0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Władysław Czulak / Agencja Wyborcza.plFot. Władysław Czula...

Konsultacje projektu Programu Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej przewidziane są na przełom lipca i sierpnia. Ale to, co już wiadomo, napawa organizacje pozarządowe niepokojem. Rząd stawia na inwestycje „twarde” – schrony i sprzęt ratowniczy. Wciąż pomija kompetencje miękkie i wiedzę, jaką mają działające lokalnie organizacje. Sieć „Mapuj Pomoc” widzi złe konsekwencje takiego podejścia, bo ma praktykę w zbieraniu informacji o pomocy i koordynowaniu jej w czasach kryzysu – czy to wojna, czy powódź.

— Setki albo tysiące liderów organizacji, które działają niezależnie, ale mają dostęp do skoordynowanej informacji, są ważnym uzupełnieniem systemu, w którym – żeby obrona i pomoc ruszyły – decyzje musi podjąć ktoś w województwie czy centrum — mówi OKO.press Monika Miłowska, prezeska Fundacji To Proste i przewodnicząca Biura Sieci Mapuj Pomoc. — Organizacje w mentalności urzędników to po prostu rój oddolnie działających liderów, których trudno okiełznać. Wydają się chaosem. Dla mnie to wartość, która pokazała swoją moc i siłę w każdym minionym kryzysie.

Program – co warto podkreślić – tworzony jest na podstawie nowej ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej z 2024. Ma potencjał zmienić myślenie o ratowaniu i pomocy w czasie kryzysów. To nie ma być tylko zadanie państwa kierowanego z Warszawy. Ustawa obejmuje także samorządy i organizacje pozarządowe, bo z praktyki pandemii, powodzi czy kryzysu uchodźczego po najeździe Rosji na Ukrainę wynika, że to one pierwsze ruszają do działania, gdy Warszawa zbiera dane i organizuje zespoły kryzysowe.

Choć ustawa tworzy możliwość wydatkowania poważnych pieniędzy na obronę cywilną – ponad 20 mld rocznie przez kolejnych pięć lat – problem z nią był jednak od początku taki, że brakowało jej precyzji. Większość organizacji pozarządowych celowo pominęła z nazwy, pozostawiając możliwość jednostkowego dołączania się do systemu w późniejszym terminie. Postawiła na organizacje z sektora bezpieczeństwa oraz kilka ogólnopolskich tj. Caritas, PCK, OSP, harcerzy. Wszystkie one są ważne. Ale nie wystarczą, by zapewnić Polsce odporność na kryzysy – podkreśla Monika Miłowska.

Teraz to wszystko zaczyna się mścić przy przygotowywaniu nowego programu na lata 2027-2032.

Przeczytaj także:

Infrastruktura bez ludzi

Agnieszka Jędrzejczyk, OKO.press: Czy państwo polskie zaniedbało potencjał społeczeństwa obywatelskiego?

Monika Miłowska, prezeska Fundacji To Proste, inicjatorka i przewodnicząca Biura Sieci Mapuj Pomoc: Prace nad nowym Programem Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej trwają już jakiś czas. Zanim gospodarz projektu, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, zwrócił się do nas, dostawaliśmy kolejne wersje dokumentu od partnerów społecznych – od Związku Miast Polskich oraz Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu. I już było widać, że projektodawca wpada w dawne koleiny. Jakby nie widział społeczeństwa obywatelskiego.

Na tym etapie z projektu zniknął np. zapis, że przynajmniej 5 proc. środków na obronę cywilną pójdzie na organizacje pozarządowe.

Zaprotestowaliśmy i już na początku lipca dostaliśmy zapewnienie, że to wróci w kolejnej wersji dokumentu. Ale w projekcie Programu nadal na sztywno jest wpisane, że część z tych pieniędzy musi iść na ochotnicze straże pożarne. Jaki procent, a może promil, pozostanie dla pozostałych organizacji, tego nie wiadomo.

Poza tym projekt nadal zawiera zapis, że z pieniędzy na obronę cywilną można finansować wyłącznie infrastrukturę. Schrony, wozy strażackie, sprzęt do ewakuacji. Ale nie ludzi.

Tymczasem organizacje pozarządowe wiedzą – i sprawdziły to w praktyce – że w kryzysie sama infrastruktura nie wystarczy. Potrzebne są umiejętności, sieci kontaktów, wiedza. Gdzie i na kogo można liczyć. I komu trzeba pomóc.

Zdaje się, że MSWiA, od specjalistów, przez naczelników, dyrektorów i samego wiceministra Wiesława Leśniakiewicza rozumie to. Ale twierdzą, że nie da się obejść stanowiska Ministerstwa Finansów. A oni powiedzieli: „Żadnych kosztów osobowych”.

Czyli na przykład sieć organizacji pozarządowych przygotowując się do obrony cywilnej, nie może np. sfinansować pracy osób, które będą zbierały informacje do mapy pomocy: jakie organizacje, jakie mają zasoby. Możemy postawić sam system IT do mapowania zasobów, ale nie możemy go zasilić w treści.

Polski Związek Głuchych nie może utrzymać przynajmniej jednego tłumacza migowego, potrzebnego do tworzenia komunikatów w sytuacjach nagłych. ZHP czy Caritas nie mogą opłacić eksperta od zarządzania kryzysowego, który już teraz powinien szkolić swój zespół na czas kryzysu. Fundacja Folkowisko i TRATWA nie mogą szkolić i przygotowywać Ochotniczych Straży Humanitarnych, gotowych do niesienia pomocy poszkodowanym, bo takie działania nie są „infrastrukturą”, tylko pracą ludzką.

Możemy sobie kupić laptopy i agregaty prądotwórcze, ale w sytuacji kryzysowej nie użyjemy ich skutecznie, bo nie będziemy mieli kontaktów i procedur działania.

Nam nie chodzi o utrzymywanie kogoś, kto nic nie robi, ale o faktyczne przygotowanie i opłacanie tego, abyśmy jeszcze lepiej się sieciowali, wymieniali się doświadczeniem i przygotowywali się na najgorsze scenariusze.

Marnotrawstwo przez oszczędzanie

Ministerstwo Finansów ma takie zadanie, by ciąć. I robi to wszędzie, gdzie się da. Przy pomocy społecznej dla najuboższych, przy asystencji dla osób z niepełnosprawnościami, przy ulgach podatkowych dla małżeństw jednopłciowych. Kosztów zakupu uzbrojenia nie zetnie. Ale kapitał ludzki można ciąć – więc tnie.

Z żalem muszę przyznać, że Ministerstwo Finansów robi wszystko, by myśleć, że dla nich wspieranie ludzi w organizacjach to marnotrawienie funduszy. Dużo łatwiej jest wykazać się liczbą wybudowanych schronów i kupionych ciężarówek niż siecią liderów na szczeblu lokalnym.

My wiemy, że to pułapka. Wykazaliśmy to na faktach.

Niezależne raporty Fundacji Batorego, Kuby Wygnańskiego (raport na zlecenie Fundacji PKO BP) i Sieci Mapuj Pomoc, zanalizowały działania pomocowe po powodzi w 2024 r. Luki systemu nie dotyczyły infrastruktury pomocowej, tylko sposobu działania.

Na przykład magazyny. Wiadomo, że na terenie powodziowym większość z nich – poza magazynem wojewódzkim i miejskimi – jest prowadzona przez organizacje pozarządowe. Ten system nie działał jednak sprawnie, bo nie było wiadomo, kto co ma, gdzie są magazyny żywnościowe, a gdzie z meblami lub sprzętem remontowym. Taki system nie powstał do tej pory. Teraz, nawet gdyby organizacje zajmujące się logistyką i magazynowaniem chciały go stworzyć, to nie będą mogły go przetestować.

Z tego samego powodu nie mamy też systemu zbierania i bezpiecznej wymiany informacji o potrzebach osób poszkodowanych. O tym, jakiej pomocy potrzebują, a co już dostały.

Stworzenie takiego systemu nie jest takie trudne. Biuro Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców (UNHCR) udostępniło nam na trzy lata swój system i dzięki temu byliśmy w stanie docierać z pomocą do wszystkich, zgodnie z potrzebami. Fundacja Biedronka, kilkanaście największych organizacji pomocowych podpisały umowy z UNHCR. Wszyscy mieli dostęp do systemu wykazującego, która osoba otrzymała np. bon 500 zł na zakupy. Nie było marnotrawienia środków i podwójnego finansowania jednej osoby. Ale UNHCR działa na rzecz uchodźców. Nie będzie mogło użyczyć swojego systemu w innym kryzysie, a nic naszego nie powstało. Co oznacza, że przy kolejnym kryzysie zaczniemy od zera.

Narastająca frustracja

Stawianie na inwestycje, które da się pokazać, a nie na ludzi, rodzi nie tylko takie ryzyka. Ma konsekwencje polityczne – ze względu na narastającą frustrację ludzi, którzy angażowali się w aktywność społeczną w ciągu ostatnich lat. Władza ich w ten sposób nie zauważa – a doceniłaby ich pracę , zapraszając do dalszego działania. Ale zauważenie tego jest poza kompetencjami resortu finansów. Dlaczego nikt tego nie widzi?

Tego właśnie nie rozumiem. Takie oszczędzanie na tej aktywności wzmaga gigantyczne poczucie niedowartościowania wśród aktywistów.

A pomoc i obrona projektowane w sposób nowoczesny, jak teraz, czyli z włączeniem w to sieci obywatelskich i samorządów, nie zadziałają bez sprawnego obiegu informacji, wypracowanych procedur i kontaktów.

MSWiA musiałoby więc rutynowe podejście resortu finansów przełamać. Nie wystarczy mówić, że rozumieją znaczenie społeczeństwa obywatelskiego.

Tylko że MSWiA, choć nas docenia, to widzi w organizacjach społecznych też źródło kłopotów. Na każdym spotkaniu słyszę, że organizacje są nierzetelne, nie raportują odpowiednio, nie dają pewności, że w godzinie zero zadziałają i zrealizują zadania powierzone ówcześnie przez MSWiA lub wojewodów.

MSWiA bardziej ufa urzędnikom – bo oni na pewno wraz z innymi służbami państwa będą dostępni. A organizacje pozarządowe – nie wiadomo.

Działalność społeczna to ryzyko kłopotów

Może ta nieufność bierze się z pamięci afer z czasów poprzedniej władzy? Wiele organizacji służyło wtedy do wyciągania pieniędzy od państwa. Narodowy Instytut Wolności co chwilę informuje o odbieraniu nienależnie przyznanych dotacji.

Jest jakaś organizacyjna pamięć o złych doświadczeniach, ale nie odnosiłabym tego do „czasów PIS-u”. Organizacje w mentalności urzędników to po prostu rój oddolnie działających liderów, których trudno okiełznać. Wydają się chaosem. Dla mnie to zaś oddolna siła, która działa szybciej niż decyzje centralne. Pokazała to w każdym minionym kryzysie.

Wojna w Ukrainie uczy nas, że skupianie się w relacjach z organizacjami społecznymi na problemach i obawach to anachronizm. Ukraina przetrwała, bo się oddolnie zorganizowała. Z drugiej strony reżim Putina panicznie boi się oddolnej organizacji. Kryzys gospodarczy przetrwa, ale nie to, że ludzie zobaczą się razem w kolejkach po benzynę i zaczną rozmawiać. I może dojdą do jakichś wniosków. Strach Putina to najlepsza reklama oddolnego działania.

Chciałabym powiedzieć, że to już dla wszystkich jasne, ale jeszcze tak nie jest. Administracja w czasach pokoju boi się nowego, bo z tego mogą być problemy. Nawet jeśli urzędnicy rozumieją, że system państwowy w kryzysie nie jest w stanie dotrzeć wszędzie i tak samo szybko, to wiedzą też, że koordynowanie tego to proces – jeśli się nań patrzy z centrum – tak skomplikowany, że po prostu wymyka się z rąk.

Czy premier zauważy?

Da się to jeszcze odkręcić?

Nie rozmawiałybyśmy, gdyby nie było takiej szansy. W tej chwili robimy wszystko z kluczowymi organizacjami pomocowymi z całej Polski, by nowy Program uwzględnił realne potrzeby przygotowania całego społeczeństwa. Tyle że – jak już zauważyłyśmy – decyzja o tym nie należy do MSWiA. To chyba rola premiera.

Z jego perspektywy organizacje zrobiły swoje, organizacje mogą iść do domu.

Takie głosy słyszę coraz częściej. Wciąż mam nadzieję, że tak nie jest. Rozumiem, że sytuacja kraju jest poważna. Syreny alarmowe wyją w ramach testów. Na obronę idą ogromne środki – ale nie na to, co jest najważniejsze do włączenia społeczeństwa obywatelskiego w system ochrony ludności i obrony cywilnej

Wszyscy, którzy mają już doświadczenie w oddolnym działaniu, wiedzą, że tak naprawdę bez umożliwienia wymiany informacji między instytucjami publicznymi a organizacjami społecznymi system będzie dziurawy.

Taką wymianę umożliwiłby m.in. przedstawiciel organizacji pozarządowych w zespołach zarządzania kryzysowego.

Tymczasem MSWiA ten mechanizm w ustawie odrzuciło. Ministerstwo nie wierzy, że jako organizacje pozarządowe jesteśmy w stanie spośród swoich przedstawicieli wybrać reprezentanta, który zasiadłby w zespole zarządzania kryzysowego. Poza tym nie wiadomo, kto zostanie wskazany do tych lokalnych sztabów – a może mieć dostęp do wrażliwych danych.

Może naprawdę boją się szpiegów?

Zakładają, że urzędnik jest z założenia uczciwy, a człowiek, który działa społecznie, nie? Są przecież mechanizmy kontroli, jest ABW. Tu chodzi o to, by w każdej gminie, powiecie, w demokratyczny sposób zostały spośród organizacji społecznych wybrane osoby, które – na zmianę – mogą w razie potrzeby zadziałać i włączyć w obronę sieć obywatelską.

A jak z danymi w takim systemie? Czy są bezpieczne? Zyskanie namiarów na aktywnych obywateli to nie lada gratka dla takiego Putina.

Oczywiście, że taki niepokój i ryzyko mogą się pojawić. Ale po to są systemy zabezpieczeń. Założenie, że skoro jest ryzyko, to lepiej nic nie robić, nie ma sensu.

Nasza baza Mapuj Pomoc, zbierająca potencjał organizacji społecznych i pomocowych, ma poziomy dostępu z różnymi ograniczeniami. Nie pokazujemy tego na zewnątrz. I szyfrujemy dane. Tak działają podobne bazy danych na świecie.

Ostatnio w ramach Mapuj Pomoc długo dyskutowaliśmy, jak poprawić naszą pracę. Rozmawialiśmy o naszej strukturze i o tym, czy np. nie przydaliby się koordynatorzy wojewódzcy

Wyszło nam, że potencjałem naszej sieci są jej „mikropodzespoły”. Setki, tysiące liderów lokalnych organizacji, które działają niezależnie, ale mają dostęp do informacji i znają te same procedury. To jest to dużo lepsze od systemu, w którym nic się nie zdarzy, póki decyzji nie podejmie ktoś w województwie czy w centrum.

To dlatego Rosja nie pokonała Ukrainy. Tysiące czy też setki tysięcy Ukraińców drukuje dziś u siebie mikrochipy do dronów. Nie ma jednej fabryki, tylko oddolna organizacja.

Nie chodzi chyba tylko o to, że to system skuteczny. Ale o to, że wykorzystuje ogromną chęć działania dla wspólnego dobra. I ta chęć jest teraz w Polsce marnotrawiona, bo zarządza nią minister finansów.

Póki jeszcze nie zostało to zatwierdzone, to warto alarmować, że możemy stracić coś ważnego. Konsultacje miały być pod koniec lipca. Czekamy na informację.

Na zdjęciu Agnieszka Jędrzejczyk
Agnieszka Jędrzejczyk

Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)

Komentarze