0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.plFot. Jakub Włodek / ...

Dorota miała 33 lata i była w 20. tygodniu ciąży, kiedy zgłosiła się do Podhalańskiego Szpitala Specjalistycznego im. Jana Pawła II w Nowym Targu. Powodem było przedwczesne odpłynięcie wód płodowych. Zmarła trzy dni później – w środę 24 maja 2023 roku.

Prokuratura Okręgowa w Nowym Sączu po sekcji zwłok poinformowała, że przyczyną śmierci był wstrząs septyczny – ostatni etap rozwoju sepsy (nieprawidłowa odpowiedź organizmu na zakażenie często nazywana również posocznicą), który spowodował niewydolność krążeniowo-oddechową.

„Trzy dni w szpitalu były dniami bierności z punktu widzenia opieki medycznej nad pacjentką. Możemy zapytać, czemu ta bierność służyła? Czy upływ czasu zwiększał szanse płodu na przeżycie? Według mojej oceny – która bazuje na aktualnej wiedzy medycznej – nie.

Prawdopodobnie lekarze czekali na obumarcie płodu"

- mówi OKO.press mecenas Jolanta Budzowska, prawniczka, która specjalizuje się w sprawach dotyczących błędów medycznych.

Według niej lekarze w szpitalu w Nowym Targu:

  • Nie podjęli działań adekwatnych dla stanu zdrowia Doroty. Kobieta dostawała zalecenia, które nie leczyły, a wręcz zwiększały ryzyko zakażenia.
  • Byli bierni i nie przeprowadzili badań, które wykluczyłyby zakażenie septyczne.
  • Nie poinformowali Doroty, że znajduje się w stanie zagrożenia życia. Tak odebrali jej możliwość podjęcia decyzji o przerwaniu ciąży, by ratować życie.

I. Bezwodzie? Leżeć z nogami w górze

Rodzina Doroty opowiedziała „Wyborczej”, co działo się przez trzy dni, które kobieta spędziła w szpitalu (od 21 do 24 maja 2023 roku). „To miało być nasze pierwsze dziecko. Cieszyliśmy się. Ciąża wcześniej przebiegała dobrze, nie było żadnych komplikacji. W nocy z soboty na niedzielę (20 na 21 maja) zaczęły odchodzić wody płodowe” – mówi Marcin, mąż Doroty.

Do Podhalańskiego Szpitalu Specjalistycznego im. Jana Pawła II w Nowym Targu zawozi kobietę w niedzielę, 21 maja około godz. 3 w nocy. Na miejscu lekarze wykonują badania. Potwierdzają, że dziecko żyje, ale stwierdzają bezwodzie.

Bezwodzie to stan, w którym brakuje płynu owodniowego, czyli tak zwanych wód płodowych w worku owodniowym, który otacza płód w ciężarnej macicy. Płyn owodniowy umożliwia prawidłowy rozwój płodu i chroni go przed zewnętrznymi bodźcami. Bezwodzie może towarzyszyć zaburzeniom związanym z nieprawidłowym funkcjonowaniem łożyska, z zaburzonym rozwojem płodu lub być następstwem wad płodu. Pisaliśmy o tym tutaj.

Dorota leży z bezwodziem na oddziale patologii ciąży. Z dnia na dzień czuje się coraz gorzej. Boli ją głowa, więc pielęgniarki podają jej paracetamol. I – jak opowiada mąż Doroty – nie pozwalają się ruszać.

Reżim łóżkowy zwiększa ryzyko zakażenia

Personel szpitala każą kobiecie leżeć z nogami powyżej głowy. „Twierdzą, że dzięki temu wody mogą powrócić, napłynąć” – mówi mąż kobiety. Dwa dni przed śmiercią – w poniedziałek 22 maja 2023 roku – Dorotę tak mocno boli głowa, że prosi mamę o okłady z ręcznika na głowę. Następnego dnia wieczorem zaczyna wymiotować, boli ją brzuch.

Mec. Budzowska uważa, że działania, które personel medyczny podjął w stosunku Doroty, były nieadekwatne do jej stanu zdrowia.

Przeczytaj także:

„Reżim łóżkowy nie jest zalecaną metodą postępowania zgodnie z nauką medyczną, w sytuacji, w której znajdowała się pani Dorota” – mówi mec. Jolanta Budzowska. – "Leżenie w stanie całkowitego bezwodzia w 20. tygodniu ciąży nie może wnieść nic korzystnego, jeżeli chodzi o dobrostan płodu czy stan ciężarnej kobiety. Co więcej, zwiększa ryzyko wystąpienia choroby zatorowo-zakrzepowej czy infekcji szpitalnej. Takie zalecenia nie są leczeniem”.

II. Wskaźniki CRP rosną, lekarze nie reagują

Pielęgniarki każą Dorocie – według relacji rodziny – leżeć nieruchomo z nogami w górze przez trzy dni, „bo może wody płodowe wrócą”. A w międzyczasie lekarze sprawdzają poziom wskaźnika CRP (C-reactive protein – świadczy o stanie zapalnym).

Wskaźnik CRP cały czas rośnie.

W poniedziałek rano 22 maja 2023 roku – dwa dni przed śmiercią kobiety – wynosi 9,6 mg/l (norma to poniżej 5 mg), po południu 14 mg/l, a wieczorem 32 mg/l. We wtorek wieczorem – dzień przed śmiercią – już 46 mg/l.

Kobieta cały czas leży. Badanie USG lekarze – jak opowiada mąż Doroty – przeprowadzają przy przyjęciu do szpitala. A kolejne dwa – w środę 24 maja 2023 roku, gdy stan kobiety jest już ciężki.

To – według prawniczki – kolejny błąd.

„Lekarze powinni liczyć się z ryzykiem rozwoju stanu zapalnego, a nie monitorowali stanu pacjentki należycie. Badali tylko poziom CRP, które rosło. Nie wykonali badań, które dałyby pełen obraz potencjalnego rozwoju stanu zapalnego lub pozwoliłby wykluczyć sepsę" – mówi mec. Budzowska. Lekarze nie reagują, mimo tego, że rośnie wskaźnik CRP. Ani rodzina, ani 33-letnia kobieta nie wiedzą, że ta sytuacja może skończyć się śmiercią.

III. Bierność i zaostrzone prawo aborcyjne

Z dokumentacji medycznej wynika, że rano 24 maja 2o23 roku lekarze stwierdzają, że Dorota jest w stanie wstrząsu septycznego. A o godz. 5:20, że płód obumarł. Jest 7:30, kiedy kwalifikują kobietę do usunięcia macicy wraz z płodem „w trybie natychmiastowym ze wskazań życiowych”. Robią to po konsultacji z prof. Hubertem Hurasem, konsultantem wojewódzkim w dziedzinie ginekologii i położnictwa.

Kobieta umiera dwie godziny później – o godz. 9:39.

„Trzy dni, które pani Dorota spędziła w szpitalu, były dniami bierności z punktu widzenia opieki medycznej nad pacjentką. Możemy zapytać, czemu ta bierność służyła? Czy upływ czasu zwiększał szanse płodu na przeżycie? Według mojej oceny – która bazuje na danych z zakresu aktualnej wiedzy medycznej – nie" – mówi prawniczka.

"Lekarze prawdopodobnie czekali na obumarcie płodu. I wychodzili z założenia, że dopóki nie ma bezpośredniego zagrożenia życia matki, terminacja czy wywołanie poronienia żywej ciąży,

będzie niezgodne z zaostrzonymi przepisami aborcyjnymi.

Nie widzę innego celu przetrzymywania pani Doroty w szpitalu przez ten cały czas”.

Lekarze nie poinformowali o ryzyku

„Mama i mąż pani Doroty byli z nią w bezpośrednim kontakcie, rozmawiali z nią telefonicznie, odwiedzali. Lekarze nie poinformowali, że

stan, w którym znajduje się pacjentka, jest czy może się stać zagrożeniem życia czy zdrowia" – mówi prawniczka.

Co więcej, na prośbę pani Doroty i jej męża o przeniesienie do szpitala o wyższej referencyjności, uzyskali informacje, że podróż do Krakowa czy Bochni będzie dla niej niebezpieczna.

Pani Dorota nie miała informacji, że cała sytuacja może rodzić zagrożenie dla jej życia. Kontakt między lekarzem a pacjentką nie doszedł do momentu rozmowy o zagrożeniu, a co dopiero o przedstawieniu ewentualnych możliwości i podjęciu decyzji o przerwaniu ciąży. Pani Dorota nie miała możliwości podjęcia takiej decyzji” – mówi mec. Jolanta Budzowska.

Budzowska reprezentuje też rodzinę Izabeli z Pszczyny, która we wrześniu 2022 r. trafiła do szpitala w 22. tygodniu ciąży ze stwierdzonym bezwodziem. Przy przyjęciu do Szpitala Powiatowego w Pszczynie stwierdzono bezwodzie i potwierdzono zdiagnozowane wcześniej wady wrodzone płodu. W toku hospitalizacji płód obumarł, a po niecałej dobie – 22 września – zmarła też pacjentka.

Lekarze mieli więcej czasu niż w przypadku Izabeli z Pszczyny

Przyczyną śmierci Izabeli był – tak samo jak w przypadku Doroty – wstrząs septyczny. Izabela 20 godzin przed śmiercią pisała, że lekarze „nie mogą nic zrobić, bo by było, że specjalnie”. „Tragedia. Moje życie zagrożone. A ja mam czekać” – pisała niecałe 9 godzin przed śmiercią.

„Analogia z sytuacją pani Izabeli z Pszczyny nasuwa się sama. Jeżeli chodzi o panią Dorotę lekarze mieli jednak znacznie więcej czasu na podjęcie decyzji i ewentualne – chociaż moim zdaniem i tak niekonieczne – konsultacje z wojewódzkim konsultantem. Tymczasem nastąpiły one w ostatniej chwili. Lekarze nie zdążyli nawet przeprowadzić zabiegu operacyjnego. Nie mamy jasnych sygnałów, które świadczą o tym, że lekarze mieli wątpliwości co do własnej odpowiedzialności. Nie widzę jednak innego celu przetrzymywania pani Doroty w szpitalu – próbując wytłumaczyć logicznie mechanizm ich myślenia – jak czekanie na obumarcie płodu” – mówi prawniczka.

Mąż pani Doroty mówił „Wyborczej”: "Nikt nam nie powiedział, że obumarcie płodu to kwestia czasu, że nie mamy szans właściwie na zdrowe dziecko i że odejście wód płodowych jest dla Doroty niebezpieczne. Przez cały czas podtrzymywano w nas nadzieję, że wszystko będzie dobrze, że pewnie nie uda się utrzymać ciąży do końca, ale może urodzi się wcześniak w 35. tygodniu ciąży.

Nikt nie dał nam wyboru ani szansy na uratowanie Doroty,

bo nikt nie powiedział nam, że jej życie jest zagrożone. Nikt nie wspomniał o tym, że można wywołać poronienie i ratować Dorotę, bo szanse na przeżycie dziecka są nikłe" –

Rzecznik Praw Pacjenta po doniesieniach medialnych wszczął postępowanie z urzędu w sprawie śmierci Doroty. Jej rodzina złożyła zawiadomienie do prokuratury o narażeniu na niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia przez personel szpitala.

Po śmierci Doroty władze szpitala wydały oficjalne oświadczenie. „To ogromna tragedia (...) Mając na względzie dobro i spokój rodziny zmarłej, dyrekcja szpitala nie będzie komentowała tej niezwykle trudnej i bolesnej sprawy” – napisał dyrektor Marek Wierzba.

Udostępnij:

Julia Theus

Dziennikarka, absolwentka Filologii Polskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, studiowała też nauki humanistyczne i społeczne na Sorbonie IV w Paryżu (Université Paris Sorbonne IV). Wcześniej pisała dla „Gazety Wyborczej” i Wirtualnej Polski.

Przeczytaj także:

Komentarze