0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: fot. Fundacja Psa Karmelafot. Fundacja Psa Ka...

Nic nie wskazywało na to, że 24 stycznia ze schroniska wyjadą wszystkie psy. W Sobolewie, pod urzędem gminy, zorganizowano protest przeciwko bierności urzędników wobec krzywdy zwierząt w mordowni, jaką okazało się schronisko Happy Dog.

Temat schronisk i koszmarnych warunków, w jakich żyją psy i koty, odżył w styczniu po tym, jak sprawą zainteresowała się piosenkarka Doda. Wystąpiła w Sejmie, interweniowała w schronisku w Bytomiu, nagłaśniała też historię Sobolewa (miejscowość leży nieopodal Garwolina w woj. mazowieckim, godzinę drogi od Warszawy).

„Dociera do nas bardzo wiele niepokojących sygnałów od wielu lat. Są to sygnały od wolontariuszy, czyli osób, które tam były. Które zajrzały we wszelkie zakamarki tego schroniska” – mówiła w TVP organizatorka protestu, Edyta Haduch. Organizacje od lat alarmowały, że schronisko w Sobolewie nie dba o zwierzęta, a jego właściciel Marian D. już osiem lat temu usłyszał zarzuty znęcania się nad zwierzętami. Wciąż jednak nie zapadł prawomocny wyrok w tej sprawie.

Na miejscu sytuacja rozwinęła się dynamicznie. Manifestujący dowiedzieli się, że powiatowa lekarz weterynarii, Dominika Siedlczyńska, która wcześniej nie wykryła rażących nieprawidłowości, podpisała się pod decyzją o zamknięciu schroniska. Protest przeniósł się pod bramę Happy Dog, ludzie sami zaczęli wynosić z dziurawych bud zwierzęta. Spontaniczną akcję przejęły organizacje prozwierzęce, które zabrały większość psów. Niektóre zwierzęta uciekły, przynajmniej kilka zostało zabranych przez manifestujących. Trwają ich poszukiwania.

Na miejscu była obecna adwokat Katarzyna Topczewska, specjalizująca się w prawach zwierząt. W nocy, już po manifestacji, negocjowała w urzędzie gminy warunki przejęcia zwierząt. Najwięcej psów zabrał Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt, który w 2023 roku przejął dawne schronisko w Wojtyszkach i miał miejsce w boksach dla tylu zwierząt.

Inne organizacje zabrały po kilka-kilkanaście psów. Po zamknięciu Happy Dog Najwyższa Izba Kontroli ogłosiła, że będzie sprawdzać dokumentację dotyczącą współpracy gminy ze schroniskiem. Ma też skontrolować Powiatowy Inspektorat Weterynarii w Garwolinie.

Z Michałem Gromadą, prezesem Fundacji Psa Karmela, która przygarnęła kilka psów z Sobolewa, rozmawiamy o wydarzeniach z 24 stycznia i o tym, dlaczego w Polsce wciąż istnieją patoschroniska.

Pięć psów z Sobolewa

Katarzyna Kojzar, OKO.press: W jakim stanie są psy z Sobolewa, które trafiły do Fundacji Psa Karmela?

Michał Gromada, Fundacja Psa Karmela: Na razie mamy ich pięć, zabranych bezpośrednio z Sobolewa. Trzy z nich wynieśli ludzie, którzy dostali się na teren schroniska, dwa wzięliśmy w czasie odbierania psów koordynowanego przez organizacje. Być może jeszcze jakieś psy do nas trafią, na razie robimy porządek z tą piątką.

Ich stan psychiczny jest bardzo różny – od “przyzwoicie” do tragicznie. Taki rozstrzał.

Przeczytaj także:

Dwa psy, które tam były stosunkowo krótko, dają radę. Szybko się odnajdują, aczkolwiek są wycofane. Natomiast w przypadku pozostałej trójki jest dramat. Jeden pies boi się każdego psa i kota, więc reaguje agresją lękową. Drugi boi własnego cienia i się chowa. Trzeci pies, który był tam najdłużej, bo około sześciu lat, załatwia się pod siebie ze strachu. Teraz leży w klatce kennelowej, ma ją otwartą. Czekamy, aż wyjdzie, ale to może potrwać. Na siłę go nie wyciągniemy, nie chcemy mu dodawać stresów.

Na zdjęciu okładkowym Blady, pies, który był w Sobolewie przez sześć lat, fot. Fundacja Psa Karmela.

U wszystkich tych psów widać lęk i wycofanie. Ale to jest jeszcze połączone z czymś, czego nie spotkałem u psów, które były zabierane z patoschronisk czy innych koszmarnych miejsc interwencji. Moja koleżanka, Kasia Śliwa-Łobacz z Fundacji Mondo Cane wzięła jedną suczkę z Sobolewa. Powiedziała mi, że ten pies jest jak szmaciana lalka. Jak się ją postawi, tak ona stoi. Jeśli się ją położy, tak ona będzie leżeć, jak się ją pociągnie na spacerze, ona będzie szła, jak się człowiek zatrzyma, ona będzie stała.

Dokładnie to widzę u naszej piątki. Apatia, zrezygnowanie.

Tak jakby wcześniej nie widziały nawet namiastki normalnego świata, trawy, drzewa. Ja to nazwałem „apatycznym przerażeniem”.

Głębokie rany, wrośnięta obroża

U jednego z psów odkryłeś wrośniętą obrożę.

To była wrośnięta obroża, która została odkryta dopiero po wizycie u groomera. Kiedy psy trafiły do kliniki, nikt tego nie zauważył. Tak naprawdę nie byliśmy w stanie tego zauważyć, bo ilość kołtunów i skorupa z sierści tę obrożę nie tylko zasłaniała, ale również uniemożliwiała do niej dostęp. Dopiero usunięcie tego sprawiło, że odkryliśmy głęboką ranę, z martwicą, zabrudzoną, koszmarną. W szyję wrosło nawet metalowe kółeczko od obroży, to, które służy do przypinania smyczy. Z kolei inny pies ma znamiona na skórze, ubytki. To wszystko będziemy musieli dalej diagnozować.

To jest jak kraina skarbów, tylko w tym przypadku te “skarby” to jest jedno wielkie cierpienie. Co chwilę odkrywamy coś nowego.

Protestujący szturmują schronisko w Sobolewie

Wróćmy do soboty, 24 stycznia. Jedziecie do Sobolewa na protest pod urzędem gminy w sprawie schroniska…

I już nieoficjalnie dotarła informacja, że zapadła decyzja o zamknięciu Sobolewa. Ale że jest nieoficjalna, to nikomu nic nie mówimy. Nie spodziewałem się osobiście, że tego samego dnia będziemy odbierać psy z tego schroniska. Protest przeniósł się pod schronisko, niektórzy ludzie wzięli sprawy w swoje ręce. Protestujący zaczęli wyciągać psy stamtąd, jak tylko usłyszeli oficjalnie, że Sobolew formalnie się zamyka. Widziałem wściekłość w ludziach, widziałem ich bezradność.

My jako organizacje przejmowaliśmy te psy. Nasza fundacja bardzo szybko była w posiadaniu trzech psów od ludzi, którzy sami je stamtąd wynieśli.

Wiem też – chociaż sam bezpośrednio w tym nie uczestniczyłem – że był ogromny problem ze sformalizowaniem tych działań ze względu na utrudnienia ze strony właściciela schroniska, wójta i policji. Policjanci mieli tam pilnować porządku, ale do końca sami nie wiedzieli, co robić. Nie wpuszczali wszystkich organizacji do środka, w tym nas. Trzeba było się długo nastać i natłumaczyć, żeby pozwolili nam działać.

Ale się udało.

Akcja sformalizowanego wywożenia psów przez organizacje zaczęła się dopiero w nocy. My wzięliśmy tę piątkę i musieliśmy stamtąd wyjechać, “nasze” psy czekały na pomoc. Pojechaliśmy prosto do kliniki całodobowej, a z resztą organizacji dogadaliśmy się, że możemy później przyjąć kolejne psy.

Tam nikt nie był przygotowany na taki obrót spraw. Tylko DIOZ przyjechał dużym autem, z nadzieją, że być może uda się adoptować jakieś psy.

My przyjechaliśmy na protest, a wróciliśmy z odebranymi interwencyjnie psami. Nie mieliśmy nawet smyczy czy obróżek.

Cała sytuacja była dość szalona, ale dzięki współpracy organizacji została opanowana. Najważniejsze, że te psy już tam nie siedzą. Innego wyjścia zresztą nie było. Nie mogliśmy zostawić żadnego zwierzaka, bo każdy z nich mógł później zaginąć. W końcu – jakby nie patrzeć – mógł stanowić dowód przeciwko właścicielowi schroniska.

Ukryte dowody

Co zastaliście w środku schroniska?

Zacznijmy od tego, czego nie zastaliśmy: najbardziej zaniedbanych psów. Wiemy, że one były wcześniej w Sobolewie, wiedzieliśmy zdjęcia. Właściciel schroniska wiedział o planowanych kontrolach w ostatnim czasie, miał czas, żeby ukryć dowody.

05.06.2024 Sobolew . Schronisko dla zwierzat " Happy Dog " . 
Fot. Dariusz Borowicz / Agencja Wyborcza.pl
Schronisko w Sobolewie w 2024 roku, fot. Dariusz Borowicz / Agencja Wyborcza.pl

Te psy, które zobaczyliśmy w Sobolewie, wbrew pozorom nie były wychudzone. Niektóre miały wręcz lekką nadwagę. Ale to może wynikać z braku ruchu, z tego, że nie wychodziły w ogóle z kojców.

Albo ze słabej jakości karmy.

No właśnie, na miejscu były jakieś zmielone resztki, którymi karmiono te zwierzęta. W schronisku budy były dziurawe, bez dachów, bez izolacji. Obok kojców stały kije ze śladami przypominającymi krew. Kiedyś, jeszcze na długo przed zamknięciem Sobolewa, przez nasze ręce przewinął się pewien pies z tego schroniska. Panicznie bał się trawy, bo nigdy na niej nie stał. Albo tak dawno stał, że już tego nie pamiętał.

To jest największe przewinienie właściciela tego schroniska (z tych, o których wiemy na pewno): zaniedbanie, niezaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb, brak opieki weterynaryjnej. Pewnie nie dowiemy się dokładnie, co tam się działo. Ale widziałem wiele psów z różnych interwencji i chyba żadne nie były tak złamane psychicznie, jak te.

Kontrole były i nic nie zauważyły

Wokół Sobolewa jest dużo pytań. Powiatowa lekarz weterynarii jednego dnia na kontroli w schronisku mówi, że wszystko jest w porządku. Kilka dni później ta sama osoba podpisuje się pod zamknięciem Sobolewa. Na miejscu kontrolę robi też wicewojewoda, jeszcze przed zamknięciem i mówi, że nie widzi nic niepokojącego. Co tu poszło nie tak?

W Sobolewie na kontrolę przyjechał wicewojewoda mazowiecki, ale w naszym przekonaniu do tych zapowiedzianych ostatnio kontroli nie zaprasza się ludzi doświadczonych w temacie. Nie wiem, dlaczego nie angażuje się organizacji prozwierzęcych, które mają ogromne doświadczenie i wiedzę na temat potrzeb psów. Sam fakt, że Fundacja Mondo Cane doprowadziła do zamknięcia kilkunastu mordowni, świadczy o tym najlepiej. Często rutynowe inspekcje w schroniskach kończą się tym, że stwierdza się, czy pies ma miskę, wodę i budę. Koniec kontroli.

Nikomu nie będzie na rękę negatywny wynik kontroli, bo to pociągnęłoby za sobą konsekwencje. Gminy, samorządy, musiałyby zareagować. Ale jak? I tu jest problem – nie mogą zrobić nic, bo państwo nie jest na takie coś przygotowane. Nie ma żadnego zaplecza.

Ochrona zwierząt została w Polsce jest tak zapuszczona, że nawet jawnego znęcania się nad zwierzętami pod szyldem “schroniska” nie można zlikwidować, choćby dlatego, że potem nie ma co ze zwierzętami zrobić.

Nie ma na to zaplecza – przede wszystkim miejsc dla zwierząt, właściwej opieki, nie ma środków finansowych.

Michał Gromada z Pimpkiem uratowanym z Sobolewa, fot. Fundacja Psa Karmela

Gdyby nie organizacje, które przecież nawet złotówki od państwa nie dostają, w ogóle nie byłoby możliwości likwidowania takich mordowni. Tylko organizacje są w stanie zapewnić miejsce i opiekę. Ale też nie jesteśmy z gumy, już brakuje miejsc dla psów z interwencji, a co dopiero z patoschronisk. Po likwidacji Sobolewa do organizacji trafiło prawie 200 psów. Kto ma tyle miejsca i tyle środków, żeby je leczyć i utrzymać? Jak mamy likwidować kolejne takie schroniska, gdzie mamy te psy transportować?

Jeżeli te kontrole miałyby być uczciwe, to wyniki powinny być negatywne co najmniej w kilkudziesięciu schroniskach. Takich Sobolewów w Polsce mamy przynajmniej jeszcze 30.

Lekarz weterynarii zmienia zdanie

Wicewojewoda może nie jest ekspertem od dobrostanu zwierząt, ale Powiatowy Lekarz Weterynarii już tak. Jak to możliwe, że kontrola weterynaryjna nie wykazała nieprawidłowości?

Inspekcja weterynaryjna w Polsce to dramat. Tyle mordowni było likwidowanych, a nie przypominam sobie, żeby w którejkolwiek z nich inspekcja weterynaryjna wykryła nieprawidłowości. W miejscach, gdzie dochodziło do jawnego znęcania się nad zwierzętami. W gminach pojawiają się układy między samorządem, właścicielami schronisk i inspektoratami weterynarii. Nie chcę rzucać oskarżeń w tej konkretnej sprawie, ale widzieliśmy to już wiele razy.

Skąd taka zmiana u powiatowej lekarz weterynarii, która najpierw nie widzi nieprawidłowości, a potem zamyka schronisko?

Formalnie chodziło o to, że właściciel schroniska nie prowadził “wykazu zwierząt przebywających w schronisku w formie elektronicznej”, do czego został zobowiązany i co wynika z rozporządzenia ministra rolnictwa.

Ale jakbym miał zgadywać, co się naprawdę wydarzyło, to sądzę, że zadziałała presja medialna, presja społeczeństwa. Nawet premier wrzucił post o Sobolewie. Pod takim ciężarem, przy takiej ilości dowodów, których chyba jeszcze tylko wójt Sobolewa nadal nie widzi, trudno dalej udawać, że wszystko jest w porządku.

Właściciel z zarzutami

Od lat było wiadomo, co się dzieje w schronisku w Sobolewie, właściciel ma ciągnącą się sprawę w sądzie o znęcanie się nad zwierzętami. I przez cały ten czas nie udało się zamknąć schroniska. W Polsce potrzeba celebrytki do tego, żeby ktoś decyzyjny zwrócił uwagę na cierpienie psów?

My wszyscy to wiedzieliśmy, mówiliśmy o tym, krzyczeliśmy, apelowaliśmy. To nie jest tak, że z naszej strony nikt nic nie wiedział, nikt nic nie mówił. Problem w tym, że nikt nas nie słuchał.

I dopiero kiedy Doda wywołała burzę medialną, a Edyta Haduch zorganizowała protesty, to nagle wszyscy zwrócili na to uwagę. Mam wrażenie, że nawet rządzący się ugięli i wystraszyli. I to tylko świadczy o tym, w jak tragicznym stanie jest ochrona zwierząt w Polsce.

Do jasnej cholery, czy tak to powinno wyglądać? Że zapobieganie znęcaniu się nad zwierzętami zależy od tego, czy osoba, która o tym powie, ma followersów?

Tak będziemy to teraz mierzyć? 10 followersów na uratowanie jednego cierpiącego zwierzaka? Albo 1000 lajków? To jest jakaś parodia.

Jak może człowiek oskarżony o to, że mógł popełnić przestępstwo znaczenia się nad zwierzętami, dalej prowadzić schronisko? Ja rozumiem, że należy traktować taką osobę jako niewinną, dopóki nie usłyszy prawomocnego wyroku, ale na Boga! Są też środki zapobiegawcze. Można było mu zakazać pracy ze zwierzętami do momentu wydania wyroku. Nikt pod to rozwiązanie nie sięgnął. A prawie 30 gmin podpisuje umowę z Sobolewem, mimo że doskonale wiedzą, jakie zarzuty ma właściciel schroniska. Do tego wójt Sobolewa ochoczo dzierżawił właścicielowi teren pod prowadzenie tego miejsca grozy.

Patoschroniska w całej Polsce

Wyjaśnij, jak to działa. Gmina nie ma swojego schroniska, musi więc rozpisać przetarg i wyłonić miejsce, gdzie będą trafiać bezdomne zwierzęta. I co dalej?

Gminy mają obowiązek zapewnić każdemu bezdomnemu zwierzęciu miejsce w schronisku. Mogą prowadzić własne schronisko, mogą współprowadzić np. przez związek międzygminny. Najczęściej jednak oszczędza się pieniądze i wybiera najtańszą opcję: zawierana jest umowa z podmiotem zewnętrznym. Żeby wyłonić taki podmiot, trzeba rozpisać przetarg. Jak zgłosi się kilka podmiotów, wybierany jest ten najtańszy. A czasami zgłasza się tylko jeden hycel prowadzący mordownię, gmina go wybiera, bo przecież innego wyboru nie ma. I tak zwierzęta lądują w patoschroniskach.

Gmina może się ze schroniskiem rozliczać na dwa sposoby. Pierwszy to opłata ryczałtowa za zwierzę. Raz zapłacą i już ich nic więcej nie obchodzi.

Schroniska biorą psa, biorą pieniądze i chcą szybko się tego psa pozbyć, skoro już zarobiły.

W końcu zwierzę pod „opieką” generuje koszty, czyli pomniejsza dochód właściciela schroniska. Drugi sposób to opłata na zasadzie stawki dziennej za każdego psa. Tutaj sytuacja jest odwrotna: patoschroniska nie robią żadnych adopcji, bo zależy im, żeby pies był jak najdłużej u nich, gwarantując stały dopływ pieniędzy.

Wielokrotnie odkrywaliśmy, że w patoschroniskach psy na papierze osiągały rekordowe długości życia, po dwadzieścia parę lat, a rzeczywistości dawno już nie żyły. W dokumentach wciąż były żywe, więc hycel dalej pobierał za nie stawkę dzienną. Gminy nawet tego nie zauważały, bo przecież rzadko kiedy robią kontrole, na co wydawane są ich pieniądze w schroniskach. Najważniejsze, że dzienna stawka jest niska.

Zdarzają się stawki wysokości 6 zł za dzień. Przecież za takie pieniądze nie da się utrzymać psa.

Rekord to było koło 20 groszy w jednym z patoschronisk. A do tego te psy potrafią mieć po kilka, kilkanaście mikrochipów, każdy przypisany jest do innej gminy i dzięki temu kilka gmin płaci za jednego psa. Takie sytuacje też się zdarzały. Samorządy, które na ogół nie interesują się swoimi zwierzętami, dawały hyclowi naciągać się na kasę.

Uważam, że problemem są kiepskie przepisy prawa dotyczące stricte opieki nad zwierzętami bezdomnymi. W ustawie o ochronie zwierząt właściwie jest tylko jeden artykuł dotyczący schronisk. Do tego mamy rozporządzenie ministra rolnictwa z 2022 roku, które określa regulacje i wymogi w schroniskach w bardzo minimalnym zakresie. I tyle. Chaos i bałagan prawny.

Dwa spacery w tygodniu

Nie ma żadnych ustawowych obowiązków dla właścicieli schronisk?

Mamy opis tego, jak powinien wyglądać wybieg dla psów i jakie pomieszczenia powinny znaleźć się w schronisku — izolatki, pokój do wykonywania podstawowych zabiegów weterynaryjnych itd. Takie podstawy zapisano w rozporządzeniu ministra rolnictwa z 2022 roku, ale ono jest niewystarczające. Co więcej, niektóre zapisy są sprzeczne z dobrostanem zwierząt. Na przykład to, że spacery powinny się odbywać min. dwa razy w tygodniu.

Co to ma wspólnego z dobrostanem?

Już słyszę pytania właścicieli patoschronisk: ale jak to, mamy codziennie z nimi wychodzić? Tak, macie codziennie brać te psy na spacer. To jest wasz obowiązek, bierzecie za to pieniądze, podpisaliście umowy i to wy musicie zapewnić taką ilość personelu, zaproponować taką stawkę, żebyście byli w stanie zrealizować wszystkie potrzeby zwierzęcia zgodne z jego dobrostanem.

Problem leży też w tym, że mamy rozporządzenie, ale nikt nie sprawdza, czy i jak jego postanowienia są realizowane. Za patologie tego systemu odpowiedzialna jest też inspekcja weterynaryjna, która często robi parasol ochronny zarówno dla właściciela schroniska, jak i dla samorządów.

Co to znaczy?

Jeżeli formalny organ nadzoru nad schroniskiem, czyli właśnie inspekcja weterynaryjna, stwierdza, że się nic nie dzieje, to staje się to w pewien sposób wiążące dla samorządów. Nawet jeśli hipotetycznie samorząd ma przypuszczenia, że psom dzieje się krzywda, to żeby jakkolwiek na to zareagować, musi opierać się na materiale dowodowym. Dostaje papier z inspekcji weterynaryjnej, że wszystko jest w porządku, więc gmina nie ma podstawy, żeby interweniować.

Z drugiej strony, jeśli gmina nie chce w ogóle wiedzieć o nieprawidłowościach w patoschroniskach, to inspekcja weterynaryjna im tę niewiedzę zapewnia.

Zwalnia je z obowiązku zadbania o te psy, utrzymując na papierze, że nie dzieje się im krzywda – nawet jeśli rzeczywistość jest inna.

To, o czym mówię, dotyczy opieki nad zwierzętami. Jednak nie zwalnia to gmin z możliwości kontrolowania wydatków ich pieniędzy przez schroniska. Jednak na ogół tego nie robią, myśląc, że nie muszą. A zazwyczaj niewłaściwe wydatkowanie idzie w parze z niezapewnianiem należytej opieki zwierzętom.

System do zmiany

Co twoim zdaniem powinno się zmienić w przepisach, żeby jakkolwiek tę sytuację naprawić?

W Sejmie jest projekt obywatelski, który reguluje kwestię schronisk. Potrzebujemy rozwiązań, które nałożą na urzędników gmin i inspekcję weterynaryjną właściwe obowiązki a przede wszystkim odpowiedzialność. Przepisy, które sprawią, że środki publiczne przeznaczane na utrzymanie schronisk, będą wydawane w sposób przejrzysty. Że do schroniska będą wpuszczani wolontariusze, że urzędnicy będą faktycznie kontrolować te miejsca. Potrzebujemy też nadzoru nad inspekcją weterynaryjną, dopuszczenia organizacji prozwierzęcych i wolontariatu do schronisk prywatnych.

Tak naprawdę cały system jest do zmiany. A co najważniejsze: schroniska nie leczą przyczyn bezdomności. Nie leczą też jej objawów, chociaż przynajmniej to powinny.

Przyczyny bezdomności zwierząt można wyeliminować przez obowiązkową kastrację i czipowanie. Mordownie istnieją tylko dlatego, że psy się mnożą na potęgę, nie tylko bezdomne, ale właśnie te, które mają opiekunów. Z kolei psy bez czipa są niczyje, nie da się namierzyć ich opiekunów, dlatego trafiają do schronisk. Obowiązkowa kastracja i czipowanie w ciągu kilkunastu lat przyniosłyby takie efekty, że mordownie nie miałyby się z czego utrzymywać. Zarabiają i działają, bo jest pobyt, a zwierząt bezdomnych nie brakuje i – jeśli nic się nie zmieni w przepisach – w przyszłości też nie zabraknie.

Adopcje w rękach gmin

Często schroniska nawet nie ogłaszają, jakie psy są do adopcji. Być może nałożenie na nie takiego obowiązku byłoby dobrym rozwiązaniem?

Tak naprawdę to gminy są odpowiedzialne za te psy. I to one powinny się również tym zajmować, choć niestety tego nie robią. Z kolei w mordowniach, zwłaszcza tam, gdzie obowiązuje stawka dzienna za psa, nie ma adopcji. Oprócz tego, że patoschroniskom, jak mówiłem, nie opłaca się oddawać psa do adopcji, to często nie chcą publikować zdjęć zwierząt, żeby nie ujawniać ich złego stanu.

Jest też jeszcze inny problem wynikający z przepisów prawa: status zwierzęcia bezdomnego nie jest do końca uregulowany w przepisach. Gmina nie jest właścicielem zwierzęcia, nikt nie jest, w związku z czym stosuje się przepisy Kodeksu Cywilnego dotyczące rzeczy znalezionych. A z kolei te przepisy są zupełnie niedostosowane do zwierząt, bo mówią m.in. że znalazca nabywa prawo własności do znalezionej rzeczy po dwóch latach.

Oczywiście to by było głupotą czekać dwa lata, żeby oddać znalezionego psa do adopcji. Ale to pokazuje, jaki bałagan prawny mamy wokół zwierząt bezdomnych.

Gdyby udało się zamknąć kolejne patoschronisko, to organizacje mają jeszcze jakąkolwiek przepustowość, żeby te psy przyjąć?

Uważam, że obecnie nie ma możliwości, żeby likwidować mordownie przez organizacje. Nie mamy miejsca na przyjęcie tyle psów. Żeby dobrze likwidować takie patoschroniska, a nie jedynie dla PR-u, potrzebujemy dobrych miejsc dla tych psów. Nie można pozwolić na to, żeby trafiały z deszczu pod rynnę, z jednej mordowni do drugiej. Ale podkreślę znowu: to nie powinno być zmartwieniem organizacji, tylko gmin, które są za te zwierzęta odpowiedzialne. Urzędnicy się do tego nie garną i to błędne koło się zamyka.

Te psy, które są pod opieką Fundacji Psa Karmela, trafią teraz do adopcji?

Dowiedzieliśmy, że jeden z tych psów był przekazany do Sobolewa przez właścicieli, którzy zapłacili właścicielowi patoschroniska prawie 3 tysiące złotych, żeby go zabrał. Wiemy już, że na pewno do nich nie wróci. W sprawie innych psów zgłaszają się różne osoby, które uważają, że mogą być właścicielami. Musimy to weryfikować, bo siedem różnych osób przedstawiło nam się jako właściciele jednego psa.

Jeśli nie uda się ustalić właścicieli, nie pozwolimy na to, żeby te psy długo czekały na domy stałe. Będziemy szukać od razu domów tymczasowych z pierwszeństwem adopcji, żeby ograniczyć do minimum zmiany miejsca zamieszkania.

Dla nas najważniejsze jest dobro psów. Nie będziemy im dokładać stresu. One naprawdę już swoje przeżyły.

;
Na zdjęciu Katarzyna Kojzar
Katarzyna Kojzar

Dziennikarka, reporterka, redaktorka, współkierowniczka działu społeczno-gospodarczego (razem z Jakubem Szymczakiem). Zarządza również pracą zespołu klimatycznego. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim prawami zwierząt, ochroną rzek, lasów i innych cennych ekosystemów, a także sprawami dotyczącymi łowiectwa, energetyki i klimatu. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o Odrze i nagrody Fundacji Polcul im. Jerzego Bonieckiego za "bezkompromisowość i konsekwencję w nagłaśnianiu zaniedbań władz w obszarze ochrony środowiska naturalnego". Urodziła się nad Odrą, mieszka w Krakowie.

Komentarze