0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: il. Iga Kucharska/OKO.pressil. Iga Kucharska/OK...

Katarzyna Sroczyńska: Po raz pierwszy od inwazji Rosji na Krym w 2014 r. liczba osób, które sprzeciwiają się przyjmowaniu przez Polskę Ukraińców, przewyższyła liczbę tych, które to popierają. Tych pierwszych jest 52% – wynika z badań CBOS-u. Zmianę w naszym nastawieniu do uchodźców z Ukrainy widać było już rok temu, rozmawiałyśmy wtedy o tym. Czy Twoim zdaniem to, co obserwujemy teraz, to ciąg dalszy tego samego procesu, czy może nastąpiła jakaś znacząca zmiana?

Prof. Małgorzata Kossowska: Nasze badania, które prowadzimy od początku pełnoskalowej wojny równolegle wśród Polaków i Ukraińców, pokazują, że nie mamy do czynienia z nagłą zmianą, lecz z procesem, który trwa już od dłuższego czasu. W czerwcowych danych widać wyraźne pogorszenie niemal wszystkich wskaźników – słabną pozytywne postawy, maleje gotowość do wspierania Ukraińców, pogarszają się też wzajemne nastroje. Wynik CBOS-u wpisuje się w ten trend, ale jest ważny z jednego powodu: po raz pierwszy przeciwników przyjmowania uchodźców z Ukrainy jest więcej niż zwolenników. To może zmieniać społeczne przekonanie o tym, jakie postawy są dziś normą.

Przyczyniło się do tego kilka nakładających się czynników. Jednym z nich są spory polityczne wokół historii. Wiemy z badań nad relacjami międzygrupowymi, że kiedy debata publiczna intensywnie koncentruje się na konfliktach historycznych i podkreśla kategorię narodowości, może to sprzyjać wzrostowi wrogości wobec przedstawicieli danej grupy. W pewnym sensie przypomina to wcześniejsze okresy napięć w relacjach polsko-niemieckich – kiedy w debacie dominował temat reparacji wojennych, równolegle pojawiały się doniesienia o incydentach wobec osób mówiących po niemiecku. Sama narracja nie tworzy agresji, ale może ją ukierunkowywać, wskazując, wobec kogo ma być wyrażana.

Przeczytaj także:

Odpowiedzialnie o historii

Kiedy ostatnio o tym rozmawiałyśmy, wskazałaś, że jednym z elementów, które kształtują nasze nastawienie do Ukraińców, jest poczucie zagrożenia, mające dwa wymiary: realistyczny i symboliczny. To realistyczne jest związane na przykład z dostępem do służby zdrowia czy sytuacją w edukacji. To symboliczne na ogół w stosunku do Ukraińców było zwykle niskie, co wynika głównie z tego, że kulturowo i językowo jesteśmy do siebie podobni. Ale zagrożenie symboliczne można podsycać, odwołując się na przykład właśnie do historii. Jak zatem sensownie o tej historii rozmawiać, nie udając, że tematu nie ma?

To, co powiedziałam o historii, nie oznacza, że pozostałe czynniki przestały mieć znaczenie. W naszych badaniach od dawna widzimy, że ważne jest także poczucie zagrożenia realistycznego. Część Polaków nadal uważa, że Ukraińcy otrzymują wsparcie czy przywileje, które im się nie należą, mimo że wiele rozwiązań wprowadzonych po wybuchu wojny zostało już ograniczonych. To poczucie niesprawiedliwości pozostaje żywe.

Narracja historyczna może te emocje dodatkowo wzmacniać. Kiedy historia staje się elementem bieżącego sporu politycznego i opowiada się ją wyłącznie z perspektywy własnej krzywdy, łatwo budzić resentyment. Takie narracje uruchamiają stereotypy i sprawiają, że odpowiedzialność za wydarzenia z przeszłości zaczyna być przypisywana współczesnym ludziom. W efekcie mieszają się dwie różne kwestie – historia i dzisiejsze relacje z Ukraińcami – i coraz łatwiej uwierzyć, że to oni odpowiadają za problemy, z którymi mierzymy się obecnie.

Wróćmy jeszcze do pytania, jak rozmawiać o historii.

Każde społeczeństwo opowiada historię z perspektywy własnych doświadczeń. Niedawno zwiedzałam we Włoszech muzeum poświęcone bitwie pod Vittorio Veneto [ostatniej wielkiej bitwie na froncie włoskim w czasie I wojny światowej, która doprowadziła do klęski i w konsekwencji do rozpadu imperium austro-węgierskiego – przyp. KS]. Najciekawszy był dla mnie sposób opowiedzenia tej historii. To była przede wszystkim opowieść o doświadczeniu Włochów – o sporze, czy przystępować do wojny, o cierpieniu żołnierzy i o znaczeniu zwycięstwa dla włoskiej tożsamości. Dla nas ta bitwa jest przede wszystkim jednym z wydarzeń, które doprowadziły do rozpadu Austro-Węgier i otworzyły Polsce drogę do odzyskania niepodległości. To pokazuje, że te same wydarzenia można opowiadać z różnych perspektyw.

To nie znaczy, że fakty przestają mieć znaczenie. Chodzi raczej o to, że przy trudnych wydarzeniach warto pamiętać, iż każda strona wnosi własne doświadczenia i emocje.

Wiemy z badań nad pamięcią zbiorową, że ludziom trudno przyjmować takie opowieści o historii, które podważają pozytywny obraz własnej grupy.

Dlatego rozmowa o trudnej historii wymaga szczególnej odpowiedzialności, zwłaszcza gdy staje się elementem bieżącego sporu politycznego.

Nie jestem historyczką, więc nie chcę mówić, jak należy opowiadać historię Wołynia. Jestem natomiast przekonana, że nie powinno się wykorzystywać jej jako narzędzia walki politycznej. Dlatego warto mówić o faktach, a jednocześnie uważać, by nie przenosić odpowiedzialności za przeszłość na ludzi żyjących dzisiaj. To jest granica, której nie powinniśmy przekraczać.

Niebezpieczne jest także opowiadanie historii w taki sposób, żeby się zawsze przedstawiać w roli ofiary.

Mówienie o krzywdach jest potrzebne, ale jeśli opowieść historyczna sprowadza się wyłącznie do przedstawiania nas w roli ofiary, łatwo uruchamia poczucie krzywdy, resentyment i chęć odwetu. Wtedy historia przestaje pomagać zrozumieć przeszłość, a zaczyna wpływać na to, jak postrzegamy ludzi żyjących dzisiaj. Postawienie siebie wyłącznie w roli ofiary aktywizuje mechanizmy obronne i utrudnia dostrzeżenie perspektywy drugiej strony. Wiemy z psychologii społecznej, że w długotrwałych konfliktach niemal każda ze stron buduje narrację, w której przede wszystkim widzi własne cierpienie i własne krzywdy. To nie oznacza, że odpowiedzialność za wydarzenia historyczne rozkłada się po równo. Oznacza natomiast, że trwałe pojednanie jest możliwe dopiero wtedy, gdy obie strony są gotowe dostrzec nie tylko własne cierpienie, ale także cierpienie drugiej strony. Z perspektywy psychologii społecznej właśnie to jest najtrudniejsze.

Spory historyczne stają się też okazją do moralizowania. Łatwo wchodzimy na taki poziom dyskusji, kiedy już nie mówimy o tym, co i dlaczego się stało i jakie są tego konsekwencje, tylko o tym, kto powinien się bardziej wstydzić.

Tak, zaczynamy zastanawiać się, kto ma większe prawo do racji. Jeśli jesteśmy przekonani, że ktoś wyrządził nam krzywdę, łatwo uznać, że to właśnie my możemy mówić, jak powinny wyglądać nasze relacje i co druga strona powinna zrobić, żeby je naprawić. Co więcej, jesteśmy przekonani, że mamy prawo do odwetu.

Zresztą nie dotyczy to tylko historii. W debacie publicznej łatwo przechodzimy od rozmowy o faktach do oceniania ludzi. Zamiast dyskutować z czyimiś argumentami, oceniamy samego człowieka i dajemy do zrozumienia, że skoro myśli inaczej niż „nasza” grupa, to jest po prostu gorszy. Także media czasem wpadają w tę pułapkę. A to nie sprzyja rozmowie – zamiast próbować zrozumieć drugą stronę, skupiamy się na ocenianiu jej.

Sięgamy po straszenie i zawstydzanie. Mimo że wiadomo, że moralizowanie w prowadzeniu opowieści i narracji społecznych nie pomaga w budowaniu dobrych relacji i integrowaniu różnych grup społecznych.

Zawstydzanie rzadko prowadzi do zmiany postaw. Znacznie częściej uruchamia mechanizmy obronne. Kiedy słyszymy, że nasza grupa jest nietolerancyjna albo moralnie gorsza, skupiamy się na obronie własnej tożsamości, a nie na refleksji nad tym, co druga strona chce nam powiedzieć. Pojawia się opór, a czasem wręcz chęć odwetu.

Moralizowanie ma jeszcze jeden skutek. Zamiast rozmawiać o problemie, zaczynamy oceniać ludzi. To może być atrakcyjne dla tych, którzy moralizują, bo pozwala pokazać siebie jako tych „lepszych”, bardziej otwartych czy bardziej tolerancyjnych. Z punktu widzenia budowania relacji nie jest to jednak skuteczne.

„Migrant„ gorszy od „cudzoziemca”

Autorzy niedawno opublikowanego raportu Instytutu Spraw Publicznych „Migracja w Polsce” zwracają uwagę, że słowo migrant wywołuje gorsze nastawienie niż cudzoziemiec czy obcokrajowiec. Mam wrażenie, że to jest właśnie związane z tym, że migrant to ktoś, kto przyjeżdża do nas się osiedlić i z kim mamy się czymś dzielić. Z tego raportu dowiadujemy się również, że relacje z migrantami w sąsiedztwie pozytywnie ocenia 53% Polaków, najsłabiej oceniamy je w sklepach i usługach.

Określenie „migrant” łatwiej uruchamia skojarzenia z długotrwałą obecnością i korzystaniem z tych samych zasobów co my – mieszkań, szkół, ochrony zdrowia czy rynku pracy. A kiedy pojawia się poczucie, że trzeba się czymś dzielić, łatwiej rodzi się także poczucie konkurencji.

Z kolei lepsze oceny relacji w sąsiedztwie wcale mnie nie dziwią. To właśnie tam ludzie mają okazję się poznać. A kiedy współpracujemy, jesteśmy od siebie zależni i realizujemy wspólne cele, znacznie częściej oceniamy drugą osobę na podstawie własnych doświadczeń niż stereotypów. Gorzej jest tam, gdzie kontakt jest krótki, anonimowy albo wiąże się z poczuciem rywalizacji o ograniczone zasoby. W takich sytuacjach łatwiej wracamy do myślenia kategoriami „my” i „oni”, zwłaszcza jeśli debata publiczna dodatkowo wzmacnia przekonanie, że jedni zyskują kosztem drugich.

A czy nie jest tak, że ponieważ część z nas, w tym tych, którzy zarabiają do dziś mniej, którym trudniej było sobie radzić po transformacji, słyszało dużo na temat tego, że nie powinni być roszczeniowi i że powinni się wstydzić swojej roszczeniowości, to teraz tym trudniej jest im zaakceptować, że ktoś inny coś dostaje?

Myślę, że część Polaków rzeczywiście odbiera niektóre zachowania części Ukraińców jako bierne czy roszczeniowe. Warto jednak pamiętać, że takie zachowania mogą mieć różne źródła. W przypadku osób, które uciekły przed wojną, często są konsekwencją traumy i utraty poczucia sprawczości. Z drugiej strony mogą wynikać także z doświadczeń życia w innym systemie społecznym i politycznym, który przez lata kształtował odmienne oczekiwania wobec państwa i instytucji.

To, jak takie zachowania odbieramy, mówi jednak również coś o nas samych. Z psychologii wiemy, że życzliwiej oceniamy osoby, które postrzegamy jako aktywne, samodzielne i sprawcze. Gdy mamy wrażenie, że ktoś oczekuje, iż inni rozwiążą jego problemy, łatwiej przypisujemy mu odpowiedzialność za własną sytuację i oceniamy go bardziej krytycznie.

Nie jest to zresztą nowa dyskusja. Podobne rozmowy prowadziliśmy w Polsce po transformacji ustrojowej, a później przy okazji sporów o 500+ czy 800+. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat coraz bardziej cenimy samodzielność i aktywność, a coraz mniej akceptujemy postawę polegającą na oczekiwaniu, że problemy rozwiąże ktoś inny. Te same społeczne oczekiwania przenosimy dziś także na osoby, które przyjeżdżają do Polski.

Nasze relacje z Ukraińcami mają też wymiar klasowy?

Nie sądzę, że to dyskusja o relacjach między klasami. Raczej o sprawczości i atrybucjach. Jest jeszcze jeden wymiar, o którym rzadziej się mówi. Ukraina przed wojną była krajem biedniejszym od Polski, z mniej sprawnymi instytucjami, wyższym poziomem korupcji i krótszym doświadczeniem demokratycznym. To również wpływa na sposób, w jaki Polacy wyobrażają sobie przyszłe relacje z Ukrainą.

Dziś dużo mówi się o tym, że po wojnie będzie to atrakcyjne miejsce do inwestowania i prowadzenia biznesu. Znacznie rzadziej rozmawiamy o wyzwaniach, które mogą towarzyszyć coraz bliższej integracji. Część osób obawia się na przykład, jak będzie wyglądała współpraca instytucji, funkcjonowanie wspólnego rynku czy kwestie bezpieczeństwa po otwarciu granic i ewentualnym wejściu Ukrainy do Unii Europejskiej.

Nie chodzi o to, czy te obawy są uzasadnione, ale o to, że są elementem społecznych wyobrażeń i wpływają na postawy wobec Ukrainy i Ukraińców. Z psychologicznego punktu widzenia właśnie takie wyobrażenia często kształtują nasze nastawienie równie silnie, jak realne doświadczenia.

Chodzi o to, żeby opowiadać sobie o tym, co się dzieje, i o tym, co nas czeka, nie tracąc z oczu realnych lęków. Czy tak? Bo jeśli ich nie dostrzegamy albo je pomijamy milczeniem, to zagospodarowują je skrajne, zradykalizowane ruchy.

Tak. Myślę, że bardzo ważne jest odróżnienie dwóch rzeczy. Po pierwsze, trzeba uznać, że ludzie mają realne obawy i pytania dotyczące przyszłości. Jeśli je lekceważymy albo udajemy, że problemu nie ma, pojawia się poczucie, że nie są traktowani poważnie. To zaprzeczanie rzeczywistości uruchamia mechanizmy obronne i sprawia, że jeszcze mocniej utwierdzają się we własnych przekonaniach.

Ale jest też druga strona medalu.

Samo dostrzeżenie społecznych lęków nie wystarczy. Trzeba jeszcze odpowiedzialnie o nich rozmawiać.

Badania pokazują też, że ludzie potrzebują wyjaśnień dla swoich obaw. Jeżeli nie znajdują ich w rzetelnej debacie publicznej, są bardziej podatni na proste narracje, które wskazują jednego winnego i obiecują łatwe rozwiązania.

Pytanie, jak odróżniać jedne od drugich, czyli realne obawy od tych opartych na stereotypach.

Z perspektywy psychologii nawet obawa, która z zewnątrz wydaje się całkowicie nieuzasadniona, dla osoby, która jej doświadcza, jest czymś realnym. Właśnie dlatego wszystkie obawy warto potraktować poważnie, choć mogą mieć różne źródła. Niektóre są dobrze zakorzenione w rzeczywistości, inne w większym stopniu wynikają ze stereotypów, wyobrażeń czy błędnych przekonań. Dlatego potrzebujemy rzetelnej debaty, która nie będzie ani lekceważyć społecznych lęków, ani bezrefleksyjnie ich potwierdzać. Jej rolą powinno być pomaganie ludziom zrozumieć, skąd biorą się ich obawy, w jakim stopniu znajdują one potwierdzenie w faktach i co można z nimi zrobić.

Mam jednak wrażenie, że jest jeszcze jeden problem. Jako nowoczesne społeczeństwa coraz rzadziej myślimy perspektywicznie. Zamiast rozmawiać o możliwych wyzwaniach zawczasu i przygotowywać się na nie, najczęściej reagujemy dopiero wtedy, gdy problem wywołuje już silne emocje. A wtedy znacznie trudniej prowadzić spokojną, opartą na faktach rozmowę. Gdybyśmy wcześniej rozmawiali o możliwych scenariuszach i ich konsekwencjach, łatwiej byłoby budować zaufanie i nie zostawiać przestrzeni dla prostych, radykalnych odpowiedzi.

Przygotujmy się do wspólnego życia

Jeśli naprawdę chcemy odwrócić ten niekorzystny trend, ograniczyć agresję i odbudowywać dobre relacje między Polakami i Ukraińcami, kluczowe są codzienne działania.

Kto ma je podejmować?

Przede wszystkim my sami – w codziennym kontakcie z innymi. W pracy, w szkole, w sąsiedztwie. Jeżeli mamy wspólne problemy i wspólne cele, to właśnie na nich powinniśmy się skupiać. Nic nie poprawia postaw skuteczniej niż dobra współpraca.

Ale odpowiedzialność spoczywa też na tych, którzy kształtują debatę publiczną – politykach, mediach i instytucjach państwa. To oni w dużej mierze decydują o tym, jak interpretujemy rzeczywistość. Jeżeli nieustannie słyszymy, że jedni dostają coś kosztem drugich, łatwo zaczynamy patrzeć na świat jak na grę o ograniczone zasoby. A wtedy każda pomoc dla jednej grupy wydaje się stratą dla drugiej.

Dlatego polityki dotyczące edukacji, ochrony zdrowia czy pomocy społecznej powinny być nie tylko dobrze zaprojektowane, ale także dobrze komunikowane. Jeżeli w szkołach pojawiają się programy integracyjne, nie może powstawać wrażenie, że odbywa się to kosztem polskich uczniów. Jeżeli system ochrony zdrowia jest przeciążony, trzeba uczciwie mówić o przyczynach tego problemu, a nie przedstawiać obecność Ukraińców jako jego głównego źródła. Sposób, w jaki opowiadamy o tych sprawach, ma ogromny wpływ na relacje między ludźmi.

Chodzi o to, żeby skupiać się na wspólnym celu i na przyszłości?

Tak, bo niezależnie od tego, jak potoczy się przyszłość, będziemy musieli nauczyć się żyć obok siebie i współpracować. A to wymaga nie tylko dobrej woli, ale także gotowości do myślenia o wyzwaniach, które mogą się pojawić. Nie warto czekać, aż problemy urosną i zaczną wywoływać silne emocje.

Wiele z tych wyzwań jesteśmy w stanie przewidzieć. Wiemy z badań nad społeczeństwami po konfliktach, choćby z doświadczeń państw bałkańskich, jakie napięcia najczęściej pojawiają się po zakończeniu wojny. Na przykład, że ukraińskie społeczeństwo niesie ze sobą doświadczenie wojny i traumy. Część osób będzie potrzebowała specjalistycznej pomocy psychologicznej, a skutki traumy, w tym PTSD, często ujawniają się dopiero po czasie, kiedy bezpośrednie zagrożenie już minie. Takie reakcje mogą być trudne zarówno dla samych osób, które ich doświadczają, jak i dla ich bliskich czy otoczenia.

Dlatego już dziś powinniśmy myśleć o tym, jak przygotować się do wspólnego życia – nie tylko społecznie, ale także psychologicznie. Chodzi o to, by zawczasu budować system wsparcia i mieć świadomość, że część wyzwań związanych z wojenną traumą pojawi się dopiero w kolejnych latach. Dzięki temu łatwiej będzie im zapobiegać, zamiast reagować dopiero wtedy, gdy staną się źródłem kolejnych napięć.

Sam kontakt nie wystarczy

Porozmawiajmy jeszcze o codzienności i bezpośrednich kontaktach. Z raportu Instytutu Spraw Publicznych wynika, że 70% Polaków ma kontakt z cudzoziemcami – a w Polsce to dotyczy przede wszystkim Ukraińców – w miejscu pracy, ale wśród znajomych – tylko 23% z nas, a wśród przyjaciół – zaledwie 5%. Podobne wnioski pojawiają się w raporcie „Nie jesteśmy w domu. Ukraińscy migranci i uchodźcy o relacjach z Polakami” Oleny Babakowej i Przemysława Sadury: „Wysoki poziom integracji przez pracę, skromne więzi społeczne. Niemal wszyscy respondenci pracowali lub aktywnie szukali pracy, a płacenie podatków w Polsce traktowali jako wyraz własnej godności. Jednocześnie tylko co piąta osoba utrzymywała bliskie, pozazawodowe więzi z Polakami. Nawet osoby, których dzieci uczęszczały do polskich szkół, spędzały czas wolny głównie z rodakami. W przypadku Ukraińców dobra znajomość polskiego nie przekłada się wprost na skuteczną integrację”.

Rzeczywiście jednym z najważniejszych czynników sprzyjających dobrym relacjom między grupami jest gotowość do bliższego kontaktu. Być może te wyniki pokazują także coś charakterystycznego dla nas samych. Polacy na ogół tworzą dość wąskie kręgi bliskich relacji. Za najbliższych uznajemy przede wszystkim rodzinę i kilku przyjaciół, więc wejście do takiego grona jest trudne niezależnie od narodowości.

Jednocześnie sam kontakt nie wystarczy. Badania pokazują, że kontakt między grupami zmniejsza uprzedzenia przede wszystkim wtedy, gdy ludzie współpracują, mają wspólne cele i okazję naprawdę się poznać. Praca nie zawsze stwarza takie warunki. Można przez lata pracować obok siebie, a niewiele o sobie wiedzieć.

Dlatego szczególnie ważne są dzieci i młodzież. Szkoła daje wyjątkową możliwość budowania relacji, bo uczniowie i uczennice codziennie funkcjonują razem. Jeżeli mimo to nie powstają bliższe więzi, warto się zastanowić, czy sposób organizacji zajęć rzeczywiście sprzyja współpracy. Wiele skutecznych programów antyuprzedzeniowych opiera się właśnie na tworzeniu sytuacji, w których dzieci z różnych grup muszą wspólnie realizować cele. Im więcej takich doświadczeń, tym większa szansa, że stereotypy ustąpią miejsca realnym relacjom.

To zresztą potwierdza niedawno opublikowana metaanaliza obejmująca 126 interwencji ograniczających uprzedzenia i konflikty między zwaśnionymi grupami. Jej najważniejszy wniosek jest bardzo prosty:

najskuteczniejsze są działania, które pomagają ludziom budować poczucie wspólnej tożsamości.

Kiedy zaczynamy myśleć o sobie nie jako o „Polakach i Ukraińcach”, ale jako o sąsiadach, współpracownikach, rodzicach dzieci z jednej klasy czy członkach tej samej społeczności, napięcia między grupami wyraźnie słabną.

Ale jak się tworzy takie poczucie wspólnej tożsamości? Ja jestem Polką, ona Ukrainką. Gdzie jest nasza wspólna tożsamość?

To nie znaczy, że przestajesz być Polką, a druga osoba Ukrainką. Chodzi o to, że obok tej tożsamości pojawia się jeszcze jedna – wspólna. Możemy być mieszkankami tego samego miasta, rodzicami dzieci z tej samej klasy, współpracowniczkami czy sąsiadkami. Kiedy razem rozwiązujemy jakiś problem albo dążymy do wspólnego celu, ta wspólna tożsamość na pewien czas staje się ważniejsza niż podział na „nas” i „ich”.

Z badań wiemy, że właśnie to działa najlepiej. Większość skutecznych interwencji antyuprzedzeniowych nie polega na przekonywaniu ludzi, żeby się bardziej lubili. Polega na tworzeniu sytuacji, w których są od siebie nawzajem zależni i muszą współpracować, żeby osiągnąć cel ważny dla obu stron. W takich warunkach łatwiej dostrzec, że więcej nas łączy, niż dzieli.

Myślę zresztą, że właśnie dlatego na początku wojny Polacy tak mocno zaangażowali się w pomoc uchodźcom z Ukrainy. Silne było wtedy poczucie, że jesteśmy po tej samej stronie, że mierzymy się z tym samym zagrożeniem i mamy wspólny cel. To doświadczenie wspólnego losu okazało się niezwykle silnym spoiwem społecznym.

Opowieść, której brakuje

Spotkałam się z opinią, że za szybko zapomnieliśmy o 2022 roku i o tym, jak się wtedy zachowaliśmy. Można by to rozumieć na dwa sposoby: że zapomnieliśmy o poczuciu solidarności i już go nie mamy albo że za mało opowiadamy tę historię i że samo chwalenie się przed sobą tym, że wtedy daliśmy radę, mogłoby pomóc w budowaniu dobrych relacji z Ukraińcami.

Myślę, że oba te wątki są ważne. Z jednej strony przyzwyczailiśmy się do tego, że wojna trwa i – przynajmniej na razie – nie stanowi dla nas bezpośredniego zagrożenia. To naturalnie osłabia poczucie wspólnego losu i solidarności z Ukraińcami, które było tak silne na początku wojny. Z drugiej strony być może za rzadko wracamy do tamtego doświadczenia. Nie po to, by przypominać sobie, jacy byliśmy wspaniali, ale by pamiętać, że w sytuacji kryzysu potrafiliśmy działać razem i uruchomić w sobie to, co najlepsze. To ważna lekcja na przyszłość.

Trzeba jednak uważać, żeby taka opowieść nie zamieniła się w budowanie poczucia moralnej wyższości albo nie unieważniała doświadczeń tych, którzy pomoc otrzymywali.

Na dłuższą metę nie da się budować dobrych relacji na podziale na pomagających i tych, którzy pomoc przyjmują.

Taki układ łatwo prowadzi do paternalizmu.

Dziś potrzebujemy już czegoś innego – partnerstwa i poczucia, że mamy wspólną przyszłość. Jesteśmy sąsiadami, współpracownikami, rodzicami dzieci z tej samej szkoły. To właśnie takie codzienne doświadczenia najlepiej budują trwałe zaufanie i wspólnotę.

A co myślisz, kiedy czytasz w mediach doniesienia o kolejnych atakach na Ukraińców?

Pierwszą myślą jest zawsze pytanie o skalę zjawiska. Czy rzeczywiście takich ataków jest więcej, czy po prostu media częściej o nich informują? Oba scenariusze są niepokojące, choć z różnych powodów. Jeśli rośnie liczba takich publikacji, może to wzmacniać poczucie, że konflikt między Polakami i Ukraińcami jest powszechny, nawet jeśli nie odzwierciedla to codziennej rzeczywistości. Jeśli natomiast rzeczywiście przybywa aktów przemocy, oznacza to, że mamy do czynienia z realną zmianą społeczną.

Załóżmy, że ataków jest obiektywnie więcej – wiemy, że takie zjawiska nie biorą się znikąd. Kiedy pogarszają się nastroje wobec jakiejś grupy, rośnie społeczne przyzwolenie na wrogie zachowania. Nie oznacza to, że negatywne postawy automatycznie prowadzą do przemocy, ale sprawiają, że łatwiej przekroczyć granicę. Dlatego nie wystarczy reagować na pojedyncze ataki. Trzeba także zastanowić się, jaką opowieść o relacjach polsko-ukraińskich tworzymy w debacie publicznej.

Jeśli mówimy głównie o konfliktach, zagrożeniach i wzajemnych pretensjach, trudno oczekiwać, że ludzie będą postrzegać siebie jako partnerów.

Brakuje mi natomiast opowieści o codziennej współpracy – o wspólnej pracy, sąsiedztwie, szkołach i wszystkich tych sytuacjach, w których Polacy i Ukraińcy po prostu razem funkcjonują. Potrzebujemy też więcej rozmowy o przyszłości: nie tylko o tym, co nas dziś dzieli, ale o tym, co chcemy wspólnie zbudować i dlaczego ta współpraca leży w interesie obu społeczeństw. To właśnie taka perspektywa najlepiej przeciwdziała narastaniu nieufności i wrogości.

Gdybyśmy się za rok miały umówić na tę rozmowę, to o czym będziemy rozmawiały? Uda się odwrócić wzrost negatywnych nastrojów?

Nie chcę brzmieć pesymistycznie, ale obawiam się, że temat relacji polsko-ukraińskich jeszcze długo będzie wykorzystywany politycznie. To oznacza, że zamiast wyciszania napięć możemy być świadkami ich podtrzymywania, a czasem także wzmacniania. Sama sytuacja jest bardzo złożona i nie sądzę, by w najbliższym czasie przestała budzić społeczne emocje. Nadal będziemy mierzyć się z ograniczonymi zasobami i niewydolnością części instytucji, a tam, gdzie ludzie mają poczucie konkurencji o dobra, łatwo o wzrost frustracji.

Mam jednak nadzieję, że nie doprowadzi to do eskalacji przemocy. Warto pamiętać, że takie zjawiska bardzo rzadko pojawiają się spontanicznie. Z badań historycznych wiemy, że przemoc między grupami często jest poprzedzona długotrwałym podsycaniem podziałów i wykorzystywaniem społecznych emocji do celów politycznych.

A gdybyś w idealnym świecie mogła zaprojektować jedną zmianę, interwencję społeczną do podjęcia teraz, żeby osłabić nastroje antyukraińskie?

Na pewno nie zaczynałabym od kampanii społecznej ani od przekonywania ludzi, że powinni być bardziej otwarci. Z badań wiemy, że to nie jest szczególnie skuteczne. Stworzyłabym jak najwięcej sytuacji, w których Polacy i Ukraińcy mają coś wspólnie do zrobienia i od siebie nawzajem zależą.

To mogą być wspólne projekty w szkołach, działania w lokalnych społecznościach, inicjatywy sąsiedzkie czy zespoły w miejscu pracy. Dlaczego nie organizować na przykład wspólnych ćwiczeń z obrony cywilnej dla wszystkich mieszkańców – Polaków i Ukraińców?

Ważne jest, żeby ludzie nie byli tylko obok siebie, ale rzeczywiście współpracowali nad czymś, co ma znaczenie dla obu stron.

W psychologii społecznej od dawna wiemy, że właśnie wtedy powstaje poczucie wspólnej tożsamości. Nie przestajemy być Polakami i Ukraińcami, ale zaczynamy być również mieszkańcami tej samej miejscowości, rodzicami dzieci z tej samej klasy czy członkami tego samego zespołu. To wystarcza, żeby osłabić podział na „my” i „oni”.

Myślę, że to byłaby najbardziej skuteczna interwencja, bo nie zmienia deklaracji, tylko codzienne doświadczenia. A to właśnie one najtrwalej zmieniają sposób, w jaki postrzegamy innych.

Solidarność budowana wokół małych, codziennych celów?

Kontakt może poprawiać relacje między grupami, ale nie działa w próżni. Jest skuteczny przede wszystkim wtedy, gdy ludzie wchodzą w niego z choćby minimalną gotowością do poznania drugiej osoby i akceptowania jej odmienności. Można powiedzieć, że kontakt i tolerancja wzajemnie się wzmacniają. Większa otwartość sprawia, że kontakt prowadzi do lepszych relacji, a pozytywne doświadczenia z kontaktu mogą tę otwartość jeszcze pogłębiać. Natomiast jeśli punktem wyjścia jest silna niechęć lub wrogość, sam fakt spotkania rzadko wystarcza, by zmienić postawy, a czasem może nawet utrwalać wcześniejsze przekonania.

To oznacza, że nie wystarczy tworzyć okazji do kontaktu. Równie ważne jest budowanie klimatu społecznego opartego na zaufaniu, otwartości i gotowości do dostrzegania w drugim człowieku partnera, a nie zagrożenia. Dopiero wtedy kontakt ma szansę przynieść trwałą zmianę.

Relacje między Polakami i Ukraińcami nie będą zależały od jednego wydarzenia ani jednej kampanii społecznej. Będą zależały od tego, czy uda nam się budować codzienne doświadczenia współpracy i jednocześnie uczciwie rozmawiać o trudnych sprawach, nie zamieniając ich w konflikt między „nami” i „nimi”.

Prof. Małgorzata Kossowska kieruje Zakładem Psychologii Społecznej oraz Centrum Badań nad Poznaniem Społecznym w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prowadzi program Behaviour in Crisis Lab, poświęcony badaniu zachowań w sytuacjach globalnych kryzysów, w tym wojny w Ukrainie. Interesuje się poznawczymi i motywacyjnymi podstawami złożonych zjawisk społecznych (m.in. ideologii politycznej, uprzedzeń, nierówności społecznych w kontekście kulturowym), zjawiskami odporności na wiedzę, sztywności poznawczej oraz jej związków z rozwiązywaniem problemów społecznych i podejmowaniem decyzji społeczno-politycznych.

Komentarze