0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot Tomasz Niesluchowski / Agencja Wyborcza.plFot Tomasz Nieslucho...

Sejm odrzucił wniosek Senatu o odrzucenie zmian w ustawie Kodeks wyborczy oraz niektórych innych ustaw. Tym samym zmiany w kodeksie wyborczym zgłoszone przez PiS tuż przed świętami w grudniu 2022 roku, zostały uchwalone. Teraz ustawa zostanie przekazana do podpisu prezydenta.

Za odrzuceniem wniosku Senatu głosowało 235 posłów (PiS, Kukiz 15, PS - Polskie Sprawy oraz 2 posłów niezrzeszonych). Przeciwko była cała opozycja (KO, Lewica, KP, Konfederacja, Polska 2050, Porozumienie, LD, Wolnościowcy oraz 5 posłów niezrzeszonych). Nikt nie wstrzymał się od głosu.

O manipulacjach prawem wyborczym od 2015 roku, bałaganie tym spowodowanym, a także próżni prawnej związanej z funkcjonowaniem neo-izb SN, których wadliwość może prowadzić do podważania wyników nadchodzących wyborów, OKO.press rozmawia z prof. Robertem Alberskim, politologiem oraz dziekanem Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego.

Upolitycznienie, osłabienie i chaos

Paulina Pacuła, OKO.press: Wprowadzony w 2011 roku kodeks wyborczy miał stabilizować prawo wyborcze oraz tworzyć stałe, przejrzyste i równe dla wszystkich ramy konkurencji politycznej. Tymczasem co kilka miesięcy wraca temat kolejnych nowelizacji. Najnowszą, obejmującą 131 zmian, właśnie przegłosował Sejm. Czy od 2011 roku jesteśmy świadkami postępującej instrumentalizacji prawa wyborczego?

Prof. Robert Alberski, Uniwersytet Wrocławski: Zacznę od tego, że kodeks wyborczy to rzeczywiście akt prawny, który nie jest jakoś szczególnie udany. Od stycznia 2011 roku, kiedy został uchwalony, do końca 2020 roku został zmieniony 34 razy.

Wbrew temu jednak, co sugerują politycy PiS, mniej niż połowa tych zmian przypada na okres rządów poprzedniej ekipy, czyli koalicji PO-PSL. Poza tym zmiany przez nich wprowadzone były dość drobne i nie miały charakteru instrumentalizacji prawa wyborczego, czyli dostosowywania go do swoich politycznych potrzeb.

Poważniejsze i zdecydowanie bardziej niepokojące zmiany zaczęły się już po dojściu do władzy Prawa i Sprawiedliwości jesienią 2015 roku.

Zasadniczo miały trzy kierunki. Wprowadziły też bardzo dużo chaosu i podkopały zaufanie do systemu wyborczego.

Przypomnijmy te najważniejsze.

Sprawa pierwsza to bardzo głęboka reforma administracji wyborczej, która podważyła neutralność i apolityczność instytucji wyborczych. PiS w 2018 roku zmienił przepisy dotyczące tego, w jaki sposób są powoływani członkowie Państwowej Komisji Wyborczej oraz kto może nimi zostać. Osłabiono pozycję sędziów, bo wcześniej PKW tworzyli sędziowie – w sumie dziewięć osób (po trzech sędziów z NSA, Sądu Najwyższego oraz Trybunału Konstytucyjnego).

Na skutek tej zmiany obecnie w skład PKW na pewno wchodzi tylko dwóch sędziów – jeden sędzia TK, wskazany przez Prezesa TK, oraz jeden sędzia NSA, wskazany przez prezesa NSA. Poza tym siedem osób „mających kwalifikacje do zajmowania stanowiska sędziego" wskazywanych jest przez Sejm. Są to więc niekoniecznie czynni sędziowie, czy sędziowie w stanie spoczynku.

Czyli po zmianach PiS, większość kandydatów na członków PKW wskazują prezydentowi de facto politycy.

Taka zmiana ma ogromne znaczenie. PKW jest odpowiedzialna za przeprowadzenie wyborów. Obsadzenie PKW sędziami miało gwarantować apartyjność tej instytucji. PiS ten mechanizm znacząco osłabił. Mamy więc kolejny organ, który powinien być jak żona Cezara, absolutnie neutralny, a wprowadzamy tam ludzi, którzy są jakoś powiązani z partiami politycznymi.

Na podobnej zasadzie osłabiono wymogi co do kwalifikacji, oraz upolityczniono sposób wyboru komisarzy wyborczych oraz szefa Krajowego Biura Wyborczego.

Tymczasem tak jak sędzia w sporcie jest kimś, kto ma zapewnić, że rywalizacja będzie przebiegała uczciwie, tak komisarz wyborczy czy członek PKW ma zagwarantować, że rywalizacja polityczna przebiega uczciwie.

Dlatego nie może być kojarzony z żadną ze stron.

System jest bardziej stabilny, kiedy decyzje organów wyborczych nie budzą wątpliwości ze względu na brak zaufania do instytucji. My jako Polacy i tak mamy bardzo małe zaufanie do państwa. Powinniśmy dbać o to, żeby to zaufanie wzmacniać, a nie osłabiać. A dzieje się odwrotnie.

Chaos przed wyborami samorządowymi

Drugi obszar to głębokie modyfikacje prawa dotyczącego wyborów samorządowych. Tu też widać instrumentalizację prawa wyborczego?

Tak. Jedną z poważniejszych zmian wprowadzonych przez PiS było wydłużenie kadencji samorządów w 2018 roku z czterech do pięciu lat oraz ograniczenie do dwóch liczby kadencji wójtów, burmistrzów i prezydentów miast.

Wydłużenie kadencji samorządów do pięciu lat spowodowało kolizję terminów następnych wyborów. Wybory samorządowe, które według starych zasad miałyby się odbyć jesienią 2022 roku, powinny się odbyć jesienią 2023 roku. Ponieważ to kolidowałoby z wyborami parlamentarnymi, rząd zdecydował o ich kolejnym przesunięciu na wiosnę 2024 roku. To oznacza, że kadencja obecnych samorządów potrwa znacznie ponad 5,5 roku.

W dojrzałych demokracjach nie robi się takich rzeczy. Wybory są świętem ruchomym, ale nie aż tak.

Poza tym wprowadzenie zasady dwukadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, licząc od 2018 roku, osłabia pozycję polityczną prezydentów największych miast. To często politycy, którzy sprawowali swoją funkcję przez kilka kadencji i budowali silną pozycję polityczną. Wszyscy oni będą mogli jeszcze tylko raz piastować ten urząd. A tak się jakoś składa, że funkcji tych nie pełnią działacze PiS.

Było też wiele zmian, które weszły na chwile, a później się z nich wycofano. W 2018 roku wprowadzono zasadę, że w każdym obwodzie do głosowania działają dwie komisje – jedna przeprowadza głosowanie, a druga liczy głosy. Pomysł w praktyce się nie sprawdził, trudno było nawet zrekrutować tak dużą liczbę pracowników komisji wyborczych. W kolejnej nowelizacji Kodeksu wyborczego, przeprowadzonej przez PiS w styczniu 2019 roku, wycofano się z tego pomysłu.

PiS szybko wycofał się też ze zmiany, która zakładała, że w każdym lokalu wyborczym ma być ustawiona kamera, a pełna transmisja z lokalu ma być dostępna online. Tak więc widać, jak to przebiegało:

Wprowadzano zmiany, później się z nich wycofywano, później znowu je próbowano przepychać. I wszystko najczęściej chwilę przed kolejnymi wyborami.

To nie tylko nie jest dobry sposób stanowienia prawa, zwłaszcza w sprawach tak fundamentalnych dla demokracji jak wybory. To absolutne podburzanie zaufania wyborców.

Przeczytaj także:

Mamy też zmiany z 2018 roku w przepisach dotyczących ordynacji w wyborach do europarlamentu. Eksperci alarmowali wówczas, że PiS ustawia ordynację pod siebie, że zmiany prowadzą do „doszacowania ściany wschodniej”. Na czym one polegały? PiS twierdził wówczas, że zrówna to wszystkie regiony.

Poselski projekt ustawy, wniesiony 21 czerwca 2018 roku, przewidywał sztywny podział mandatów między istniejące okręgi wyborcze i zmieniał sposób ich rozdziału. Tymczasem w wyborach do PE liczba mandatów do obsadzenia w okręgu nie była na stałe określona. Podział mandatów między partie dokonywał się na szczeblu ogólnokrajowym.

Proponowana przez posłów zmiana przewidywała przypisanie każdemu okręgowi minimum trzech mandatów, a pozostałe miały być rozdzielone między okręgi według ich wielkości. Ponadto, podział mandatów dokonywałby się na poziomie okręgu.

W praktyce oznaczało to, że w każdym okręgu będzie od trzech do pięciu mandatów, co przy zastosowaniu formuły d’Hondta na poziomie okręgu pozbawiłoby szans na zdobycie mandatu mniejsze komitety.

To poprawiałoby wynik dużych partii, w tym Prawa i Sprawiedliwości. Jednak w sierpniu 2018 roku Andrzej Duda odmówił podpisania ustawy, słusznie argumentując, że narusza ona zasady proporcjonalności. PiS nie podjął próby przełamania weta i projekt nie wszedł w życie.

Ostatecznie więc kolejne wybory do Parlamentu Europejskiego w maju 2019 roku odbyły według starych zasad. Ale było zamieszanie? Było. Praktyka pokazuje też, że raz odrzucone zmiany potrafią wracać jak bumerang przy następnych wyborach. Zobaczymy więc, co jeszcze przed nami w kwestii modyfikacji elekcji do Parlamentu Europejskiego

Głosowanie korespondencyjne nie dla wszystkich

Po drodze były jeszcze modyfikacje dotyczące prawa do głosowania korespondencyjnego.

Tak, początkowo kodeks wyborczy wprowadzał możliwość głosowania korespondencyjnego dla wyborców za granicą. W maju 2011 roku – to jedna z tych modyfikacji, które przeprowadził rząd PO-PSL – rozszerzono to uprawnienie dla osób z niepełnosprawnościami. Następnie w lipcu 2014 na wszystkich wyborców, tyle że nie w wyborach do samorządu terytorialnego. To były dobre, profrekwencyjne działania.

A potem za rządów PiS, w styczniu 2018 roku, znowu ograniczono głosowanie korespondencyjne do osób z niepełnosprawnością oraz głosujących za granicą. Następnie w 2020 roku, w związku z pandemią Covid-19, znowu je rozszerzono, a potem znowu zawężono. No i ta ostatnia zmiana, właśnie przegłosowana przez Sejm, znowu odbiera możliwość głosowania korespondencyjnego osobom z zagranicy, co zdecydowanie nie jest działaniem profrekwencyjnym. Na skutek tej najnowszej nowelizacji możliwość głosowania korespondencyjnego pozostaje dostępna tylko dla osób z niepełnosprawnością.

No właśnie, pomówmy o tej najnowszej nowelizacji. Zakłada ona m.in. zwiększenie liczby obwodowych komisji wyborczych na wsiach i w małych miejscowościach, organizację transportu do lokali wyborczych dla osób z niepełnosprawnościami oraz powyżej 60. roku życia, zmianę składu rejonowych i okręgowych komisji wyborczych – dopuszczenie osób z wykształceniem prawniczym do pracy do tej pory wykonywanej przez zawodowych sędziów, umożliwienie mężom zaufania rejestrowania prywatnym sprzętem prac komisji w lokalu wyborczym.

Ta nowelizacja jest znowu dość skrajnym przykładem instrumentalizacji prawa wyborczego. Zmiany podziału na obwody głosowania, zwiększenie liczby tych obwodów na wsiach i w małych miejscowościach, utrudnienie głosowania Polakom za granicą, to są przynajmniej dwa rozwiązania, które są ewidentnie skrojone pod partię rządzącą.

Sprawią, że łatwiej będzie głosować tym grupom wyborców, które opowiadają się za PiS, a trudniej tym, którzy częściej opowiadają się za opozycją.

Kolejne wybory pokazują, że PiS kiepsko wypada za granicą. No to znieśmy głosowanie korespondencyjne oraz wprowadźmy dodatkowe utrudnienie związane z koniecznością legitymowania się dowodem osobistym, a nie paszportem, jak było do tej pory. Za granicą lokali wyborczych jest stosunkowo mało, więc bardzo duży odsetek głosów był do tej pory oddawany korespondencyjnie. Teraz tej możliwości nie będzie i albo wyborcy pojadą kilkaset kilometrów, by oddać głos w konsulacie w stolicy, albo po prostu nie zagłosują.

Poprawa frekwencji? Bardzo wybiórcza

Tymczasem PiS twierdzi, że te zmiany mają charakter profrekwencyjny.

One są profrekwencyjne w specyficzny sposób, bo mają ułatwić głosowanie w określonych segmentach elektoratu: ludziom starszym oraz ludziom w małych miejscowościach. A to jest elektorat, którego sympatie są dosyć znane.

Według sondażu exit poll w wyborach parlamentarnych w 2019 roku na PiS głosowało prawie 56 proc. wyborców w wieku 60+ i ponad 56 proc. mieszkańców wsi.

Gdyby naprawdę chodziło o rozwiązania profrekwencyjne, to trzeba by było iść w zupełnie innym kierunku. Po pierwsze, rozwijać formy głosowania zdalnego, jak na przykład głosowanie korespondencyjne, czy głosowanie elektroniczne. Ostatnio były wybory w Estonii, ponad połowa głosów została oddana przez internet. Czyli da się to zrobić.

Poza tym, jeśli tworzyć gdzieś dodatkowe komisje obwodowe, to raczej nie w małych miejscowościach, tylko w dużych miastach. To tam naprawdę jest problem z oddaniem głosu. Są komisje, które mają kilka tysięcy wyborców i tworzą się kolejki.

Natomiast zmiany, które wprowadza PiS, mogą co najwyżej zmobilizować zwolenników partii rządzącej. To jest takie typowe działanie pod publiczkę, umizgiwanie się do swoich wyborców. Bo dowiozą, bo będzie blisko do lokalu wyborczego i tak dalej. Czyli dbają o nas.

Istotnym elementem tej najnowszej nowelizacji jest też rozszerzenie możliwości rejestrowania prac komisji. To są zmiany o tzw. charakterze dowodowym. Ci, którzy głosowali za tą nowelizacją, chcą, by można było rejestrować prace komisji przez cały czas trwania głosowania. Wcześniej taka możliwość dotyczyła tylko momentu przed otwarciem lokali wyborczych oraz po zakończeniu jego prac, nie w trakcie.

Tak, to kolejna zmiana, która będzie miała negatywny wpływ na proces wyborczy. Po pierwsze, może prowadzić do poważnych naruszeń – naruszenia tajności wyborów oraz naruszenia prywatności wyborców. Po drugie, powiedzmy sobie szczerze: żadnych wielkich nieprawidłowości się w ten sposób nie wykryje. Stworzy się za to atmosferę, która sugeruje, że z tymi wyborami jest coś nie w porządku, trzeba wszystkim patrzeć na ręce.

To jest znowu podważanie zaufania do instytucji.

Poza tym obawiam się, że obecność osób z kamerami czy nagrywających swoimi telefonami przebieg głosowania, może wywoływać efekt mrożący i zniechęcać do udziału w głosowaniu. Zwłaszcza te osoby, które nie ufają obecnej władzy. Ktoś może sobie pomyśleć: hmmm, chcę głosować na opozycję, a co, jeśli ktoś to zobaczy, nagra, a potem jakoś wykorzysta? Ludzie boją się naprawdę różnych rzeczy. Czyli to jest znowu takie rozwiązanie, które może osłabiać motywację wyborców opozycji do tego, żeby pójść na wybory.

Ale w tym wszystkim jest jeszcze poważniejsza sprawa, która wykracza poza zmiany w kodeksie wyborczym, a dotyka kwestii wyborów w sposób bardzo fundamentalny. Chodzi o spory dotyczące Sądu Najwyższego.

Wybory 2023 będzie można podważyć?

Nowa Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, która zajmuje się między innymi oceną ważności wyborów, to izba w całości obsadzona przez neo-sędziów, czyli sędziów nominowanych przez upolitycznioną KRS. Jaki to może mieć wpływ na przebieg wyborów?

To jest jeden wielki znak zapytania. Na mocy nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, uchwalonej w grudniu 2017 roku, ustanowiono nową izbę, która rozpatruje ważność wyborów. Wcześniej zajmowała się tym Izba Pracy, Ubezpieczeń Społecznych i Spraw Publicznych. Obecnie zajmuje się tym Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, która została powołana dokładnie w ten sam sposób, co Izba Dyscyplinarna. A to Izby Dyscyplinarnej dotyczy wyrok TSUE, który mówi o tym, że ta izba jest wadliwie powołana, w związku z czym nie jest sądem.

Ta nowa Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych jest w całości obsadzona przez neo-sędziów, czyli sędziów nominowanych przez upolitycznioną KRS. Teoretycznie możemy założyć, że neo-izba wywiąże się ze swoich obowiązków rzetelnie. Ale nie sposób też wykluczyć, że na przykład jeśli PiS przegra wybory, to Sąd Najwyższy stwierdzi, że te wybory były z jakichś powodów nieważne. Nie możemy takiego scenariusza wykluczyć.

A jestem pewien, że takie kwestie będą podnoszone, że będą skargi i próby podważenia ważności wyborów, bo to będzie bardzo zacięta rywalizacja.

No i teraz pytanie, jeśli Izba Dyscyplinarna w świetle europejskiego prawa nie jest właściwym sądem, to co z powołaną w tym samym czasie, na mocy tej samej ustawy, Izbą Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych? Co z ważnością wyborów, o których ona orzeka?

Czyli tu znowu dotykamy kwestii próżni prawnej, w której obecnie funkcjonujemy, w związku z demontażem przez PiS wymiaru sprawiedliwości?

Tak. Nietrudno też wyobrazić sobie sytuację, w której TSUE wydaje wyrok, który mówi o tym, że ta izba nie jest sądem, i co wtedy? Uznać jej orzeczenie o wyborach, czy nie? Obojętnie, jakie ono będzie. Bo nawet jeśli ta izba orzeknie, że wybory były ważne, to ktoś może powiedzieć, ok, ale to przecież nie jest sąd.

I to jest ten niesamowity bałagan, z którym mamy do czynienia z powodu demontażu praworządności w Polsce.

Obecna nowelizacja wchodzi w życie także z pogwałceniem terminu tzw. ciszy legislacyjnej, do której zachowania rządzących zobowiązuje orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego. Wskazywał na to Senat.

Tak, to też jest duży problem. Powołując się na to orzeczenie, które mówi, że istotnych zmian w kodeksie wyborczym nie należy wprowadzać krócej niż co najmniej sześć miesięcy od daty, kiedy trzeba ogłosić kolejne wybory, można zwrócić się do TK z wnioskiem o stwierdzenie sprzeczności nowelizacji kodeksu wyborczego z Konstytucją.

Inną rzeczą jest to, co powiedziałby na to Trybunał w obecnym składzie, bo funkcjonowanie tej instytucji też jest zaburzone. No ale generalnie rzecz biorąc, jest mnóstwo takich punktów, gdzie istnieje proceduralny znak zapytania. Każda kolejna zmiana powoduje, że tych znaków zapytania jest coraz więcej i więcej.

Zmiany, które powinny być, a ich nie ma

Poza tym, jakie zmiany wprowadza się do kodeksu wyborczego, znaczące jest też to, czego obóz Zjednoczonej Prawicy nie robi. Mam tutaj na myśli niezbędne korekty liczby mandatów przypisanych do okręgów, na których konieczność od lat wskazuje Państwowa Komisja Wyborcza.

Tak, to bardzo ważna kwestia w kontekście nadchodzących wyborów do Sejmu. W tej chwili według tego, co sygnalizuje PKW, spośród 41 okręgów wyborczych do Sejmu, korekta, czyli dodanie albo odebranie mandatu, a w jednym przypadku nawet dwóch, dotyczy 22 okręgów.

W 22 okręgach na 41 niezbędna jest modyfikacja liczby przypisanych do nich mandatów ze względu na zmianę liczby ludności.

Jeszcze parę lat temu tych okręgów, które wymagały modyfikacji, było 11, potem 15. Teraz mamy już 22 i ten problem będzie się powiększał z każdymi kolejnymi wyborami.

Ten problem jest na tyle poważny, że już można postawić duży znak zapytania, czy zasada równości wyborów, która wynika z Konstytucji, jest w ogóle przestrzegana. Właśnie ze względu na nieadekwatną wielkość okręgów.

Kilka dni temu mieliśmy na naszym wydziale konferencję, podczas której dr Marcin Jastrzębski z UKW w Bydgoszczy przedstawił konsekwencje braku zmian w ilości mandatów w okręgach wyborczych.

Jeżeli w Sejmie często absolutnie kluczowe decyzje podejmuje się dzięki przewadze kilku głosów, to sytuacja, w której powinniśmy zmienić przyporządkowanie kilkunastu mandatów, ma ogromne znaczenie.

Spójrzmy na przykład okręgu Warszawa 2 – to jest ten okrąg wokół Warszawy, nie centrum, tylko ten obwarzanek wokół stolicy. Tam liczba mieszkańców jest niemal taka sama jak w lubelskim, ale lubelskie ma w tym momencie dwa mandaty więcej. Czyli wychodzi na to, że głosy oddane na Lubelszczyźnie są ważniejsze niż te oddane w miejscowościach przylegających do Warszawy.

Z jednej strony gmeramy straszliwie w tych przepisach, zmieniając je na różnych poziomach, a z drugiej nie wprowadzamy zmian, które są naprawdę konieczne.

Eksperci od lat wskazują też na problem sposobu przeliczania na mandaty głosów oddanych za granicą.

Tak, wszystkie głosy z zagranicy, to jest kilkaset tysięcy głosów, z roku na rok jest ich coraz więcej, doliczane są do okręgu 19, czyli do Warszawy 1.

Tymczasem liczba mandatów, które są do zdobycia w tym okręgu, nie odzwierciedla wielkości tej grupy ludności, która tam głosuje. A więc znowu: głos oddany w tamtym okręgu waży mniej niż głos oddany np. na Lubelszczyźnie. Dlatego z racji dużej frekwencji za granicą, Warszawa 1 powinna dostać dodatkowe mandaty.

Czy PiS podąża drogą Viktora Orbána?

Na Węgrzech Viktor Orbán w 2018 roku dość skutecznie zmodyfikował ordynację wyborczą, dzięki czemu stosunkowo nieduże poparcie w skali kraju pozwoliło mu nie tylko wygrać każde kolejne wybory, ale i zdobyć bezwzględną większość w parlamencie. Nietrudno sobie wyobrazić, że PiS-owi też marzy się większość konstytucyjna. Czy w zmianach prawa wyborczego widać modyfikacje, które mogą doprowadzić do uzyskania większości konstytucyjnej?

Polski system wyborczy nie do końca daje takie możliwości. System węgierski uprzywilejowuje partię rządzącą ze względu na to, że jest to tzw. system mieszany. Większość mandatów jest obsadzana w systemie większościowym, czyli w jednomandatowych okręgach wyborczych, tak jak w polskich wyborach do Senatu, ale część mandatów - głównie w większych miastach, rozdzielana jest w systemie proporcjonalnym.

Struktura węgierskiego elektoratu jest taka, że właściwie poza stolicą i dwoma, trzema dużymi miastami Fidesz, czyli partia rządząca, ma spore poparcie, w związku z czym wygrywa w większości tych mniejszych, jednomandatowych okręgów. To sprawia, że większość konstytucyjna jest możliwa do osiągnięcia przy relatywnie niedużym – w przypadku Fideszu ok. 40-procentowym – poparciu. To jest efekt tego systemu mieszanego, czyli istnienia obok siebie okręgów jednomandatowych oraz tych, w których głosy na mandaty przeliczane są w systemie proporcjonalnym.

Natomiast u nas system wyborczy do Sejmu jest proporcjonalny. Wszystkie mandaty przeliczane są między listy zgłoszone przez komitety wyborcze. Przy tym podziale stosowana jest formuła d’Hondta, która co prawda faworyzuje największe komitety, ale nie daje aż takiej nadwyżki, by mając 40 proc. poparcie uzyskać większość konstytucyjną. To nie jest możliwe.

W Polsce aby móc zdobyć 2/3 mandatów w Sejmie, trzeba by uzyskać wynik wyborczy w granicach 50-55 proc. Tak więc w tym sensie ta proporcjonalność systemu wyborczego trochę nas chroni przed tego typu manipulacjami.

W jakim kierunku powinny iść dobre, prodemokratyczne zmiany w kodeksie, czyli jakich zmian po prostu potrzebujemy?

Przede wszystkim system wyborczy trzeba ustabilizować, przestać w nim ciągle gmerać. W ustabilizowanych demokracjach poważne zmiany systemu wyborczego wprowadza się niezwykle rzadko. Często wchodzą one w życie nie w najbliższych, ale dopiero w kolejnych wyborach.

Na przykład reforma systemu wyborczego do Bundestagu, uchwalona w 1995 roku, weszła w życie dopiero w wyborach w 2002 roku.

Po drodze były jeszcze wybory w 1998 roku, ale przeprowadzono je według „starych” zasad, aby uniknąć wrażenia, że rządząca większość wprowadza reformę „pod siebie”.

Druga rzecz, nad którą powinniśmy się zastanowić, zwłaszcza jeśli chodzi o wybory do Sejmu, to zwiększenie proporcjonalności wyborów. Tu pojawia się pytanie, czy powinniśmy trzymać się formuły d'Hondta, za pomocą której przeliczamy głosy na mandaty. Ta formuła była dobra w latach 90., kiedy scena polityczna w Polsce była niezwykle rozchwiana. Ułatwia ona uzyskanie większości rządowej i zapobiega nadmiernemu rozdrobnieniu Sejmu poprzez lekkie promowanie wyniku największych partii.

Natomiast dzisiaj układ sił na scenie politycznej jest taki, że ryzyko niestabilnych rządów jest niewielkie. Można byłoby więc metodę d'Hondta zamienić na formułę Sainte-Lague, bez większej szkody. Formuła Sainte-Lague opiera się podobnym mechanizmie matematycznego podziału mandatów, ale ze względu na nieco inną metodę obliczeń doszacowuje wynik mniejszych ugrupowań. AWS wprowadził ją na wybory w 2001 roku, ale potem zwycięskie SLD wróciło do metody d’Hondta. Myślę, że dziś byłaby dużo bardziej proporcjonalna.

No i druga sprawa, o czym już mówiłem, to uruchomienie mechanizmu dostosowania demograficznego, żeby wielkość okręgów była korygowana. To powinien być stały mechanizm. Taką korektę można przeprowadzać regularnie, na przykład co pięć lub 10 lat.

Ostatnią rzeczą, którą należałoby zrobić, jest rozwiązanie kwestii głosów z zagranicy. Moim zdaniem warto zastanowić się nad rozwiązaniem, które stosuje Chorwacja. Tam jest dodatkowy okręg, który ma przypisaną liczbę mandatów. U nas można by stworzyć po prostu 42. okręg wyborczy, który obejmowałby Polaków głosujących za granicą. Przy 300-400 tysiącach głosów, które są w ten sposób oddawane, taki okręg musiałby mieć przypisanych sześć lub siedem mandatów.

Wydaje mi się, że te trzy elementy są najbardziej potrzebne.

Wybory 2023 - ludzie wyjdą na ulice?

Politycy obecnie prześcigają się w oskarżeniach o chęć fałszowania wyborów. Jaki to ma wpływ na postrzeganie demokracji i zaangażowanie obywatelskie? Czy Pana zdaniem nadchodzące wybory parlamentarne w Polsce będą uczciwe, czy może potrzebujemy międzynarodowej misji obserwacyjnej?

Odpowiem od końca. Misja obserwacyjna – zdecydowanie tak. To zwiększa zaufanie do procesu wyborczego, takie misje przygotowują bardzo wartościowe raporty, które mogą potem posłużyć do prawdziwych ulepszeń systemu.

Czy nadchodzące wybory w Polsce będą uczciwe? Na pewno nie. Nie będą sfałszowane, ale nie ma szans, by były uczciwe. One będą wolne, rywalizacyjne, w sensie formalnym pewnie będą przeprowadzone poprawnie, ale podobnie jak cztery lata temu nie będą uczciwe.

O tym przesądzają wprowadzone po 2015 roku zmiany w zakresie funkcjonowania mediów publicznych. Jak pokazały już poprzednie elekcje, szczególnie te z 2018 i 2019 roku, głównym elementem nieuczciwości było nierówne traktowanie uczestników wyborów przez media publiczne. To samo wynika z działań, które wobec uczestników rywalizacji politycznej stosują służby specjalne – mam tu na myśli na przykład podsłuchy Pegasusem. Podsłuchiwanie szefa kampanii największej opozycyjnej partii nie mieści się w katalogu działań dopuszczalnych w kampanii wyborczej.

Poza tym już od wielu miesięcy, praktycznie od momentu rozpoczęcia tych tournée politycznych po Polsce latem zeszłego roku, jesteśmy świadkami tworzenia atmosfery nieufności wokół nadchodzących wyborów.

W ten sposób buduje się podstawy do tego, by strona przegrana mogła zakwestionować wynik wyborów. Dokładnie tak działał Donald Trump przed wyborami w 2020 roku, kiedy już pół roku przed nimi mówił, że będą sfałszowane. Ciągle to powtarzał, aż doprowadził do zamieszek. I u nas niestety dzieje się coś podobnego.

Pewnie wielu wyborców zaczyna się zastanawiać, czy warto w takim razie w ogóle iść na te wybory, skoro i tak będą sfałszowane. Poza tym istnieje ryzyko, że przegrani będą mieli przekonanie, że zostali oszukani. A to jest niezwykle niebezpieczne. To potrafi wyprowadzić ludzi na ulice.

Czy można więc mówić o zawłaszczaniu procesu wyborczego w Polsce?

Trudno to ocenić. Na pewno mamy do czynienia z działaniami, których celem jest takie układanie reguł, żeby mieć trochę korzystniej. W Polsce ten system jest na tyle złożony, a jego upolitycznienie wciąż na tyle częściowe, że to nie jest sytuacja jak z Trybunałem Konstytucyjnym, czyli instytucją, którą jest w całości przejęta i kontrolowana przez władze.

Zdecydowanie widać jednak bardzo niedobre tendencje. PiS ustawia wszystko tak, żeby mieć jak największe fory.

Gdyby użyć porównania do skoków narciarskich to jest tak, że wszyscy będą skakać na tej samej skoczni, ale PiS będzie skakał trzy belki wyżej. I na tym polega problem.

Zmiany w kodeksie wyborczym. Czy Tusk robił jeszcze gorzej?

Politycy obozu rządzącego za każdym razem, kiedy jest rozmowa o zmianach kodeksu wyborczego, stosują zasadę odbijania piłeczki. Twierdzą, że „Tusk robił jeszcze gorzej”. Czy to słuszne zarzuty?

Nie. Gdy przeanalizuje się wszystkie zmiany dokonane w kodeksie wyborczym między 2011 a 2023 rokiem, widać jedno: Tusk nie robił gorzej, robił niewiele. Od 2011 do 2015 roku kodeks wyborczy był zmieniany kilkanaście razy, ale wiele tych zmian to były drobne zmiany techniczne lub ułatwienia dla osób z niepełnosprawnością.

Na przykład w miesiąc po przyjęciu kodeksu wyborczego dodano zmianę, która zabraniała emitowania płatnych ogłoszeń wyborczych w prasie, radiu lub telewizji. W lipcu 2011 roku uchylił ją Trybunał Konstytucyjny. W maju 2011 roku uchwalono nowelizację wprowadzającą udogodnienia dla osób niepełnosprawnych – głosowanie przez pełnomocnika, głosowanie korespondencyjne, stosowanie nakładek na karty do głosowania sporządzonych w alfabecie Braille’a.

Najpoważniejsze były zmiany po wyborach samorządowych w 2014 roku. Ale one były potrzebne, poza tym domagała się ich także opozycja.

Te zmiany były efektem problemów w wyborach samorządowych w 2014 roku. To były te słynne wybory z kartami w formie książeczek, które okazały się bardzo kłopotliwe. Bardzo długo liczono głosy, było mnóstwo głosów nieważnych – niemal 20 proc. w skali kraju. Niespodziewanie wysoki wynik odnotował PSL, mniej więcej dwukrotnie wyższy niż wskazywały sondaże. W związku z tym pojawiło się podejrzenie, PiS to dosyć mocno akcentował, że te wybory zostały sfałszowane.

W odpowiedzi na te zarzuty projekt zmian w kodeksie wyborczym na początku 2015 roku złożył prezydent Komorowski. Jedną z głównych zmian ustanowionych tą nowelizacją było wprowadzenie przezroczystych urn. Chodziło o to, by można się było upewnić, że przed rozpoczęciem głosowania urna jest pusta.

To wtedy po raz pierwszy, m.in. dlatego, że domagał się tego PiS, wprowadzono też możliwość rejestrowania prac obwodowych komisji wyborczych przez mężów zaufania. Ale uwaga – jedynie przed rozpoczęciem głosowania, tzn. podczas przygotowania lokalu wyborczego i po jego zakończeniu. Rejestrowanie prac komisji w trakcie stwarzałoby zagrożenie dla tajności wyborów oraz prywatności wyborców. Dla obecnej ekipy rządzącej jak widać nie stanowi to problemu.

W tej nowelizacji z 2015 roku przywrócono też zasadę klasyfikacji głosów nieważnych. Komisja po zliczeniu głosów miała wpisać do protokołu przyczyny nieważności głosów. Te zmiany były potrzebne, gdyż były odpowiedzią na problemy, które pojawiły się w trakcie wyborów samorządowych w 2014 roku.

Nie da się ukryć, że to za rządów Zjednoczonej Prawicy większość zmian ma charakter instrumentalny. Są wprowadzane po to, by zwiększyć szanse partii rządzącej na kolejne zwycięstwo wyborcze. To zjawisko nie występowało za rządów koalicji PO-PSL.

Udostępnij:

Paulina Pacuła

Pracowała w telewizji Polsat News, portalu Money.pl, jako korespondentka publikowała m.in. w portalu Euobserver, Tygodniku Powszechnym, Business Insiderze. Obecnie studiuje nauki polityczne i stosunki międzynarodowe w Instytucie Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas przygotowując się do doktoratu. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i relacjach w Unii Europejskiej.

Przeczytaj także:

Komentarze