0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Paulina PacułaFot. Paulina Pacuła

Zwolnienia z opłat za gaz, 45-procentowe podwyżki dla pracowników sektora publicznego i emerytów, propaganda sukcesu oraz intensyfikacja aresztowań i zatrzymań krytycznych wobec władzy kurdyjskich dziennikarzy, dziennikarek, aktywistów i aktywistek politycznych:

Erdoğan dwoi się i troi, by utrzymać pop arcie pomimo gigantycznej inflacji, pełzającego kryzysu finansowego oraz rozczarowania nieudolnością władz w czasie trzęsienia ziemi, które nawiedziło Turcję w lutym.

Kataklizm dotknął jedną siódmą terytorium Turcji (południowy wschód Anatolii), zginęło ponad 50 tysięcy osób.

Pierwsza tura wyborów parlamentarnych i prezydenckich już w niedzielę 14 maja 2023. Paulina Pacuła z OKO.press jest w Turcji i obserwuje kampanię z bliska.

Plakaty prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana. Fot. Paulina Pacuła

Rekordowo niskie poparcie i...

Poparcie dla urzędującego prezydenta w ciągu ostatnich miesięcy spadło poniżej 30 proc., podczas gdy w rekordowych momentach pozytywnie o rządach Erdoğana wypowiadało się ponad 70 procent badanych (źródło: Metropoll).

Na wypadek utraty władzy – czy to prezydentury, czy parlamentu – Erdoğan chce zostawić opozycji „zgniłe jajo”: konieczność wypłaty gigantycznych świadczeń socjalnych czy znacznie wyższych wynagrodzeń, czego budżet może nie wytrzymać.

Sytuacja gospodarcza Turcji jest bardzo niestabilna. O ile pierwsze lata rządów Erdoğana charakteryzował stały wzrost PKB per capita, to od 2013 roku wskaźnik ten spadł o 30 procent. Dopiero od dwóch lat nieznacznie się odbija.

Przeczytaj także:

...rekordowo wysoka inflacja

Kieszenie obywateli pustoszy też kilkudziesięcioprocentowa inflacja (rekord zanotowano w październiku 2022 – 85,5 proc., obecnie spadła poniżej 50 procent, choć mieszkańcy Turcji uważają, że jest znacznie wyższa, niż podają oficjalne statystyki).

Żeby walczyć ze wzrostem cen i ubożeniem obywatelek i obywateli Erdoğan zaordynował dwie rundy podwyżek płacy minimalnej (obecnie wynosi ona 8,5 tys. tureckich lir netto, czyli około 1955 zł), emerytur oraz wynagrodzeń w sektorze publicznym, oraz obniżki stóp procentowych, co zdaniem większości ekonomistów jest dość nieortodoksyjną lub nawet przeciwskuteczną formą walki z inflacją.

W ciągu ostatnich czterech lat stopy procentowe ustalane przez całkowicie podporządkowany władzy prezydenckiej Bank Centralny rosły i spadały w niezwykle chaotyczny sposób. Jeszcze w 2019 roku sięgały niemal 25 procent, potem w ciągu półtora roku spadły poniżej 10 proc., a następnie znowu wzrosły do niemal 20 proc. Ostatnia seria obniżek trwa od końcówki 2021 roku, ale ekonomiści mówią jasno: to nie jest sposób na walkę z inflacją. Tureckim kredytobiorcom można co najwyżej współczuć.

O tym, że ekipa rządząca faktycznie obawia się utraty władzy, świadczy też to, że jeszcze w nigdy w wyborach do parlamentu nie startowało tylu obecnych ministrów. Krytyczni wobec obozu władzy komentatorzy podsumowują to tak: immunitet posła, którego w Turcji bardzo trudno jest kogoś pozbawić, to najlepsza polisa ubezpieczeniowa dla tych, którzy przez ostatnie 20 lat budowali w Turcji korupcyjny system i mogą obawiać się rozliczeń.

To nie święto demokracji

Billboardy z twarzą Erdoğana są wszędzie. Kampania wyborcza w Turcji to na co drugim budynku banery 20 metrów na 20, mury i ogrodzenia oblepione reklamami wyborczymi, powiewające nad ulicami tysiące partyjnych chorągiewek.

Wybory w Turcji
Wybory w Turcji
Billboardy prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana w Stambule. Fot. Paulina Pacuła

W drodze z lotniska do centrum Stambułu twarz Erdoğana widać co kilka metrów, niemal na każdej latarni. Choć miejscowi i tak mówią, że ta kampania jest wyjątkowo skromna. Kandydat opozycji Kemal Kılıçdaroğlu widoczny jest na ulicach Stambułu znacznie rzadziej, jego plakatów jest nieco mniej.

Wybory w Turcji
Po lewej na plakacie Kemal Kılıçdaroğlu. Fot. Paulina Pacuła

Gdyby nie znać kontekstu, można by pomyśleć, że zbliżające się wybory prezydenckie i parlamentarne to w istocie „święto demokracji”. Ale odbywające się 14 maja wybory nie będą ani równe, ani sprawiedliwe.

Po pierwsze Turcja to nie demokracja, a autokracja wyborcza. Proces wyborczy służy legitymizacji autokratycznych zapędów rządzącej ekipy, która działa na zasadzie dyktatu większości: „Zostaliśmy wybrani, możemy wszystko”.

W ciągu dwudziestu lat sprawowania władzy Erdoğan zamienił Turcję z demokratyzującego się kraju o ustroju parlamentarnym, a autokrację wyborczą o ustroju „superprezydenckim”. W Turcji de facto przestał obowiązywać trójpodział władz, prezydent ma władzę zwierzchnią zarówno nad sądownictwem, jak i władzą ustawodawczą. Parlament został zredukowany do roli potakująco-legitymizującej.

Nierówny dostęp dla wyborców

Jak wynika z raportu OBWE, który obserwuje wybory i monitoruje kampanię, w ostatnich tygodniach władze podjęły kilka kontrowersyjnych decyzji, które mogą wpłynąć na frekwencję w niektórych grupach elektoratu.

Studenci, wśród których poparcie dla Erdoğana jest nieco słabsze, mieli trzy dni na zgłoszenie chęci głosowania w miejscowościach, w których studiują, gdy po dwóch latach zajęć zdalnych, ministerstwo edukacji nagle ogłosiło przywrócenie zajęć stacjonarnych.

Zamiast utworzyć mobilne punkty do głosowań w miejscach zniszczonych trzęsieniem ziemi, gdzie wciąż nie działa komunikacja miejska albo zniszczone są drogi, władze zdecydowały się na dowożenie wyborców do pobliskich lokali. Obawa jest taka, że wsparcie będzie wybiórcze.

Kampania prezydencka finansowana jest tylko ze środków indywidualnych darczyńców, komitety wyborcze nie dostają żadnych dotacji budżetowych. Jak wskazuje OBWE, problemem jest brak limitów, poza tym przekazywanie datków jest zupełnie nietransparentne. W ciągu 20 lat sprawowania władzy Erdoğan podobnie jak inni autokratyczni przywódcy,

stworzył system lojalnych wobec siebie elit biznesowych, które wykarmił na hojnych publicznych kontraktach. Ci dziś szczodrze finansują jego kampanię.

Mowy propagandowe zamiast debaty

Niepisana zasada tureckiego biznesu mówi, że jeśli chcesz zlecenia na wielkie projekty infrastrukturalne, kup stację telewizyjną, gazetę czy radio i zamień ją w tubę propagandową władzy. To dlatego tureckie media średnio co kilka lat zmieniają właścicieli – chętnych na przypodobanie się władzy nie brakuje.

Analitycy rynku medialnego mówią, że w ostatnich latach AKP skupiła w swoich rękach 90 procent działających w kraju mediów.

OBWE potwierdza:

dostęp do mediów nie jest równy, rządząca koalicja Sojuszu Ludowego (prezydencka Partia Sprawiedliwości i Rozwoju – AKP, oraz nacjonalistyczna, faszyzująca Partia Ruchu Narodowego – MHP), są w nich znacznie nadreprezentowane.

Opozycji, czyli składającemu się z sześciu partii Sojuszowi Narodowemu, zostają media społecznościowe, ale tu w komunikacji trzeba być ostrożnym: w zeszłym roku Turcja wprowadziła prawo kryminalizujące dezinformację; ponadto obowiązują ostre kary za obrazę prezydenta lub symboli narodowych.

Według statystyk Ministerstwa Sprawiedliwości w 2022 roku w związku ze znieważeniem prezydenta i symboli państwowych wszczęto ponad 67 tysięcy spraw karnych, z czego do sądu skierowano niemal 7,7 tys., w tym 302 przeciwko nieletnim.

Poza tym w kraju nie odbywają się debaty wyborcze. Erdoğan nie rozmawia z dziennikarzami, wypowiada się tylko dla wybranych mediów w wyreżyserowanych wywiadach. Jeśli więc chce jakiś temat zignorować, nie ma najmniejszego problemu.

Zamiast debaty prezydenckiej są za to mowy propagandowe wygłaszane w prorządowej telewizji TRT (niegdyś telewizji publicznej) dwukrotnie przed wyborami. Pierwsza tura tych wystąpień odbyła się 8 maja; druga odbędzie się w sobotę 13 maja.

Wyborczy baner Recepa Tayyipa Erdoğana w Stambule. Fot. Paulina Pacuła

5,5 proc. wzrostu gospodarczego i loty w kosmos

Mimo to Erdoğan na plakatach wyborczych i wiecach uprawia propagandę sukcesu: Turcja pod jego rządami to nie tylko nowe szpitale, tunele drogowe i mosty, ale i wybitne osiągnięcia nauki i inżynierii.

W kwietniu prezydent stał się właścicielem pierwszego wyprodukowanego w pełni w Turcji elektrycznego samochodu Togg, co oczywiście zostało ogłoszone podczas tłumnie relacjonowanej przez prorządowe media imprezy.

Trzy tygodnie później, w towarzystwie prezydenta Rosji Władimira Putina (podobnie jak Erdoğan obecnego na wydarzeniu zdalnie), otworzył pierwszą wybudowaną przez Rosjan elektrownię atomową. W elektrowni już składowane jest paliwo radioaktywne; reaktory mają rozpocząć stałą produkcję prądu za dwa lata.

Także pod koniec kwietnia Erdoğan przedstawił światu pierwszego tureckiego astronautę, który pod koniec roku ma wykonać lot w kosmos i być pierwszym Turkiem na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.

Ponadto, na początku maja podczas imprezy „Nowe Stulecie Turcji” ogłosił nazwę dla pierwszego tureckiego myśliwca. „Qaan” ma być myśliwcem dorównującym możliwościami amerykańskim myśliwcom serii F. Pierwsze dostawy zamówiła już Nigeria i Czad.

Rządy silnej ręki i boskie prowadzenie

Erdoğan w swoim własnym mniemaniu to właściwy człowiek na pełne wyzwań czasy. Turcję czekają wszelkie łaski pod warunkiem, że taka będzie wola Allaha. A to on działa z boskiej inspiracji (jak sam twierdzi).

Obiecuje kontynuację rządów silnej ręki, walkę z terroryzmem, uczynienie z Turcji dziesiątego najbogatszego i najlepiej prosperującego kraju świata – wzrost gospodarczy ma sięgnąć 5,5 procent już w przyszłym roku. Poza tym Turcja pod jego rządami ma pełnić funkcję regionalnego mocarstwa utrzymującego stabilność na Bliskim Wschodzie. W końcu nie darmo znajduje się na styku trzech kluczowych regionów: Europy, Bliskiego Wschodu i Azji, a zawiadowane przez nią szlaki morskie przez Morze Marmara czy Bosfor to jedne z najważniejszych na świecie. Nie zamierza się też kłaniać Stanom Zjednoczonym i zapowiada bezwzględną walkę z tymi, którzy jego zdaniem chcą blokować rozwój Turcji.

„Obce siły czują się bardzo źle z powodu każdego osiągnięcia Turcji, nie boją się tego okazywać. (…) Te wybory to walka o niepodległość, to walka przeciwko najeźdźcom (…) To wybór między liderem, dla którego interes narodu jest najważniejszy, a tymi, którzy układają się z terrorystami i służą obcym interesom!" – mówił ze sceny podczas niedzielnego (7 maja) spotkania z 1,7 milionem wyborców na dawnym lotnisku im. Mustafy Kemala Atatürka w Stambule, na którym OKO.press było obecne.

Opozycja sterowana przez CIA

Jego retoryka jest atrakcyjna nie tylko dla tego najbardziej konserwatywnego, tradycjonalistycznego i religijnego elektoratu, który jest jego elektoratem podstawowym. Antyzachodni przekaz trafia znacznie szerzej, przyciągając do Erdoğana także część świeckich nacjonalistów.

„Silna Turcja nie jest w interesie Europy i Stanów, które chcą rządzić na Bliskim Wschodzie. Dlatego chcą, by Turcja była jak najbiedniejsza.

Erdoğan się temu przeciwstawia, prowadzi kraj do dobrobytu. Opozycja jest sterowana przez CIA i jej celem jest powstrzymanie rozwoju Turcji” – mówi Yunus, 25 letni student turystyki. Zapewnia, że nie głosuje i nie interesuje się polityką, ale powtarza narracje z rządowych mediów.

Wybory stulecia, walka o demokrację

Zbliżające się wybory to wielkie starcie dwóch bloków politycznych: bloku rządowego, czyli prezydenckiej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), wspieranej przez skrajnie prawicową, fundamentalistyczną i antykurdyjską Partię Ruchu Nacjonalistycznego (MHP) oraz bloku zjednoczonej opozycji.

Opozycyjny blok – Sojusz Narodowy – składa się w sumie z sześciu partii o bardzo różnym profilu. Główną siłą jest największa partia opozycyjna w tureckim parlamencie, Republikańska Partia Ludowa. To partia centro-lewicowa, która sama w sobie jest mieszanką wielu frakcji. Są w niej kemaliści, liberałowie, demokraci, socjaldemokracji, nacjonaliści, sekularyści... Sto lat temu założył ją Mustafa Kemal Atatürk, kultowy przywódca i „ojciec narodu”, który ustanowił republikę Turcji. Do dziś w ustawie o partiach politycznych zapisany jest obowiązek odwoływania się do spuścizny Atatürka, jeśli chce się prowadzić działalność polityczną.

Frakcje CHP spaja specyficzny turecki nacjonalizm różnej maści: dość nowoczesny, obywatelski, ale i ten bardziej radykalny, sekularystyczny i kemalistowski.

Poza tym w sojuszu są także mniejsze partie proeuropejskie i liberalne, odłamy z AKP: DEVA (Partia Demokracji i Rozwoju, założona przez byłego ministra finansów i gospodarki Ali Babcana) oraz Partia Przyszłości (założona przez byłego premiera w rządzie AKP Ahmeta Davutoğlu). Są też ugrupowania nacjonalistyczne (rozłamowa Dobra Partia pani Meral Akşener, która zerwała z MHP w proteście przeciwko sojuszowi z Erdoğanem), jak i islamistyczna i antykurdyjska partia Saadet.

Opozycję jednoczy tylko jedno: chęć odsunięcia Erdoğana od władzy.

Skromny urzędnik na prezydenta

Wspólnym kandydatem na prezydenta jest Kemal Kılıçdaroğlu, polityk Republikańskiej Partii Ludowej, ekonomista i urzędnik państwowy.

Sondaże dają mu 49 proc. poparcia w pierwszej turze, 4 punkty procentowe więcej niż Erdoğanowi. Zachód pokłada w nim nadzieje, że przywróci Turcję na ścieżkę demokracji.

Opinia publiczna chwali jego kandydaturę za to, że nie jest politykiem skompromitowanym, nigdy nie brał udziału w żadnych korupcyjnych czy politycznych aferach.

Zjednoczonej opozycji udało się dogadać w sprawie „programu minimum”, który obejmuje tak fundamentalne zmiany, jak przywrócenie w Turcji systemu parlamentarnego, rozliczenie nadużywających władzy i jak dotąd bezkarnych polityków AKP, naprawę wymiaru sprawiedliwości, mediów publicznych oraz relacji z Zachodem.

W przeciwieństwie do Erdoğana, Kılıçdaroğlu w swoim przekazie wydaje się znacznie bardziej przyziemny i skromny, choć pod względem rozmachu wyborczych obietnic nie pozostaje daleko w tyle za obozem władzy: składa liczne obietnice finansowe.

Jednorazowe świadczenie w wysokości 15 tysięcy lirów dla każdego emeryta (to niemal dwukrotność miesięcznej pensji minimalnej w Turcji, równowartość około 3,5 tys. zł), regulacja cen podstawowych produktów żywnościowych, objęcie ubezpieczeniem społecznym wszystkich gospodyń domowych, nowe, comiesięczne świadczenie dla potrzebujących rodzin – to część jego propozycji.

Ponadto Kılıçdaroğlu obiecuje budowę darmowych domów i mieszkań dla ofiar trzęsienia ziemi.

Spełnienie tych obietnic będzie kosztować krocie. W lutowym trzęsieniu ziemi dach nad głową straciło 1,5 mln osób. ONZ szacuje, że potrzeba co najmniej 500 tysięcy nowych domów i mieszkań na terenie objętym kataklizmem.

Te postulaty ekonomiczno-gospodarcze są kluczowe, bo jak wynika z badania Metropoll, jednej z największych sondażowni w kraju, sytuacja ekonomiczna to największa bolączka mieszkańców Turcji w tych wyborach.

Chęć obalenia systemu to postulat numer 2.

Podczas największego wiecu wyborczego w tej kampanii, który odbył się w sobotę 6 maja w Stambule, Kılıçdaroğlu apelował do młodych. „800 tysięcy z was zagłosuje w tych wyborach po raz pierwszy! Zastąpcie autokratyczne rządy rządami demokratycznymi! Jesteście gotowi na zmianę? Jesteście gotowi przywrócić w Turcji demokrację?! – krzyczy ze sceny.

Komentatorzy oceniają jego występ bardzo dobrze: choć charyzmą daleko mu do Erdoğana, wreszcie przemówił z energią, wyszedł z cienia urzędującego prezydenta.

Obietnice bez pokrycia? Nic nowego

Prześciganie się w obietnicach, których spełnienie może się okazać bardzo trudne lub wręcz w obecnych warunkach ekonomicznych niemożliwe, to standardowe działanie w trakcie kampanii wyborczej.

„Część wyborców się do tego nie przywiązuje. Głosują przede wszystkim ze względów tożsamościowych” – mówi OKO.press Ozgur Ogret, były dziennikarz polityczny jednego z największych tureckich dzienników „Hürriyet”.

Odkąd tytuł ten – podobnie jak 90 proc. tureckich mediów – został przejęty przez człowieka bliskiego Erdoğanowi i z niezależnej gazety stał się medium prorządowym, Ogret zmienił pracę. Obecnie pracuje dla amerykańskiej organizacji Committee to Protect Journalists i zajmuje się monitorowaniem przypadków prześladowań politycznych dziennikarzy i ludzi mediów Turcji.

Społeczeństwo tureckie jest silnie spolaryzowane, a linią podziału jest pochodzenie etniczne, miejsce zamieszkania i religijność. Retoryka Erdoğana jest atrakcyjna przede wszystkim dla tradycjonalistów i konserwatystów, także religijnych. W ciągu 20 lat sprawowania władzy Erdoğan zbudował sobie swój żelazny elektorat, podobnie jak obecna na tureckiej scenie politycznej od ponad stu lat Republikańska Partia Ludowa, z której pochodzi Kılıçdaroğlu.

„Czarni Turcy"

Erdoğan sięgnął po ludzi, którzy w przymusowo sekularyzowanej Turcji byli przez dekady traktowani jak obywatele drugiej kategorii – głównie osoby religijne, także mieszkające na wsi, nieco gorzej wykształcone. W Turcji te osoby pogardliwie określane są mianem „czarnych Turków”. Przywrócił prawa np. religijnym kobietom, którym zakazywano noszenia chust i zasłon w miejscach publicznych, w związku z czym nie miały wstępu np. na uniwersytety.

„To Erdoğan sprawił, że tzw. czarni Turcy poczuli się obywatelami pierwszej kategorii. To dlatego mają oni poczucie, że wiele mu zawdzięczają. Niektórzy mogą być więc nawet niezadowoleni z różnych powodów, mogą np. nie głosować na AKP w wyborach parlamentarnych, ale oddadzą głos na Erdoğana z poczucia lojalności” – podkreśla Ogret.

CHP to natomiast partia zwesternizowanych sekularystów, mieszkających głównie w największych miastach, bardziej nowoczesnych i liberalnych, ale też bardzo przywiązanych do tureckiego nacjonalizmu.

„Miejska Turcja, biała Turcja, liberalna i prodemokratyczna Turcja, która żyje według zachodnich standardów była i wciąż jest mniej liczna niż wiejska Turcja, konserwatywna i religijna Turcja. A to ta druga popiera Erdoğana” – mówi Ogret.

Wielkie łowy w elektoracie

Mimo to te wybory są dla Erdoğana szczególnie trudne, bo inaczej niż w poprzednich, ze względu na trudną sytuację ekonomiczną i dramatyczne skutki lutowego trzęsienia ziemi, nie tylko odwróciła się od niego część żelaznego elektoratu, ale do wyborów może też iść większe grono tych, którzy do tej pory w ogóle nie głosowali. A jest ich około 15 procent.

„Erdoğan jest zdesperowany, by znaleźć dodatkowe głosy, bo wie, że mobilizacja wśród wyborców, którzy dotąd na niego nie głosowali, może być w tych wyborach większa. W ostatnich latach w Turcji urosła też grupa osób reprezentujących elektoraty różnych partii, które są zirytowane wprowadzanymi przez niego ograniczeniami, takimi jak zakaz palenia we wnętrzach lokali, czy wysoka akcyza na alkohol, która spowodowała, że ceny trunków poszybowały w górę. Tę większą aktywizację wyborców widać już nawet po frekwencji w wyborach za granicą, która jest o około 10 procent wyższa niż w poprzednich wyborach” – tłumaczy Ogret.

Uprawnionych do głosowania za granicą jest ponad 3,4 mln wyborców, w Turcji jest to 61 mln osób. Głosowania w zagranicznych lokalach wyborczych trwały między od 4 do 9 maja i już się zakończyły.

To dlatego Sojusz Ludowy zaostrza retorykę i szuka poparcia nawet wśród malutkich partyjek, które zgarniają po 0,05 procent głosów.

Takich partii jest w sumie kilkanaście, w wyborach parlamentarnych zarejestrowano w sumie 24 komitety.

Wyobrażone potwory

„AKP i MHP w tej kampanii walczą z wyobrażonymi potworami: z osobami LGBT, z jakimiś nieokreślonymi najeźdźcami, którzy chcą zniszczyć Turcję. Ich retoryka jest niezwykle prymitywna: niech zwycięży opozycja, a twoje dzieci staną się homoseksualistami, mężczyźni będą się żenić z mężczyznami, a ulice opanują kurdyjscy terroryści z PKK” – tłumaczy Ozgur Ogret.

Taka narracja to dla Erdoğana nic nowego, ale obecnie pada na podatny grunt w elektoracie bardziej radykalnych, islamistycznych ugrupowań. Co ciekawe, nawet kurdyjskich.

Jedną z takich partii, która ogłosiła właśnie poparcie dla prezydenta, choć formalnie nie jest w Sojuszu, jest mała fundamentalistyczna kurdyjska partia Hüda-par. To ugrupowanie sunnickie (w przeciwieństwie do większości Kurdów, którzy są szyitami), która nie tylko ma na koncie historię przemocy wobec szyickich Kurdów oraz współpracę z kurdyjskim Hezbollahem (jedną z kilku kurdyjskich organizacji bojowych uznanych przez rząd turecki za organizację terrorystyczną), ale tradycyjnie postuluje takie regulacje jak kryminalizację seksu pozamałżeńskiego czy instytucjonalne rozwiązania znajdowania mężów owdowiałym kobietom.

„Erdoğan jest tak zdesperowany w poszukiwaniu głosów ze względu na utratę kontroli nad południowo-wschodnią Turcją dotkniętą trzęsieniem ziemi [w poprzednich wyborach 7 na 10 regionów tej części Turcji głosowało głównie na AKP i Erdoğana – przyp. red.], że zawiązał sojusz nawet z tak radykalnym ugrupowaniem” – podkreśla Ogret.

To tym bardziej odstrasza od niego elektorat kurdyjski, który (choć nie monolityczny) to ma swoją własną reprezentację wyborczą. Jest nią lewicowa, demokratyczna i świecka Demokratyczna Partia Ludów (HDP). Jej lider, Selahattin Demirtaş, odsiaduje obecnie wyrok siedmiu lat więzienia za domniemany terroryzm. Partii grozi delegalizacja, w związku z czym nie dołączyła ona do opozycyjnego sojuszu, ale deklaruje nieformalne poparcie Kemala Kılıçdaroğlu, kandydata opozycji na prezydenta. HDP to partia głównie kurdyjska, która głosi równouprawnienie wszystkich mniejszości, ochronę praw człowieka i świeckość państwa.

Rząd oskarża ją, że jest tylko fasadą dla PKK, czyli Partii Pracujących Kurdystanu.

PPK to zdelegalizowana w Turcji i oskarżana o terroryzm kurdyjska partia polityczna, której zbrojne ramie działa na terenie Iraku i Syrii.

Nasilenie prześladowań

W okresie przedwyborczym nasiliło się zresztą prześladowanie kurdyjskiej opozycji, co tym bardziej sprawia, że Kurdowie na Erdoğana nie zagłosują. Tylko w kwietniu i w pierwszej połowie maja tureckie siły bezpieczeństwa – policja i służby antyterrorystyczne – dokonały nalotów i aresztowań około 30 dziennikarzy i dziennikarek, a także kurdyjskich działaczy i działaczek politycznych.

Części zatrzymanych postawiono zarzuty utrzymywania kontaktów lub sprzyjania PPK oraz działalności terrorystycznej.

Aresztowania kurdyjskich aktywistów to sposób na uzasadnienie używanej obficie w trakcie kampanii retoryki o stale toczącej się, zaciekłej walki z terroryzmem. Problem terroryzmu w Turcji nie jest wyssany z palca – w ciągu ostatniej dekady miało tu miejsce kilkanaście zamachów terrorystycznych, w którym zginęły setki osób. Część z nich przeprowadzili terroryści kurdyjscy, część Państwo Islamskie.

Ale tureckie ustawy o zapobieganiu i walce z terroryzmem są tak szerokie, że umożliwiają zatrzymania i areszty za poglądy polityczne i opinie, a tym samym ograniczanie działalności opozycji politycznej i mediów.

Reżim regularnie posługuje się oskarżeniami o terroryzm, by dyskredytować opozycję.

O współpracę z kurdyjskimi separatystami obecnie oskarżani są działacze skupieni wokół Kılıçdaroğlu, jak i on sam.

„Retoryka Erdoğana jest bardzo radykalna. Od 2016 roku i nieudanego wojskowego zamachu stanu w Turcji partia zaczęła w pełni utożsamiać się z państwem. Ich przekaz jest taki: jeśli AKP upadnie, upadnie państwo. Erdoğan nieustannie powtarza: utrata przez niego władzy doprowadzi do nieuchronnego upadku kraju” – tłumaczy Ogret.

Kılıçdaroğlu stawia na młodych

Dlatego też przekaz obozu demokratycznego jest dużo bardziej pozytywny, a nie oparty na strachu. Jak wynika z danych firmy badawczej Konda Research, ponad 6 milionów młodych w Turcji zagłosuje w tych wyborach po raz pierwszy. W sumie stanowią 10 procent tureckiego elektoratu. Wielu z nich nigdy nie zaznało innych rządów niż Erdoğana. Ponad połowa nie utożsamia się z firmowanym przez niego tradycjonalizmem. Chcą zmiany.

Jak wynika z badania Kondy, 57 procent tych młodych Turków uważa się za nowoczesnych i postępowych. 32 procent mówi o sobie, że są konserwatywnymi tradycjonalistami, zaś tylko 11 procent to religijni tradycjonaliści.

Kılıçdaroğlu trafia do części z nich. Apeluje do nich o bycie sprawcą tej zmiany, o tłumne pójście do wyborów i oddanie głosu. Znakiem rozpoznawczym jego kampanii stał się symbol serca ułożony z palców. Tak wita wyborców na wiecach zarówno on, jak i typowani na jego wiceprezydentów popularni prezydenci Istanbułu i Ankary, czyli największych ośrodków miejskich w Turcji: Ekrem İmamoğlu oraz Mansur Yavaş.

Ale także i obóz demokratyczny szukając poparcia w jak największej grupie wyborców niezdecydowanych, sięga po kwestie z punktu widzenia ochrony praw człowieka wątpliwe. Obiecuje, że rozwiąże problem milionów uchodźców z Syrii, Iraku i Afganistanu, którzy już od mniej więcej 2015 roku przebywają w Turcji na mocy umowy z UE. Kılıçdaroğlu chce renegocjowania umowy tych ustaleń i zdjęcia z barków Turcji ciężaru pomocy uchodźcom.

Podobnie jak reszta tureckiego establishmentu politycznego nie jest też gotów stawić czoła trudnym, lecz niezwykle ważnym tematom z tureckiej przeszłości – jak uznanie historycznego faktu ludobójstwa Ormian. Jego obóz polityczny jest więc gotów na zmiany, ale nie wszystkie.

;

Udostępnij:

Paulina Pacuła

Pracowała w telewizji Polsat News, portalu Money.pl, jako korespondentka publikowała m.in. w portalu Euobserver, Tygodniku Powszechnym, Business Insiderze. Obecnie studiuje nauki polityczne i stosunki międzynarodowe w Instytucie Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas przygotowując się do doktoratu. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i relacjach w Unii Europejskiej.

Komentarze