0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: fot. Agnieszka Rodowiczfot. Agnieszka Rodow...

Jaka jest sytuacja małoletnich migrantów i uchodźców, którzy znaleźli się w Polsce bez opieki, wyjaśnia Karolina Czerwińska, ekspertka do spraw migracji, która pracowała w międzynarodowej organizacji Save The Children.

Dziewczynka z Konga, dzieci z Ukrainy

Agnieszka Rodowicz: Opowiedz, komu udało się wam pomóc.

Karolina Czerwińska: Na przykład dziewczynce z Demokratycznej Republiki Konga. Przyleciała do Polski sama, uciekając z ogarniętego konfliktem Kongo. Trafiła do pogotowia opiekuńczo-wychowawczego, gdzie bariera językowa utrudniała ocenę jej sytuacji i potrzeb. Wtedy przydało się nasze wsparcie. Określiliśmy, czego dziewczynka potrzebuje, zapewniliśmy jej pomoc psychologiczną, wizytę lekarską oraz konsultacje prawne. Teraz 16-latka mieszka u rodziny zastępczej i chodzi do polskiej szkoły! Kiedy dostała się do liceum, Save the Children Polska sfinansowało jej dodatkowe lekcje polskiego. Dziewczyna świetnie się uczy, marzy o studiach.

Ta historia pokazuje, jak ważne jest skoordynowane podejście i indywidualne wsparcie dla dzieci, które trafiają do Polski w poszukiwaniu bezpieczeństwa.

Również z Ukrainy?

Jeśli przyjechały po lutym 2022 r. są automatycznie objęte ochroną tymczasową, więc mogą legalnie w Polsce przebywać, uczyć się, ich sytuacja prawna jest dosyć klarowna.

Dzieci z innych krajów dostęp do ochrony mają dużo trudniejszy. Dostanie się na terytorium Polski jest trudne, część z dzieci doświadcza push backów i jest narażona na różne ryzyka, np. na handel ludźmi. Jak już tu dotrą, długo są w zawieszeniu, oczekując na przyznanie ochrony międzynarodowej, zwykle w domach dziecka.

Największą i szczególną grupą, którą się zajmujemy, są dzieci z ukraińskich domów dziecka. Ewakuowano je do Polski grupowo. Nie trafiły pod polską jurysdykcję na mocy dwustronnej umowy między Polską a Ukraina, w związku z tym nie zostały włączone do systemu pieczy zastępczej. Nie mogły trafić do polskich domów dziecka czy rodzin zastępczych.

Ukraina chciała, by zostały w ramach grup, w których były ewakuowane, by umożliwić im powroty, ale w związku z tym w Polsce były w stanie zawieszenia. Umieszczane były raczej w małych ośrodkach miejskich, w miejscach zbiorowego zakwaterowania takich jak ośrodki wypoczynkowe. Opiekuje się nimi strona ukraińska, czyli opiekunowie z Ukrainy.

Przeczytaj także:

Pomagamy w znalezieniu rodzin zastępczych

Czym zajmowałaś się w Save The Children?

Tworzeniem programów, które uwzględniają potrzeby dzieci migrujących z innych krajów niż Ukraina, ale też wpływaniem na rządzących, by zwracali uwagę na sytuację takich dzieci, zwłaszcza małoletnich bez opieki, którzy szukają u nas jakiejś formy ochrony.

Część przechodzi przez granicę polsko-białoruską, ale są też dzieciaki, które lądują na lotnisku. By wylecieć z kraju pochodzenia, podają we wniosku paszportowym zawyżony wiek, czasami po drodze tracą dokumenty. Do Polski docierają dzieci, których rodzice wysłali w tę podróż, albo po drodze utraciły rodziców albo utraciły ich wcześniej, w kraju pochodzenia i dlatego zdecydowały się wyjechać.

Konieczne jest zapewnienie tłumaczeń w domach dziecka, bo bardzo wiele złego dzieciom się dzieje ze względu na brak możliwości komunikacji między nimi a personelem placówek. Zwłaszcza że teraz jest mniej Syryjczyków, a więcej Somalijczyków, Etiopczyków, Erytrejczyków, których języki są trudniejsze do tłumaczenia.

Pomagamy w znajdowaniu rodziny zastępczych dla tych dzieci.

dzieci patrzą przez płot na granicy
Nastoletnie dziewczęta przy polskim płocie, Topiło, maj, 2024, fot. Agnieszka Rodowicz

Co jest potrzebne, by robić to sposób systemowy?

Trzeba by po prostu znajdować rodziny, gotowe do bycia rodzinami zastępczymi, badać ich background kulturowy, językowy, szkolić i umożliwić działanie przez podpisanie porozumień z Powiatowymi Centrami Pomocy Rodzinie i ze Strażą Graniczną (SG).

A te instytucje są do tego chętne?

Bardzo długo zabiegaliśmy o to, by mieć kontakt z SG. Ostatnio udało się doprowadzić do tego, że SG informuje nas, gdy zaczyna się zajmować małoletnim bez opieki.

Prawo jest tak skonstruowane, że SG jest postawiona w wyjątkowo trudnej sytuacji. Kiedy do SG trafia małoletni bez opieki, funkcjonariusze nie mogą go trzymać w ośrodku dla dorosłych albo w placówce SG, a jednocześnie brakuje placówek opiekuńczych, które by chciały takie dziecko przyjąć.

Mnie bardzo zaciekawiły opinie osób pracujących w placówkach opiekuńczych. Mówiły na przykład, że zdarzało się, gdy dziecko z granicy do nich przyjeżdżało, za nim przybywali aktywiści, którzy niekoniecznie mieli ochotę respektować to, w jaki sposób placówka jest zorganizowana.

Na przykład?

Dużym tematem była dystrybucja telefonów komórkowych. Dla dziecka, które jest w podróży, kontakt z rodziną jest priorytetem, ale z drugiej strony dzieci w placówce podlegają określonym zasadom. Zarządzanie tym było ogromnie trudne dla ich opiekunów.

Tym bardziej, że kiedy zaczęliśmy się temu przyglądać, około 80-90 procent dzieci z tych placówek zniknęło, oddalając się w nieznanym kierunku. Dostęp do telefonu rodził takie ryzyko. Trzeba pamiętać o zjawisku handlu ludźmi. Handlarze ludźmi szczególnie interesują się tą grupą dzieci, jako, że nie mają żadnej siatki wsparcia.

Dzieci znikają z Polski

Save The Children oszacowało, że między 2015 a 2020 rokiem do Europy trafiło ok. 210 tys. małoletnich migrantów i migrantek bez opieki. Przy czym ich rzeczywista liczba może być dużo wyższa, bo trafiając w ręce handlarzy ludźmi, znikają z systemu. Według Missing Children Europe ponad 18 tyś. dzieci migrujących i uchodźczych zaginęło w Europie między 2018 a 2020 rokiem. To oznacza 17 dziennie.

Tak, to są szokujące dane. Zwłaszcza na południu Europy to się dzieje. Ale i u nas jest takie ryzyko. Przez cały 2024 r. SG kierowała dzieci do Domu Księdza Emeryta w Augustowie – miejsca, które nie ma charakteru placówki opiekuńczo-wychowawczej i jest zupełnie nieprzygotowane do opieki nad dziećmi, zwłaszcza z tak szczególnymi potrzebami. Poza jednym chłopcem, którego udało się nam przenieść z tego miejsca, nie znam żadnego dziecka z tego domu, które by zostało w Polsce. A było ich tam ze trzydzieścioro.

Z innych domów dziecka też poznikały.

Niestety. Interwencje, które podejmujemy, wspierają placówki opiekuńcze, SG, jak i dzieci. Liczba ucieczek zdecydowanie się zmniejsza. Wielki potencjał ma praca z rodzinami zastępczymi – dotychczas słyszałam tylko o dwóch polskich rodzinach, które przyjęły dzieci uchodźcze bez opieki. Jest to wspomniana dziewczynki z Konga (DRK) i chłopiec z Afganistanu. Trafił do Polski na początku kryzysu humanitarnego w 2021 r. Nie spotkałam go nigdy, ale wiem, że był to szczęśliwy splot okoliczności. Sąd, który wydawał postanowienie, znał jakąś rodzinę zastępczą i chłopiec do niej trafił. Teraz jest już dorosły, mieszka w Polsce.

Część dzieci chce się dostać do członków swoich rodzin albo do osób im znanych, które mieszkają w Europie Zachodniej.

Tak i w takich przypadkach naszym celem powinno być jak najszybsze połączenie dziecka z rodziną, czy innym dorosłym, o ile jesteśmy pewni, że jest to dla dziecka bezpieczne. To nie jest proste, bo Urząd do Spraw Cudzoziemców (UdSC) musi się połączyć z analogiczną instytucją, w kraju, do którego dziecko ma trafić, i przenieść tam sprawę o udzielenie ochrony.

A Niemcy, czy Francja nie zawsze chcą te sprawy brać. Jeśli chodzi o większość dzieci, jestem przekonana, że decydują się na dalszą podróż, bo jedyna informacja, którą uznają za bezpieczną, to ta, która pochodzi z grup na Telegramie. Bo jest napisana w ich języku, w sposób dla nich czytelny. Nadawcami tych informacji mogą być przemytnicy, handlarze ludźmi, którzy ściągają te dzieciaki do siebie.

Myślę, że trzeba doprowadzać do tego, byśmy to my, nasz system, osoby, które go tworzą, stawały się dla tych dzieciaków bezpiecznymi dorosłymi, żeby to nam ufały. Takie zaufanie najlepiej buduje się w rodzinie.

Dziewczynka z Afganistanu, chłopiec z Egiptu

Mówiłaś mi wcześniej o dwóch innych przypadkach, w których się nie udało się ustanowić rodziny zastępczej dla dzieci z granicy.

Analizowałam te sprawy, ale nie byliśmy w nich stroną. Była to dziewczynka z Afganistanu i chłopiec z Egiptu, którzy przebywali w dwóch podlaskich domach dziecka. Dwie polskie rodziny zgłosiły się do PCPR-ów, chciały przejść wymagane przygotowanie, by móc zostać rodziną zastępczą dla nich. Nie udało się.

Rodziny zastępcze są utrzymywane ze środków powiatu. Jest na to określona pula pieniędzy i gdy zgłosiły się dodatkowe osoby do pełnienia funkcji rodzin zastępczych, być może zabrakło środków.

Jest to systemowy problem, który polega na uzależnieniu pieczy zastępczej od powiatów, które z kolei nie zawsze kierują się najlepszym interesem dziecka.

Czekamy na nowelizację ustawy o pieczy zastępczej – są zapowiedzi, że nowe przepisy będą bardziej elastyczne, ale wciąż czekamy na ich finalny kształt. Warto zaznaczyć finansową efektywność rodzin zastępczych w stosunku do placówek instytucjonalnych, bo utrzymanie jednego dziecka w placówce o charakterze interwencyjnym w Warszawie to koszt kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie.

Miesięcznie?!

Tak. Bo trzeba opłacić iluś opiekunów obecnych całą dobę. Obiekt trzeba ogrzać, dzieci ubrać, nakarmić, do tego potrzebni są specjaliści, psycholog.

Powiaty utrzymują instytucjonalne formy opieki nad dziećmi, zwane potocznie domami dziecka. Mają one oczywiście zalety. Są na przykład stale dostępne, mogą mieć formę interwencyjną. Ale jeśli porównać koszty utrzymania dziecka w rodzinie zastępczej, do kosztów w opiece instytucjonalnej, to przegrywają konkurencję. A jeżeli powiat już wybudował placówkę, to chce ją utrzymywać.

Nikt tego nie optymalizuje ani pod względem finansowym, a przede wszystkim pod względem najlepszego interesu dziecka. Jest oczywiste, że dziecko powinno być w środowisku rodzinnym. Wszystkie badania o tym mówią.

Na 14 miejsc, 38 dzieci

Ktoś jeszcze buduje takie placówki?

Mało tych placówek powstaje, a istniejące są zatłoczone. W wakacje na 14 miejsc w jednej z placówek w Warszawie było przyjętych 38 dzieci. W stolicy same pogotowia są chyba 2 – 3, regularnych domów dziecka jest znacznie więcej.

Przy deinstytucjonalizacji ustalono, że domy dziecka nie mogą być większe niż na 14 miejsc. Tylko że tak jest na papierze. W rzeczywistości na dostawianych tapczanikach, leżankach poupychanych bywa dużo więcej dzieci.

Zdarzyło się, że ktoś przyjął małoletnią osobę bez opieki do domu, mimo że nie został formalnie rodziną zastępczą. Tu mi się od razu lampka czerwona zaświeca.

Dlaczego?

Nie przeszłoby mi przez gardło potępienie osób, które pomogły dzieciom. Myślę, że oceniły tę sytuację najlepiej, jak potrafiły i wybrały najlepiej, jak były w stanie wybrać. Ale nie można tego stawiać jako przykład. Bo dziecko, które podróżuje bez opieki dorosłego, jest najwrażliwsze z wrażliwych. To młody człowiek, który jeszcze uczy się życia, a jednocześnie nie ma żadnej sieci wsparcia, ani prawnych instrumentów, bo jest małoletni. Żeby móc się bronić, potrzebuje reprezentanta, nie funkcjonuje samodzielnie w sensie prawnym. Więc fakt, że taka młoda osoba znajduje się u kogoś w domu bez nadzoru, rodzi zagrożenia. Mogą się zadziać złe rzeczy.

Zdarzały się?

Siedemnastolatka z Ukrainy była w relacji romantycznej z dorosłym Polakiem. On został ustanowiony jako opiekun tymczasowy. Pojawiła się przemoc i nagle się okazało, że ta dziewczyna nic nie może, bo jej opiekun jest również jej partnerem. Przyszła do Fundacji Polskie Forum Migracyjne po pomoc psychologiczną. W świetle ówczesnego prawa nie mogliśmy jej pomóc.

Zasadniczo osoby do 18 roku życia powinny okazać zezwolenie opiekuna na otrzymywanie pomocy medycznej czy psychologicznej. To pokazało niejasność tej instytucji „tymczasowego opiekuna prawnego”.

Odbyło się to w świetle prawa. Jak uchronić inne dzieci przed nadużyciami?

Chyba wyszliśmy już z okresu wypaczenia, ale to ciekawy temat, bo to rozwiązanie ustanawiania opiekuna tymczasowego dla dzieci z Ukrainy było jednocześnie i dobre i niedobre.

Pełnoletniość w różnym wieku

Powiedz o tym więcej.

W Ukrainie dzieci uzyskują pełnoletność pod wieloma względami już w 16 roku życia. Kiedy wybuchła wojna, uciekło przed nią do Polski bardzo dużo osób 16+, które my uznajemy za dzieci, a w Ukrainie to osoby posiadające zdolność prawną.

Trzeba było ustanowić jakąś formę opieki nad nimi. W specustawie dotyczącej uchodźców z Ukrainy wymyślono mechanizm opiekuna tymczasowego. Powiedzmy, że przyjechała dziewczynka z Ukrainy. Jej matka zaufała komuś, że przyjmie jej córkę u siebie w domu w Polsce. Ten ktoś szedł do sądu, składał wniosek o to, by być opiekunem tymczasowym. Po 24 godzinach zyskiwał ten status i odpowiadał prawnie za dziecko. Mógł za nie podejmować wszystkie decyzje. Pewnie na luty i marzec 2022 r. to było rozwiązanie najlepsze, jakie można było wymyślić, ale pojawiały się też wypaczenia.

dzieci patrzą przez przęsła granicznego płotu
Nastoletni migranci przy polskim płocie, maj 2024, fot. Agnieszka Rodowicz

Jak w przypadku tej 17-latki.

Tak. Ten mężczyzna nie został przez sąd zweryfikowany. Sąd nie przyjrzał się tej relacji, ale na tamtym etapie to odbywało się w sposób masowy. I oczywiście dzięki temu całe mnóstwo dzieci uzyskało dobrą opiekę.

Jak się skończyła historia tej dziewczyny?

Kiedy do nas przyszła, brakowało jej kilku tygodni do upełnoletnienia się. Wspólnie z nią podjęliśmy decyzję, że zaczeka. Wspieraliśmy ją przez te pięć tygodni, potem pomogliśmy jej wyjść z tego układu. Odeszła od tego mężczyzny, choć to była dla niej bardzo trudna sytuacja.

Opieka za pieniądze

Było więcej takich sytuacji?

Było wiele przypadków, kiedy np. ktoś wziął nastoletniego syna sąsiadki ze sobą do Polski, został ustanowiony opiekunem tymczasowym. Po jakimś czasie nie był już w stanie wykonywać tej roli z różnych względów. Wówczas te dzieci, „porzucone”, trafiały do placówek.

Drugi wątek, to osoby, które za pieniądze pełnią funkcję opiekuna tymczasowego. Myślę, że do tej pory to funkcjonuje. Rodzice z Ukrainy wysyłają nastoletnie dzieci do Polski, by tutaj mieszkały w internatach i były zapisane do polskiej szkoły, pewnie oceniając to jako najlepsze dla nich rozwiązanie. I są osoby, które za wynagrodzeniem pełnią funkcję opiekuna tymczasowego.

Jak rozumiem, to prywatna umowa między tymi ludźmi i nie ma nad tym kontroli.

Dokładnie. Uważam, że system powinien nadzorować, ale przede wszystkim wspierać rodziny zastępcze, które chcą oferować wsparcie dzieciom poszukującym ochrony w Polsce.

Powinien też szkolić kadry placówek opiekuńczo-wychowawczych do pracy z dzieckiem z doświadczeniem uchodźstwa. Save the Children wydało broszurkę dla dyrektorów i pracowników pieczy zastępczej. Naświetlaliśmy tam wątek handlu ludźmi. Uczulaliśmy, by zwracali na to uwagę, bo te dzieci są w grupie najwyższego ryzyka.

Ważny temat to także rodzina biologiczna takiego dziecka. Pracownicy pieczy zastępczej w Polsce są przyzwyczajeni do tego, że ta rodzina nawaliła. W przypadku dzieci migrujących może być odwrotnie.

Zajmowałam się w 2021 r. sytuacją chłopca z Syrii. Rodzice wysłali jego i brata do Europy w obawie przed poborem do armii. Wykonali ogromny wysiłek, także finansowy, by synowie znaleźli w bezpiecznej sytuacji.

Wysyłanie w podróż, by zapobiec włączeniu dziecka do grup zbrojnych, udziału w wojnach dotyczy też wielu dzieci z Somalii czy Jemenu. Dziewczynki są wysyłane do Europy, by uchronić je przed aranżowanymi małżeństwami. Ale są też dzieci, przykład LGBTQ+, które uciekają przed członkami swoich rodzin.

Znam przypadek dziewczynki, która uciekała przed aranżowanym małżeństwem, do którego zmuszali ją rodzice. Pomogła jej ciotka mieszkająca od dawna w Europie. Kiedy pracujemy z opiekunami, dyrektorami placówek, zwracamy uwagę, że w przypadku dziecka cudzoziemskiego często rola rodziny biologicznej w jego życiu jest dużo mniej jednoznaczna niż w sytuacji dzieci polskich.

Nie zawsze dziecko chce kontaktu ze swoją rodziną

Podasz przykład?

Kiedy opiekunowi z placówki pytają: „To kiedy mogę się skontaktować z rodzicami tego dziecka?”, odpowiadamy: „Trzeba dopytać dziecko, czy tego kontaktu chce”. I w zależności od tego podejmować decyzje. To samo, jeśli chodzi o kontakt ze społecznością z kraju pochodzenia.

Odruchem serca jest to, by jak najszybciej poszukać rodaków. Trzeba uważać, bo może dziecko ucieka przed swoją społecznością z powodu, który nie jest dla nas czytelny. Zrozumienie motywów, dla których dziecko wyjechało, kodów kulturowych, jest dużo bardziej złożone i trzeba mieć czułki powysuwane na wszystkie strony. I dać się trochę prowadzić dziecku, co nie jest standardowym sposobem pracy opiekuna czy wychowawcy w placówce.

W Niemczech biorą pod uwagę ich zdanie i wierzą w samodzielność nastolatków. Nie rozwiązuje to wszystkich problemów, bo nastoletnich osób w drodze jest tak dużo, że państwo się nie wyrabia.

Mamy dane, jeśli chodzi o migracje do Europy. Właściwie na wszystkich szlakach migracyjnych liczby przyjazdów do Europy spadają, ale w przypadku małoletnich bez opieki na wielu szlakach rosną. Co świadczy o tym, że coraz młodsze osoby migrują. Także odsetek dzieci wśród uchodźców jest coraz wyższy.

Nie brzmi to optymistycznie, szczególnie gdy nie ma jeszcze u nas dobrze zorganizowanej pomocy.

Prowadziliśmy szkolenia dla pracowników pieczy zastępczej jak pracować z dziećmi w procedurze o udzielenie ochrony międzynarodowej. Jedno w Warszawie, drugie w Białymstoku. Poziom wiedzy był bardzo niski, jeśli chodzi o rozumienie procesów stojących za migracjami, tego, skąd te dzieci przyjeżdżają do Polski, dlaczego.

Opiekunowie nie brali pod uwagę, że coś się musiało wydarzyć w ich kraju pochodzenia, skoro wyjechały: doświadczenie głodu, wojny, przemocy, jak i tego, że coś się działo niedobrego po drodze. To pozostawało poza polem widzenia opiekunów, mimo że ileś tych dzieci w placówkach u siebie mieli. A przecież jest mnóstwo raportów na temat tego, co się dzieje po stronie białoruskiej, ale i po polskiej. Placówki widzą, że to jest temat, ale są bezsilne, brakuje przygotowania, bo nie mieli na żadnym etapie swojej edukacji z tym kontaktu.

Mówiłaś mi też, że było kilka przypadków, w których do rodzin zastępczych trafili młodzi dorośli?

Tak, ale nie do rodzin zastępczych. Były dwie sytuacje, o których wiem, kiedy rodziny z Podlasia po formalnym powiadomieniu placówki były w kontakcie z tymi dziećmi, odwiedzali je, urlopowali je, jak to się nazywa w żargonie placówkowym, czyli te dzieci były czasowo u nich w domach. Kiedy małoletni się upełnoletnili, jako młodzi dorośli trafili na stałe do ich domów.

Szkoły ponadpodstawowe są niechętne

Bo już nie wymagało to decyzji sądu?

Dokładnie. I te polskie rodziny nadal je wspierają i próbują doholować do samodzielności. Warte odnotowania jest to, że często nie jesteśmy w stanie znaleźć szkół chętnych do przyjęcia cudzoziemskich dzieci bez opieki. Na etapie szkoły podstawowej obowiązuje rejonizacja, więc wszystkie dzieci w tym wieku do szkoły podstawowej trafiają.

Ale szkół ponadpodstawowych rejonizacja nie obowiązuje i mogą odmówić przyjęcia dziecka. Tak jak w Sudanie są dzieci, które chcą chodzić do szkoły, a nie mogą, tak w Polsce też są takie dzieci. Bo żadna szkoła ich nie chce.

Mamy teraz przypadki dwóch chłopców, jeden z drygiem do elektryki, drugi świetnie gra w piłkę, jest pod opieką lokalnego klubu. Musiałyśmy pisać pisma i walczyć, by szkoły ich przyjęły. Sprawa dotarła do osób na wysokich stanowiskach we władzach regionalnych. Udało się doprowadzić do przyjęcia obu do szkoły, ale bez naszej interwencji na pewno by się to nie wydarzyło.

Jakie argumenty mają szkoły, by odmawiać przyjęcia tych dzieci?

„Nie jesteśmy w stanie włączyć dziecka niemówiącego po polsku w naukę”. Jest to oczywiście jakiś argument. Z drugiej strony konstytucja polska mówi, że wszystkie osoby do 18 roku życia mają prawo do edukacji.

Zgadzam się, że to obciążające dla szkoły, ale uważam, że wykonalne. Zwłaszcza że te dzieciaki szybko się uczą polskiego wśród rówieśników. Wymaga to wysiłku, ale trzeba go podjąć. Tym bardziej że słyszy się z różnych stron wypowiedzi, że cudzoziemcy nie chcą się integrować.

A tymczasem szkoły nie uznają świadectw szkolnych z krajów pozaeuropejskich. Mieliśmy przypadek chłopca z DRK mówiącego biegle po francusku, który w dużym mieście nie mógł znaleźć żadnej szkoły średniej, która by przyjęła. Trafił do podstawówki na nauczanie indywidualne, mimo że miał prawie ukończoną szkołę średnią w DRK.

Gdyby to była sytuacja białego chłopca z Belgii czy z Francji, na pewno by się miejsce w szkole średniej znalazło. Dzieci mówiące w innych językach, wyglądające inaczej, doświadczają różnych form dyskryminacji. W przypadku małoletnich bez opieki dochodzi jeszcze temat usamodzielniania, doprowadzenie do tego, by dostali mieszkanie treningowe, pracę, co powinno być standardem, a jest rzadkością.

Jak ocenić wiek dziecka?

Według raportu o sytuacji dzieci na granicy polsko-białoruskiej przygotowanego przez kilka organizacji pozarządowych 85 proc. osób jest ocenionych przez SG jako osoby pełnoletnie.

Prowadzimy aktualnie z Lekarzami Bez Granic kampanię rzeczniczą na temat metod oceny wieku przyjętych w Polsce. Gdy osoba deklaruje, że jest małoletnia, a nie można tego potwierdzić dokumentami, kieruje się ją na prześwietlenie kości nadgarstka.

Metoda jest obarczona marginesem błędu plus, minus dwa lata. SG mówi, że wierzy metodom medycznym, lekarze ją kwestionują. Znam też sytuacje, kiedy dziecko przedstawiało skany świadectwa szkolnego albo aktu urodzenia z datą jego urodzenia. Nie były brane pod uwagę, ponieważ SG uznaje wyłącznie paszport.

Rozumiem, ale jeżeli mamy inne dokumenty versus metoda, która jest kwestionowana, to dobrze byłoby je wziąć pod uwagę.

Bardzo ważny jest też temat dostępu takich dzieci do leczenia, ponieważ mają za sobą niebezpieczną droga, pokonują granicę, skacząc z płotu, łamią kończyny.

W przypadku dorosłych uchodźców Petra Medica, która jest dostawcą usług medycznych dla nich, ma umowę z domem spokojnej starości pod Warszawą i tam je kieruje. Znam przypadek chłopca, który tam trafił na kilka miesięcy. Gdy jego stan się poprawił, został przeniesiony do ośrodka dla cudzoziemców. I dopiero wtedy powiedział, że jeszcze nie skończył 18 lat. Twierdzi, że wcześniej SG zasugerowała mu, by deklarował pełnoletniość. Zapewne dlatego, że nie mieliby gdzie go umieścić, bo sprofilowanych ośrodków dla dzieci chorych, z niepełnosprawnościami brakuje.

Podobno w tym DPS-ie bardzo go zaniedbywali.

Z drugiej strony rozmawiałam niedawno z naszą caseworkerką, której podopieczni, mieszkający w placówce opiekuńczo-wychowawczej, właśnie się upełnoletnili. Nie udało się przedłużyć ich pobytu w tej placówce i trafili do otwartego ośrodka dla cudzoziemców.

Monitorujemy ich sytuację tam. Nie jest najgorsza, ale powiedzieli, że pobyt w domu dziecka był najlepszym czasem w ich życiu. Po raz pierwszy byli bezpieczni, spokojni, najedzeni. Nic złego się tam im nie działo. Dla mnie to uderzające, że dom dziecka był tym, co najlepsze w życiu młodego człowieka.

Wiem, że dziewczyna z Afganistanu dostała ochronę w Polsce. Jaka jest sytuacja chłopca z Egiptu?

Wciąż walczy o możliwość zostania w Polsce, skorzystał z prawa odwołania się od decyzji UdSC. Rodzina, która go przyjęła, wspiera go po osiągnięciu pełnoletności, motywuje, by się uczył, rozwijał, on nie bardzo chce, bo się boi, że będzie mu jeszcze trudniej wrócić do kraju, do którego zresztą boi się wracać.

Nie ma szans, by został w Polsce na innej podstawie niż status uchodźcy?

Jeżeli osoba dostała odmowę udzielenie ochrony, to musi wrócić do kraju pochodzenia. Jako obywatel Egiptu, nie ma możliwości wnioskować o wizę do Polski, będąc w Polsce. Poza tym urzędy są teraz tak zatkane, że trudno coś załatwić.

Po odmowie Nawrockiego urzędy straciły wyporność

Po deklaracji prezydenta Nawrockiego, że już więcej nie podpisze specustawy ukraińskiej, urzędy wojewódzkie straciły wyporność. Po złożeniu dokumentów o kartę pobytu, pół roku czekasz, by nadano sprawie numer.

Jaki to ma związek z Nawrockim?

Pod koniec września warunkowo podpisał przedłużenie specustawy i ochrony tymczasowej dla obywateli Ukrainy i zapowiedział, że na dalsze przedłużanie takiej formy ochrony nie można liczyć. W rezultacie uchodźcy z Ukrainy pobiegli do urzędów wojewódzkich legalizować swój pobyt inaczej, na przykład na podstawie zatrudnienia. Do zatkanych już wcześniej urzędów wpłynęły dodatkowe tysiące wniosków. Inspektorzy, którzy wydają te decyzje, odchodzą z pracy. W Warszawie niedawno odeszło pięciu. To efekt działania naszych polityków.

Zdaje się nie tylko polskich?

Niestety. My też odczuwamy wpływ wielkiej polityki, w tym decyzji Donalda Trumpa. Kończymy działalność jako Save The Children w wyniku cięć USAID (U.S. Agency for International Development, amerykańska agencja rządowa odpowiedzialna za udzielanie pomocy rozwojowej i humanitarnej krajom innym niż USA – red.), zmniejszenia budżetu Agencji o prawie 50 proc., likwidacji finansowania wielu organizacji międzynarodowych. Pracujemy nad tym, w jaki sposób nasz program na rzecz „dzieci w drodze” kontynuować. Marzymy, by przekazać go Stowarzyszeniu Interwencji Prawnej.

Co w tych warunkach możesz robić?

Działam na rzecz tego, by Stowarzyszenie Interwencji Prawnej dało radę dźwignąć wypracowany przez nas program, ale w nich też uderzył kryzys finansowy w tym sektorze.

Stworzyliśmy materiały dla wychowawców i opiekunów, program szkoleniowy, wyprodukowaliśmy 10-minutowe powitalne filmy dla dzieci w 11 wersjach językowych. Mówią o tym, gdzie są, jakie mają prawa, jakie będą dalsze kroki. Liczymy na to, że kiedy do placówki trafi dziecko-uchodźca, dyrektor nim zacznie wszczynać alarm, puści mu ten film, przeczyta broszurę, weźmie głębszy oddech i uzna, że da radę.

Dziecko dostanie pierwsze podstawowe informacje w swoim języku, komu może ufać, a przede wszystkim, że przemytnicy oferują kuszące możliwości, ale też stwarzają zagrożenie. Myślę, że to najważniejsze, by dzieciaki to wiedziały. A także, że mogą się połączyć z rodziną w sposób legalny. Trzeba cierpliwości, ale taka ścieżka istnieje. Do tej pory, moim zdaniem, nie dostawały takich informacji. Od tego trzeba zacząć: poinformować dzieci, w jakiej są sytuacji, traktując je jako sprawcze osoby.

To chyba w Polsce trudne?

W Polsce do 18 roku życia osoba jest dzieckiem, osobą małoletnią ze swoimi prawami. Po 18 roku życia jest dorosła. W wielu krajach jest inaczej. Rozmawiałam z tłumaczką z Afganistanu. Mówiła, że tam 12-letni chłopiec będzie już się uważał za dorosłego. Pamiętam też, jak na którymś szkoleniu wychowawczynie opowiadały, że były u nich dwie Somalijki. Postanowiono zapisać je do szkoły. Dziewczyny dostały dziecięce plecaczki oraz piórniki i pomaszerowały do klas, ale podobno płakały ze śmiechu.

Dziewczyny z Somalii, które miały pewnie z 17 lat, to tak jak u nas 25-, 30-latki. Mogłyby mieć już mężów, dzieci, pracować. Dla nich dzieciństwo już się dawno zakończyło, a tu mają siąść w szkolnych ławkach. Ostatecznie uciekły. Niezależnie od tego, jakie zdanie mają dorastające osoby, na temat swojego wieku, nadal są dziećmi i należą się im szczególne formy ochrony.

Z Domu Księdza Emeryta w Augustowie uciekły niemal wszystkie dzieci.

Działała tam wolontariuszka związana z grupą Granica, emerytka. Była we w miarę dobrych relacjach z księdzem zarządzającym tym domem. Bywała u tych dzieci, przynosiła im buty, ubrania w dobrych rozmiarach, owoce, ale też towarzyszyła w dylematach, które miały: jechać dalej, czy nie. Była z tym kompletnie sama.

My nabraliśmy zdolności, by zadziałać dopiero pod koniec 2024 roku. Na szczęście ten proceder już się skończył. Ostatnie dzieci, które tam były, udało nam się przenieść do prawdziwych placówek opiekuńczych.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

;
Na zdjęciu Agnieszka Rodowicz
Agnieszka Rodowicz

Reporterka, fotografka, studiowała filologię portugalską. Nominowana do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za reportaż o uchodźcach i migrantach w pandemii (2020), zdobyła też wyróżnienia Prix de la Photographie Paris 2016 i 2009. Jej reportaż "Bo jeśli umrę, nikt się tym nie przejmie. Dzień Dziecka na granicy" opublikowany w OKO.press został właśnie nominowany do European Press Prize 2025.

Komentarze