Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.plFot. Slawomir Kamins...

Dlaczego właściwie mielibyśmy nie skorzystać z miliardów złotych, które dziś ma NBP jako papierowe zyski wynikające ze wzrostu cen złota? Jak są jedynie teoretyczne, to się marnują, a mogłyby stać się zupełnie realne i posłużyć do zwiększenia bezpieczeństwa Polski.

Dlatego, że wymyślili to polityczni wrogowie? To za słaby argument. Zresztą PSL, będący przecież częścią koalicji rządzącej, podważył go, proponując własną wersję prezydenckiego programu SAFE 0 proc., która jest rozwinięciem koncepcji prezydenta Karola Nawrockiego i prezesa NBP Adama Glapińskiego. I to rozwinięciem w zakresie politycznym, a nie ekonomicznym.

Przeczytaj także:

PSL zaczyna nową grę

Zasadniczo PSL mówi tak: prezydent ma bardzo dobry pomysł, zróbmy to, z jedną tylko różnicą – to nie prezydent powinien mieć decydujący głos w sprawie funduszu zarządzanego przez Bank Gospodarstwa Krajowego, do którego miałyby trafić zyski ze sprzedaży złota, a rząd. Prezydent w swoim projekcie ustawy o SAFE 0 proc. zapewnia sobie kontrolę nad tym funduszem, a więc decyzje w sprawie polityki obronnej, a to domena rządu.

Projekt PSL tę władzę prezydentowi odbiera, o czym szczegółowo pisał Piotr Pacewicz, stawiając jednocześnie tezę, że może warto, by cała koalicja rządząca stanęła z PSL w jednym szeregu w tej sprawie i dopuściła projekt PSL-u do debaty i głosowania w Sejmie. To byłoby powiedzenie „sprawdzam” PiS-owi.

„Głosując przeciw, Kaczyński pokazałby, że w propozycji Nawrockiego nie chodziło o polskie bezpieczeństwo, lecz o utworzenie kolejnego duopolu instytucjonalnego, w ramach którego prezydent zyskałby niekonstytucyjny wpływ na politykę obronną państwa” – pisał Piotr Pacewicz.

Chodziło też o to, by dać paliwo prawicowym mediom, żeby mogły pisać o „szajce zdrajców i volksdeutschów, która próbuje zadłużyć Polaków u Niemców na miliardy euro”.

A tak, rząd mógłby powiedzieć: próbowaliśmy skorzystać z pomysłu prezydenta. „Próbowaliśmy”, bo prawie niemożliwe jest, żeby PiS zagłosował za projektem koalicji rządzącej – pisze Piotr Pacewicz.

I tu oderwijmy się od politycznego szachowania się w Sejmie. Bo właściwie dlaczego poparcie całej koalicji dla SAFE 0 proc. w wersji PSL miałoby być jedynie polityczną grą? Dlaczego rzeczywiście nie sięgnąć po te pieniądze z niezrealizowanych obecnie zysków na złocie leżącym w NBP? Przecież inne kraje tak robią.

Nie dajcie się zwieść Francji

Prawicowe media, te same, które chętnie krzyczą o tym, że „Tusk woli toksyczną niemiecką pożyczkę od polskiego złota”, zachwyciły się niedawno Francją, która właśnie zrealizowała plan Nawrocki&Glapiński na swoim podwórku i z całej operacji zgarnęła prawie 13 mld zł.

Zresztą nie jedna Francja sprzedawała w ostatnim czasie złoto z rezerw swoich banków centralnych, choć światowy trend w ostatnich latach jest taki, że banki centralne złoto dokupują.

Złoto sprzedawała również Turcja. To dlaczego my nie możemy zrobić tego samego?

Bo sprzedaż w Turcji i we Francji ma się nijak do polskiego pomysłu, choć we wszystkich przypadkach mówimy niby o transakcjach sprzedaży złota z rezerw.

Zacznijmy od Turcji. „Turcja po prostu musiała sprzedać złoto, bo to była jedna z nielicznych wartościowych rzeczy, jaką miał tamtejszy bank centralny i w kontekście ryzyka politycznego, tego, że kraj ten jest uzależniony od surowców z Zatoki Perskiej, nie było wyjścia – musieli sprzedawać złoto, żeby ratować swoją walutę” – wyjaśnia OKO.press dr Marcin Mrowiec, główny ekonomista Grant Thornton i autor książki „Austriacka Szkoła Ekonomii. Jak może pomóc wyjaśnić stagnację gospodarki Japonii”.

I przypomina, że lira turecka zresztą od dawna ma duże kłopoty, bo jeszcze we wczesnych latach 2010. za 1 zł można było kupić 0,5 liry tureckiej, a teraz 12 lir. „To pokazuje skalę osłabienia tureckiej waluty, a sprzedaż »złota rodowego« była jedynym wyjściem, żeby nie było jeszcze gorzej” – mówi ekonomista. Turcji więc w to nie mieszajmy.

Z kolei sprzedaż złota we Francji to jeszcze inny przypadek, który wręcz został pozytywnie odebrany przez rynki. Rzecz w tym, że francuski bank centralny owszem, sprzedał i zaraz odkupił złoto, owszem, dużo na tym zarobił, ale to nie był cel.

„Francuzi dokonali po prostu repatriacji swojego złota, ale zamiast przewozić je samolotami czy okrętami wojskowymi, sprzedali to złoto ze skarbców w Nowym Jorku i odkupili złoto w Europie. To był jeden powód. Drugi był taki, że tym samym zaktualizowali tzw. standard swojego złota. To, które trzymali w Nowym Jorku, było odlewane jeszcze według starego standardu, a odkupili sztabki odlewane już według nowego. I przy okazji uwolnili sobie zysk ze złota. To było po prostu sensowne i rynki oceniły, że Francja wie, co robi – wyjaśnia dr Marcin Mrowiec.

To dlatego Francja nie została skarcona przez rynki międzynarodowe, a Polska mogłaby skarcona zostać. Teoretycznie. Francja na sprzedaży i odkupieniu złota zarobiła, ale przy okazji. Polska chciałaby to zrobić wyłącznie w tym celu, a takie machinacje mogłyby zostać źle ocenione przez rynki i zaszkodzić Polsce.

Prawda czy fałsz? Sprawdźmy, bo od tygodni słyszmy to w debacie publicznej po stronie przeciwników SAFE 0 proc. w wersji Nawrocki&Glapiński.

Byle nie sprzedawać zbyt gwałtownie

Raczej fałsz – uważa Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego.

„Mamy specyficzne okoliczności, wojnę tuż przy naszej granicy, bardzo dynamiczną sytuację na świecie – w takich warunkach wydatki na bezpieczeństwo i zbrojenia nie są przez nikogo kwestionowane, także przez rynki finansowe. Problem w tym, że wystarczającej ilości funduszy na sfinansowanie tych wydatków dziś nie mamy i nawet gdybyśmy chcieli wykorzystać rezerwy złota NBP, żeby je pozyskać, to nie zadziałoby się to szybko. W takim scenariuszu rynki finansowe może nie reagowałyby gwałtownie negatywnie, ale nadal z pewnością bardzo przyglądałyby się całej operacji” – uważa Monika Kurtek.

Zdaniem ekonomistki rzeczywiście w hipotetycznym scenariuszu zakładającym, że NBP złoto sprzedaje szybko i to w tak dużej ilości, żeby niemal natychmiast sfinansować z tych zysków nasze potrzeby zbrojeniowe, rynki finansowe odebrałyby takie działanie jako coś nietypowego, czyli zareagowałyby na to źle.

To oznaczałoby zapewne osłabienie złotego, wyprzedaż obligacji rządowych, a tym samym problemy dla Ministerstwa Finansów z emisją nowego długu i kosztami jego obsługi. Sama sprzedaż złota nie musiałaby mieć bezpośredniego wpływu na inflację, ale już osłabienie złotego – jak najbardziej.

Tylko że nikt raczej nie zakłada, że taka sprzedaż odbyłaby się na wielką skalę, szybko, w jednym momencie. A przy sprzedaży złota w powolnym tempie reakcje rynkowe, jeśli byłyby negatywne, mogłyby być tylko przejściowe, czyli w gruncie rzeczy nieszkodliwe.

Gorzej, gdyby cała ta operacja spowodowała reakcję agencji ratingowych, to teoretycznie jest możliwe, bo one bardzo uważnie patrzą na finanse publiczne. A to już mógłby być problem długoterminowy, bo nastąpiłby wzrost awersji do ryzyka, trwałe osłabienie złotego, wycofywanie się inwestorów zagranicznych z Polski – zauważa Monika Kurtek.

Podsumowując więc: ryzyko, że Polska oberwałaby za realizację zysków na złocie z NBP, jest nieduże.

Debatujemy o zyskach, a mamy stratę

Fałsz. Zdecydowanie fałsz – uważa dr Marcin Mrowiec.

„Zacznijmy do tego, że w tych propozycjach, które padały, nigdy nie było mowy o sprzedaży złota w sensie zmniejszenia jego rezerw. Clou dyskusji polegało na tym, czy musimy sprzedać złoto, żeby pokazać w bilansie banku zysk, czy możemy nie sprzedawać, tylko wykorzystać jakiś księgowy trik, który pozwoli wykazać zysk.

I z góry wiadomo, że takiego triku nie ma, a sytuacja, w której najwyżsi urzędnicy państwowi o takich trikach rozmawiali, było sytuacją żałosną, bo gdyby porozmawiali z jakimkolwiek byłym czy obecnym członkiem RPP, od razu dowiedzieliby się, że zysk można pokazać w sposób niebudzący żadnych zastrzeżeń, jedynie sprzedając faktycznie złoto. Przy czym w następnym ułamku sekundy możemy je odkupić po tej samej cenie – złota nadal mamy tyle samo, a różnica pomiędzy ceną zakupu sprzed lat a aktualną ceną sprzedaży jest zyskiem. I sytuacja jest czysta” – wyjaśnia dr Mrowiec.

„Tymczasem drugi pomysł, który miał być jakimś trikiem księgowym, był tylko zasłoną dymną, że niby tęgie głowy w NBP myślą, a tam nic nie było do wymyślenia. To była tylko szopka” – dodaje.

A więc mamy realnie na stole tylko jedną opcję – sprzedać złoto i je odkupić. I w takiej sytuacji ekonomista żadnego ryzyka czy negatywnych konsekwencji dla Polski nie widzi. Takie ryzyko byłoby, gdyby plan polegał na pozbyciu się części złota, czyli zmniejszeniu jego rezerw tylko po to, żeby zysk z tego przejeść.

„Pamiętajmy, że wartość złota w rezerwach NBP to jest ok. 310 mld zł, tymczasem deficyt sektora finansów publicznych w tym roku zgodnie z założeniami rządu to 390-420 mld zł. Czyli gdybyśmy sprzedali całe złoto, jakie mamy, to nie wystarczyłoby nawet na pokrycie deficytu Polski tylko za ten jeden rok. A przecież te rezerwy nie służą do tego, żeby je przejeść w rok, tylko mają być kotwicą wartości polskiej waluty na lata i dekady” – mówi dr Marcin Mrowiec.

Ekonomista jest więc zdecydowanym przeciwnikiem zmniejszania rezerw złota, ale jest też i przeciwnikiem sprzedaży i natychmiastowego odkupienia tego złota, by wykazać zysk.

„Wcale nie dlatego, że to by oznaczało jakąś manipulację ze strony NBP czy polityków, więc rynki by nas za to ukarały. Rynki same ciągle kupują i sprzedają dla zysku, a na nas i na inne kraje patrzą raczej z ogólnego punktu widzenia, oceniając, czy robimy rzeczy sensowne, czy bezsensowne” – mówi dr Mrowiec.

I wyjaśnia: „Jestem przeciwnikiem po prostu dlatego, że zapominamy o tym, że NBP ma stratę, a my mu chcemy zabierać mu zyski. Ze wstępnych szacunków wynika, że w tym roku NBP będzie miał 40-50 mld zł straty za 2025 roku i to powinno budować cały kontekst dyskusji o zyskach ze złota, gdyby one rzeczywiście zostały wygenerowane.

Bo jeśli bank centralny miałby zyski ze sprzedaży złota, to one powinny w pierwszej kolejności zmniejszać ogólną stratę. A fakt, że prezes NBP wraz z panem Nawrockim wpadają na pomysł, że oni sobie ten zysk bokiem wykroją, żeby zrobić rządowi na złość, jest niepoważny. I całe te przepychanki polityczne są bezsensowne. I to one Polsce szkodzą”.

I tak już mleko się rozlało i wyszliśmy na niepoważnych

Same przepychanki polityków nam szkodzą, a nie potencjalna transakcja na złocie?

„Jak powiedziałem, jestem przeciwnikiem realizacji zysku na złocie, by go wykorzystać gdzieś indziej, ale jednocześnie wcale nie uważam, że sam fakt ruszania tego złota przez polityków wyrządziłby nam jakąś szkodę w sensie kary wymierzonej przez rynki międzynarodowe, bo w gruncie rzeczy mleko się już rozlało” – mówi Marcin Mrowiec.

I dodaje: „Ja to widzę tak: gdyby wszystkie strony sceny politycznej się dogadały i ogłosiły, że mają taki wspólny plan, by zysk na złocie zrealizować, nie pomniejszając jego rezerw, to nawet gdyby rynki nie widziały w tym większego sensu, bo moim zdaniem jego tam nie ma, to rynek by to zaakceptował, uznając, że to niczemu nie szkodzi, tak zdecydowali, nie ma tematu.

Ale kiedy polski bank centralny ma poważne straty, za lata 2022-2025 roku sumaryczna strata będzie bliska 100 mld zł, to ewentualne zyski na złocie powinny zmniejszać stratę banku centralnego i kropka”.

Problem jest w czym innym.

„Kiedy z dnia na dzień prezes banku centralnego wychodzi ramię w ramię z panem Nawrockim i ogłaszają pomysły, które nie wiadomo, na czym mają polegać, to to jest niepoważne i cala ta dyskusja jest dla nas szkodliwa. Może nie bardzo szkodliwa, może to nie jest coś, co bezpośrednio w Polskę uderza, ale to jednak pokazuje, że władze są niepoważne. A jeśli rynki mają taką konotację, że władze są niepoważne, to oznacza, że mogą oczekiwać, że i w przyszłości będą się zachowywały niepoważnie w poważnych sytuacjach, które mogą nadejść. W tak rozchwianym świecie jak dziś wiarygodność jest potrzebna” – podkreśla ekonomista.

Tymczasem jego zdaniem zachowanie prezesa Glapińskiego u boku prezydenta Nawrockiego może nasuwać podejrzenia o naruszenie niezależności banku centralnego. „Bo gdyby jako niezależny prezes banku centralnego uznał, że to dobry pomysł, powinien najpierw przedyskutować szczegóły z zarządem NBP czy też z Radą Polityki Pieniężnej i pójść z konkretami do rządu, a następnie po prostu to zrobić. Tymczasem byliśmy świądami politycznego teatru o wątłych podstawach merytorycznych. I w zasadzie szkoda, która mogła się wydarzyć, już się wydarzyła” – zaznacza.

„Niemcy nas biją” to nie jest argument

Choć nie należy też dramatyzować. Ekonomista podkreśla, że ostatecznie ciągle jesteśmy częścią koszyka Emerging Markets, gdzie różne rzeczy się zdarzają i to też nie była największa tragedia, jaka się wydarzyła. „To po prostu ugruntowuje na świecie przekonanie, że nasze władze są nie do końca poważne" – mówi dr Mrowiec.

A gdyby politycy doszli do porozumienia i rząd przychylił się do propozycji zrealizowania zysków z rezerw złota i wykorzystania ich na wydatki zbrojeniowe, nie byłoby kłótni, NBP nie zajmowałby więc żadnej ze stron, przyklejając się do polityki, to co?

„To rynki wzruszyły ramionami i przeszły nad tym do porządku dziennego, cały czas nie rozumiejąc, że skoro Polska i tak się zadłuża, to dlaczego nie chce skorzystać z tańszego kredytu z długą karencją i jeszcze możliwością rozwoju naszego przemysłu zbrojeniowego i zwiększenia jego eksportu, to dlaczego nie tego nie wziąć?

Bo jeśli w umowie dot. europejskiego SAFE są jakieś rzeczy, które są dla nas groźne, to niech one zostaną wskazane i nazwane, a ja jako ekonomista będę mógł się do tego odnieść. Ale jeśli zarzut wobec europejskiego SAFE jest taki, że »Niemcy nas biją«, to to jest niepoważne, bo politycy po prostu okładają się grabkami w politycznej piaskownicy”.

A gdyby płacono 50 tys. dol. za uncję zamiast 5 tys. dol.? Też byśmy nie sprzedali?

Fałsz – zdaje się uważać Marcin Materna, dyrektor działu analiz w Biurze Maklerskim Banku Millennium.

Nie mówi tego wprost, że rynek by nas za to nie ukarał, widzi wiele minusów i pułapek naruszenia rezerw złota, ale w opinii opublikowanej w Business Insider niespełna miesiąc temu pyta, czy naprawdę dogmat nienaruszalności rezerw jest absolutny?

A gdyby nagle jutro cena złota podskoczyła z obecnych niespełna 5 tys. dol. za uncję do 50 tys. dol., a tym samym niezrealizowane zyski z inwestycji zbliżyły się do 3000 mld zł, to co? Czy wtedy zwolennicy nienaruszania rezerw dalej staliby na swoim stanowisku?

Jego zdaniem prawdopodobnie to zupełnie zmieniłoby tę debatę, choć oczywiście nie bezwzględnie, bo ciągle kluczowe byłoby zagwarantowanie, że taka sprzedaż jest jednorazowa, by w przyszłości NBP nie został sprowadzony do roli instytucji finansującej bieżące potrzeby polityczne oraz środki musiałyby być bardzo mądrze wykorzystane m.in. z uwzględnieniem ryzyka proinflacyjnego.

„Wydaje się, że istnieje jakaś cena graniczna kruszcu, czy raczej wartość dodatkowego zysku NBP, przy której wykorzystanie wspomnianych dochodów (choćby częściowe) ma więcej plusów niż minusów w porównaniu do trzymania go w skarbcu” – pisze Marcin Materna, przesuwając tę dyskusję w jeszcze inną stronę.

Podsumowując, wydaje się, że pozornie merytoryczny argument „nie można zrealizować zysków na złocie według pomysłu prezydenta i szefa NBP, bo to nadszarpnie zaufanie do banku centralnego, osłabi złotego, a cały świat zacznie wyprzedawać nasze obligacje” jest nieprawdziwy, albo przynajmniej bardzo wątły.

Tak, moglibyśmy sprzedać i od razu odkupić złoto, jak zrobiła to Francja. Moglibyśmy to zrobić nawet z zupełnie innych pobudek i prawdopodobnie (pod pewnymi warunkami) nadal nie zaszkodziłoby to Polsce, ministrowi finansów ani złotemu.

Bo szkoda już się wydarzyła tego dnia, kiedy prezydent Nawrocki z prezesem Glapińskim stanęli ramię w ramię, opowiadając coś, czego nikt nie rozumiał. I sami też nie rozumieli za wiele poza tym, że chcą się trzymać razem przeciwko Tuskowi, który na pewno, jak zawsze, chce trzymać z Niemcami.

A tymczasem Tusk może spokojnie trzymać z Kosiniakiem w sprawie SAFE 0 proc. i nawet z Jarosławem Kaczyńskim, gdyby wydarzył się cud i ten zechciał jednak zagłosować za SAFE 0 proc. PSL-u.

A więc tak, Piotr Pacewicz ma rację, pisząc, że rząd może sprawdzić Nawrockiego Kosiniakiem, bo nawet jeśli wpadnie we własne sidła i ustawę przegłosuje, choć chciał tylko zablefować, nic złego się nie stanie.

Agata Kołodziej

Dziennikarka ekonomiczna, publicystka spidersweb.pl i autorka podcastów Forum IBRiS, w których akurat sięga częściej po tematy społeczne niż ekonomiczne. W gospodarce zainteresowana głównie makroekonomią, finansami i bankowością, a także rynkiem nieruchomości. Wcześniej związana z Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowała także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”

Komentarze