0:00
Prawa autorskie: Marcin Kucewicz / Agencja Wyborcza.plMarcin Kucewicz / Ag...
06 lipca 2022

Tusk nie proponuje, Tusk wyraża wkurzenie. I wskazuje, kto jest winny. Czy to wystarczy, by wygrać?

„Po raz pierwszy w Polsce mamy bunt społeczny. To nie czas na propozycje, to czas na wyrażanie gniewu, wkurzenia ludzi” - powiedział mi polityk Platformy po konwencji, która 2 lipca 2022 odbyła się w Radomiu. Tego dnia Donald Tusk nie proponował rozwiązań, starał się być głosem ludzi. Nauczycieli, policjantów, osób dotkniętych inflacją i cenami energii

Wydrukuj

W przemówieniu Donalda Tuska podczas konwencji w Radomiu 2 lipca próżno by szukać konkretów programowych albo dookreślenia, w którą stronę ideowo idzie Platforma. To, co przedstawił Tusk, to raczej poszukiwanie najszerszego wspólnego mianownika dla wyborców. No bo kogo nie wkurzają rosnące ceny? Któż nie jest za tym, by chronić dzieci przez drapieżcami w sutannach?

Przewodniczący PO złożył jednak trzy obietnice:

  • „Jedną z pierwszych decyzji będzie powołanie zespołu prokuratorów w sprawie pedofilii, a nie komisji parlamentarnej, która udaje, że kogoś ściga”;
  • „[Adam Glapiński] nie będzie ani jednego dnia dłużej prezesem NBP i nie trzeba będzie ustawy. [...] gościa wyprowadzić z NBP. Ja to zrobię, ja to wam gwarantuję”.
  • „Skończy się PiS, skończy się drożyzna”.

A właściwie cztery. Ta czwarta brzmi: Platforma wygra wybory parlamentarne.

Zwarci i gotowi

Konwencja miała być pokazem siły. Trybuny Radomskiej Hali Sportu, na których w ostatnich tygodniach zasiadali kibice siatkówki, uczestnicy gali MMA czy fanki Igi Świątek, tym razem zapełnili działacze i działaczki Platformy Obywatelskiej. Do Radomia przyjechało 7 tysięcy osób, twierdzą organizatorzy.

Prowadzący konferansjerkę Monika Wielichowska i Jan Grabiec zachęcali do robienia sobie selfie z sąsiadami z trybun i wrzucania ich do mediów społecznościowych z hasztagiem „Konwencja przyszłości”. Z dobrym skutkiem - Platforma tego dnia wygrała na Twitterze.

View post on Twitter

Miało być entuzjastycznie i tłumnie (i było). A komunikat o tym, że Platforma jest w najwyższej formie, skierowany był przede wszystkim do jej własnych działaczy, bo to w nich Donald Tusk wciąż próbuje wzbudzić przekonanie, że umieją wygrywać. W sensie bardzo praktycznym tej ich wiary będzie potrzebował jako paliwa do prowadzenia bodaj najdłuższej w III RP kampanii wyborczej. Ale adresatam słów „siła jest tutaj” był też Jarosław Kaczyński oraz inne partie opozycyjne.

PiS jest w stanie demobilizacji, o czym donoszą różne media, m.in. Polityka Insight. Partia Kaczyńskiemu zasnęła. Trochę dlatego, że obrosła w przywileje władzy, a trochę z tego powodu, że szeregowi działacze są zniechęceni. Po raz pierwszy bowiem na dużą skalę muszą się mierzyć z niezadowolenim własnych wyborców (przypadek Pacanowa). Po sieci krążą filmiki, jak partyjny wodzirej PiS przygotowuje działaczy do gorliwych okrzyków.

Platforma odpowiedziała na to konwencją, która pokazywała, że największa partia opozycyjna działa jak jedna pięść. Tłumy działaczy i jedność liderów. Na konwencji głos dostali przedstawiciele różnych frakcji, tak jakby nie było żadnych wewnętrznych konfliktów.

A partie opozycyjne wciąż nie chcą oddać Tuskowi hołdu lennemu i przyznać, że to on jest liderem opozycji (sam tak siebie w Radomiu określił). Wielka konwencja to sygnał: to my mamy środki, to my mamy ludzi, to my wiemy, co robić. Ale czy na pewno?

Księgowa z Końskich, nauczycielka z Mielca

Centralnym punktem konwencji było przemówienie Donalda Tuska - świetne dramaturgicznie, wygłoszone bez kartki ciągiem przez kilkadziesiąt minut. Oparte na tyleż prostym, co skutecznym pomyśle: Tusk wyszukiwał na sali osoby, które spotkał w różnych miejscach podczas objazdu po Polsce i z którymi rozmawiał głównie o inflacji, cenach energii i Polskim Ładzie.

Księgowa Anna z Końskich, rolnik Tomasz z Dolnego Śląska, inspektor Mariusz, nauczycielki: Agnieszka z Korczewa, Basia z Mielca, Marta ze Skarżyska Kamiennej, prowadzący bistro Tomasz z Białogardu - byli żywym uosobieniem najróżniejszych krzywd i kłopotów, które spadają na ludzi za obecnych rządów.

Nawet jeśli takie zabiegi są precyzyjnie przygotowanym politycznym spektaklem (a są), to działają na wyobraźnię i emocje. Budują wrażenie, że lider naprawdę mówi w imieniu zwykłych ludzi i naprawdę zna ich problemy. Że de facto to nie on oskarża władze o błędy i zaniechania, tylko obywatelki i obywatele. I w zasadzie to był najważniejszy przekaz konwencji.

Zgrzytem było utrudnianie pracy dziennikarzom. Organizatorzy chcieli, żebyśmy pozostali w zamkniętej przestrzeni na czwartym piętrze hali, za szybą. To niemal jak oglądanie wydarzenia z domu - tylko z gorszym widokiem. Nie podporządkowałam się temu i pozostałam na płycie, wśród działaczy Platformy.

Tusk się nie boi

„To trochę takie Końskie” — powiedział mi przed konwencją polityk opozycji (lecz nie z Platformy), którego zapytałam, czemu Platforma właśnie Radom wybrała na otwarcie swojej kampanii.

Końskie, 23-tysięczne miasteczko w świętokrzyskiem, rozsławiła wypowiedź Grzegorza Schetyny z 2016 roku, że wyborów nie wygrywa się w Wilanowie, tylko właśnie w Końskich. W 2019 wygrał tam PiS (54 proc. głosów, KO i Lewica po 16 proc.). Końskie zresztą leży nie tak daleko od Radomia - godzinę drogi samochodem.

Nawiązanie do Końskich wydaje się całkiem trafne.

Tusk wjechał PiS-owi na jego terytorium.

Dwa lata temu Rafał Trzaskowski nie przyjechał do Końskich na debatę prezydencką organizowaną przez TVP. Przez całą kampanię kandydat Platformy powtarzał, że chce się bić, ale jak przyszło do realnej bitki, to stwierdził, że jest ustawiona i on nie będzie się tak bawił. Ominięcie Końskich to być może największy błąd kampanii Trzaskowskiego (choć jego współpracownicy do dziś twierdzą, że decyzja, by tam nie jechać, była słuszna).

Tusk wysyła sygnał, że on się nie boi, będzie walczył o wygraną nawet tam, gdzie PiS ma ewidentną, potwierdzoną wielokrotnie w wyborach przewagę.

Trzeba też jednak zaznaczyć, że gdyby w 2020 roku Trzaskowski wyszedł na ring w Końskich, wziąłby udział w realnej konfrontacji. Gest Tuska jest symboliczny. Przewodniczący PO przemawiał wśród swoich, hiperentuzjastycznych zwolenników. Nie poszedł w miasto, nie rozmawiał z mieszkańcami Radomia. Skargi, których słuchał, były dokładnie wyselekcjonowane. A kiedy pytałam na ulicach Radomia ludzi, co powiedzieliby Tuskowi, słyszałam: „Żeby tu nie przyjeżdżał. Żeby wracał do Brukseli”. Co by im odpowiedział?

Odzyskać miasta trzeciego szeregu

Zorganizowanie konwencji w Radomiu wydaje się też sygnałem, że Platforma nie zamierza oddać Polski regionalnej PiS-owi i będzie walczyć o poparcie nie tylko w metropoliach.

Rok temu, podczas Campusu Przyszłości zorganizowanego przez Rafała Trzaskowskiego i jego współpracowników Paweł z Kościana zapytał Tuska, co Platforma ma do zaproponowania mniejszym ośrodkom. Bezradny wobec tego pytania Tusk odpowiedział wtedy, że należy kochać swoje małe ojczyzny tak jak on kocha Sopot. Później była konwencja PO w Płocku. Teraz Radom.

O Radomiu powiedział mi polityk opozycji: „Miasto, któremu kilka razy odbierano godność”. Jak opowiadają mieszkańcy miasta i historycy, po wydarzeniach 1976 roku Edward Gierek uwziął się na miasto i blokował jego rozwój. W późniejszych latach zresztą nie było lepiej.

„Radom to miejsce, w którym jak w soczewce skupiają się wszystkie błędy transformacji. Pod koniec lat 90. bezrobocie sięgało tu 30 proc. To był straszny regres dla miasta. Straciło nagle funkcję miasta wojewódzkiego i nie dostało nic w zamian. Od lat 90. nie powstała w Radomiu żadna ważna na skalę kraju inicjatywa, nawet kulturalna czy rozrywkowa. Ludzie zaczęli z Radomia po prostu uciekać lub codziennie dojeżdżać do pracy do Warszawy” - mówiła OKO.press niedawno Natalia Kobza z organizacji Wojewódzki Radom.

Tusk nawiązał do przeszłości, powiedział wręcz: „Jak tak spojrzymy na Radom roku ’76, jak spojrzymy na Polskę dzisiejszą, to muszę wam powiedzieć, że ten obraz jest tak podobny”. Ale chociaż na tę historię bardzo łatwo tu trafić (zupełnym przypadkiem trafiliśmy na uczestniczkę protestów z 1976 roku), Radom ma też (przede wszystkim!) teraźniejszość.

„Trzeci szereg dużych i średnich miast to także ta grupa, w której decydować się będzie nie tylko los mieszkańców tych miast - ale także okolic, wobec których odgrywają służebną rolę” - pisze prof. Rafał Matyja w książce „Miejski grunt. 250 lat polskiej gry z nowoczesnością”. Wśród takich miast wymienia Częstochowę, Bielsko-Białą i właśnie Radom. Pisze, że to miasta, które utraciły „licencję na rozwój”. O tym, jak Radom tę licencję mogłyby odzyskać, Tusk się nie zająknął. Radom pozostał symbolem, historycznym sztafażem na potrzeby przemówienia, a nie realną przestrzenią z rzeczywistymi problemami.

Mimo wszystko ta wizyta pokazuje, że Platforma próbuje szukać elektoratu poza swoimi bastionami.

„Dużo rzeczy dzieje się w Warszawie, osoby, które są z mniejszych miejscowości czasami czują się wykluczone, a dzięki temu, że jest to poza Warszawą może jest to bardziej dostępne” - powiedziała uczestniczka konwencji 20-letnia Agata z Jastrzębia Zdroju. Może to wystarczy?

Najważniejsze pytanie Tuska

Jeśli ktoś oczekiwał, że to właśnie w Radomiu Platforma przedstawi zalążki programu, to musiał się rozczarować. Na razie programem jest programowe niedookreślenie.

Zamiast tego Tusk postawił pytanie, które zapewne zdefiniuje kampanię wyborczą.

Podwyżki cen gazu, prądu, mąki, wzrost cen nawozów, niskie płace nauczycieli („4 proc. podwyżki przy inflacji 16 proc.”), problemy placówek gastronomicznych („Są prognozy które mówią, że być może nawet jedna trzecia polskich placówek gastronomicznych nie przetrwa do końca roku”), problemy policjantów, którzy chronią Nowogrodzkiej i Sejmu zamiast ścigać bandytów - wymieniał Donald Tusk. (Ani słowa o Ukrainie).

Z tematów okołokościelnych wybrał pedofilię - bodaj najmniej kontrowersyjny problem związany z kościołem. Choć w swoim stylu Tusk umiał nadać zdaniom dotyczącym kościoła walor kontrowersyjności. „Jeśli ktoś wierzy w Boga i czuje się chrześcijaninem, to jak może głosować na partię, w której jest miejsce dla Mejzy, Kurskiego?!” I nagłówki w prorządowych mediach gotowe.

Tusk nie proponuje, Tusk wyraża wkurzenie. Taki pomysł stoi za całym jego wystąpieniem. Korzysta przy tym dość swobodnie z retorycznych narzędzi, które wykorzystywali najróżniejsi rewolucjoniści. Walka toczy się o byt, o chleb („Wiecie co, tak naprawdę to jest istota dobrego rządu. Ta zdolność zapewnienia ludziom chleba dobrego i taniego, wody zimnej i ciepłej w kranie”). Grozi wyjściem na ulice („Przyjdzie taki moment, że na ulicy też się wszyscy zorganizujemy, jeśli ta władza nie zniknie”). Obiecuje radykalizm („Zero tolerancji! Zero litości”). Do tego analogia z Radomiem 1976, która pozwala Tuskowi zbudować ciągłość walki ze złą władzą.

Przede wszystkim jednak: wskazuje winnych. „Co jest źródłem tej drożyzny, bo toczy się debata teraz, czy można temu przeciwdziałać?

Kto jest winny?” - pyta Tusk.

Źródeł inflacji i wyjaśnień kryzysu Tusk nie szuka w gospodarce (też międzynarodowej). Źródłem są źli ludzie, „źródłem jest chciwość i głupota”, winni są oni. Winny jest PiS. Winny jest prezes NBP Adam Glapiński.

Obiecuje „gościa wyprowadzić z NBP”.

Nie usunąć, użyć narzędzi prawnych, by pozbawić funkcji, tylko wyprowadzić. Ta metafora wprost odwołuje do wyobrażeń o fizycznym obalaniu ludzi władzy.

Tusk ubiera się w szaty trybuna ludowego. Inaczej jednak niż rewolucjoniści, nie używa gniewu ludzi, by wypowiedzieć najbardziej radykalne rozwiązania. Wręcz przeciwnie. On używa go, by jakichkolwiek deklaracji uniknąć. Tak jak w przypadku praw kobiet, aborcji, edukacji seksualnej. „Zwracam się szczególnie do ojców i dziadków: Otwórzcie oczy, pogadajcie właśnie z córką czy wnuczką, jeśli już ogarniają te tematy, naprawdę one wam wszystko powiedzą, kawa na ławę”. Z jednej strony to uznanie podmiotowości kobiet. Z drugiej - sprytny polityczny unik.

Jednak czy pytanie, które wybrał Tusk, faktycznie jest dziś w Polsce najważniejszym politycznym, a zwłaszcza społecznym pytaniem? Czy to w nim zawierają się emocje Polek i Polaków potarganych kolejnymi kryzysami (pandemicznym, związanym z wojną w Ukrainie, gospodarczym).

„Powiało optymizmem”

„Warto, żeby porozmawiał z tym naszym pokoleniem i wysłuchał, co my mamy do powiedzenia. Bo jednak Donald Tusk nie musi być w ciąży, nie musi decydować o tym, co będzie się działo z jego ciałem” - powiedziała mi jeszcze przed konwencją 20-letnia Agata, pełnomocniczka miasta Jastrzębia Zdrój ds. polityki młodzieżowej.

Pytana, czego oczekuje od Tuska, mówiła, że postawienia na edukację: „Bez edukacji młodych ludzi w Polsce nie osiągniemy tego, co chcielibyśmy osiągnąć. Bez edukacji klimatycznej, seksualnej - to jest bardzo ważne dla młodych ludzi, młodzi sami mówią, że tego potrzebują, a obecna władza olewa temat i nie chce kształcić młodych w tym kontekście”.

Jarosław Zagorowski z regionu śląskiego był przemówieniem Tuska zachwycony.

„Powiało optymizmem, dlatego, że był precyzyjny przekaz, jasna diagnoza sytuacji i koncepcja, co partia chce uczynić w przyszłości, jak chce się rozliczyć z przeszłością zafundowaną przez PiS” - powiedział mi po konwencji. „Do tej pory nie było jasnego czytelnego przekazu mówionego prostym językiem. Ciągłe mówienie o sądach, praworządności było zbyt ogólne. Dzisiaj była postawiona precyzyjna diagnoza, prosta. Nie tylko inflacja, o przyszłości naszych dzieci i wnuków, że kraj został zadłużony, że edukacja totalnie szwankuje”.

Czy nie przeszkadzał mu brak konkretów? „Kilka recept padło. To dzisiaj wystarczy, ten przekaz, co dokładnie zostanie zrobione, dopiero zostanie ukształtowany”.

Co zapamięta z przemówienia Tuska? „Kto jest winien tej sytuacji. To, że Platforma jest winna wszystkiemu, ta piłeczka została odbita przez premiera”.

Podobnie Dariusz, też ze Śląska: „Jestem przekonany od dawna, że wygramy. Jeśli przyłożyć ostatnie wybory, że PiS ledwie wygrał, a jeszcze nie było inflacji, nie było drożyzny, nie było afer, to teraz nie ma szans, żeby wygrać”. Ale zaznacza, że sam Tusk nie wystarczy: „Każdy musi się zaangażować”. Jak? „Gdyby każdy przekonał jednego PiS-owca, żeby głosował na Platformę, to jest pozamiatane”. I opowiada mi, że udało mu się przekonać osobę, która nigdy nie głosowała na PO: „Żeby PiS odsunąć od władzy, musi zagłosować na najsilniejszą partę”.

Udostępnij:

Agata Szczęśniak

Dziennikarka, socjolożka. W OKO.press od 2016. Pisze o polityce polskiej i zagranicznej, mediach, prawach kobiet. Wcześniej wicenaczelna „Krytyki Politycznej”. Pracowała też w „Gazecie Wyborczej”. Współtworzyła satyryczny feministyczny program „Przy kawie o sprawie”. Prowadzi audycję „Jest temat” w radiu TOK FM.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne