Kontynuujemy dyskusję o programie 800 plus. Jan Gromadzki bronił trwałości systemu, Nikodem Szewczyk odpowiadał: Państwowa redystrybucja jest nieskuteczna. Prof. Szarfenberg pisze dla OKO.press: „Spieramy się o symbol, a prawdziwe problemy pozostają bez odpowiedzi”
Debata o 800 plus znów wpada w koleiny. Z jednej strony słyszymy: nie ruszać powszechności, bo to jedyny duży transfer, który działa bez stygmatu i nie gubi ludzi po drodze. Z drugiej: czas ograniczyć wypłaty dla zamożnych rodzin. Skala transferów jest już tak duża, że państwo wydaje coraz więcej, ale skuteczność redystrybucyjna jest mała.
Jan Gromadzki broni powszechności jako warunku trwałości i godności systemu. Nikodem Szewczyk odpowiada: status quo nie jest „neutralne” – ma swój narastający koszt i wypycha z systemu to, co najmocniej pomaga najuboższym.
Obaj mają mocne argumenty. Kłopot polega jednak na tym, że ta wymiana zdań łatwo zamienia się w fałszywy wybór: albo powszechność, albo skuteczność.
Da się inaczej. Tyle że trzecie rozwiązanie nie polega na sprytnym ustawieniu progu dochodowego. Polega na odbudowaniu czegoś, co w polskim państwie opiekuńczym od lat jest osłabiane: filaru proporcjonalnego – czyli wsparcia, które rośnie tam, gdzie ryzyko ubóstwa jest największe.
To, że 800 plus jest powszechne, nie jest dziś prawdziwą osią sporu. Jest nią to, że 800 plus stało się dla wielu rodzin jedynym stabilnym punktem oparcia, a reszta systemu – zasiłki rodzinne, dodatki do nich, pomoc społeczna – jest niedofinansowana, zbyt łatwa do zamrażania progów i zbyt łatwa do zepchnięcia do roli wsparcia tylko dla najbiedniejszych ze skrajnie biednych.
I wtedy dzieje się coś paradoksalnego: powszechność nie jest podstawą do usług i wsparcia selektywnego, tylko zaczyna je zastępować.
Gromadzki nie broni 800 plus dlatego, że „bogaci też mają dzieci”. Broni go dlatego, że w polskich warunkach powszechność jest rozwiązaniem praktycznym:
Szewczyk mówi, że jeśli patrzymy tylko na ryzyka zmiany, to udajemy, że obecny układ jest bezkosztowy. A nie jest. Skala transferów powszechnych i quasi‑powszechnych jest już tak duża, że staje się wyborem architektury państwa opiekuńczego: pieniądze są uwięzione w dużych pozycjach, a inne części systemu (adresowanie ubóstwa, usługi społeczne, mieszkalnictwo, lokalne wsparcie) stoją w miejscu.
W skrócie: Gromadzki ostrzega przed psuciem tego, co działa. Szewczyk ostrzega przed utrwalaniem tego, co nie działa.
Nie ma sporu co do trzech rzeczy.
To właśnie te trzy punkty pozwalają postawić na trzeci wariant – bez udawania, że konfliktu nie ma.
Proporcjonalny uniwersalizm zakłada bazę dla wszystkich i proporcjonalnie więcej dla potrzebujących. Czy więc mówimy o reformie 800 plus tak, by to świadczenie zastąpiło również zasiłki rodzinne i dodatki do nich, czyli część odpowiadającą za proporcjonalność? To by znaczyło, że wszyscy dostają na dziecko 800 zł, ale dolna połowa rozkładu dochodu otrzymuje proporcjonalnie więcej. Czy odwrotnie: 800 plus zostaje bez zmian, a proporcjonalność zostawiamy w zasiłkach rodzinnych i pomocy społecznej?
Tu trzeba postawić kropkę nad „i”.
Trzecie rozwiązanie w polskich realiach to wariant warstwowy.
To ważne także dlatego, że pomysł proporcjonalności w samym 800+ – choć atrakcyjny na papierze – wymaga danych o dochodach i decyzji politycznej, która w Polsce jest dziś po prostu trudniejsza do udźwignięcia niż podniesienie i odblokowanie tego, co już istnieje.
W tym miejscu trzeba mówić uczciwie. Brak waloryzacji 800 plus nie tworzy magicznej przestrzeni fiskalnej. Oznacza tyle, że realna wartość świadczenia co roku trochę spada. To jest ciche, rozłożone w czasie ograniczanie programu – tylko bez politycznej odpowiedzialności za decyzję.
I właśnie dlatego trzecie rozwiązanie może być sensowne: skoro realnie program i tak jest przycinany przez inflację, państwo ma wybór, co zrobić z różnicą między scenariuszem „waloryzujemy” a scenariuszem „zamrażamy”. Ta różnica po kilku latach może mieć skalę liczoną w kilkunastu miliardach złotych.
Tylko że te pieniądze nie pojawią się automatycznie w filarze proporcjonalnym. Mogą równie dobrze zostać „zjedzone” przez inne potrzeby budżetu albo przez zwykłe łatanie deficytu.
Jeśli więc mówimy o „dywidendzie zamrożenia”, to mówimy o decyzji: czy rząd bierze odpowiedzialność za ochronę tych, którzy mają gorzej, czy tylko liczy, że jakoś przeżyją.
Nie wystarczy ogólne hasło „wzmocnijmy zasiłki dla ubogich”. To w Polsce przerabialiśmy. Żeby druga warstwa miała sens, muszą stać się trzy rzeczy – i to w tej kolejności.
Po pierwsze roczna waloryzacja kryteriów dochodowych, minimów i kwot świadczeń. Jeżeli kryteria dochodowe weryfikuje się rzadko, to system sam z siebie wypycha ludzi poza wsparcie. Wysoka inflacja robi z tego maszynkę do oszczędności kosztem najuboższych.
Po drugie realne podniesienie stawek. Zasiłki rodzinne i dodatki do nich muszą znów stać się instrumentem polityki społecznej, a nie wyrzutem politycznego sumienia. Jeśli mają nieść proporcjonalność, muszą być na tyle wysokie, żeby rodziny naprawdę odczuły różnicę.
Po trzecie maksymalny automatyzm i minimum stygmatyzowania. Jeśli druga warstwa ma objąć tych, dla których 800 plus nie wystarcza, nie może opierać się na logice: „kto się nie przebije przez formularze, wizyty w domu i wstyd, ten niech radzi sobie sam”. Tam, gdzie się da, trzeba korzystać z danych administracyjnych, które państwo ma i automatycznych ustaleń, a nie przerzucać całe ryzyko na rodzinę.
W priorytetach rządu pojawia się kierunek porządkowania systemu poprzez przesuwanie części świadczeń rodzinnych w stronę pomocy społecznej i ujednolicanie definicji rodziny, dochodu, kryteriów. Brzmi technicznie. Jednak skutki społeczne mogą być ogromne.
Jeśli w praktyce oznacza to, że wsparcie proporcjonalne zostanie jeszcze mocniej „podpięte” pod logikę pomocy społecznej (bardziej uznaniową, bardziej stygmatyzującą, częściej obwarowaną kontrolą), to filar proporcjonalny nie zostanie odbudowany – tylko zostanie dalej zawężony do najbardziej skrajnych przypadków.
Do tego dochodzi drugi problem: reforma pomocy społecznej – zwłaszcza taka, która wprowadza sensowną, coroczną waloryzację – jest blokowana w samej koalicji rządzącej. A jeśli waloryzacja ma pozostać rzadka i niedostateczna, to warstwa zarówno 800 plus, jak i filar proporcjonalny będą ulegały stopniowej erozji, co będzie uderzało głównie w potrzebujących.
To jest temat medialny, ale nie najważniejszy. Najważniejsze pytanie brzmi: czy Polska chce mieć państwo opiekuńcze z prawdziwą drugą nogą, czy państwo, które wypłaca powszechny transfer i liczy, że to wystarczy.
Gromadzki ma rację, że psucie powszechnego programu może zniszczyć to, co wreszcie zaczęło działać bez upokarzania ludzi. Szewczyk ma rację, że utrzymywanie dzisiejszej struktury wydatków będzie coraz droższe i coraz mniej sensowne.
Trzecie rozwiązanie nie jest więc kompromisem „trochę zabierzemy, trochę damy”. Jest czymś prostszym i zarazem trudniejszym: zostawiamy filar powszechny, ale wreszcie odbudowujemy drugi filar odpowiedzialny za proporcjonalność wsparcia.
Bez jasnego wyboru modelu proporcjonalnego uniwersalizmu – i bez twardych decyzji o waloryzacji, progach i automatyzmie – debata o 800 plus pozostanie sporem o symbol. A problem będzie dalej tam, gdzie jest dzisiaj: w systemie, który najbardziej potrzebującym zbyt często odpowiada ciszą.
Dr hab., profesor na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW, politolog, specjalista w zakresie polityki społecznej, ubóstwa i wykluczenia. Przewodniczący EAPN Polska, członek zarządu ATD Czwarty Świat, członek Zespołu Eksperckiego ds. Usług Społecznych Fundacji Batorego.
Dr hab., profesor na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW, politolog, specjalista w zakresie polityki społecznej, ubóstwa i wykluczenia. Przewodniczący EAPN Polska, członek zarządu ATD Czwarty Świat, członek Zespołu Eksperckiego ds. Usług Społecznych Fundacji Batorego.
Komentarze