Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Ul. Mateusz Mirys / OKO.pressUl. Mateusz Mirys / ...
Śledztwo

"W Polsce mamy dziś system taniego niewolnictwa”. Tak wygląda wyzysk Kolumbijczyków

  • Małgorzata Tomczak

„Pracownicy z Kolumbii są bardzo zaradnymi ludźmi, szukającymi rozwiązań, nastawionymi na cel. Szybko wywiązują się z powierzonych im zadań, są efektywni i sumienni. Nie są skłonni do narzekań czy roszczeniowych postaw. Nauczeni w swoim kraju, że ich los jest tylko w ich rękach, potrafią zakasać rękawy i pracować nawet w mniej sprzyjających warunkach, np. na produkcji, w magazynach, chłodniach czy przy pracach budowlanych”

„Przyjeżdżają do Polski z nastawieniem na dużą ilość przepracowanych godzin, również w święta czy weekendy, co pozytywnie wpływa na zarządzanie czasem pracy oraz zwiększa wydajność zatrudnienia”

(źródło: strona wynajempracownikow.pl)

Jhenny Urbano nie planowała przeprowadzki do Polski. Przez kilka miesięcy starała się o wizę do Kanady, ale nie spełniła wszystkich warunków finansowych. Ofert pracy za granicą szukała na stronie kolumbijskiego urzędu pracy (SENA) i to tam znalazła ogłoszenie o naborze do Polski. Nic nie mogło budzić jej wątpliwości – SENA to nie prywatna firma czy pośrednik, tylko publiczna instytucja. Urzędnicy w jej rodzinnym mieście, Popayan, zapewniali ją, że wszystkie zagraniczne oferty są zweryfikowane. To oni sprawdzili, na jakie stanowisko nadaje się Jhenny i wysłali jej CV do agencji.

Wkrótce zadzwonił Flavio, Meksykanin. Przedstawił się jako rekruter dużej polskiej agencji i miał dla Jhenny pracę w przetwórstwie warzyw za 6000-7000 zł miesięcznie. O zasadach migracji do Polski Jhenny nie wiedziała nic, ale Flavio zapewniał, że potrzebuje tylko komunikatywnego angielskiego, zezwolenie na pracę i resztę dokumentów załatwia agencja. Wypełniła kilka podesłanych jej formularzy, wysłała kopię paszportu, kupiła ubezpieczenie zdrowotne. Kilkakrotnie dopytywała, czy nie potrzebuje niczego więcej, ale Meksykanin uspokajał: formalności są minimalne. Jhenny musi przygotować się tak naprawdę tylko na jedno – polską zimę. Kilka tygodni później miał dobre wieści – zezwolenie na pracę jest już gotowe, Jhenny może kupować bilet.

Problemy pojawiły się już na lotnisku w Bogocie: „Flavio zadzwonił tuż przed odlotem i kazał mi podrzeć i wyrzucić wszystkie papiery związane z pracą. W Polsce miałam mówić, że przyjechałam na wycieczkę”, opowiada Jhenny. „Oczywiście, zapaliła mi się czerwona lampka. Tylko co miałam zrobić? Właśnie stałam z walizkami na lotnisku, zadłużyłam się, by zapłacić za bilet, cała rodzina na mnie liczyła. W takiej chwili łatwiej wmawiać sobie, że wszystko będzie dobrze – a nuż tylko histeryzuję?”

Podczas przesiadki w Amsterdamie przez kilka godzin wydzwaniała do Flavia. Gdy w końcu odebrał, powiedział, że „właśnie zakończył współpracę z agencją” i kazał więcej do siebie nie dzwonić. Z lotniska w Warszawie pojechała do hostelu. Był październik 2022 roku.

„Żadna praca nie jest darmowa”

Z agencją skontaktować już się nie udało, urząd pracy w Bogocie nic nie wiedział. Kolumbijscy znajomi dali jej kontakt do innej rekruterki. Ta ją uspokajała: dobrze, że przyjechała, pracy jest mnóstwo, już jutro ktoś po nią przyjedzie.

Pierwszy przystanek: zatłoczona kwatera pracownicza pod Wrocławiem. Kierowca mówił tylko po rosyjsku, zostawił ją w domu pełnym mężczyzn i kazał czekać na instrukcje. Po kilku dniach telefon od agencji: to nieporozumienie, ma jechać do innego miasta. Kolejny kierowca, też rosyjskojęzyczny, zawiózł ją gdzieś pod Trzebinię, do domu pełnego Kolumbijczyków.

Wszyscy pracowali w dużym polskim zakładzie mięsnym. Zmiany trwały po 14 godzin, ludzie wracali z krwawiącymi stopami, jedna z dziewczyn miała już ranę martwiczą.

Wszyscy przyjechali niedawno i opowiadali podobne historie: najpierw zapewniano ich, że mają zezwolenie na pracę, potem kazano im podróżować jako turystom, a od przyjazdu żadnych dokumentów nie widzieli.

Jhenny odmówiła pracy w takich warunkach, skontaktowała się z innymi rekruterami i po kilku dniach była już w trzeciej kwaterze: w okolicach Świebodzina, gdzie trafiła do hostelu dla ukraińskich uchodźców, nielegalnie przerobionego na pracownicze kwatery. Nie chciała nawet dotknąć brudnego i zakrwawionego łóżka, pierwszych kilka nocy przespała na podłodze.

Pracę, w dużej firmie logistycznej, zaczęła praktycznie nazajutrz. Z dobrym angielskim trafiła do działu zwrotów. Jak wspomina, kierownicy byli mili, traktowano ich dobrze, firma zapewniała nawet darmowe przekąski. Problem pojawił się przy pierwszej wypłacie – zamiast obiecanych 3000 zł (już po potrąceniu kwatery i wyżywienia) Jhenny dostała tylko 1000. Agencja wyjaśniła, że „żadna praca nie jest darmowa” – prowizja za znalezienie to 2000 zł, a w kolejnym miesiącu obetną tyle samo za załatwienie zezwolenia. Jhenny zażądała umowy, ale usłyszała, że jeszcze za wcześnie. Dostała za to do wypełnienia stos formularzy po ukraińsku.

Pewnego dnia Jhenny zgłasza, że jest chora i opuszcza kilka dni w pracy. Agencja zapewnia, że to nie problem, ale od kolejnej pensji potrąca nie tylko dniówki, ale też 200 zł grzywny za każdy dzień choroby.

„Przez cały czas męczyłam agencję o pokazanie mi umowy i zezwoleń na pracę i pobyt, które obiecali mi załatwić.”, mówi. „Agencja zapewniała, że wszystko jest w toku, dokumenty niedługo przyjdą. Powoli zaczynałam rozumieć, że wszyscy pracujemy tu nielegalnie”.

Po kilku tygodniach Jhenny kontaktuje się z inną agencją, która kusi legalną pracą w Warszawie. Natychmiast tam jedzie, ale z oferty nic nie wychodzi – rekruter znika, razem z prowizją, którą mu zapłaciła. Znowu trafia do hotelu, jest w fatalnej formie, ma objawy anemii i niedożywienia. Powoli myśli o ucieczce z Polski, ale nie ma nawet pieniędzy na bilet. Dalej szuka pracy – tym razem na facebookowych grupach dla Latynosów. Odzywa się do niej kolejny rekruter, każe jechać do Goleniowa. To już jej piąta przeprowadzka w ciągu kilku miesięcy.

W Goleniowie wszystko odbywa się zgodnie z prawem – agencja zatrudnia tylko legalnie, Jhenny czeka kilka tygodni w hostelu pracowniczym na zezwolenie na pracę, dostaje umowę. Problem jest z samą pracą – Jhenny skanuje produkty w magazynie, na dziennych i nocnych zmianach po 12 godzin. Krwawią jej stopy, zaczynają szwankować nerki. Wytrzymuje 8 miesięcy i prosi agencję o przeniesienie do innej firmy. Trafia na produkcję kurczaków – to praca w chłodni, w -10 stopniach, po kilkanaście godzin dziennie. Stawka poniżej minimalnej i niestety, już bez umowy o pracę.

„Dźwigałam takie same ciężary jak mężczyźni, znosiłam poganianie i wyzwiska, a i tak nigdy nie udało mi się zarobić więcej niż 4000 zł”, wspomina. „Ludzie mdleli z wycieńczenia, a kierownicy po prostu zgarniali ich z podłogi i odsyłali do domu. Mojej koleżance urwało kawałek palca – nie dostała nawet opatrunku”.

Pewnego dnia przy przerzucaniu pak z mięsem Jhenny upada i zaczyna krwawić. Nie może wstać, ale o wezwaniu karetki nie ma mowy – kierownik każe ją opatrzeć i wysyła do domu. Do lekarza idzie na własny koszt. Diagnoza: wypadanie pęcherza.

O powrocie do pracy nie ma mowy, traci więc też kwaterę pracowniczą i ląduje na ulicy. Spędza tam kilka dni, poznaje innych bezdomnych Kolumbijczyków, rodzinie ze wstydu nic nie mówi. Jest grudzień, śnieg.

Przez cały czas szuka nowej pracy – na grupach na Facebooku, u polecanych przez innych Kolumbijczyków rekruterów. W końcu odzywa się do niej peruwiański znajomy i oferuje pracę, po raz pierwszy, bez prowizji. Dostaje miejsce w kwaterze pracowniczej, umowę o pracę i wszystkie dokumenty. Po kilku miesiącach ściąga do Polski męża i syna, szef pomaga im znaleźć mieszkanie, do którego firma dopłaca.

Mimo wszystkich przejść w Polsce Jhenny planuje zostać tu na stałe.

„To świetny kraj dla Kolumbijczyków”, mówi.

„Prace są faktycznie bardzo mechaniczne – ja wykonuję tu jeden ruch przez cały dzień – ale poziom życia jest znacznie lepszy, a bezpieczeństwo nieporównywalne – wciąż nie mogę przyzwyczaić się do tego, że mogę chodzić sama w nocy po ulicy”.

Od kilkunastu miesięcy Jhenny prowadzi na TikToku kanał „Columbia en Polonia”, gdzie publikuje praktyczne informacje o życiu w Polsce, ostrzega przez nieuczciwymi agencjami i edukuje innych Kolumbijczyków o polskich przepisach i prawie pracy. Jak twierdzi, o skali oszustw i wyzysku, jakie spotykają jej rodaków, nie wiedzą często nawet same firmy ich zatrudniające – bo wszystko odbywa się przez agencje.

„Ludzie boją się zgłaszać nawet najpoważniejsze przypadki, bo agencje zastraszają: zadzwonimy do urzędu migracyjnego, odeślą was do Kolumbii”, mówi. „Namawiam wszystkich, by składali skargi – choć wielu nie zrobiło tego ze strachu przed deportacją, to i tak jej nie uniknęli. Ja sama doniosłam na agencję, która zwerbowała mnie do Polski za pośrednictwem kolumbijskiego urzędu pracy – do ambasady, do polskich instytucji i do prokuratury w Kolumbii. Na Tik-Toku kontaktują się ze mną osoby oszukane przez w ten sam sposób, a prokuratura w Kolumbii obecnie prowadzi przeciwko tej agencji postępowanie w sprawie handlu ludźmi”.

Przeczytaj także:

Chłonny rynek

W dramatycznych przejściach Jheny można się pogubić, ale jej historia jest typowa dla problemów, z którymi mierzą się tysiące Kolumbijczyków, którzy przyjechali do Polski w ostatnich latach. Skala tej migracji zaczęła rosnąć dopiero trzy lata temu – w 2021 w Polsce wydano 244 zezwolenia na pracę dla Kolumbijczyków, rok później – już 4129, a w kolejnych latach ta liczba potrajała się co roku, sięgając 38 tysięcy w 2024 roku.

Trend widać też w statystykach ZUS – w 2021 roku w systemie ubezpieczeń zgłoszonych było 513 Kolumbijczyków, dwa lata później – już dziesięciokrotnie więcej, a w połowie 2025 roku – 17,7 tysiąca. Od stycznia do czerwca 2025 roku wydano Kolumbijczykom 21,5 tysięcy zezwoleń – więc już nie trzykrotnie, „tylko” o 36% więcej, niż w tym samym okresie roku wcześniej. To oczywiście tylko dane oficjalne, które mogą być wierzchołkiem góry lodowej – bo nie wiemy, ile osób pracuje nielegalnie.

Masowy napływ pracowników z Kolumbii nieco zaskoczył Polaków, którzy dopiero oswajają się z nowym statusem Polski jako kraju imigracyjnego. Za tym zjawiskiem nie kryje się jednak żadna tajemnica – to głównie efekt ostrej rekrutacji dużych firm, które od lat łatają braki kadrowe ściąganiem pracowników z coraz mniej oczywistych lokalizacji.

Do prac w centrach logistycznych, sortowniach, zakładach przetwórstwa żywności czy na budowach rekrutowano w ostatnich latach głównie osoby z Filipin, Indii, Nepalu, Uzbekistanu czy Bangladeszu, ale po pandemii zaczęto patrzeć też w stronę Ameryki Południowej.

Atutem latynoskich pracowników miały być łatwiejsze formalności i domniemana „bliskość kulturowa”.

„Migranci z Ameryki Łacińskiej wybierają Polskę, bo znalezienie pracy jest tu dość proste, a rynek chłonny”, mówi Ignacy Jóźwiak Koordynator do spraw Migracji Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza. „W Hiszpanii jest większe bezrobocie i konkurencja o pracę wśród diaspory. Oczywiście, w Polsce mamy problem szarej strefy i kompletnej indolencji państwa. Ale nawet ta ostatnia może mieć swoje plusy: bo większość przypadków nieregularnej pracy i pobytu i tak nie zostanie wykryta”.

Wielkim atutem był też ruch bezwizowy – od 2015 roku Kolumbijczycy mogą przyjeżdżać do Schegnen tylko na podstawie paszportu biometrycznego, po uzyskaniu zezwolenia na pracę podjąć zatrudnienie. Pobyt bez dodatkowych formalności możliwy jest o 90 dni, po tym czasie należy uzyskać zgodę na pobyt czasowy.

A w każdym razie tak było do 14 sierpnia 2024 roku, gdy wokół ruchu bezwizowego Kolumbijczyków do Polski zaszły nie do końca zrozumiałe zmiany. Ministerstwo Spraw Zagranicznych opublikowało wtedy komunikat nakazujący Kolumbijczykom przyjeżdżającym do Polski w celach zarobkowych posiadanie wiz pracowniczych. Wśród powodów zmian wymieniono „masowe nadużywanie ruchu wizowego” i liczne przypadki wykorzystywania Kolumbijczyków przez pracodawców.

Komunikat zaniepokoił biznes i samych migrantów, ale w praktyce niewiele zmienił – Kolumbijczycy przyjeżdżali do pracy w Polsce na ruchu bezwizowym, po prostu deklarując, że podróżują turystycznie.

Najczęściej wjeżdżali do Polski niezauważenie, lądując w Hiszpanii, Francji czy Holandii i dalej podróżując autobusami. Gdy mijał okres 90 dni, tak jak wcześniej składali wniosek o pobyt czasowy w Polsce, a Urzędy Wojewódzkie procedowały wnioski tak jak wcześniej, bo też nie miały narzędzi prawnych, by je odrzucać.

Prawą próżnię uregulować miała Ustawa o warunkach dopuszczalności powierzania pracy cudzoziemcom na terytorium RP, która weszła w życie 1 czerwca 2025. Zgodnie z nią, Ministerstwo Pracy (na wniosek MSZ lub MSWiA) może określić listę państw, których obywatele nie będą mogli pracować w Polsce w ramach ruchu bezwizowego. Ta lista jednak nie została nigdy opublikowana.

"W praktyce nic się nie zmieniło”, uważa Rocio Flores, jedna z liderek Sindicato de Trabajadores Latinoamericanos en Polonia (Komisji Pracowników i Pracownic z Ameryki Łacińskiej w Polsce, działającej w ramach OZZ „Inicjatywa Pracownicza”).

„Większość Kolumbijczyków wciąż przyjeżdża do Polski bez wizy, a potem próbuje zalegalizować pracę i pobyt. Prawnicy najczęściej mówią im, że nawet jeśli dostaną decyzję odmowną, to jest duże prawdopodobieństwo wygrania apelacji – bo oficjalny zakaz w praktyce nie istnieje”.

„Wokół ruchu bezwizowego jest sporo niejasnych komunikatów i zamieszania”, mówi Tomasz Bauer ze Stowarzyszenia „NOMADA”. „Niektóre placówki Straży Granicznej uznają, że w jego ramach nie można w Polsce podejmować pracy; inne – że w praktyce do zmiany prawa nie doszło.

Na „studenta”, „wspólnika” i „duchownego”

Ruch bezwizowy jest korzystny dla ludzi chcących pracować „od zaraz” i bez formalności oraz dla firm, które przez ostatnie lata rekrutowały dzięki niemu nieograniczoną ilość pracowników. Dla setek, jeśli nie tysięcy Kolumbijczyków był to jednak „fast track” do problemów – legalizacyjnego limba, wyzysku i nadużyć, których dopuszczają się pracodawcy – najczęściej agencje pracy tymczasowej.

Oszustwa zaczynają się już od zezwoleń na pracę. Choć opłata administracyjna za jego wydanie to jedynie 100 zł i powinien ponosić ją pracodawca, to w praktyce agencje często pobierają za nie prowizję, nawet do 1500-2000 zł od osoby.

Wiele agencji stosuje też sztuczki, by uzyskiwanie zezwolenia ominąć.

Jedną z najczęstszych jest nakłanianie lub zmuszanie osób poniżej 26 roku życia do zakupu oświadczeń o statusie studenta. Zwalnia to pracodawcę z obowiązku uzyskania zezwolenia i z opłacania składek, a co najmniej kilka polskich uczelni chętnie wydaje taki papier za opłatą, nawet osobom z wykształceniem podstawowym.

Kolejny trik to mianowanie cudzoziemca „wspólnikiem w spółce z o.o., zobowiązanym do świadczenia pracy na rzecz spółki”. To również pozwala ominąć procedury i nie płacić składek, a dodatkowo, firma może sobie zastrzec, że w przypadku trudności zobowiązania na rzecz „udziałowców” wypłaci w ostatniej kolejności. Status wspólnika spółki może dodatkowo skomplikować sytuację cudzoziemca – bo gdy stara się potem o pobyt czasowy i przechodzi weryfikację w Urzędzie Wojewódzkim, to musi, pod rygorem odpowiedzialności karnej, zeznać, jaki jest cel jego pobytu. Cudzoziemiec mówi – zgodnie z tym, co wie – że jest to praca, choć w praktyce „prowadzi działalność gospodarczą”. Urząd może też spytać, czy aplikujący posiada udziały polskich spółek, a migranci najczęściej tego nie wiedzą – bo dostali po prostu jakiś papierek do podpisu – więc nieświadomie udzielają nieprawdziwej odpowiedzi.

Najdziwniejsza ze sztuczek to „na osobę duchowną” – cudzoziemiec zapisywany jest do fikcyjnego zakonu, by „świadczyć posługę na rzecz kościoła”.

Taka osoba również nie potrzebuje zezwolenia na pracę, a składki do ZUS opłaca za nią Fundusz Kościelny, choć jest zatrudniana np. w firmie logistycznej.

Uzyskanie zezwolenia na pracę naprawdę nie jest problemem”, mówi Maria Ossowska, prawniczka, która prowadzi wiele spraw poszkodowanych Kolumbijczyków. „Może potrwać 3-4 miesiące, ale w większości przypadków jest udzielane, o ile kondycja firmy ubiegającej się o nie jest dobra. Pracodawcy po prostu chcą zatrudniać »na już«, więc stosują te sztuczki, by chronić się w czasie, gdy pracownik nie ma jeszcze dokumentów”.

Jak mówi Tomasz Bauer, problemem jest też to, że agencje pracy tymczasowej mają preferencyjne warunki przy uzyskiwaniu zezwoleń na pracę:

„Oczywiście, niektóre nawet nie próbują tego robić, ale te, które zatrudniają legalnie, mogą uzyskać zezwolenie w ciągu dwóch tygodni”, mówi. „Przeciętny przedsiębiorca będzie czekać kilka miesięcy – czasem trzy, osiem, i nie ma gwarancji, kiedy je otrzyma. To niejako zmusza firmy do korzystania z usług agencji”.

Żółte karteczki

Kolejne komplikacje pojawiają się przy legalizacji samego pobytu. Zgodnie z przepisami, przed upłynięciem 90 dni od przyjazdu w ramach ruchu bezwizowego cudzoziemiec musi złożyć wniosek o zezwolenie na pobyt czasowy. W teorii powinni zrobić to, stawiając się osobiście w Urzędzie Wojewódzkim i składając odciski palców. W ostatnich latach było to jednak praktycznie niemożliwe, bo urzędy są przeciążone i terminy są znacznie bardziej odległe niż 90 dni. Kolumbijczycy składali więc wnioski w biurach podawczych lub listami poleconymi – czasem sami, ale często w ich imieniu robiły to agencje lub pracodawcy.

„Wśród Kolumbijczyków powszechne było przekonanie, że po wysłaniu wniosku ich procedura jest już w toku, że teraz czekają tylko, aż urząd wyśle im dokument potwierdzający legalność pobytu”, mówi Ossowska. „W tym przekonaniu utrzymywały ich zresztą często i agencje, i pracodawcy i nawet inni Kolumbijczycy, którzy nie rozumieli, jak działa ten proces. Wytworzył się też np. mit »żółtej karteczki« – agencje, które składały wniosek w imieniu pracowników, często wręczały im potem potwierdzenie odbioru listu przez urząd – zwykły żółty druczek pocztowy – wmawiając im, że to potwierdzenie trwającej procedury, a co za tym idzie – tymczasowej legalności ich pobytu w Polsce”.

Z czasem „żółta karteczka” urosła do rangi najważniejszego dokumentu, a Kolumbijczycy wzajemnie się w tym błędzie utwierdzali – instruując się wzajemnie na facebookowych grupach, że„w razie kontroli najważniejsza jest tarjeta amarilla”, „z tarjeta amarilla o nic nie musisz się martwić”

„Tyle że ta karteczka to tylko potwierdzenie, że urząd odebrał list polecony. Sama niczego nie gwarantuje”, mówi Ossowska. „I to dopiero początek procesu: po wysłaniu wniosku cudzoziemiec musi czekać na wyznaczenie wizyty w urzędzie, by osobiście złożyć wniosek, uzupełnić brakujące informacje, poprawić ewentualne błędy i złożyć odciski palców. Na termin czeka się od 2 miesięcy do ponad roku, w zależności od województwa. I dopiero wtedy postępowaniu nadaje się bieg – urząd przeprowadza weryfikację tej osoby, sprawdza, czy nie figuruje w rejestrze osób niepożądanych, czy nie jest wobec niej prowadzone postępowanie karne. W normalnej rzeczywistości taka osoba odbiera wezwanie, bierze wolne w pracy, stawia się w urzędzie, pokazuje wymagane dokumenty, zostawia odciski palców i wszystko jest w porządku”.

Problem w tym, jak mówi Ossowska, że Kolumbijczycy bardzo często w urzędzie się nie stawiają.

„Powodów jest kilka. Po pierwsze, bardzo często się przeprowadzają. 70 proc. moich klientów potrafi zmieniać pracę i miejsce zamieszkania nawet kilkanaście razy w roku. Często robią to w pośpiechu, chaosie, desperacko szukając lepszej pracy. Rzadko zgłaszają urzędom zmianę adresu, więc wezwanie nawet do nich nie dochodzi. Nie monitorują swoich spraw – mają mętne przekonanie, że chroni ich »żółta karteczka« albo że poprzednia agencja wciąż prowadzi ich sprawy. Wiele osób, zwłaszcza tych z wykształceniem podstawowym, kompletnie gubi się w systemie: nie wiedzą, jak działa poczta, mają problemy nawet z wyszukiwaniem podstawowych informacji w internecie, nie mają skrzynki mailowej. Problemem są też spóźnione wnioski: Kolumbijczycy często składają je tuż po terminie, bo utożsamiają 90 dni z trzema miesiącami”.

Gdy cudzoziemiec nie stawi się w terminie do urzędu, jego wniosek zostaje pozostawiony bez rozpoznania, co oznacza, że jest traktowany, jakby nigdy nie został złożony. Cały pobyt takiej osoby w Polsce (z wyjątkiem pierwszych 90 dni) staje się nielegalny, a od tej decyzji nie można się odwołać. W praktyce, w przypadku kontroli Straży Granicznej, taka osoba może być od razu deportowana.

„Nie zawsze są to pomyłki”, zaznacza Ossowska. „Część agencji zakazuje pracownikom samodzielnego składania wniosków i korzystania z pomocy prawników i same prowadzą te postępowania, często słono sobie za to licząc i zwyczajnie je sabotując, bo wolą zatrudniać nielegalnie. Zapewniają pracowników, że procedura się toczy i na dowód pokazują »żółte karteczki«. Faktycznie, coś do urzędu wysłali – ale mógł być to formularz z błędami albo celowo spóźniony. A nawet jeśli poprawny, to nie przekażą potem pracownikowi wezwania do stawienia się w urzędzie. Dochodzi nawet do fałszowania potwierdzeń pocztowych – zgłosiło się do mnie kilkanaście osób z podrobionymi „żółtymi karteczkami”.

„Zgłasza się do mnie wiele osób, które nie wiedzą, jaki jest status ich postępowania”, dodaje Ossowska. „Korzystają z usług pośredników, którzy czasem im pomagają, ale często celowo wprowadzają w błąd. Przykład: Kolumbijka przyjechała do Polski w grudniu 2023 roku. Pierwszy pobyt i zatrudnienie miała w Starachowicach, złożyła wniosek o pobyt czasowy przez biuro podawcze w Kielcach. Potem przeprowadziła się do Skierniewic, potem do Katowic, a aktualnie mieszka w Lublinie. Zapłaciła kilku pośrednikom i nie wie, gdzie aktualnie toczy się jej sprawa. Prawdopodobnie nie ma jeszcze pozwolenia na pracę, a pracuje od kilkunastu miesięcy. Nie ma żadnych dokumentów, poza świstkiem potwierdzającym, że złożyła wniosek w terminie – ale było to w marcu 2024 roku. Być może zawiadamiała lub ktoś robił to za nią, a może nie, o zmianie miejsca pobytu. Pani jest w sytuacji kota Schrödingera; jednocześnie legalnie i nielegalnie”.

Nieuczciwym pracodawcom taki stan rzeczy się opłaca – pracownik przebywający w Polsce nielegalnie lub z chaosem w dokumentach może mieć problemy ze znalezieniem nowej pracy, więc staje się od nich bardziej zależny.

Wyzysk

Kolumbijczycy są obecnie największą grupą cudzoziemców pracujących w Polsce na śmieciowych umowach – wg. statystyk ZUS, w 2024 roku aż 83,7 proc. z nich było zatrudnionych na umowie zlecenie lub umowie agencyjnej (dla porównania – w przypadku migrantów z Indii było to 41,3 proc., a średnia dla migrantów spoza UE to 36,8%). Z licznych świadectw wynika też, że wiele osób pracuje zupełnie na czarno, za głodowe stawki i w fatalnych warunkach.

„Największy wyzysk panuje w branży mięsnej”, mówi Rocio Flores z Sindicato de Trabajadores Latinoamericanos. „Działają tam przynajmniej trzy powiązane ze sobą agencje, które masowo zatrudniają nielegalnie i oszukują pracowników, a jednak wciąż współpracują z dużymi, renomowanymi polskimi firmami. Każda z tych agencji pobiera od pracowników nielegalną prowizję za znalezienie pracy, sprzedają też i fałszują zaświadczenia o statusie studenta. Potrafią pobierać też nawet 1000 zł za wydanie zezwolenia na pracę”.

Wszyscy moi rozmówcy wspominają też o typowych nadużyciach: o stawkach poniżej minimalnej, od których agencje potrącają jeszcze opłaty za odzież roboczą czy transport do zakładu pracy.

O oszukiwaniu przy naliczaniu godzin– w wielu fabrykach nie ma rejestrów i nie odbija się kart przy bramce; agencje zaniżają więc czas pracy nawet o kilkadziesiąt godzin miesięcznie i zarabiają na tej różnicy.

O pieniężnych „karach umownych”, które dostać można za wszystko – źle założony czepek czy fartuch, niezmienione obuwie, nieobecność z powodu choroby, a także, za chęć wypowiedzenia nielegalnej umowy przed określonym przez agencję terminem.

A także o pracy po kilkanaście godzin dziennie, również w niedziele i święta, bez zapłaty za nadgodziny, przestoje, urlop czy chorobę.

„Ludzie pracują po 12-14 godzin, do tego dochodzi 1,5 godziny na dojazd do zakładu pracy. Po pracy mogą się najwyżej umyć, zjeść coś i iść spać. Nie mają czasu i siły na nic, a już na pewno nie na szukanie pomocy czy nowej pracy”, mówi Tomasz Bauer ze Stowarzyszenia „NOMADA”. „To zmęczenie wpływa na ich psychikę – po kilku miesiącach wpadają w mentalny letarg, zaczynają pojawiać się choroby, mimo których dalej muszą pracować. Chroniczne wyczerpanie sprzyja też wypadkom – chwila nieuwagi i tracą palce, łamią sobie kończyny. A wtedy najczęściej wyrzucają ich z pracy i kwatery pracowniczej i lądują na bruku. Jak w dziewiętnastym wieku”.

Często dopiero w momencie wypadku okazuje się, że pracodawca zatrudniał cudzoziemca nielegalnie – nagle firmy migiem załatwiają papiery, by poszkodowany mógł być przyjęty do szpitala. Ale, jak mówią moi rozmówcy, jest też wiele przypadków osób pozostawionych zupełnie na lodzie, z wielkimi rachunkami za leczenie.

W dramatycznej sytuacji jest też wiele kobiet w ciąży”, mówi Bauer. „Gdy nie mogą już ciężko pracować fizycznie, agencje stają się bezlitosne – nie harujesz, to do widzenia. Razem z pracą kobiety tracą dach nad głową, a jeśli pracowały legalnie, także ubezpieczenie. Nie stać ich nawet na opiekę lekarską, a muszą opłacić poród. Jeśli są w trakcie procedury pobytowej, to nie mogą pozostawać bez zatrudnienia dłużej niż dwa miesiące. Pracy oczywiście podjąć nie mogą, więc również „wpadają w nieuregulowanie”, bo prawo nie przewiduje wyjątku nawet dla osób w tak wyjątkowej sytuacji”.

Czy wyjątkowy wyzysk dotyka głównie Kolumbijczyków?

Choć w Polsce pracują dziesiątki tysięcy cudzoziemców spoza Europy, to o wyzysku, nadużyciach i nielegalnej pracy oraz pobycie najczęściej słyszy się w ostatnich miesiącach właśnie w kontekście Kolumbijczyków.

Przyczyny tego są złożone. Zdaniem Marii Ossowskiej, spora część problemów wynika z tego, że Kolumbijczycy wyjątkowo często przeprowadzają się i zmieniają pracę.

„Żadna inna grupa migrantów, z którą pracuję, nie jest tak »mobilna«”, mówi. „Decyzje podejmują często w pośpiechu i chaosie, nie pilnują procedur, tak, jakby wszystko miało ułożyć się samo. Oczywiście, chcą po prostu poprawić swoją sytuację, ale w efekcie tylko komplikują swój status prawny i często trafiają do gorszych agencji. Uciekają z prac, które może były ciężkie – np. w zakładach mięsnych – do logistyki czy sortowni, bo ktoś obiecał lżejszą pracę i lepsze pieniądze. Tyle że z legalnej pracy, czasem nawet na umowę o pracę, trafiają na śmieciówki lub zupełnie na czarno”.

Zdaniem Tomasza Bauera, ta szczególna mobilność Kolumbijczyków nie wynika z ich cech kulturowych, a z warunków na polskim rynku pracy.

„Pracowników z Bangladeszu, Nepalu czy Indii nie obejmuje ruch bezwizowy, trudniej im zmieniać zatrudnienie i mogą czuć się bardziej związani z pierwszym pracodawcą, który uzyskał dla nich zezwolenie na pracę”, mówi. „Nie sądzę, by ich warunki pracy były lepsze niż Kolumbijczyków – raczej po prostu mają mniej alternatyw i zaciskają zęby”.

Jak mówi Bauer, częste zmiany pracy są też związane z „wpadaniem” w nieregularny status – takie osoby są zdesperowane i godzą się na wszystko, przez co trafiają do najgorszych agencji.

„Takich, które oferty wysyłają na WhatsApp, bez żadnych konkretów, nawet bez adresu. Zawsze ostrzegamy naszych klientów, że to niemal gwarancja nielegalnej pracy i kłopotów. Ale co z tego, jeśli ludzie są przyciśnięci do muru, stracili pracę i muszą mieć nową, od zaraz? Z moich doświadczeń wynika, że osoby, którym udało się uregulować pobyt i znaleźć dobrego pracodawcę już nie krzątają się tak po Polsce”, mówi.

Mobilność jest skutkiem polityki agencji, które próbują obchodzić przepisy zakazujące zatrudniania tymczasowego u jednego pracodawcy przez dłużej niż 1,5 roku. Robią to na różne sposoby – niektóre zamykają się i otwierają pod inną nazwę, a inne przerzucają właśnie pracowników po całym kraju.

Ignacy Jóźwiak z „Inicjatywy Pracowniczej” podkreśla, że ogromna szara strefa, jaka wytworzyła się wokół pracy Kolumbijczyków, wynika częściowo z ruchu bezwizowego.

„To ciemna strona liberalnego prawa migracyjnego”, mówi. „Ale w pewnym stopniu, również specyfika wielu kolumbijskich firm i agencji, które operują w szarej strefie. Nie chodzi o stricte gangi czy kartele, ale po prostu o przenoszenie nielegalnych rozwiązań stosowanych w ich kraju na rynek polski”.

„Wielkim problemem są recrutadores – bardziej przedsiębiorczy Latynosi, którzy werbują swoich rodaków do często nielegalnej pracy w Polsce”, dodaje Maria Ossowska. „To dla nich rodzaj awansu – ludzie, którzy nie chcą już harować w fabrykach drobiu, znajdują sobie łatwiejszą pracę jako »łowcy głów«. Pracowników rekrutują albo jeszcze w Kolumbii, albo na Facebookowych grupach, a za swoje pośrednictwo pobierają od pracownika niemałą prowizję, co w świetle polskiego prawa jest nielegalne”.

Recturadores działają na własną rękę albo we współpracy z agencjami, czasami kilkoma naraz. Ich prowizje wahają się od 500 zł do nawet kilku tysięcy. Czasem zwerbowany faktycznie dostaje zatrudnienie, ale często jest to zwykłe oszustwo – „rekruter” nie ma nic wspólnego z fabryką, dla której miał pracować; zakład może w ogóle nie potrzebować pracowników, albo w ogóle nie istnieć.

„Wiele osób zadłuża się w Kolumbii, by opłacić podróż. Niektóre kolumbijskie agencje, współpracujące z tymi polskimi, liczą sobie nawet 8 tysięcy złotych za zorganizowanie przyjazdu”, opowiada Tomasz Bauer. „Długi rosną potem do szalonych kwot i człowiek nie ma możliwości ich spłacenia. A jeśli są w to zamieszane struktury, które, mówiąc wprost, pachną mafią, to robi się naprawdę nieciekawie. Mieliśmy kilka takich przypadków: ludzie zgłosili się do nas po pomoc, udokumentowaliśmy ich sprawy, mieliśmy zgłaszać je na policję, a kontakt nagle się urywał. Bo dostali ostrzeżenie: wracaj do pracy, wiemy, co robisz, wiemy, gdzie mieszka twoja rodzina w Kolumbii. Czasem te osoby odzywały się do nas po kilku miesiącach – z jakiejś innej wioski w Polsce. znowu w sytuacji bez wyjścia, jeszcze bardziej zadłużone”.

Wiele z agencji działających w Polsce to firmy ukraińskie, często w ogóle niezarejestrowane w Polsce. Jak tłumaczą moi rozmówcy, wynika to po prostu z silnych związków Ukraińców z różnymi branżami w Polsce. Przez lata to głównie oni zapełniali wakaty w przemyśle, logistyce czy rolnictwie i często sami ściągali do pracy swoich rodaków, a dziś pośredniczą w rekrutacji pracowników z innych krajów. Wiele agencji potworzyło też łańcuchy rekrutacyjne w Ameryce Południowej, otwierając tam swoje filie lub współpracując z tamtejszymi pośrednikami czy nawet lokalnymi urzędami pracy.

„Jeszcze przed wybuchem pandemii, wśród agencji, które prowadziły rozpoznanie rynków azjatyckich jako źródła »importu siły roboczej« przeważały agencje prowadzone przez osoby z Ukrainy – nawet jeśli były zarejestrowane w Polsce. To logiczne – byli najliczniejszą grupą cudzoziemskich pracowników, działali więc też w branży pośrednictwa pracy”, mówi Ignacy Jóźwiak. I dodaje:

„Ten globalny łańcuch dostaw siły roboczej, odzwierciedla też pozycję tych krajów w globalnej gospodarce i polityce międzynarodowej. Kolumbia – kraj o trudnej historii, niestabilny politycznie, z dużym bezrobociem, niską siłą nabywcza, którego obywatele coraz aktywniej poszukują pracy za granicą, w tym w Europie. Ukraina – kraj emigracyjny, przez lata główny rezerwuar siły roboczej dla Polski i działających tu międzynarodowych przedsiębiorstw. W pewnym momencie jego obywatele stali się pośrednikami w rekrutacji pracowników z różnych części świata. I wreszcie, Polska, kraj unijny, ale pełniący tez funkcję linii montażowej i zaplecza logistycznego dla strefy Schengen – bo to w specjalnych strefach ekonomicznych w Polsce działają przedsiębiorstwa z całego świata, a spora część produktów jest skierowana na rynek międzynarodowy”.

Jóźwiak potwierdza, że część agencji zatrudnienia jest prowadzona przez osoby z Ukrainy, a w wielu innych pełnią oni funkcje menedżerów średniego szczebla i są bezpośrednimi przełożonymi Kolumbijczyków.

„Nie potrafię podać tu statystyk, ale bez wątpienia znaczna część nieprzyjemności, jakich doświadczali Kolumbijczycy w Polsce, działa się ze strony Ukraińców”, mówi. „Co ciekawe, nie spotkałem się z negatywnym stosunkiem do Ukraińców ze strony Kolumbijczyków. Natomiast ta kwestia jest potencjalnie niebezpieczna – mieliśmy erupcję zainteresowania nielegalnością i przestępczością Kolumbijczyków po sprawie zabójstwa w Nowem. Nastroje w Polsce są coraz mniej przychylne migrantom, również osobom z Ukrainy. Jeśli na tę atmosferę nałożą się jeszcze tarcia pomiędzy różnymi grupami, np. Kolumbijczykami i Ukraińcami, to mamy tykającą bombę zegarową”.

Tomasz Bauer z „Nomady” podkreśla natomiast, że te same agencje, które dziś dopuszczają się nadużyć wobec Kolumbijczyków, wykorzystywały wcześniej właśnie pracowników z Ukrainy.

„Odkąd ci uzyskali status UKR i lepszą ochronę prawną, większy wyzysk dotyka migrantów z bardziej odległych krajów, którzy są bardziej zależni, często nie mogą wrócić do domu, grozi im większa izolacja i nadużycia”, mówi.

„Nie będę wymieniać nazw, ale niektóre z naszych rodzimych agencji również działają jak mafie”, dodaje Bauer. „Znamy przypadek takiej, która długo zatrudniała Kolumbijczyków zupełnie nielegalnie, kierując ich do pracy w dużych zakładach przemysłowych. Nagle zaczęli wszystkich zwalniać, oferowali nawet dopłaty do powrotu do Kolumbii – prawdopodobnie sprawa się sypnęła i próbowali pozacierać ślady”.

Czy wyzysk Kolumbijczyków to handel ludźmi?

Zdaniem Bauera, wyzysk, którego doświadczają dziś w Polsce Kolumbijczycy, w wielu przypadkach powinien być uznawany za formę handlu ludźmi. Nie tylko pozwoliłoby to na pociągnięcie pracodawców do większej odpowiedzialności – bo dziś odpowiadają za oszustwa jedynie z kodeksu pracy i kodeksu cywilnego i ponoszą raczej symboliczne kary – ale pomogłoby także poszkodowanym cudzoziemcom. Dziś, to właśnie ofiary oszustw ponoszą największe konsekwencje – gdy okazuje się, że pracują i przebywają w Polsce nieregularnie, prawie w każdym przypadku dostają nakaz opuszczenia kraju. Udowodnienie, że takie osoby padły ofiarą handlu ludźmi, zapewniłoby im ochronę przed deportacją.

„Problem w tym, że definicja handlu ludźmi jest dość wąska, a w przypadku kolumbijskich pracowników nie mówimy oczywiście o porwaniu, zamknięciu czy zmuszaniu siłą do niewolniczej pracy”, mówi Bauer. „Ich sytuacja spełnia jednak kilka kryteriów handlu ludźmi”.

Pierwszy to wprowadzanie ludzi w błąd w celu uzyskania korzyści finansowej. Agencje stosują cały wachlarz takich działań: kłamstwa odnośnie do zarobków, fałszywe umowy, dziwaczne formy zatrudnienia, okłamywanie pracowników co do statusu ich procedur i pozwoleń na pracę.

„Większość osób nie jest tego świadoma i raczej nie podpisałaby takiej umowy, wiedząc, że poskutkuje to nieuregulowanym statusem. Gdy się o tym dowiadują, najczęściej jest już za późno”, mówi Bauer.

Druga kwestia to wykorzystywanie osób w sytuacji szczególnie wrażliwej w celu uzyskania korzyści.

„Nie chodzi tu o tzw. grupy wrażliwe, ale o system zależności, w jaki wpadają cudzoziemcy zatrudnieni w agencjach”, tłumaczy Bauer. „Są najczęściej wysyłani do odległych wiosek w pobliżu zakładów pracy. Są tam kompletnie wyizolowani, nie mają dostępu do pomocy i żadnych instytucji. Owszem, nie są zamknięci, mogą wyjść z pracowniczego hostelu, ale dokąd mają pójść? Nie znają języka, często nawet nie wiedzą, jak dojechać do większego miasta. Tu ważny jest też fakt powiązania miejsca zamieszkania z pracą: w przypadku zwolnienia – a pracę na czarno czy na umowie zlecenie traci się z dnia na dzień – osoby te zostają także bez dachu nad głową. Mieliśmy ostatnio sytuację pracowniczki, która od 10 dni krwawiła, nie mogła iść do pracy i kazali jej opuścić kwaterę. Spędziła noc na dworcu, a rano agencja zadzwoniła mówiąc, że może wrócić, pod warunkiem, że stawi się w pracy. Nie miała wyjścia – musiała wrócić i zasuwać w takim stanie”.

Jak tłumaczy Bauer, im bardziej pogarsza się sytuacja prawnika, tym bardziej pogłębia się jego zależność od agencji. Gdy taka osoba „wpada w nieregularność”, nie może już złożyć skargi, ani nawet szukać pomocy, bo to ryzyko bycia deportowanym. Nie zmieni też pracy, bo nieregularny status będzie problemem dla kolejnego pracodawcy. Najczęściej nie ma też środków, by wrócić do kraju – bo na najgorszych umowach, po wszystkich prowizjach i „karach” potrącanych przez agencję, zarabia nawet kilkaset złotych miesięcznie.

„Chciałbym, żeby państwo polskie wzięło odpowiedzialność za dopuszczenie do tej sytuacji”, mówi. „To niesprawiedliwe, że konsekwencje ponoszą oszukani pracownicy, którzy ze swojej strony dopełnili wszelkich formalności. To też strata dla polskich firm, które tracą dobrych pracowników tylko dlatego, że nie udało im się uregulować statusu; oraz dla państwa, bo nieuczciwe agencje nie płacą podatków i składek. No i wreszcie, Polska jest przecież państwem prawa. Kolumbijczycy często mówią nam, że faktycznie, nie sprawdzili przed przyjazdem wszystkich dokumentów, bo nie przyszło im do głowy, że ktoś mógłby ich tu oszukać – przecież to Europa, nie Kolumbia”.

„Dominuje dziś narracja obwiniająca pracowników”, dodaje Bauer. „Te wszystkie »Straż Graniczna ujawniła 30 nielegalnie pracujących… Pracowali bez wiz i dostali nakaz opuszczenia Polski…« A ja pytam – czy ci ludzie sami pozatrudniali się nielegalnie, sami postanowili nie opłacać podatków? Czy to wina imigrantów, że w Polsce mamy dziś system taniego niewolnictwa?”

;
Na zdjęciu Małgorzata Tomczak
Małgorzata Tomczak

Socjolożka, kulturoznawczyni i dziennikarka freelance. Publikowała m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Newsweeku" i "Balkan Insights". Na stałe mieszka w Madrycie.

Komentarze