Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. CHARLY TRIBALLEAU i Olivier DOULIERY / AFPFot. CHARLY TRIBALLE...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Sprawa Jeffreya Epsteina wcale się nie kończy – przeciwnie, wraca do centrum amerykańskiej polityki. Tym razem w świetle reflektorów znalazła się prokuratorka generalna USA Pam Bondi. Komisja nadzoru Izby Reprezentantów przegłosowała wezwanie jej na przesłuchanie w związku z trwającym dochodzeniem dotyczącym Epsteina i jego współpracowniczki Ghislaine Maxwell.

Wniosek przeszedł stosunkiem głosów 24 do 19, a co szczególnie znaczące – dzięki rzadkiej w dzisiejszym Kongresie ponadpartyjnej koalicji. Do Demokratów dołączyło pięciu republikańskich członków komisji: Nancy Mace z Karoliny Południowej, Tim Burchett z Tennessee, Lauren Boebert z Kolorado, Michael Cloud z Teksasu oraz Scott Perry z Pensylwanii. To właśnie Mace złożyła wniosek o wezwanie Bondi, tłumacząc w mediach społecznościowych: „Amerykanie chcą odpowiedzi w sprawie akt Epsteina – i my również”.

Presja na Ministerstwo Sprawiedliwości (Department of Justice albo w skrócie DOJ) rośnie od miesięcy. Zarzuty dotyczą przede wszystkim sposobu traktowania dokumentów z dochodzenia w sprawie Epsteina: przypadkowego ujawniania nazwisk ofiar, a także zaczerniania – bez jasnego uzasadnienia – nazwisk osób, które mogły dopuścić się przestępstw. Dla wielu parlamentarzystów to kolejny dowód na to, że sprawa Epsteina wciąż kryje niewyjaśnione wątki.

Przeczytaj także:

Nancy Mace należy do najbardziej zdecydowanych krytyków Pam Bondi. Podobnie myślą niektórzy Demokraci. „Jeśli naprawdę chcemy rozliczyć środowisko Epsteina, musimy zbudować ponadpartyjną koalicję odpowiedzialności” – napisał w serwisie X kongresmen Ro Khanna z Kalifornii.

Sama Bondi już wcześniej znalazła się pod ostrzałem podczas przesłuchania w komisji sądownictwa Izby Reprezentantów. W lutym, zamiast odpowiadać na pytania dotyczące akt Epsteina, weszła w ostrą wymianę z Demokratami. W pewnym momencie zwróciła się do kongresmena Jamiego Raskina (Maryland) słowami: „Jesteś wypalonym przegranym prawnikiem. Nawet nie jesteś prawnikiem”. Pytania o sposób prowadzenia sprawy zbywała, chętnie za to chwaliła politykę gospodarczą Donalda Trumpa.

W rezultacie, zamiast zamknąć jeden z najbardziej kompromitujących skandali współczesnej Ameryki, Ministerstwo Sprawiedliwości ponownie znalazło się w centrum politycznej burzy. A nazwisko Epsteina – choć minęło już kilka lat od jego śmierci – znów powraca jako test przejrzystości amerykańskich instytucji.

To jednak dopiero początek kontrowersji wokół Pam Bondi, którą media typują jako kolejną po Kristi Noem członkinię administracji Trumpa, którą wkrótce czeka dymisja.

Chrońmy naszych

Na początku marca Ministerstwo Sprawiedliwości zaproponowało nową regulację, która w praktyce mogłaby zablokować stanowym izbom adwokackim możliwość badania naruszeń etyki przez prawników pracujących w resorcie. Zgodnie z projektem Bondi mogłaby wstrzymywać postępowania prowadzone przez stanowe samorządy prawnicze do czasu zakończenia wewnętrznej kontroli w samym ministerstwie.

Problem w tym, że taki „przegląd” byłby procesem całkowicie nieprzejrzystym – czymś w rodzaju czarnej skrzynki, która może działać miesiącami, a nawet latami. W praktyce Bondi zyskałaby narzędzie pozwalające zamrażać lub faktycznie wygaszać dochodzenia dotyczące naruszeń etyki przez prawników Ministerstwa Sprawiedliwości. Również w sprawach tak poważnych, jak zarzuty składania nieprawdziwych oświadczeń przed sądem.

Jeśli propozycja Bondi wejdzie w życie, stanowiłaby swoisty parasol ochronny dla licznych prawników resortu, którym zarzuca się, że w trakcie sporów sądowych w obronie administracji Donalda Trumpa przekraczali granice zawodowych obowiązków.

Sprawa była ostatnio przedmiotem dyskusji w prawniczym podcaście „Amicus”, gdzie komentowali ją Dahlia Lithwick i Mark Joseph Stern. Lithwick zwróciła uwagę, że do stanowych izb adwokackich napływa dziś wiele skarg na prawników związanych z resortem sprawiedliwości – w tym na samą Bondi, jej zastępcę Todda Blanche’a, prokuratora Eda Martina czy Emile’a Bove’a, który zdążył już zostać sędzią. W tym samym czasie – jak ujawnił „New York Times” – postępowanie dyscyplinarne na Florydzie wszczęto także wobec Lindsey Halligan, okresowo pełniącej funkcję prokuratorki federalnej. „Wygląda to tak, jakby resort mówił: nikt nie może być już objęty dochodzeniem” – zauważyła Lithwick.

Stern przypomina jednak podstawowy fakt o amerykańskim systemie prawnym: w Stanach Zjednoczonych nie istnieje jedna ogólnokrajowa izba adwokacka. To stanowe samorządy prawnicze wydają licencje i nadzorują wykonywanie zawodu. Gdy prawnik narusza zasady etyki, to właśnie one prowadzą postępowania dyscyplinarne i mogą nakładać realne sankcje – włącznie z odebraniem prawa do wykonywania zawodu.

Ministerstwo Sprawiedliwości może prowadzić postępowania w sprawie swoich pracowników, ale jego wewnętrzne procedury nie zastępują postępowań prowadzonych przez izby stanowe i nie pozwalają na nałożenie tak poważnych kar jak usunięcie z palestry. Dlatego propozycja Bondi wywołała tak duże poruszenie w środowisku: w istocie dotyka samego mechanizmu odpowiedzialności prawników w Stanach Zjednoczonych.

Jedna trzecia prokuratora

Spór o zakres władzy Pam Bondi nie kończy się jednak na kwestiach etyki zawodowej prawników DOJ. Coraz częściej trafia także do sądów federalnych – i tam przybiera bardzo konkretną postać. Na początku marca sędzia federalny Matthew Brann uznał, że trzej prokuratorzy wyznaczeni przez administrację Donalda Trumpa do kierowania prokuraturą federalną w New Jersey zostali powołani niezgodnie z prawem. Wszyscy troje zostali wskazani właśnie przez Bondi po tym, jak z funkcji usunięto Alinę Habbę – niegdyś pełnomocniczkę prawną Trumpa.

Habba już wcześniej została zdyskwalifikowana przez sądy okręgowe i apelacyjne, które uznały, że pełniła funkcję nielegalnie, ponieważ nigdy nie uzyskała wymaganej zgody Senatu. Zamiast jednak przedstawić nową kandydaturę do zatwierdzenia przez Kongres, Bondi zdecydowała się na manewr instytucjonalny: podzieliła stanowisko prokuratora federalnego na trzy części i powierzyła obowiązki trzem prawnikom przychylnym administracji – Jordanowi Foxowi, Ariemu Fontecchio oraz Philipowi Lamparello.

Argumentacja DOJ była prosta: skoro żadna z tych osób formalnie nie pełni całej funkcji, zgoda Senatu nie jest konieczna. Sędzia Brann uznał jednak taką interpretację za bezpodstawną. W swoim liczącym 130 stron orzeczeniu napisał, że takie działanie w praktyce pozwalałoby prezydentowi całkowicie ominąć konstytucyjny mechanizm „rady i zgody” (procedura “advise and consent”) Senatu przy obsadzaniu najważniejszych stanowisk w wymiarze sprawiedliwości.

„Na podstawie takiej logiki prezydent nigdy nie musiałby zwracać się do Senatu o zatwierdzenie swoich nominacji” – napisał Brann. „Gdyby istniało ryzyko odrzucenia kandydata, mógłby po prostu mianować go jednostronnie i pozwolić mu pełnić funkcję bez końca”.

Sędzia nie nakazał natychmiastowego odwołania trzech prokuratorów – rząd zapowiedział apelację – ale ostrzegł, że sytuacja może mieć poważne konsekwencje dla tysięcy spraw karnych prowadzonych w okręgu. Jeśli okaże się, że kierownictwo prokuratury było nielegalne, część postępowań może zostać podważona.

Sprawę do sądu wnieśli sami oskarżeni w procesach karnych w New Jersey, domagając się unieważnienia postępowań prowadzonych przez prokuraturę kierowaną przez niezatwierdzonych urzędników. Brann nie rozstrzygnął jeszcze o losie tych spraw, ale w ostrych słowach skrytykował działania administracji, sugerując, że eksperymenty personalne Bondi mogą zagrozić całemu systemowi prokuratorskiemu.

Była prokuratorka Alina Habba – dziś doradczyni Bondi – odpowiedziała na orzeczenie w mediach społecznościowych, nazywając je „kolejną absurdalną decyzją” i oskarżając sędziów o próbę blokowania woli wyborców, którzy poparli Trumpa.

To już drugi w ciągu jednego tygodnia przypadek, gdy sąd federalny uznał nominacje administracji Trumpa za nielegalne z powodu pominięcia Senatu. W Arizonie sąd apelacyjny stwierdził niedawno, że Kari Lake – republikańska była kandydatka na gubernatora – również bezprawnie kierowała przez kilka miesięcy federalną agencją nadzorującą m.in. Głos Ameryki.

W efekcie wokół Pam Bondi narasta nie tylko spór polityczny, lecz także konstytucyjny: o granice władzy wykonawczej i o to, czy administracja może omijać mechanizmy kontroli zapisane w amerykańskim systemie instytucjonalnym.

Migranci górą

Nie oznacza to, że omija je skutecznie. Coraz wyraźniej widać to w codziennej pracy prokuratur federalnych – zwłaszcza w sprawach związanych z polityką migracyjną. Jednym z najbardziej wymownych przykładów jest sytuacja w Arizonie. Tamtejszy prokurator federalny Timothy Courchaine, powołany na stanowisko w ubiegłym roku przez Pam Bondi, przyznał w rozmowie z konserwatywnym portalem „The Daily Wire”, że Ministerstwo Sprawiedliwości przegrywa niemal wszystkie sprawy dotyczące nielegalnego zatrzymywania migrantów.

Skala jest ogromna. Jak informował wcześniej „Daily Beast”, w ciągu roku od powrotu Donalda Trumpa do Białego Domu liczba wniosków składanych przez migrantów o zwolnienie z nielegalnego lub nieuzasadnionego zatrzymania wzrosła aż o 10 000 procent. Chodzi o tzw. wnioski habeas corpus – jedno z najstarszych narzędzi prawnych chroniących obywateli i cudzoziemców przed arbitralnym pozbawieniem wolności. „To zdecydowanie nowy trend” – przyznał Courchaine. „Przegrywamy niemal wszystkie te sprawy i ci ludzie są zwalniani”.

Lawina takich pozwów jest bezpośrednią konsekwencją zaostrzonej polityki deportacyjnej administracji Trumpa. Prezydent przedstawia ją jako walkę z „najgorszymi z najgorszych” przestępców wśród migrantów. Dane pokazują jednak coś innego: według dostępnych analiz około 75 proc. osób zatrzymanych w ciągu ostatniego roku przez służby imigracyjne nie miało żadnej przeszłości kryminalnej.

Mimo to w praktyce administracja zaczęła odmawiać prawa do zwolnienia za kaucją niemal wszystkim osobom, które kiedykolwiek przekroczyły granicę bez odpowiednich dokumentów. Zdaniem prawników specjalizujących się w prawie imigracyjnym narusza to piątą poprawkę do konstytucji, gwarantującą prawo do rzetelnego procesu.

Skutki są widoczne w statystykach sądowych. Jak przyznał jeden z adwokatów zajmujących się tymi sprawami, migranci wygrywają dziś nawet 95 procent postępowań dotyczących nielegalnego przetrzymywania.

Sędziowie coraz częściej – jak mówią prawnicy – tracą cierpliwość wobec argumentacji Ministerstwa Sprawiedliwości.

Dla prokuratur oznacza to poważne problemy organizacyjne. Biuro w Arizonie musiało już przenosić prokuratorów z wydziałów karnych do spraw cywilnych, aby obsłużyć rosnącą liczbę wniosków habeas corpus. „Musieliśmy zdjąć prokuratorów z ich spraw karnych i przesunąć ich do tych postępowań. I nie wygląda na to, żeby ta sytuacja miała się szybko skończyć – przynajmniej dopóki Sąd Najwyższy nie zajmie stanowiska” – powiedział Courchaine.

Resort sprawiedliwości broni się, twierdząc, że jedynie egzekwuje prawo imigracyjne po latach – jak to ujął jego rzecznik – „faktycznej amnestii” za poprzedniej administracji. Jednocześnie jednak narastające porażki w sądach pokazują, że ofensywa migracyjna Trumpa natrafia na coraz silniejszy opór ze strony systemu prawnego.

Przypomnijmy też tragiczne wydarzenia z Minneapolis, gdzie ICE zabiło w tym roku dwoje ludzi. Bondi jako główna prawniczka rządu wysłała do gubernatora Minnesoty list o tonie niemal ultimatum, w którym domagała się pełnej współpracy władz stanowych z federalnymi agencjami i sugerowała, że brak podporządkowania może mieć konsekwencje prawne i finansowe. Dla krytyków nie był to akt neutralnej interpretacji prawa, lecz próba politycznego nacisku: wykorzystania aparatu sprawiedliwości do zdyscyplinowania nieposłusznego stanu.

Z Tampy do Trumpa

Pam Bondi trafiła do ekipy Trumpa z Florydy. Pochodzi z klasy średniej, z przedmieść Tampy, gdzie władza i ambicja są czymś oswojonym, a nawet dosłownie rodzinną tradycją. Jej ojciec był radnym i burmistrzem niewielkiego Temple Terrace – lokalnym politykiem, który pokazywał córce, że rządzenie nie musi być abstrakcją z telewizji, lecz codziennym rzemiosłem.

Bondi poszła więc klasyczną amerykańską ścieżką aspiracji: prawo na Stetson University, a następnie niemal piętnaście lat jako prokuratorka w hrabstwie Hillsborough. Jej wejście w politykę nie było buntem przeciw systemowi, lecz jego naturalną drogą w jego ramach – z prokuratorskiego fotela na scenę kampanii wyborczej. To podobna droga jak u Kamali Harris.

Gdy w 2010 r. Bondi wystartowała w wyborach na prokuratorkę generalną Florydy, nie miała za sobą wielkich struktur partyjnych, ale miała coś równie cennego: charyzmę w sam raz do telewizji. Regularnie pojawiała się w Fox News, budując rozpoznawalność jeszcze zanim stała się polityczką. Bliskość z konserwatywnym ekosystemem medialnym oraz poparcie byłej kandydatki na wiceprezydenta Sarah Palin pozwoliły jej wygrać prawybory, a potem wybory i zostać pierwszą kobietą na tym stanowisku w historii stanu.

Od początku była osobą, która lepiej czuła się przed kamerą niż w zakamarkach biura prokuratora i archiwach: prawniczka o prezencji telewizyjnej komentatorki i urzędniczka mówiąca językiem programów publicystycznych. W przeciwieństwie do Noem nie sprzedawała mitu rolniczej prowincji, tylko wizję prawa i porządku oraz państwa jako sali sądowej.

To doświadczenie – prokuratorskie i medialne zarazem – sprawiło, że Bondi idealnie wpasowała się w świat Trumpa.

Nie jako buntowniczka, lecz jako egzekutorka. Gdy w 2020 r. stanęła w obronie prezydenta podczas pierwszego impeachmentu, robiła dokładnie to, czego nauczyło ją całe życie zawodowe: nie wahać się, nie mięknąć, mówić z absolutną pewnością, nawet wtedy, gdy brakuje dowodów. Jej droga do polityki była drogą instytucji, nie gniewu.

Karierze Bondi też od samego początku towarzyszyły skandale. W 2013 r., jako prokuratorka generalna Florydy, znalazła się w oku medialno-politycznego cyklonu, gdy jej urząd rozważał dołączenie do pozwu przeciw Trump University w sprawie potencjalnych oszustw. Kilka dni później komitet wyborczy Bondi otrzymał 25 tys. dol. z fundacji Donalda Trumpa, a Floryda z postępowania się wycofała. Później amerykański fiskus uznał tę wpłatę za nielegalną i nakazał zwrot pieniędzy Trumpowi oraz zapłacenie kary, ale symboliczna szkoda już się dokonała: niezależność prokuratury została wystawiona na sprzedaż. W tym samym roku Bondi przesunęła termin egzekucji skazanego, bo kolidował z jej wydarzeniem fundraisingowym – epizod, który po ujawnieniu wywołał oburzenie i na trwałe przylgnął do jej wizerunku jako przykład pomieszania służby publicznej z prywatnym interesem.

Kobieta w czerwonej czapce

Przez całe dwie kadencje była też główną twarzą pozwów przeciw Obamacare [reformy amerykańskiego systemu ubezpieczeń zdrowotnych – przyp. red.], w tym prób zniesienia ochrony osób z chorobami współistniejącymi. Stała się prawnym ramieniem polityki, która uderza w najsłabszych. W 2018 r. posunęła się jeszcze dalej, współprowadząc programy w Fox News, mimo że wciąż pełniła funkcję prokuratorki generalnej. Tampa Bay Times nazwał to bezprecedensowym konfliktem interesów.

Gdy w 2019 r. opuściła urząd, niemal natychmiast przeszła na drugą stronę: została zarejestrowaną lobbystką interesów Kataru, a także reprezentantką branży prywatnego więziennictwa. A potem, już w pełni w orbicie Trumpa, stanęła na czele zaplecza prawnego America First Policy Institute — think tanku, który pisał doktrynę drugiej prezydentury i przygotowywał strategie podważania procedur wyborczych w swing states (chodzi o stany, w których żadna z dwóch głównych partii — Demokratyczna ani Republikańska — nie ma trwałej przewagi wyborczej).

Dziś Bondi stoi na czele resortu, który w nowoczesnym państwie ma monopol na przemoc: symboliczną i realną. Ministerstwo Sprawiedliwości dziś to nie zwykły dział administracji rządowej, tylko narzędzie, jakim państwo dyscyplinuje ludzi: zatrzymuje, deportuje, oskarża, zamyka w ośrodkach detencyjnych. W rękach Bondi ta instytucja przestaje być kontrolowanym przez procedury mechanizmem, a zaczyna działać jak przedłużenie woli jednego człowieka, czyli Donalda Trumpa. Prokuratura generalna nie jest już elementem systemu równowagi i hamulców, bo — np. grożąc gubernatorom — staje się narzędziem do poszerzania władzy prezydenta.

Najciekawsze – i najbardziej niepokojące – jest jednak to, że ten spektakl ma kobiecą twarz.

Trumpizm przestał być wyłącznie krzykiem mężczyzn w czerwonych czapkach. Zyskał inny ton, makijaż, profesjonalny uśmiech. Bondi nie burzy patriarchatu, tylko go wzmacnia urozmaiconym przekazem. I pokazuje, że hierarchia, twardość i bezwzględność mogą mówić kobiecym głosem.

Życie w twierdzy

Narastające napięcia wokół Pam Bondi mają także wymiar bardzo osobisty. Jak ujawnił „New York Times”, prokuratorka generalna w ostatnich tygodniach po cichu opuściła swoje mieszkanie w Waszyngtonie i przeniosła się do jednego z obiektów wojskowych w rejonie stolicy.

Powodem były rosnące groźby kierowane pod jej adresem. Według osób znających sprawę federalne służby bezpieczeństwa sygnalizowały jej współpracownikom coraz większą liczbę gróźb – zarówno ze strony zorganizowanych grup przestępczych, jak i przeciwników politycznych krytykujących sposób prowadzenia sprawy Jeffreya Epsteina. Jednym z bezpośrednich impulsów miał być także wzrost napięcia po styczniowym zatrzymaniu i postawieniu przed sądem prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, operacji, która wywołała reakcję w środowiskach powiązanych z kartelami narkotykowymi.

Bondi nie jest zresztą w tej sytuacji wyjątkiem.

Coraz więcej wysokich urzędników administracji Trumpa decyduje się na zamieszkanie w silnie strzeżonych kwaterach wojskowych w okolicach Waszyngtonu.

Wśród nich znaleźli się m.in. Stephen Miller, główny architekt twardej polityki migracyjnej Białego Domu, sekretarz stanu Marco Rubio, była już sekretarz bezpieczeństwa wewnętrznego Kristi Noem czy sekretarz obrony Pete Hegseth.

Nie jest jasne, na jakich zasadach urzędnicy korzystają z tych nieruchomości – jednych z najbardziej prestiżowych rezydencji pozostających w dyspozycji rządu federalnego. Przedstawiciele administracji twierdzą, że płacą czynsze odpowiadające rynkowym stawkom, ale szczegóły nie zostały ujawnione.

Sam fakt przenoszenia cywilnych nominatów politycznych do wojskowych kwater jest w historii Waszyngtonu raczej rzadkością. W przeszłości zdarzało się to pojedynczym urzędnikom, jednak nigdy wcześniej nie miało tak szerokiej skali. Dla części obserwatorów jest to kolejny znak czasu: administracja funkcjonuje dziś w atmosferze permanentnego konfliktu politycznego i podwyższonego zagrożenia dla bezpieczeństwa, w którym nawet najwyżsi cywilni urzędnicy zaczynają – a może chcą – żyć za zasiekami wojskowych twierdz.

;

Komentarze