0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. JOHN THYS / AFPFot. JOHN THYS / AFP

„Zapytany, czy poprzemy projekt zmian w traktatach UE, premier Donald Tusk oznajmił, że przedstawiciele Platformy Obywatelskiej w PE mają głosować przeciw proponowanym zmianom, jeśli nie służą one interesom Polski. Taka wypowiedź w ustach b. Przewodniczącego Rady Europejskiej utwierdza fałszywe podejrzenia, że może rzeczywiście chodzi o odebranie nam jakiejś suwerenności” – pisze prof. Karolina Borońska-Hryniewiecka, profesor w Instytucie Politologii i Katedrze Jeana Monneta Uniwersytetu Wrocławskiego. Ekspertka Team Europe Direct.

Poniżej cały artykuł jej autorstwa dla OKO.press.

Pod koniec 2023 roku Parlament Europejski przyjął większością głosów projekt zmian w traktatach przygotowany przez swoją komisję konstytucyjną. Projekt zawiera propozycje usprawnienia procesów decyzyjnych w ramach UE w obliczu wyzwań geopolitycznych, kryzysu bezpieczeństwa i demokracji, a także potencjalnego rozszerzenia Unii o Ukrainę i kraje Bałkanów Zachodnich.

Wiele z proponowanych zmian opiera się na rekomendacjach wypracowanych przez obywateli UE w trakcie rocznego procesu deliberacji i konsultacji zwanego Konferencją w sprawie przyszłości Europy (2021-2022).

W grudniu 2023 roku projekt zmian w traktatach otrzymała Rada Europejska, która enigmatycznie zobowiązała się podjąć temat reform wewnętrznych do lata 2024 roku. Przypomnijmy, że wiosna i lato 2024 roku to – oprócz wyborów do PE – czas wzmożonych dyskusji nad kolejną Agendą Strategiczną UE.

Przeczytaj także:

Prawica demonizuje Unię, to jasne, ale dlaczego...

W przeciwieństwie do innych państw, w Polsce temat zmian w traktatach jest, a przynajmniej był, bardzo medialny przede wszystkim dlatego, że skutecznie go demonizowano.

W kampanii politycznej przed wyborami parlamentarnymi PiS, a zwłaszcza radykalnie antyunijna prawica Zbigniewa Ziobry, straszyli, że planowane reformy odbiorą nam suwerenność, a Polska stanie się „landem niemieckim” i „państwem bezbronnym”, którego kompetencje przejmie unijna biurokracja.

Z uwagi na to, że niewiele z nas ma wiedzę o funkcjonowaniu UE, nie wspominając o treści traktatów unijnych – bo skąd niby mielibyśmy ją czerpać? – eurosceptycy umiejętnie wykorzystują ten temat do manipulowania opinią publiczną.

Takie stanowisko populistycznej i eurosceptycznej prawicy nie dziwi. Oczekiwałam jednak zdecydowanej zmiany tonu po przejęciu władzy przez demokratyczną opozycję.

Tym bardziej że jej zwycięstwo wyborcze zbiegło się w czasie z głosowaniem plenarnym nad propozycjami reform UE w Parlamencie Europejskim, których orędownikami byli uczestniczący we wspomnianej Konferencji w Sprawie przyszłości Europy politycy związani z demokratyczną opozycją jak na przykład Danuta Hübner, Radek Sikorski czy Bogdan Klich.

Okazuje się jednak, że nawet prounijni, progresywni politycy zdają się być nieprzygotowani do podjęcia konstruktywnej dyskusji na temat przyszłości Unii.

Dlaczego?

... Tusk utwierdza podejrzenia, że grozi nam utrata suwerenności?

Odpowiadając dziennikarzom na pytanie, czy poprzemy projekt zmian w traktatach, nowo powołany premier Donald Tusk oznajmił, że delegacja Platformy Obywatelskiej do PE ma głosować przeciw proponowanym zmianom, jeśli nie służą interesom Polski.

Taka wypowiedź z ust byłego Przewodniczącego Rady Europejskiej nie tylko nie jest najlepszym sposobem podjęcia debaty zarówno z eurosceptykami, jak i ze społeczeństwem, na temat strategicznej przyszłości UE, lecz także

mimochodem utwierdza fałszywe podejrzenia, że może w istocie chodzi o odebranie nam jakiejś suwerenności.

Powstaje zatem pytanie, dlaczego ci, którzy dobrze życzą zarówno Polsce, jak i UE, stojąc na stanowisku, że silna Polska może być bezpieczna tylko w silnej i zintegrowanej Unii, nie wskazują prawdziwych korzyści, które proponowane zmiany przyniosą zwykłym obywatelom?

Innymi słowy, dlaczego zamiast przyjmować postawę defensywną, polscy politycy nie rozpoczną pozytywnej i rzetelnej ofensywy informacyjnej, która raz na zawsze położy kres kłamstwom poprzedników?

Obnażać eurosceptyczne zakłamanie

Można to zrobić bardzo łatwo. Wystarczy poinformować obywateli, że projekt zmian traktatowych, znajdujący się obecnie w gestii Rady Europejskiej, zawiera o wiele więcej konstruktywnych i korzystnych dla nich propozycji, niż tylko odejście od zasady jednomyślności w polityce zagranicznej, aby skuteczniej obalać weta Orbána.

Jedną z takich propozycji reform jest zwiększenie kompetencji UE w obszarach, w których obywatele sami się tego domagają – tj. ochrona zdrowia – po to, że jeśli spotka nas kolejny transgraniczny kryzys zdrowotny, Unia będzie mogła działać skutecznie, aby mu zaradzić.

W kwestii bezpieczeństwa projekt proponuje ustanowienie Unii Obronnej ze zdolnościami cywilnymi i wojskowymi obejmującej jednostki wojskowe, w tym zdolność szybkiego rozmieszczenia wojsk pod dowództwem operacyjnym Unii.

Z punktu widzenia wzmocnienia interesów narodowych istotną propozycją, którą powinni popierać również eurosceptycy, ale o której nie wspominają, jest wzmocnienie roli parlamentów narodowych poprzez mechanizm tzw. „zielonej kartki”, który pozwoliłby im na przedkładanie Komisji Europejskiej nowych rozwiązań ustawodawczych do rozpatrzenia na poziomie UE.

Projekt zawiera także ważną reformę wzmacniającą rozliczalność polityczną Komisji, proponując, aby PE mógł w razie potrzeby zastosować wotum nieufności wobec indywidualnego Komisarza, co obecnie nie jest możliwe.

Ponadto projekt proponuje wzmocnienie roli partnerów społecznych w przygotowywaniu wszelkich inicjatyw w obszarach polityki społecznej, zatrudnienia i gospodarczej.

Krytykują UE, ale głosują przeciw włączeniu obywateli w unijne procesy decyzyjne

Warto też przypomnieć fakt szerszej opinii publicznej zapewne nieznany. Pierwotny projekt PE przewidywał wprowadzenie referendum europejskiego, w którym obywatele mogliby decydować o kwestiach dla siebie ważnych.

Niestety, to z gruntu demokratyczne i pro-obywatelskie rozwiązanie zostało odrzucone we wspomnianym głosowaniu plenarnym w listopadzie 2023 roku. M.in. głosami polskich europosłów, którzy reformą traktatów straszyli od miesięcy: Adama Bielana, Joachima Brudzińskiego, Zdzisława Krasnodębskiego, Ryszarda Legutki, Barbary Kempy, Beaty Szydło czy Jacka Saryusza-Wolskiego.

Czyż to nie zaskakujące, że ci, którzy na co dzień oskarżają unijne elity o technokratyzm, a samą UE o brak demokratycznej legitymizacji, zagłosowali przeciw wzmocnieniu udziału obywateli w procesie decyzyjnym UE w ramach demokracji bezpośredniej?

Jestem przekonana, że

wielu wyborców PiS’u zainteresowałyby te informacje – a może nawet skłoniły do przemyśleń, czy na pewno powinni ślepo wierzyć przekazom polityków.

Czasu jest niewiele

W czerwcu 2024 roku odbędą się wybory do PE, w których wybierzemy tych, którzy będą współdecydować o reformach Unii. W maju będziemy natomiast świętować 20. rocznicę polskiego członkostwa w UE i zarazem jej największego w historii rozszerzenia – co powinno być celebracją radosną i świadomą, szczególnie w obliczu starań Ukrainy.

Natomiast za niecały rok Polska obejmie przewodnictwo w Radzie UE. Czy jako kraj, który ogromnym nakładem siły obywatelskiej powrócił po ośmiu latach na europejskie tory, nie powinniśmy podjąć się misji wzmocnienia europejskiej identyfikacji obywatelskiej i dalszej integracji? I dać przykład innym krajom, jak rzetelnie informować społeczeństwa o tym, czym jest UE, ale także jak chce się zmieniać na lepsze?

Nie popełnijmy błędu Irlandii z 2008 roku, Wielkiej Brytanii z 2016 roku, a także Francji i Holandii z 2005 roku, ignorując obywateli. Na końcu dnia, to oni zdecydują czy nam uwierzą, czy nie.

A skoro o błędach mowa...

Krótka lekcja historii

W czerwcu 2008 roku Irlandczycy w referendum ratyfikacyjnym odrzucili traktat reformujący Unię Europejską (Traktat Lizboński), przeciw zagłosowało 53,4 proc. Zlecony przez rząd zaraz po głosowaniu sondaż wykazał, że

największa grupa głosujących za odrzuceniem traktatu uzasadniła swoją decyzję brakiem wiedzy na temat tego, co dokument zawiera,

a ponad połowa osób, które nie wzięły udziału w referendum, przyznała, że było to spowodowane brakiem zrozumienia zagadnień, których ono dotyczyło.

Osiem lat później, w nocy z 24 na 25 czerwca 2016 roku, tuż po zamknięciu lokali wyborczych po referendum w sprawie brexitu,

brytyjską wyszukiwarkę Google rozgrzały dwa pytania: „Czym jest Unia Europejska?” oraz „Co się stanie, jeśli opuścimy UE?”.

Przypomnijmy, że okres poprzedzający referendum był naznaczony agresywną antyunijną kampanią, skoncentrowaną na demonizowaniu imigracji z krajów Europy Środkowo-Wschodniej i rzekomym odbieraniu przez Brukselę kompetencji narodowych.

Konsekwencji brexitu przedstawiać nie trzeba, wystarczy wspomnieć, że kosztuje on brytyjską gospodarkę 100 miliardów funtów rocznie, a jego negatywne skutki obejmują wiele dziedzin życia, od inwestycji zagranicznych po zdolność firm do zatrudniania pracowników.

Z tych dwóch historii płynie jeden wniosek: zawiodła komunikacja na linii władza-obywatele.

Zawiodła z dwóch powodów:

  • prounijne elity krajowe uznały, że nie będą tracić czasu na tłumaczenie ludziom skomplikowanych kwestii reform UE – bo „przecież i tak tego nie zrozumieją” – wykazując w ten sposób brak szacunku do zdolności poznawczych obywateli;
  • instytucje unijne nie podjęły samodzielnej akcji informacyjnej, tłumacząc, że mogłoby to zostać odebrane jako ingerencja w krajowy dyskurs polityczny, innymi słowy jako unijna propaganda.

Obawiam się, że grozi nam powtórka z rozrywki, tylko tym razem także na naszym własnym podwórku. Znajdujemy się bowiem w przededniu kolejnej wielkiej debaty nad reformą unijnych traktatów i wygląda na to, że ani polskie, ani unijne elity nie są do niej odpowiednio przygotowane.

;
Karolina Borońska-Hryniewiecka

Profesor w Instytucie Politologii i Katedrze Jeana Monneta Uniwersytetu Wrocławskiego. Badaczka wizytująca na paryskiej Sorbonie. Ekspertka Team Europe Direct.

Komentarze