0:000:00

0:00

Prawa autorskie: 24.10.2023 Warszawa , Sejm . Prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego Wladyslaw Kosiniak Kamysz (p) , Przewodniczacy Polski 2050 Szymon Holownia (2l) , Przewodniczacy Platformy Obywatelskiej Donald Tusk (2p) i Przewodniczacy Nowej Lewicy Wlodzimierz Czarzasty (l) podczas oswiadczenia opozycji przed spotkaniem z Prezydentem Andrzejem Duda . Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Wyborcza.pl24.10.2023 Warszawa ...

Awantura o aborcję, która rozpętała się po jednoosobowej decyzji marszałka Sejmu, Szymona Hołowni, zaskoczyła konserwatywnych polityków Trzeciej Drogi – prawie jak spektakularny spadek notowań PiS po decyzji TK Julii Przyłębskiej w 2020 roku. Dwa dni po swojej decyzji Hołownia zrobił więc maleńki krok do tyłu i zapowiedział, że może jednak uda się porozmawiać o aborcji wcześniej niż 11 kwietnia. Do nowych ustaleń nie doszło, Hołownia zapowiedział decyzję na 8 marca. Jak pisze TVN 24, emocje w koalicji sięgają zenitu.

Co tu się wydarzyło? I dlaczego argumenty „napięta sytuacja polityczna, która nie sprzyja debacie” oraz „Andrzej Duda i tak nie podpisze” nie zadziałały (chociaż kiedyś mogły?).

Przeczytaj także:

Wbrew pozorom winny Bodnar

Chociaż niechcący i oczywiście nie sam jeden. Dlaczego? We wtorek 5 marca minister sprawiedliwości przedstawił czteropak ustaw, które mają służyć naprawie Trybunału Konstytucyjnego. Przez ostatnie lata nie cieszył się on poważaniem – był nie tyle „upolityczniony”, ile wprost całkowicie zależny od decyzji polityków rządzącej partii. Nowy minister, zgodnie z obietnicami, zapowiedział głębokie reformy. Opisaliśmy je tutaj:

Czy Andrzej Duda podpisze te ustawy? Bardzo możliwe, że nie. Bodnar: „My będziemy w ciągu najbliższych miesięcy cały czas pukali do Kancelarii Prezydenta. Będziemy cały czas pukali i mówili: to są projekty, to są rozwiązania, to są ustawy, które rozwiązują problem kryzysu praworządności w Polsce. I nie spoczniemy, póki pan prezydent albo tego nie podpisze, albo być może będziemy musieli czekać trochę dłużej”.

A zatem minister nie zrezygnował z ustaw dlatego, że weto prezydenta jest bardzo możliwe. Dokonuje zmian, jak obiecał przed wyborami, czyli robi, co może. Może trzeba będzie poczekać.

Tak jest też z innymi ustawami. Sejm jednak jakoś działa i wysyła ustawy do podpisu prezydenta, chociaż ten zapowiedział, że nie podpisze ich, bo na sali sejmowej nie ma Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. Pigułka „dzień po” bez recepty została przegłosowana, mimo że wiadomo było, że prezydent co najmniej się zawaha, a dzisiaj już wiemy, że nie podpisze. I co? I musimy z tym żyć, taką mamy rzeczywistość.

I wyborczynie to widzą. I mówią: no trudno, jeżeli Duda nie podpisze, to będzie jego wina. Całe odium spadnie na PiSowskiego prezydenta. A my poczekamy (ostatecznie czekamy już 30 lat). Wy, parlamentarzyści, róbcie swoje, czyli spełniajcie obietnice.

Dlatego argument „na Dudę” jest dęty.

Co myśli Polka?

Idziemy dalej. Politykom zawsze wydawało się, że aborcja to polityczny „gorący kartofel”, o którym dyskusji i wiążących decyzji należy unikać, szczególnie przed wyborami. I prawdopodobnie do pewnego momentu mieli rację – nawet te 30, najwyżej 35 proc. popierających liberalizację ustawy z 1993 roku nie było na tyle zdeterminowanych, by wychodzić w tej sprawie na ulicę albo nie zagłosować na danego polityka.

Ci popierający liberalizację ruszyli się dopiero wtedy, gdy ustawa z 1993 roku była zagrożona – stąd Czarny Protest w 2016 roku. Wsparli ich wtedy zresztą zwolennicy tego „kompromisu”, którzy nie chcieli zmian w żadną stronę.

Zmiana następowała powoli i miała swoją kulminację po decyzji TK Przyłębskiej w 2020 roku. Z 35 proc. popierających liberalizację ustawy z 1993 roku zrobiło się 60-70 proc. W najnowszym sondażu Ipsos dla OKO.press i Radia TOK FM przyjęcia przez Sejm ustaw liberalizujących prawo chce 62 proc. badanych. 44 proc. badanych kobiet chce, by zmiany zaszły natychmiast. Chce tego 92 proc. elektoratu koalicji 15 października. I 89 proc. elektoratu Trzeciej Drogi.

Oczywiście wiele osób wciąż ma inne zdanie (np. chce przywrócenia „kompromisu”), ale ta grupa wyborców nie wydaje się skłonna do wyjścia na ulicę w obronie status quo z 1993 roku. W innym badaniu Ipsos dla More in Common 57 proc. badanych opowiedziało się za aborcją do 12. tygodnia bez podawania przyczyn.

Ale konserwatywni politycy w Sejmie projektują swoje lęki na elektorat – skoro ja nie chcę aborcji do 12. tygodnia, to moi wyborcy także nie. Częsty błąd konserwatystów.

I na tym błędzie się politycznie wywrócą, tak, jak wywrócił się PiS w 2020 roku. Na własnej skórze poczuł, że pewnych rzeczy elektorat nie wytrzyma.

Aborcja to nie filozofia...

W sprawie aborcji panowie tacy jak Hołownia czerpią pełnymi garściami z praktyk z lat 90. Czyli: "dziewczyny, no poczekajcie chwilę, teraz wybory, teraz referendum, teraz UE, teraz PiS, teraz ... (wstaw dogodne wyjaśnienie).

W Sejmie leżą aż cztery projekty ustaw. Lewica złożyła dwa – aborcję do 12. tygodnia i ustawę dekryminalizującą. KO – aborcję do 12. tygodnia, chociaż różni się ona od tej lewicowej. 23 lutego swoją dorzuciła Trzecia Droga – to powrót do „kompromisu” z 1993 roku.

Projekty leżą, a w koalicji już nie tylko trzeszczy, ale wre – Włodzimierz zrzuca winę na Szymona, Donald na Władysława. Włodzimierza, Szymona, Donalda i Władysława pojedna natomiast Andrzej, na którego winę zrzucają zgodnie wszyscy. Bo przecież nie podpisze. Nikt w koalicji rządzącej Andrzeja nie lubi, a jednak specjalnie dla niego wymyślono w Trzeciej Drodze ustawę „kompromisową”. W ostatnich dniach o kłótniach w koalicji w tej sprawie z bólem mówił marszałek Sejmu. Te kłótnie miały być też powodem odsuwania głosowania nad czterema projektami, o czym za chwilę.

Początkowo, zarzuciwszy opinię publiczną projektami, Hołownia się rozluźnił i chciał odetchnąć, że do wyborów nie musi tego tematu ruszać. Niestety, w niedzielę 25 lutego w „Kawie na ławę” Piotr Zgorzelski znienacka obiecał, że ustawami aborcyjnymi Sejm zajmie się na najbliższym posiedzeniu – czyli 6-8 marca.

Po wymianie ciosów między panami-liderami partyjnymi i kolejnej awanturze, Hołownia obiecał procedowanie. Potem zmienił zdanie i zapowiedział, że projektami aborcyjnymi Sejm zajmie się później – 11 kwietnia. Wśród argumentów pojawiły się te, które dobrze znamy – aborcja to nie walka polityczna, to sprawa delikatna, trzeba powołać komisję nadzwyczajną, na spokojnie procedować, a tu przecież wybory i polityczne emocje. To się nie godzi. A w ogóle to prof. Strzembosz jest przeciw (tak, to prawdziwy argument Piotra Zgorzelskiego z PSL w „Kropce nad i” z 5 marca).

Ostatni biuletyn z koalicyjnych dywagacji brzmi – może jednak aborcja wcześniej niż 11 kwietnia. 7 marca wieczorem Hołownia zapowiedział, że 8 marca będzie miał nowe informacje w tej sprawie. Marszałku, wszyscy czekają! Szczególnie że na ten dzień zaplanowano też demonstrację w sprawie pigułki „dzień po” pod Pałacem Prezydenckim. Ale szybko zmieniono „kwalifikację” demonstracji i protest zakończy się pod siedzibą Polski 2050.

... to życie, zdrowie i polityka

Tymczasem od powstania nowego rządu aborcja niezmiennie jest tematem medialnym. Nie funkcjonuje już jako sprawa „delikatna”, „wrażliwa” czy „bolesna”. Albo światopoglądowa, prywatna. Dziennikarze i dziennikarki (oczywiście nie wszyscy, ale zmiana jest widoczna) przestali taktownie kiwać głową na hasło „moje sumienie, mój światopogląd”. Pytają – hej, kiedy ustawa wejdzie w życie? Obiecaliście, to czekamy.

Do wyborczyń i wyborców przebija się powoli argument, że aborcja to nie ponadczasowy problem filozoficzny, tylko realne tu i teraz. W Kielcach toczy się proces mężczyzny, który pomógł partnerce w przerwaniu ciąży. Sędzia wprost powiedział, że czeka na zmianę prawa. Organizacje pro-choice, Aborcyjny Dream Team czy Fundacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, codziennie pomagają kilkunastu kobietom w aborcji. W każdym roku to nawet 40 tys. osób, które wspiera kolektyw Aborcja bez Granic.

Dla Polek i Polaków to zatem realny, codzienny problem i tak zaczyna być widziany. Pisałam o tym tutaj:

Jeszcze w 2018 roku hasło „aborcja jest ok” było skandalem. Dziś jest zwykłą opinią w debacie. Tak bardzo zmieniła się Polska.

Obiecaliście, to trzeba robić

Zmiana władzy w 2023 roku nie była łatwa i oczywista. Wymagała dużego wysiłku i mobilizacji społecznej. Udało się, ale teraz wyborcy i wyborczynie będą wymagać. Będą wymagać spełniania obietnic, szczególnie tych konkretnych, takich jak właśnie prawo do aborcji.

Sprawiedliwie należy dodać, że także i KO wykonała duży wysiłek, by zmienić narrację w tej sprawie i poprzeć prawo do aborcji do 12. tygodnia ciąży. Czyli postawić na bardziej progresywny program, być może narazić się konserwatystom z partii.

Tym samym oczekiwania wobec nowej władzy wzrosły. Wzrosła także presja na spełnianie obietnic, a aborcja była jedną z nich w programie KO i Lewicy. Także Trzecia Droga obiecała zając się aborcją – chociaż inaczej niż pozostali koalicjanci. Obiecano powrót do status quo sprzed wyroku z 2020 r. i potem referendum. Ale jednocześnie wszystkie partie obiecały, że zrobią to szybko.

Teraz wyborczynie przypominają – miało być szybko, no to róbcie. No właśnie...

Czy referendum da się w ogóle przeprowadzić?

Środowiska pro-choice odrzucają pomysł referendum, przedstawiają wiele argumentów przeciwko takiemu rozstrzygnięciu. Nie będę ich wszystkich tu powtarzać. Zajmę się jednym – czy referendum w sprawie aborcji jest w ogóle możliwe w dającej się przewidzieć przyszłości? Odpowiedź brzmi: nie.

Nie mamy w Polsce tradycji ani politycznego know how, jak prowadzić panele obywatelskie, które miałyby doprowadzić do politycznych rozstrzygnięć. Trzecia Droga obiecała, że pytania do referendum wyłoni w takich właśnie konsultacjach. Już na konferencji prasowej podczas przedstawiania projektu aborcyjnego okazało się, że paneli nie będzie. Będzie Sejm. Szybciej, to prawda, ale pozostaje problem, jak Sejm dojdzie do właściwych pytań.

W sprawie aborcji każde słowo się liczy – przerwanie ciąży, czy aborcja? Na życzenie, na żądanie, czy bez podania powodu? Debata nad tym trwałaby latami, tak jak to miało miejsce w Irlandii. A przecież tam pytanie było proste – czy z konstytucji usunąć poprawkę ósmą?

Referendum, nawet gdyby na nie przystać, zajęłoby zatem lata. Nie jest to więc obietnica szybkich zmian w prawie. A tego oczekiwały wyborczynie i wyborcy.

Referendum może się im także wydawać zrzuceniem z siebie odpowiedzialności za decyzję. PiS próbował uniknąć odpowiedzialności, wykorzystując do zmiany Trybunał Konstytucyjny. Ale, jak widać, to nie przeszło.

;

Udostępnij:

Magdalena Chrzczonowicz

Wicenaczelna OKO.press, redaktorka, dziennikarka. W OKO.press od początku, pisze o prawach człowieka (osoby LGBTQIA, osoby uchodźcze), prawach kobiet, Kościele katolickim i polityce. Wcześniej przez 15 lat pracowała w organizacjach poarządowych (Humanity in Action Polska, Centrum Edukacji Obywatelskiej, Amnesty International) przy projektach społecznych i badawczych, prowadziła warsztaty dla młodzieży i edukatorów/edukatorek, realizowała badania terenowe. Publikowała w Res Publice Nowej. Skończyła Instytut Stosowanych Nauk Społecznych na UW ze specjalizacją Antropologia Społeczna.

Komentarze