0:00
0:00

0:00

„Zachęceni przez lokalne biura podróży na Bliskim Wschodzie do podróży do stolicy Białorusi Mińska, migranci dotarli do granicy białorusko-polskiej z nadzieją na nielegalne przekroczenie granicy. Polska uniemożliwia przekroczenie granicy bądź odsyła z powrotem na Białoruś tych, którym udało się przejść na polską stronę. Białorusini biją i zatrzymują tych, którzy wracają i zmuszają ich do próby ponownego wejścia do Polski, jednocześnie uniemożliwiając im w większości przypadków przemieszczanie się po Białorusi lub powrót do swoich krajów” – pisze Human Rights Watch w raporcie zatytułowanym „Umieraj tu lub wracaj na Białoruś”.

Przeczytaj także:

Rozmowy z 19 migrantami

Raport powstał w październiku na podstawie rozmów z 19 migrantami w rejonie Mińska i Grodna na Białorusi oraz Białegostoku w Polsce. Sześcioro rozmówców Human Rights Watch pochodziło z Iraku (w tym co najmniej dwie osoby z irackiego Kurdystanu), dwanaście osób to Kurdowie z Syrii, a jedna z Demokratycznej Republiki Konga.

Human Rights Watch przeprowadziła także rozmowy z przedstawicielami Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, Fundacją Ocalenie, Grupą Granica i innymi aktywistami i wolontariuszami pracującymi na rzecz migrantów w rejonie przygranicznym. Rozmawiano także z aktywistami i aktywistkami praw człowieka z Białorusi, a także z białoruskim biurem Agencji ONZ ds. Uchodźców i jej centralą w Genewie, oraz z Lekarzami bez Granic w Polsce i na Białorusi.

Z rozmów wysłanników Human Rights Watch wyłania się ponury obraz łamania praw człowieka przez reżim Aleksandra Łukaszenki oraz władze PiS-owskiej Polski, państwa członkowskiego Unii Europejskiej.

Kryzys wywołany przez Mińsk – i potęgowany przez działania polskiego rządu i podległych mu służb - opiera się na kłamstwach opowiadanych migrantom w momencie wylotu na Białoruś.

„Lokalne biura podróży na Bliskim Wschodzie, w tym w Syrii, Iraku, Jemenie i Jordanii, mówią [migrantom], że otrzymają pomoc przez całą drogę do Polski. Biura podróży powiedziały im, że wiadomości o problemach na granicy to fake newsy i że tylko osoby, które nie wykupują wycieczek zorganizowanych, mogą mieć problemy” – czytamy w raporcie.

„Oni [biura podróży] zapewniali nas, że wszystko będzie dobrze. (…) Wszystko sprzedaliśmy, żeby mieć szansę na lepsze życie. Nie mamy do czego wracać” – to słowa 40-letniej Kurdyjki z Syrii, przedstawiającej się jako „Awira”. Według raportu, migranci udają się na Białoruś przekonani, że dalsza droga do Polski będzie standardową podróżą z przekroczeniem przejścia granicznego – taką, jakiej oczekiwaliby Polacy i Polki udając się np. do Wielkiej Brytanii.

Oszustwa przemytników

„Na początku października wysłannicy Human Rights Watch obserwowali dziesiątki migrantów w hotelu w centrum Mińska. Było jasne, że większość z nich była nieprzygotowana na czekającą ich podróż, która obejmuje dni, a czasem tygodnie, w trudnych warunkach pogodowych w lesie, na otwartej przestrzeni, czy na bagnach. Rodziny z małymi dziećmi podróżowały z normalnymi walizkami, nieodpowiednimi do trudnego terenu w obszarze przygranicznym, co wskazywało, że wprowadzono ich w błąd, myśląc, że przekroczenie granicy będzie łatwe i szybkie” – opisuje raport.

Po przyjeździe i kilkudniowym pobycie w Mińsku, migranci są przetransportowywani busami w pobliże granicy z Polską. Podróż pod granicę trwa od trzech do pięciu godzin. „W pewnym punkcie w pobliżu strefy przygranicznej kierowca kazał nam wysiąść z samochodu i iść pieszo w kierunku białoruskiego ogrodzenia z drutu kolczastego, trzy kilometry od polskiej granicy. Otrzymaliśmy współrzędne GPS i polecono nam udać się w te miejsca. Migrantom powiedziano, że białoruscy pogranicznicy pomogą im [przedostać się do Polski]. [Białorusini] powiedzieli, że ich strażnicy graniczni albo przetną ogrodzenie z drutu kolczastego, albo poprowadzą ludzi do miejsc, w których drut kolczasty został już przecięty”.

Push-backi normą

Od momentu przybycia w pobliże granicy z Polską, sytuacja ludzi szybko staje się dramatyczna na skutek działań służb Białorusi i Polski, dopuszczających się „poważnych nadużyć, w tym push-backów, przemocy, przetrzymywania na otwartej przestrzeni, separacji rodzin, oraz pozbawiania żywności i wody”. Migranci określili sytuację, w jakiej się znaleźli na granicy, jako „grę w ping-ponga”.

Ofiarą „gry” był Abdul, 20-latek z miasta Dara w Syrii. „Wiele razy przechodziłem [przez granicę] do Polski, ale za każdym razem byłem spychany na Białoruś [przez polską straż graniczną]. Byłem w lesie przez osiem dni, na tej ziemi niczyjej. Nie miałem jedzenia ani wody przez cztery dni” – cytuje Abdula raport.

Piętnaście innych osób opowiedziało, że były ofiarami push-backów co najmniej raz. Według migrantów, polskie służby ignorują prośby o pomoc i wszczęcie procedur azylowych.

Z wyjątkiem osób, które Straż Graniczna uznała za wymagające hospitalizacji, zatrzymani ludzie pakowani są do samochodów i wywożone do granicy z Białorusią, którą następnie muszą przekroczyć. „[Powiedzieli]: »Nie ma azylu, [tu] nie ma nic, wracaj tam, skąd przybyłeś!« [Zabrali nas furgonetkami] i kazali wrócić na Białoruś, do strefy neutralnej” – to opowieść mężczyzny z Demokratycznej Republiki Konga, przedstawiającego się jako „Jean”.

Trzy osoby powiedziały wysłannikom Human Rights Watch, że po zakwalifikowaniu do szpitala, nie były w stanie skontaktować się ze swoimi rodzinami, które zostały wywiezione z powrotem na Białoruś. Wspomniana wyżej „Awira” – którą zatrzymała Straż Graniczna wraz z 24-letnim synem i 14-letnią córką – dostała pozwolenie na towarzyszenie córce w szpitalu (dziewczynka zasłabła po tygodniu wędrówki po lesie, w tym czterech dniach bez jedzenia i wody), natomiast jej syn i inni ludzie zostali zapakowani do ciężarówki i wywiezieni w stronę Białorusi.

W innym przypadku syryjski Kurd podróżujący z żoną i czwórką dzieci poniżej 18 roku życia, opisał, jak on i jego żona byli zmuszeni zdecydować, który rodzic pójdzie do szpitala z chorym czteroletnim dzieckiem. „Polscy pogranicznicy kazali nam wybierać. Jeden rodzic mógł iść z dzieckiem do szpitala. Reszta rodziny miałaby zostać odesłana na Białoruś. Błagałem i błagałem, płakałem jak dziecko, błagałem, żeby nie rozdzielali mojej rodziny. Po godzinie straż graniczna wróciła i powiedziała: no dobrze, wszyscy mogą zostać. Wciąż przeżywam traumę po tym zdarzeniu”.

Złamanie konwencji

Raport zwraca uwagę, że niezależnie od „legalizacji” push-backów przez kontrolowany przez PiS Sejm, łamią one prawo unijne w tym Kartę Praw Podstawowych. Gwarantuje ona „prawo do azylu z poszanowaniem zasad Konwencji genewskiej z 28 lipca 1951 roku i Protokołu z 31 stycznia 1967 roku dotyczących statusu uchodźców”.

Push-backi z użyciem siły łamią także Europejską Konwencję Praw Człowieka – jej artykuł 3. zakazujący tortur – oraz kolejny artykuł z Karty Praw Podstawowych, zakazujący wydaleń zbiorowych oraz usunięcia, wydalenia lub wydania w drodze ekstradycji “do państwa, w którym istnieje poważne ryzyko, iż może być poddany karze śmierci, torturom lub innemu nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu albo karaniu”.

Wreszcie push-backi łamią prawo unijne, a konkretnie dyrektywę w sprawie wspólnych norm i procedur stosowanych przez państwa członkowskie w odniesieniu do powrotów nielegalnie przebywających obywateli państw trzecich. Artykuł 6 dyrektywy mówi, że „państwa członkowskie powinny zapewnić, aby zakończenie nielegalnego pobytu obywateli państw trzecich odbywało się w ramach sprawiedliwej i przejrzystej procedury”. Nic takiego nie ma miejsca w przypadku migrantów przechwyconych przez polskie służby. Na dodatek ze względu na to, że Białoruś zawiesiła umowę o readmisji z UE, legalne odsyłanie migrantów przez granicę jest niemożliwe, uważa Human Rights Watch.

W “grze” między Polską a Białorusią migranci zmuszeni do przekroczenia granicy stają się ofiarami służb białoruskich. Mówi Abdul: “Białoruscy pogranicznicy bili nas pałkami, kopali, deptali po karkach do tego stopnia, że płakaliśmy… Straciłem wszelką nadzieję. Błagałem ich, aby pozwolili mi wrócić do Mińska, a potem do Syrii. Nie chcieli mnie wypuścić i zmusili do przejścia granicy z Polską”.

W co najmniej jednym przypadku przemoc ze strony białoruskich funkcjonariuszy zakończyła się śmiercią. Chodzi o Syryjczyka, który utonął w Bugu po tym, jak białoruscy pogranicznicy wypchnęli go i jeszcze jednego mężczyznę na rzekę w pontonie, który następnie się wywrócił. Obaj mężczyźni wcześniej zostali wypchnięci na Białoruś przez polskie służby.

Nieludzkie obozowiska

Raport dokumentuje także brutalne traktowanie migrantów w prowizorycznych obozach pilnowanych przez Białoruskie służby graniczne. 14-letnia Kurdyjka z Syrii tak opisuje swoje doświadczenia:

„[W obozowisku] nic nie było, żadnych namiotów, żadnych budynków, tylko ogniska. Tam spaliśmy. Rano obudzili nas białoruscy strażnicy, kopiąc nas. Rozrzucili ognisko, od czego zajął się mój śpiwór, a ja bardzo się poparzyłam. Błagaliśmy i płakaliśmy, żeby nas puścili. Białoruscy pogranicznicy zabrali mnie i resztę mojej rodziny w inne miejscy między granicami i tam nas zostawili. Ukradli telefon mojej cioci. Nie mieliśmy wody ani jedzenia i musieliśmy przez cztery dni chodzić po bagnach i lasach, ja z raną oparzeniową, moja 17-letnia siostra z kontuzją pleców. Musieliśmy pić wodę z bagna”.

Sytuacja po obu stronach granicy pogarsza się przez instrumentalizację kryzysu zarówno przez reżim Łukaszenki, jak i polski rząd, zauważa raport Human Rights Watch.

„Władze Białorusi starają się odwrócić uwagę od własnych nadużyć (…) manipulując sytuacją, aby wywołać wśród decydentów unijnych obawy, że sytuacja może doprowadzić do ogromnego wzrostu nielegalnej migracji do UE, podobnie jak w 2015 roku. W tym samym czasie polskie władze mówią o „wojnie hybrydowej” (…). Ta retoryka wykorzystywana jest do uzasadnienia militaryzacji odpowiedzi na kryzys humanitarny, w tym przez ogłoszenie stanu wyjątkowego, budowę zasieków z drutu kolczastego, wykluczenia grup społeczeństwa obywatelskiego i dziennikarzy (…)".

Human Rights Watch rekomenduje rządom Białorusi i Polski zaprzestanie wszelkich nielegalnych praktyk łamiących prawa człowieka, a dodatkowo do Warszawy o zniesienie stanu wyjątkowego wzdłuż granicy, by dopuścić do pracy organizacje pomocy humanitarnej, prawników i media. UE powinna wywrzeć presję na Polskę w tym samym celu oraz monitorować ewentualne zaangażowanie Frontexu – unijnej agencji ochrony granic – pod kątem nadużyć.

;
Wojciech Kość

W OKO.press pisze głównie o kryzysie klimatycznym i ochronie środowiska. Publikuje także relacje z Polski w mediach anglojęzycznych: Politico Europe, IntelliNews, czy Notes from Poland. Twitter: https://twitter.com/WojciechKosc

Komentarze