0:00
Prawa autorskie: Sergio Lima / AFPSergio Lima / AFP
22 stycznia 2023

Brazylia, długi cień dyktatury. Jaką rolę odegrało wojsko w ataku bolsonarystów? [DOMOSŁAWSKI]

Wojsko w Brazylii nigdy nie uznało cywilnego zwierzchnictwa republiki. Lula i jego rząd znajdują się w stanie ciągłego zagrożenia zamachem stanu – Artur Domosławski pisze z Brazylii

Wydrukuj

W ostatnich dniach prezydent Lula i generałowie wymienili ciosy. Lula kilkakrotnie powiedział, że wojskowi wspomagali w taki lub innych sposób atak bolsonarystów 8 stycznia 2023 roku na siedziby trzech władz w stolicy. Zwolnił 140 wojskowych zatrudnionych w kluczowych dla bezpieczeństwa obecnej administracji miejscach oraz dziewięciu ze swojego gabinetu.

Na krytykę i decyzje Luli odpowiedział generał rezerwy Sergio Etchegoyen. Nazwał prezydenta „tchórzem”, który atakuje, bo wie, że żaden z generałów nie odpowie. Cóż… odpowiedział. Znaczące, że nie odniósł się do meritum zarzutów: wojskowi brali udział w próbie puczu 8 stycznia czy nie?

Twierdzenie, że próba puczu, jaką podjęły tysiące zwolenników byłego prezydenta Brazylii Jaira Bolsonara, nie odbyłaby się bez cichego udziału i niemal otwartego wsparcia wojskowych, nie budzi w Brazylii wielkich kontrowersji. Różnica zdań polega na tym, że jedni uważają, że to niedopuszczalna ingerencja w ład demokratyczny, a inni – wręcz przeciwnie: woleliby rządy generałów niż demokratycznie wybranych władz.

Po nieudanym ataku na siedziby prezydenta, parlamentu i sądu najwyższego wychodzą na jaw coraz to nowe szczegóły. Część z nich dotyczy właśnie wsparcia wojska dla próby obalenia demokratycznie wybranych władz – względnie wywołania chaosu, który „zmusiłby” armię do zaprowadzenia porządku; de facto – puczu i ustanowienia dyktatury.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

Wojskowi z puczystami

Po porażce Bolsonara w wyborach prezydenckich ponad dwa miesiące temu, zwolennicy przegranego zbudowali obozowisko przy koszarach w stolicy. Domagali się od wojska, by nie dopuściło do przejęcia władzy przez legalnie wybranego prezydenta Lulę da Silvę. To pierwsza sprawa: bez zgody wojskowych na utrzymanie obozowiska u progu koszar koczownicy nie wytrwaliby tam nie tylko dwóch miesięcy, ale nawet paru godzin; zostaliby usunięci. Tu nie ma zagadki.

Zagadka pojawia się w dniu ataku. Zwraca na nią uwagę Mario Magalhaes, wybitny dziennikarz i pisarz polityczny, mający dobre źródła informacji w świecie służb mundurowych. W pałacu prezydenckim przebywa na stałe oddział sił specjalnych, mający w razie zagrożenia bronić głowy państwa. 8 stycznia była tam jednak zaledwie garstka komandosów. Prezydenta Luli, owszem, nie było. Ale – co dziś wiadomo – od rana pojawiały się alerty Brazyliskiej Agencji Wywiadowczej (ABIN) – cywilnego wywiadu – że może dojść do ataku na pałac. Mimo to oddziału komandosów nie wzmocniono. Dodatkowych żołnierzy odpowiedzialnych za bezpieczeństwo siedziby prezydenta przysłano dopiero, gdy pałac był już opanowany przez agresorów. Magalhaes nie ma wątpliwości, że nie było to zwykłe zaniedbanie.

Sam Lula kilka dni po ataku powiedział: „Wielu ludzi Sił Zbrojnych spiskowało tu, w środku. Jestem przekonany, że drzwi Pałacu Planalto [rządowego] zostały otwarte, żeby [agresorzy] mogli wejść; żaden zamek nie został wyrwany. Ktoś pomógł im wejść”.

Obozowisko pod ochroną

Gdy rząd opanował sytuację za pomocą policji stanowej, ale pod komendą federalną (część funkcjonariuszy policji stanowej też wspierała próbę puczu), doszło do osobliwej sytuacji. Policjanci ścigali bolsonarystów aż do ich obozowiska przy koszarach – z zamiarem przeprowadzenia zatrzymań i rozbiórki obozowiska.

W obronie agresorów i ich obozu stanęli wojskowi.

Nie pozwolili policji ani na zatrzymania „na ich terenie”, ani na demontaż obozowiska.

Według świadków gen. Julio Cesar de Arruda miał przekazać ministrowi sprawiedliwości Flaviowi Dino stanowczą wiadomość: „Nie aresztuje pan tutaj tych ludzi”.

Obozowisko bolsonarystów zdemontowano następnego dnia. W nocy zaś wojskowi pomogli uciec swoim kolegom ubranym po cywilnemu, rezerwistom i członkom swoich rodzin, biorącym udział w ataku na budynki władz.

Znane są już nazwiska co najmniej dwóch oficerów biorących udział w ataku. Ale nie wszyscy okazali wdzięczność za pomoc. Pułkownik rezerwy Adriano Testoni „zasłynął” nagraniem wideo, w którym wykrzykuje na temat przełożonych, że to „banda generałów skurwieli, tchórzy, najwyższe dowództwo do chuja” (ponieważ nie zdecydowali się na zamach stanu). Drugim jest kapitan Vilmar Jose Fortuna, zwolniony z ministerstwa obrony.

Luiz Eduardo Soares, antropolog i doradca polityków, znawca tematyki bezpieczeństwa w Brazylii, rekonstruuje znaczącą scenę z minionych tygodni. Oto były dowódca armii gen. Eduardo Villas-Boas (od kilku lat ciężko chory) wraz z żoną Marią Aparecidą przejeżdżają samochodem z otwartymi szybami obok obozowiska bolsonarystów przy koszarach i gorąco ich pozdrawiają. Robią kilka rund. Bolsonaryści wykrzykują z entuzjazmem nazwisko generała.

Według relacji prasowych rolę pozdrawiającej puczystów wzięła na siebie żona generała. On sam nie pokazał twarzy – Maria Aparecida wskazała jedynie, że mąż znajduje się na tylnym siedzeniu.

Zdaniem Soaresa, gen. Villas-Boas – jeszcze jako dowódca brazylijskiego wojska – wpłynął na pewną decyzję, która w ostatnich latach zmieniła bieg historii kraju.

Generał pisze historię

W 2018 roku Lula – wówczas były prezydent (2003-2011) i kandydat ubiegający się o ponowny wybór – miał proces o handel wpływami (później też o korupcję). W największym skrócie: oskarżano go na podstawie wątłych poszlak o to, że korzystał z apartamentu w nadmorskiej miejscowości Guaruja, należącego do wielkiej budowlano-deweloperskiej firmy Odebrecht. Była to rzekomo nagroda (łapówka?) za kontrakty, jakie w czasie jego prezydentury otrzymywał budowlany gigant.

Adwokaci Luli kwestionowali podstawy jego zatrzymania. Federalny Sąd Najwyższy miał zdecydować o tym, czy Lula pozostanie w areszcie, czy wyjdzie na wolność (habeas corpus). Był kwiecień 2018 roku.

Dwa dni przed posiedzeniem Federalnego Sądu Najwyższego do gry włączył się gen. Villas-Boas.

„Zapewniam naród – napisał na Twitterze – że wojsko brazylijskie podziela pragnienie wszystkich dobrych obywateli odrzucenia bezkarności i poszanowania Konstytucji, pokoju społecznego i demokracji, a także jest gotowe do wypełniania swoich misji”.

Enigmatyczne? W Brazylii wszyscy zrozumieli. Później w wywiadzie dla dziennika „Folha de S. Paulo” Villas-Boas przyznał, że jego celem było wpłynięcie na decyzję sądu (użył słowa „interwencja”). „Niepokoi nas kwestia stabilności, bo zaostrzenie sytuacji spada potem na nas. Lepiej zapobiegać niż potem leczyć” – dodał.

Sędzia Federalnego Sądu Najwyższego Celso de Mello, który głosował za wypuszczeniem Luli z aresztu, powiedział później, że wypowiedź generała „jawnie naruszyła zasadę trójpodziału władz” i „zdaje się zapowiadać powrót – całkowicie niedopuszczalny – do niecodziennych (i szkodliwych) praktyk z punktu widzenia konstytucyjnej ortodoksji”. Dodał, że zachowanie dowódcy Sił Zbrojnych uderzyło w demokrację.

„Nasze własne doświadczenie historyczne ukazuje – a także przestrzega – że powstania pretoriańskie podważają legitymację władzy cywilnej i osłabiają instytucje demokratyczne”.

Procesy z naruszeniem procedur

Gdy wszystko to się rozgrywało – przypomnę: w kwietniu 2018 roku, na pół roku przed wyborami prezydenckimi – Lula miał w sondażach dwukrotną przewagę nad drugim w kolejności kandydatem, Jairem Bolsonaro (31 proc. do 15 proc.). Federalny Sąd Najwyższy zaledwie jednym głosem zdecydował o zatrzymaniu Luli w areszcie, jeszcze przed ostatecznym wyrokiem sądu niższej instancji. W świecie polityki i mediów decyzję tę odebrano jako zachętę do wyroku skazującego, mimo słabych podstaw.

W kolejnych miesiącach na Lulę spadło kilka wieloletnich – choć nieprawomocnych – wyroków więzienia (za handel wpływami, korupcję, pranie pieniędzy), które wyeliminowały go z politycznej gry. Odsiedział zaledwie półtora roku i oto w listopadzie 2019 roku Federalny Sąd Najwyższy wypuścił go na wolność, uzasadniając, że kary więzienia powinni odsiadywać jedynie skazani prawomocnie (w Brazylii istnieją cztery instancje sądowe). Kolejne półtora roku później, w marcu 2021 roku ten sam sąd orzekł, że procesy byłego prezydenta odbyły się z naruszeniem procedur. Lula odzyskał prawa wyborcze i mógł zgłosić kandydaturę w następnym wyścigu prezydenckim.

Tyle że Bolsonaro kończył właśnie czteroletnią kadencję katastrofalnych rządów, w czasie których niekompetentnie zarządzał kryzysem wywołanym COVID-19. Do Brazylii wrócił głód, wzrosła przemoc i na potęgę niszczono Amazonię. To właśnie wyeliminowanie Luli z wyścigu prezydenckiego w 2018 roku otworzyło faszyzującemu politykowi drogę do władzy. Bolsonaro doskonale o tym wiedział.

– Pierwszym człowiekiem, któremu podziękował po wyborze na prezydenta – zwraca uwagę Soares – był gen. Villas-Boas. – Nigdy nie powiedział publicznie, za co konkretnie dziękuje, bo sprawa była delikatna i nie mógł tego zrobić.

Podziękowanie brzmiało tak: „Jest pan jednym z tych, dzięki którym znalazłem się w tym miejscu” – zwrócił się Bolsonaro do generała 2 stycznia 2019 roku, dzień po swojej prezydenckiej inauguracji.

Mentalność koszar

– Poszanowanie woli społeczeństwa, demokracji i zasad legalizmu nie należy do zespołu wartości wyznawanych w siłach zbrojnych w Brazylii – mówi Mario Magalhaes. – Dowodzi tego cała historii naszego wojska, zarówno w czasach cesarstwa w XIX wieku, jak i republiki, od 1889 roku do dziś.

I w XIX, i XX stuleciu wojskowi przeprowadzali zamachy stanu, a brak poszanowania zasad republikańskich szedł w parze z poczuciem bezkarności. – Nigdy nie odpowiedzieli za łamanie prawa, pogwałcenie zasad demokracji ani zbrodnie – mówi Magalhaes. – Ani w okresie tzw. Nowego Państwa (1937-1945), kiedy zlikwidowali demokratyczne instytucje, a przeciwników mordowali, ani w okresie ostatniej dyktatury wojskowej (1964-1985).

(Na marginesie Magalhaes wspomina, że autorytarna konstytucja Nowego Państwa jest w Brazylii nazywana „polską konstytucją” – była bowiem wzorowana na konstytucji kwietniowej z 1935 roku).

Poglądy i mentalność wojskowych, którzy byli przywódcami w latach ostatniej dyktatury, kształtowały się w epoce zamordyzmu Nowego Państwa. Jako młodzi wówczas oficerowie i żołnierze przyswoili sobie wtedy m.in. to, że cokolwiek bezprawnego uczynią, ujdzie im na sucho.

I tak pozostało.

Żaden z generałów, winnych eksterminacji przeciwników politycznych, „zniknięć”, tortur w latach 1964-1985 nie odpowiedział za swoje czyny.

Storpedowana Komisja Prawdy

Wojskowi do dziś nie dopuszczają do otwarcia archiwów z tamtego czasu. Storpedowali działania Komisji Prawdy, która miała nikogo nie sądzić, ani nie karać – a jedynie stworzyć możliwość poznania okoliczności niektórych zbrodni.

Komisja powstała w 50. rocznicę zamachu stanu z 1964 roku, a jej polityczną patronką była prezydentka Dilma Rousseff (ofiara tortur, która nigdy nie robiła ze swoich cierpień użytku politycznego).

Komisja ustaliła m.in., że wypadek samochodowy z 1976 r., w którym zginął były demokratyczny prezydent Juscelino Kubitschek, był polityczną zbrodnią (Kubitschek organizował polityczny front walki z generałami). Ustaliła też, że były prezydent reformator Joao Goulart, którego w 1964 roku obalili wojskowi, mógł zostać otruty na wygnaniu w Buenos Aires. Do tej pory sądzono, że zmarł na atak serca (tu jednak pewności nie ma, są poszlaki). To tylko dwa z wielu przykładów.

Wojskowi byli wściekli, gdy przed Komisją Prawdy zaczął zeznawać były pułkownik Paulo Malhaes. Opowiadał m.in., w jaki sposób zacierano tożsamość „znikniętych” na wypadek, gdyby ktoś odnalazł zwłoki wrzucone do rzeki lub oceanu: wybijano im zęby i obcinano palce. (Wtedy nie znano jeszcze metody identyfikacji na podstawie DNA.)

Pułkownik rzucił światło na „zniknięcie” pewnego działacza. Opowiadał o centrum tortur, zwanym Domem Śmierci; a także i o tym, że sam torturował. Kilka tygodni po zeznaniach został zamordowany w swoim domu. Powszechnie uznano, że choć pułkownik bynajmniej nie okazał skruchy, zabójstwo zlecili jego dawni wspólnicy. Wysłali w ten sposób sygnał do innych sprawców tortur i „zniknięć”. Lepiej nie gadać.

Nostalgicy zamordyzmu

Dyktaturę w czasach zimnej wojny wojskowi zaprowadzili w imię „walki z komunizmem”. Mimo że żadna znacząca siła polityczna nawet nie zbliżała się w swoich postulatach do postulatów komunistycznych. Same partie komunistyczne były słabe i podzielone na różne nurty.

Prezydent Joao Goulart, w 1964 roku obalony przez wojskowych, sam wywodzący się z ziemiaństwa, nadawał klasom ludowym prawa socjalne, chciał wywłaszczać nieużytki latyfundiów, forsował ustawy dotkliwe dla inwestorów z USA (chodziło o ograniczenie eksportu zysków). Jednak nawet takie socjaldemokratyczne podejście było w latach zimnej wojny zbyt radykalne – zarówno dla brazylijskich uprzywilejowanych, jak i dla Stanów Zjednoczonych, które w tamtym czasie przeciwstawiały się jakimkolwiek progresywnym zmianom w regionie.

Brazylijscy wojskowi mieli poparcie Waszyngtonu. Dostawali od potężnego sojusznika broń, wsparcie logistyczne, doradców.

Ulicami Sao Paulo przechodziły wówczas wielotysięczne marsze, których uczestnicy domagali się „powstrzymania komunizmu” – jak nazywano każdą próbę reformy rolnej czy rozszerzania praw pracowniczych – i przejęcia władzy przez wojsko. „Marsze Rodzin z Bogiem na rzecz Wolności” posługujące się identycznymi hasłami widziałem na ulicach Sao Paulo i Rio de Janeiro za rządów Dilmy Rousseff (2011-2016), następczyni i politycznej współpracowniczki Luli. I znowu – uczestnicy domagali się „powstrzymania komunizmu” i przejęcia władzy przez wojsko. Dzisiejsi bolsonaryści podnoszą ten sam sztandar.

Wieczne déjà vu. Brazylijski dzień świstaka.

„Musimy obalić prezydenta!”

Bolsonaro, młody oficer w późniejszych latach wojskowej dyktatury, dał się zapamiętać jako jeden z tych, którzy sprzeciwiali się odwilży. Od połowy lat 70. wewnątrz wojskowej junty toczył się cichy spór między dwoma tendencjami. Ernesto Geisel, który sprawował funkcję prezydenta (1974-79) dążył do stopniowego „odkręcania śruby”, czemu sprzeciwiał się generał Silvio Frota. (Znacząca ciekawostka: prawą ręką Froty był oficer Augusto Heleno, później generał, a w latach rządów Bolsonara człowiek odpowiedzialny za bezpieczeństwo w urzędzie prezydenckim). Geisel zablokował Frocie drogę do prezydentury i doprowadził w 1979 roku do amnestii dla więźniów politycznych i wygnańców.

Zamordyści nie chcieli pogodzić się z odwilżą, a narzędziem ich niezgody były polityczne zabójstwa i zamachy. Ofiarą głośnej w tamtym czasie zbrodni padł dziennikarz Vladimir Herzog. Chodziło o to, by przeprowadzić zamach, a następnie oskarżyć o sprawstwo radykalnie lewicowe grupy (wówczas całkowicie rozbite). „Jastrzębie” liczyły, że konsekwencją będzie zaostrzenie kurs wobec jakiejkolwiek opozycji.

Najsłynniejszy z zamachów miał miejsce 1 maja 1981 roku w Riocentro, podczas wielkiego rozrywkowego pokazu z okazji święta pracy. Bomba wybuchła jednak w samochodzie zamachowców, zabijając sierżanta armii. Wybuch wywołał panikę, ale zamachowcy nie osiągnęli celu.

Bolsonaro, wówczas porucznik, podążał za tymi, którzy domagali się powrotu zamordyzmu. Nawet później, już za demokracji, pozostał nostalgikiem dyktatury. Unikatowe świadectwo w tej sprawie przedstawił w 1993 roku gen. Geisel (Bolsonaro był wtedy kongresmanem).

– W tej chwili, kiedy tu rozmawiamy – powiedział Geisel w rozmowie z dwójką historyków – wielu mówi: „Musimy przeprowadzić zamach stanu. Musimy obalić prezydenta! Musimy wrócić do dyktatury wojskowej!”. I to nie tylko Bolsonaro, nie! W środowisku cywilnym jest wielu ludzi, którzy tak myślą.

Geisel wyraził nadzieję, że wraz z rozwojem kraju ingerencja wojska w politykę będzie się zmniejszała. A wracając do Bolsonara orzekł, że „jest [on] zupełnie anormalnym przypadkiem i do tego złym żołnierzem”.

Bolsonaro nigdy nie przestał gloryfikować dyktatury.

W dniu impeachmentu Dilmy Rousseff w 2016 roku wygłosił pochwałę oficera, który w czasach dyktatury osobiście torturował rewolucjonistkę, przyszłą prezydentkę Brazylii.

W każdym razie ani za torturowanie Rousseff, ani innych więźniów politycznych żaden wojskowy nie poniósł żadnej odpowiedzialności. U schyłku dyktatury, szykując się do transformacji ustrojowej, generałowie zapewnili sobie i swoim podwładnym bezkarność.

Ale nie tylko bezkarność.

Armia bez kontroli

W latach transformacji, gdy parlament tworzył nową konstytucję, generałowie nie zgodzili się, by w niej zapisać, że armia zostaje objęta kontrolą cywilną.

Ich opór sprawił, że powstał dwuznaczny artykuł 142. Stwierdza się w nim, że siły zbrojne – marynarka, wojsko i siły powietrzne – są „zorganizowane według zasad hierarchii i dyscypliny, pod zwierzchnictwem Prezydenta Republiki, a ich zadaniem jest obrona Ojczyzny, władz konstytucyjnych oraz, z inicjatywy którejkolwiek z nich, prawa i porządku”.

– Prawnicy demokraci nie mają wątpliwości, że zgodnie z duchem konstytucji przepis ten oznacza cywilną kontrolę nad armią – mówi Soares. – Ale prawnicy bolsonaryści, jak i sami wojskowi, uważają, że przepis ten bynajmniej nie oddał wojska pod cywilną kontrolę, lecz przyznał armii rolę moderującą w państwie, zapewniającą równowagę władz.

Już po próbie puczu 8 stycznia Lula powiedział publicznie: – Wojsko nie jest żadną siłą moderującą. O demokrację dbają partie polityczne i społeczeństwo.

Soares uważa, że Lula ma w tej chwili dwie możliwości: iść na zwarcie z wojskiem, wykorzystując moment, w którym popierani przez wojskowych puczyści ponieśli porażkę, a duża część opinii w kraju i niemal cała na świecie potępia atak w Brasilii. Druga możliwość – to poddać się woli wojskowych i rządzić w cieniu permanentnego zagrożenia zamachem stanu.

Zdaniem Soaresa, Lula powinien zaryzykować w imię przyszłości demokracji i podjąć m.in. próbę zmiany artykułu 142 konstytucji. To być może jedyny moment, w którym są szanse na powodzenie przedsięwzięcia. Powinien też mianować ministrem obrony polityka, który nie będzie wskazany przez wojskowych tak jak obecny – Jose Mucio.

Lula, jak do tej pory, stawia na opcję ostrożniejszą. Obawia się, że zwarcie jest obciążone większym ryzykiem niż stan obecny. Wie, że nie ma poparcia żadnego sektora czy grupy wewnątrz armii.

A żeby iść na udry z generałami, trzeba mieć po swojej stronie jakichś innych generałów.

Ostatnie dymisje i krytyka Luli pod adresem wojskowych mogą jednak świadczyć o tym, że coraz bardziej przekonują go argumenty, by pójść bardziej ryzykowną drogą.

Bunt admirała

– Lula za swoich pierwszych rządów miał dobre relacje z armią – mówi Magalhaes. – Poradził się ojca jednego ze swoich ministrów, który był generałem w stanie spoczynku. Dzięki temu nie popełnił żadnego faux pas mianując dowódców. Uszanował tradycję powoływania najstarszego stopniem. Inwestował dużo w modernizację sił zbrojnych, przede wszystkim lotnictwa.

Teraz jednak sytuacja jest inna: porażkę Bolsonara wojskowi traktują poniekąd jako własną. Bolsonaro był ich człowiekiem, odzwierciedlał mentalność wielu z nich. I to jego popierali w wyborach.

– Dodatkową okolicznością jest i to, że Bolsonaro zatrudniał w administracji państwowej kilka tysięcy wojskowych – mówi Magalhaes.

– Takiej obecności mundurowych w świecie cywilnym nie było od czasów dyktatury.

Najbardziej znaczącym aktem nieuznania porażki Bolsonara i zwycięstwa Luli ze strony wojskowych był przebieg ceremonii mianowania nowych dowódców wojska, marynarki wojennej i sił powietrznych. Zgodnie z tradycją poprzedni dowódcy poszczególnych sił przekazują dowództwo nowym, mianowanym przez prezydenta. Dowódca marynarki admirał Almir Garnier Santos zbojkotował uroczystość i nie przekazał dowództwa następcy. Dla wszystkich było jasne, że nie uznaje decyzji Luli, gdyż – zgodnie wykładnią bolsonarystów – wybory sfałszowano. Czyli decyzje nielegalnej głowy państwa są z gruntu nielegalne.

Zachowanie admirała moi rozmówcy uważają za bezprecedensowe. I dużo mówiące o nastrojach w koszarach.

Sprawiedliwość jako ryzyko

– W wojsku są generałowie skłonni uznawać legalne granice, ale w sytuacji zagrożenia, krytyki z zewnątrz, nadzwyczajnych wydarzeń, zawsze zwierają szeregi – mówi Soares. – Wtedy zwycięża interes wojska jako korporacji.

Wydaje się mało prawdopodobne, by wojsko przeprowadziło w obecnych okolicznościach zamach stanu.

Niebezpieczeństwo takie może się jednak pojawić na nowo, gdy bolsonaryści zechcą tak jak 8 stycznia – lecz skuteczniej – podgrzać polityczną atmosferę, wywołać chaos i stworzyć wojskowym dogodny pretekst do interwencji.

Taka sytuacja może powstać np. wtedy, gdy do Brazylii wróci Bolsonaro, lub gdy wymiar sprawiedliwości zechce oskarżyć go o próbę zamachu stanu. W domu aresztowanego sekretarza ds. bezpieczeństwa Dystryktu Federalnego Andersona Torresa (byłego ministra w rządzie Bolsonara), który 8 stycznia odpowiadał za bezpieczeństwo stolicy, znaleziono szkic puczystowskiego dekretu Bolsonara.

Wymiar sprawiedliwości spróbuje ustalić, jaki udział miał były prezydent w ataku z 8 stycznia. Czy jego publiczne wypowiedzi po wyborach dadzą się zakwalifikować jako podżeganie do puczu? Bolsonaro ma ponadto na głowie kilkanaście innych procesów – m.in. o rozpowszechnianie fałszywych informacji dotyczących COVID-19 i szczepionek przeciw chorobie.

Czy postawienie go przed sądem może podpalić Brazylię na nowo?

– Bolsonaro jest drugim pod względem popularności liderem politycznym w Brazylii, przywódcą milionów obywateli. Nie łudźmy się, że jest inaczej. To nie powinno mieć jednak znaczenia dla prób postawienia go przed sądem – uważa Magalhaes. – Gorsze od ryzyka osądzenia go jest pozostawienie go bezkarnym. Jeśli sąd zdoła udowodnić, że Bolsonaro podżegał do próby puczu, powinien go skazać. Powtórzę: to nie skazanie winnego, lecz bezkarność jest zachętą do kolejnych prób wywracania demokracji.

Dlaczego jednak Bolsonaro nie zdecydował się po przegranych wyborach – gdy głosił, że mu je ukradziono – na zamach stanu, sprawując wciąż urząd prezydenta i mając poparcie wojska?

Czynnik: Waszyngton

Hipotezą, która się nasuwa jako pierwsza – i być może definitywna – jest otoczenie międzynarodowe. W szczególności poparcie dla werdyktu demokracji z Waszyngtonu. – Gdyby w Białym Domu zasiadał nie Joe Biden, który natychmiast pogratulował Luli zwycięstwa, lecz Donald Trump, bylibyśmy dziś w zupełnie innej rzeczywistości – uważa Soares. – Trump zacząłby wtórować Bolsonaro, że elektroniczny system liczenia głosów jest zły. A od tego już tylko krok do ogłoszenia dekretu o zamachu stanu, który – jak wiemy – Bolsonaro miał gotowy.

Czy stanowisko Waszyngtonu – uznanie wyboru Luli – miało moc oddziaływania również na wojsko w Brazylii? Soares uważa, że absolutnie tak.

To zupełnie niezwykła sytuacja w najnowszej historii kraju: USA wsparły siły progresywne przeciw zachowawczym, wspieranym przez armię.

W latach 60. „postępowy” John F. Kennedy rozważał w obliczu egalitarnych reform w Brazylii amerykańską interwencję wojskową. Poprzestał na przysyłaniu tysięcy agentów i broni dla wojska. Doświadczenia amerykańskich Demokratów z trumpizmem miały – jak się okazuje – polityczno-pedagogiczną moc.

Piero Leiner, brazylijski komentator zajmujący się siłami zbrojnymi napisał jednak, że porównanie ataku bolsonarystów w Brasilii do ataku trumpistów na Kapitol w Waszyngtonie – które eksploatowano bez miary w ostatnich dniach – ma pewną słabość. W USA armia nie brała udziału w szturmie na siedzibę kongresu w Waszyngtonie. W Brazylii – tak. I jest to okoliczność kluczowa dla stanu permanentnego niebezpieczeństwa ze strony mundurowych, w jakim znajduje się brazylijska demokracja.

Z ostatniej chwili

W sobotę, 21 stycznia, Lula zwolnił dowódcę wojska gen. Julia Cesara de Arrudę i powołał na jego miejsce gen. Tomasa Miguela Ribeira Paivę, który w minionym tygodniu domagał się od towarzyszy broni poszanowania wyniku wyborów, „czy się podoba czy nie”. Wojsko jest „instytucją państwową, apolityczną i apartyjną”.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne