0:00
Prawa autorskie: Tymon Markowski / Agencja GazetaTymon Markowski / Ag...
17 listopada 2021

Sąd nakazuje zbadać sprawę ujawnienia przez TVP wyniku testu Marty Lempart na covid

Jak to możliwe, że ktoś wręczył pracownikom rządowej telewizji ściśle chronione dane medyczne obywatela z państwowych zasobów? Ujawnił wynik testu na covid bez podstawy prawnej? Sąd chce, by zbadał to Urząd Ochrony Danych Osobowych

Wydrukuj

Przed prawie rokiem, kiedy ludzie protestowali przeciw wyrokowi TK Julii Przyłębskiej w sprawie aborcji, a władza zaczęła wobec protestujących przykręcać śrubę, rządowe TVP Info “dotarło do informacji”, że liderka protestu Marta Lempart ma dodatni wynik testu na covid.

Teraz, po interwencji Rzecznika Praw Obywatelskich, sąd nakazał Prezesowi Urzędu Ochrony Danych Osobowych zbadanie tej sprawy (pisemne uzasadnienie dotarło właśnie do RPO). Oczywiście prezes UODO może się jeszcze odwołać od tego postanowienia. Bo badać sprawy pokrzywdzonej przez państwo obywatelki nie chce - wynika to z pisma, które dostał RPO.

Na razie jednak wykorzystywanie informacji z państwowych zasobów przeciw obywatelom nie uchodzi władzy całkowicie na sucho.

Kto czyta o naszych chorobach? Kto to może ogłosić?

Sprawa jest poważna i wcale nie jednostkowa: jeśli rządowa telewizja ma dostęp do chronionych informacji z sanepidu, to żaden obywatel nie może się czuć bezpiecznie. Na to właśnie zwrócił RPO Adam Bodnar, bo to jeszcze za jego kadencji zaczęła się ta sprawa.

Tymczasem z danych zebranych przez OKO w ramach projektu “Na celowniku” wynika też, że

wykorzystywanie chronionych danych z zasobów państwowych przeciwko obywatelom jest elementem systemowego nękania aktywistów.

Żeby powstrzymać ludzi przed zabieraniem głosu w sprawach publicznych, władza wykorzystuje wszystkie swoje zasoby. Nie ogranicza się tylko do procedur prawnych (pozwów, spraw sądowych).

Nękanie zacząć się może właśnie od kampanii propagandowej w rządowych mediach i mediach społecznościowych. Do tego dochodzą sprawy z kodeksu wykroczeń z wniosku policji, a wszystko to może się skończyć postępowaniem prokuratorskim i sprawą karną. No, chyba że obywatel/ka zaprzestanie aktywności publicznej.

Marta Lempart ma dziś bardzo wiele takich spraw - sama mówiła OKO, że nie jest w stanie ich wszystkich wyliczyć.

Ta jedna sprawa z jej listy pokazuje, że państwo PiS nie waha się uruchomić wszystkich swoich zasobów, żeby dopaść obywatela. Władza szykując się do ataku na obywatela zbiera materiały z najróżniejszych źródeł.

  • Ktoś analizuje wpisy w mediach społecznościowych (spotkało to Barta Staszewskiego, Laurę Kwoczałę, prof. Wojciecha Sadurskiego);
  • Ktoś sprawdza wypowiedzi publiczne - w przypadku dr. Pawła Grzesiowskiego przesłuchano wiele godzin webinarów z jego udziałem, żeby znaleźć coś, za co da się postawić zarzut "stworzenia zagrożenia dla zdrowia publicznego" i wytoczyć sprawę przed samorządem lekarskim);
  • Ktoś sprawdza akta w IPN (relacja prof. Sadurskiego, ale także prok. Katarzyny Kwiatkowskiej);
  • Ktoś zamawia materiały graficzne zohydzające łączące wizerunek aktywisty (relacja Barta Staszewskiego);
  • Ktoś wyciąga w końcu dane z teczek osobowych. Tak się stało w przypadku prok. Katarzyny Kwiatkowskiej i innych niezależnych prokuratorów;
  • A kiedy po śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza ludzie protestowali przed siedzibą TVP (rządowa telewizja przez wiele miesięcy prowadziła nagonkę przeciwko Adamowiczowi) “Wiadomości” TVP ujawniły dane liderów, z miejscem pracy włącznie. Spotkało to m.in. bohaterkę cyklu “Na celowniku” Elżbietę Podleśną.

Jeśli popatrzymy na to zostawienie, zobaczymy, że ujawnienie danych medycznych Marty Lempart jest po prostu kolejnym krokiem. Elementem SLAPP po polsku, czyli proceduralnego nękania człowieka przez władzę po to, by zaprzestał działalności publicznej.

Władza szuka winnych

Warto zwrócić uwagę, że ujawnienie danych Marty Lempart nastąpiło w bardzo konkretnym momencie. Najprawdopodobniej poprzedziły je narady na samym szczycie władzy. Przyjrzyjmy się chronologii zdarzeń.

Po wyroku TK Przyłębskiej z 22 października 2020 odbierającego kobietom prawo do decyzji w przypadkach skrajnie dramatycznych ciąż, w całym kraju wybuchają protesty. W szczycie - wedle danych policji - uczestniczy w nich 430 tys. osób.

Przez pięć dni ludzie protestują, a policja zabezpiecza zgromadzenia. Gigantyczny tłum zbiera się pod domem samego prezesa Kaczyńskiego w Warszawie. Zwrot następuje 27 października, kiedy Kaczyński występuje z telewizyjnym orędziem.

Mamy ciężkie stadium epidemii COVID-u - mówi. - (...) Mamy stan, w którym te demonstracje będą z całą pewnością kosztowały życie wielu ludzi. Ci, którzy do nich wzywają ale także i ci, którzy w nich uczestniczą, sprowadzają niebezpieczeństwo powszechne, a więc dopuszczają się przestępstwa, poważnego przestępstwa. Władze mają nie tylko prawo, ale także obowiązek przeciwstawiania się tego rodzaju wydarzeniom”.

Następnego dnia prokurator krajowy Bogdan Świątkowski przekuwa słowa prezesa w dyspozycję prawną: "Każde zachowanie osoby organizującej nielegalną demonstrację albo podżegające lub nawołującej do udziału w niej winno być przede wszystkim oceniane w kontekście wyczerpania czynu zabronionego z art. 165 par. 1 pkt 1 kk w zakresie sprowadzenia niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia wielu osób poprzez spowodowanie zagrożenia epidemiologicznego".

Jak widać, zapadła decyzja, by zrzucić na obywateli winę za rozprzestrzenianie się pandemii.

Władza "działa, nie negocjuje", a nie potrafi przygotować porządnych antycovidowych przepisów

Jest to czas, kiedy władza nie wydała jeszcze nawet skutecznych przepisów w prawie noszenia maseczek. Poprawnie sformułowany nakaz wejdzie w życie dopiero 2 grudnia 2020 roku.

Także rządowy zakaz zgromadzeń jest wadliwy (Sąd Najwyższy potwierdzi to w lipcu 2021). O tym, że przepisy covidowe mają dziury, władza wie wówczas co najmniej od pół roku. Problem ignoruje.

Tymczasem 7 listopada komendant stołeczny policji Paweł Dobrodziej rozsyła do podległych jednostek instrukcję “działamy, nie negocjujemy

I w tym mniej więcej czasie doradcy premiera zaczynają się zastanawiać, czy nie dałoby się przypisać odpowiedzialności za II falę pandemii właśnie strajkowi kobiet.

Wiadomo to z wyciekających maili z prywatnej skrzynki współpracownika premiera Morawieckiego, Michała Dworczyka.

Norbert Maliszewski, szef rządowego Centrum Analiz Strategicznych, pisze tam: "Może być to materiał na tzw. wrzutkę (»w naszych mediach« - odwołanie się do tekstu »Tagesspiegel« i pokazanie podobnej zależności w Polsce), która później zostanie skrytykowana, ale w pamięci pozostanie ta zależność (a właściwie odświeżona, bo ja w "Wiadomościach" umieściłem w listopadzie nasze wykresy pokazujące korelacyjną zależność między protestami a mobilnością - z wnioskiem o przyczynianiu się do wzrostu zakażeń)".

A 16 grudnia TVP Info podaje: “Przewodnicząca Ogólnopolskiego Strajku Kobiet Marta Lempart wykonała 14 grudnia test na koronawirusa, uzyskując wynik pozytywny – ustalili dziennikarze TVP Info”.

W materiale TVP Info cytuje też wypowiedź lekarki “Siewcy śmierci chodzą w tłumie”.

22 grudnia 2020 Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar zwraca się do prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych Jana Nowaka o wszczęcie postępowania administracyjnego ws. naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych.

10 stycznia 2021 Marta Lempart jest przesłuchiwana w prokuraturze, a 11 lutego dostaje zarzut z art. 165.

19 stycznia Prezes UODO Jan Nowak odmawia sprawdzenia, jak doszło do ujawnienia danych medycznych Lempart. W lutym RPO skarży tę decyzję do sądu administracyjnego. I wtedy też (jak wynika z maili ze skrzynki min. Dworczyka) premier z doradcami ustalają, że ponieważ pandemia przygasa, nie będą używać argumentu, że na wzrost zachorowań wpływ mają protesty. Sprawa przycicha.

Dopiero w lipcu prokuratura chwali się przed mediami, że przesłała akt oskarżenia przeciw liderkom OSK do sądu.

Pod koniec września WSA w Warszawie przyjmuje argumenty Rzecznika Praw Obywatelskich. Pisemne uzasadnienie przekazuje w listopadzie. Teraz zapewne należy się spodziewać skargi kasacyjnej PUODO do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

Na co możemy więc liczyć?

Postępowanie będzie trwało. Ale każde postępowanie przed sądem i każda procedura prawna i administracyjna - nawet jeśli skończy się “nieustaleniem sprawców” - wytwarza pisma z informacjami i - uwaga - danymi. Co zostało sprawdzone, komu zostały zadane pytania, a komu nie, jak wyglądały odpowiedzi, kto je podpisał itd.

W toku tej sprawy mamy więc szansę poznać może nie mocodawców, ale zapewne część mechanizmów pozaprawnego nacisku na obywateli.

Na początek warto sobie przeczytać argumenty RPO i sądu. Wynika z nich jasno, że mamy do czynienia nie z kolejnym (którym to już?) ekscesem TVP - to sprawa dotycząca praw każdego z nas i bezpieczeństwa każdego z nas.

RPO: Jak ludzie mają się testować, skoro TVP ujawnia wyniki?

"Sprawa Marty Lempart ma charakter nie tylko jednostkowy" - czytamy w komunikacie na stronie internetowej Rzecznika. - "Skoro instytucje do tego powołane nie zamierzają wyjaśniać, jak informacje dotyczące zdrowia osoby pojawiły się w rządowych mediach, to jak bezpieczne są dane obywateli przetwarzane w związku z działaniami państwa w dobie pandemii?".

RPO zauważa: jeśli chcemy, żeby ludzie się testowali na covid, musimy zadbać, by mieli zaufanie do systemu. Jeśli dane zdrowotne będą łatwo wyciekać, to jak budujemy zaufanie do Internetowego Konta Pacjenta czy e-recepty? (RPO pisze to w grudniu 2020, zanim pojawią się kłopoty ze szczepieniami).

Odnosząc się do twierdzenia Prezesa UODO, że do działalności dziennikarskiej nie stosuje się przepisów RODO, RPO wyjaśnia, że w sprawie nie chodzi o ocenę działania mediów. Prezes UODO powinien był zbadać legalność przekazania takich danych dziennikarzom przez administratora danych osobowych.

Dane osób testowanych na COVID-19 są przetwarzane m.in. w systemie teleinformatycznym udostępnionym przez jednostkę podległą Ministrowi Zdrowia. Na podstawie tego rozporządzenia dane te są przetwarzane przez szeroki katalog podmiotów.

Sąd: wyciekły dane chronione przez Konstytucję i RODO

Wniosek Rzecznika o wszczęcie postępowania administracyjnego - tłumaczy sąd - stanowi wyraz troski tego konstytucyjnego organu o prawa obywateli w przedmiocie zgodności z prawem przetwarzania ich danych osobowych o stanie zdrowia, na przykładzie ujawnienia danych konkretnej osoby, o której mowa w tym wniosku.

Nie budzi przy tym wątpliwości, że informacje (dane) o stanie zdrowia każdego człowieka należą do danych szczególnie chronionych (art. 9 RODO). Dane o stanie zdrowia objęte są ochroną prawną życia prywatnego. Prawo to zaś należy do praw osobistych ujętych w art. 47 Konstytucji.

Nie jest tym samym trafna argumentacja Prezesa UODO o niedopuszczalności prowadzenia postępowania, a w zasadzie jak wskazał organ, jego wszczęcia, z uwagi na. to, że do działalności dziennikarskiej nie stosuje się RODO (art. 5, art. 6, art. 9).

Sąd podziela twierdzenie Prezesa UODO, że w przypadku postępowania administracyjnego w sprawie przetwarzania danych osobowych konkretnej osoby, konieczne jest uzyskanie zgody tej osoby (PUODO pisał, że nie ma zgody na interwencję od Marty Lempart - red). RODO nie wyklucza jednakże również prowadzenia postępowania na podstawie informacji otrzymanych od innego organu publicznego. A jednym z podstawowych zadań Prezesa UODO jest monitorowanie i egzekwowanie stosowania RODO.

Udostępnij:

Agnieszka Jędrzejczyk

historyczka z wykształcenia. Od 1989 r. przez 22 lata redaktorka w Gazecie Wyborczej, potem przez 10 lat urzędniczka, m.in. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara. Od 2021 r. w OKO.press

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne