społecznymi. I znowu doświadczenia w tym obszarze należałoby zdobywać na praktykach, w kontakcie z realną szkołą. Rekomendacją na czasie było też wzmocnienie na studiach umiejętności pracy w środowisku neuroróżnorodnym oraz międzykulturowym.
Zalecano prowadzenie na uczelniach zajęć pozwalających na chwilę refleksji nad rolą wychowawcy, nad tym, do czego służy ocenianie, jak w praktyce wyrównywać szanse edukacyjne itp.
Tematów nieporuszonych na uczelniach jest więcej: jak tworzyć innowacje dopasowane do środowiska, w którym pracuję, jak korzystać z nowych technologii. Jak zadbać o swój dobrostan, także znając swoje prawa, jak reagować na wymogi i oczekiwania, jakie stawiają przed nami rodzice i uczniowie.
Krok 2. to była wspólna inicjatywa SOS dla Edukacji i Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego. Od połowy 2025 roku spotykali się ze sobą akademiccy pedagodzy i przedstawicieli kierunków przedmiotowych z 25 uczelni wyższych, dziesiątki nauczycielek i dyrektorów, przedstawiciele 14 organizacji społecznych i 6 instytucji oświatowych (w tym kuratoriów).
Po kilku miesiącach wspólnej pracy powstał projekt założeń zmieniających rozporządzenie o standardach kształcenia. Jego idee przedstawiam w tym tekście.
Akademikom marzy się model taki jak w kształceniu lekarzy, który zostawia pulę zajęć do dyspozycji uczelni, powiedzmy 30 proc.
Autonomia pozwoliłaby uczelniom na bieżąco modyfikować programu studiów w zależności od potrzeb, np. dzisiaj – jak reagować na fake newsy i inwazję AI. Pojawiłaby się zdrowa konkurencja i większa atrakcyjność kierunków nauczycielskich.
Wracamy do historii Darii.
Jej problem nie polega na braku kompetencji językowych czy pedagogicznych, lecz na tym, że system kwalifikacji do nauczania w szkole jest skonstruowany tak, jakby wiedza była szczelnie zamknięta w silosach pojedynczych kierunków studiów.
Jeśli ktoś kończy licencjat z anglistyki i magisterkę z pedagogiki – system nie potrafi tego połączyć.
Nie ma miejsca na rozwiązanie oczywiste w wielu krajach: wspólną część standardów nauczycielskich, którą można realizować niezależnie od kierunku.
A przecież ktoś może zrobić licencjat z kierunku nauczycielskiego, biologii, a potem zrobić magisterkę z chemii. I uczyć jednego lub drugiego, a także przyrody.
Gdyby taka część wspólna była jasno wyodrębniona, łatwo byłoby zobaczyć, co jest podstawą przygotowania każdego nauczyciela, a co specjalizacją przedmiotową.
Dziś wszystko zapisane jest w jednym, szczegółowym schemacie, na wielu stronach, w którym efekty ogólne nie łączą się ze szczegółowymi. W rozporządzeniu widać, że autorzy propozycji nie pracowali wspólnie, w załącznikach są powtórzenia, pojawiają się błędy.
Można by pójść jeszcze krok dalej w tworzeniu elastycznego systemu. Umożliwić prowadzenie studiów nauczania przedszkolnego i początkowego w modelu 3 plus 2,
z opcją podjęcia pracy w przedszkolu lub szkole już po ukończeniu studiów licencjackich.
Obowiązywałaby przy tym konieczność uzupełnienia wykształcenia np. w terminie 5 lat, żeby zdobyć pełnoprawny status nauczyciela i rozpocząć awans zawodowy.
Pozwoliłoby to na szybsze wejście absolwentek na rynek pracy i ograniczyło zjawisk drop-out (wypadania ze studiów), bo możliwość pracy zarobkowej jest coraz istotniejsza dla studentek i studentów.
Ministerstwo Edukacji od ponad roku przygotowuje reformę pod ambitnym tytułem „Kompas Jutra”. Pojawiają się pytania o wartości edukacji, kompetencje przyszłości, nowe podstawy programowe.
Jednak rzadziej pada pytanie najprostsze:
kto będzie wprowadzał te zmiany w życie?
Średnia wieku nauczycieli rośnie. Brakuje kandydatek do zawodu. Maleje liczba studentów kierunków nauczycielskich. Kolejne uczelnie zamykają zakłady dydaktyk przedmiotowych.
Reforma szkoły bez reformy kształcenia nauczycieli zaczyna przypominać konstrukcję bez fundamentów.
Osiem lat rządów centralizujących państwo zmieniło wiele instytucji publicznych. Uszkodziło też coś mniej widocznego: poczucie sprawstwa elit intelektualnych.
Środowiska akademickie przez lata przyzwyczaiły się do funkcjonowania w coraz bardziej szczegółowych regulacjach.
Zamiast bronić autonomii – zaczęły się dostosowywać.
Dziś jest potrzeba i szansa poważnej rozmowy o zmianie standardów kształcenia nauczycieli, ale wciąż wielu akademików uważa, że to nie ich odpowiedzialność… Czekają na ruch tych, którzy podejmują tę odpowiedzialność, po to by... ich krytykować.
To nie jest tylko problem rozporządzenia. To pytanie o kondycję środowiska, które miało być strażnikiem autonomii uniwersytetu.
Powiedzmy to jeszcze raz:
Reforma szkoły jest pilnie potrzebna. Ale jeśli ma być realna, musi objąć także sposób przygotowania nauczycieli. Bo największym ryzykiem reformy jest to, że nie będzie jej komu robić. I będziemy ją tylko wspólnym wysiłkiem pozorować.
***
18 marca SOS dla Edukacji złoży projekt założeń do rozporządzenia o kształceniu nauczycieli w Ministerstwie Edukacji Narodowej, a także w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Czy znajdzie się wola polityczna, energia i odwaga podniesienia tematu, bez którego inne działania będą dziurawe?
Ktoś poza organizacjami społecznymi musi w sobie znaleźć taką odwagę, energię i wolę.
Komentarze