Czy konserwatyści czują się mniej niepewni? Dlaczego ludzie chcą wierzyć, że świat jest sprawiedliwy? W czym tkwi siła dogmatyzmu? Publikujemy fragment książki Małgorzaty Kossowskiej i Katarzyny Sroczyńskiej „Czy ten świat się kończy? Rozmowy o niepewności, polaryzacji i solidarności”, która ukazała się w marcu nakładem wydawnictwa Smak Słowa.
Katarzyna Sroczyńska: „Kiedy zmieniają się docierające do mnie informacje, zmieniam zdanie” – to powiedzenie jest tak popularne, że przypisuje się je wielu osobom. Warto umieć zmieniać zdanie?
Małgorzata Kossowska*: Gdybyśmy nie potrafili zmieniać swoich poglądów w reakcji na to, co się wokół nas dzieje, nie bylibyśmy w stanie przystosowywać się do nowych warunków. Podstawowym biologicznym mechanizmem umożliwiającym adaptację jest więc otwartość na zmiany. To dzięki niej potrafimy odnaleźć się i przetrwać w rozmaitych sytuacjach.
Ale niechętnie przyznajemy się do tego, że zmieniliśmy zdanie. Dzisiaj wszyscy uważają na przykład, że od zawsze wiedzieli, że fotelik dla dziecka w samochodzie jest rzeczą absolutnie niezbędną. W moim środowisku powszechne jest przekonanie, że trzeba inwestować w publiczny system opieki zdrowotnej, ale w latach 90. wcale tak nie było.
To zjawisko nazywamy efektem pewności wstecznej (hindsight bias). Polega ono na tym, że wydaje nam się, iż nasze poglądy zawsze były bliższe tym, które dziś dominują, niż miało to miejsce w rzeczywistości. Innymi słowy, kiedy już znamy rezultat, mamy wrażenie, że „wiedzieliśmy to od początku”, nawet jeśli przedtem wcale nie byliśmy tego pewni. I niekoniecznie wynika to z obłudy czy z chęci dostosowania się do zmian post factum. Naprawdę wierzymy, że nasze wcześniejsze przekonania nie mogły różnić się od tych, które ostatecznie zwyciężyły lub stały się powszechne. Efekt ten pojawia się między innymi po ogłoszeniu wyników wyborów czy rozstrzygnięciu turniejów sportowych. Takie złudzenie pomaga nam poczuć, że świat jest logiczny i przewidywalny, daje poczucie kontroli.
Myślałam, że chodzi też o ochronę swojej tożsamości, bo jeżeli ciągle się zmieniam, to kim tak naprawdę jestem.
Rzeczywiście, mamy naturalną potrzebę chronienia swojej tożsamości, bo to ona daje nam poczucie spójności i stabilności. Zmiana nie oznacza jednak utraty siebie. Przeciwnie, pokazuje, że nasza tożsamość potrafi się rozwijać i dostosowywać do nowych okoliczności. Właśnie ta zdolność do elastycznego reagowania stanowi jej siłę. Lubimy przecież postrzegać siebie jako osoby, które wzrastają, doskonalą swoje kompetencje i dojrzewają. Tego rodzaju zmiana jest dla nas naturalna, pożądana i bezpieczna.
Zagrażające wydaje nam się dopiero to, co podważa nasze podstawowe przekonania o sobie i świecie. Stąd skłonność do różnych złudzeń, które mają chronić poczucie stabilności.
Badania pokazują jednak, że choć ciągłość i stałość są ważnymi elementami tożsamości, to w sytuacjach, które wymagają adaptacji, szczególnego znaczenia nabierają elastyczność i umiejętność przyjmowania nowych sposobów myślenia o sobie. Doskonale widać to w środowiskach wielokulturowych i wieloetnicznych. Osoby o podwójnej czy wielorakiej tożsamości często lepiej się odnajdują, bo potrafią patrzeć na siebie z różnych perspektyw i dostrzegać pozytywne aspekty w odmiennych kontekstach.
Joanna Czeczott w książce Cisza nad stepem, w której bada konsekwencje istnienia gułagów w Kazachstanie, opowiada o dzisiejszych mieszkańcach tego kraju – potomkach zesłańców z różnych stron świata, od Korei po Polskę – i ich kłopotach z tożsamością. Nie wiem, kim jestem – powtarzają ci ludzie.
Myślę, że częściowo wynika to z poczucia braku zakorzenienia, z doświadczenia zesłania, przymusowej relokacji i życia wśród ludzi podobnych do siebie, którzy także są zewsząd i znikąd. W takiej sytuacji możliwość swobodnego budowania tożsamości jest ograniczona. Tymczasem możemy mieć wiele sposobów myślenia o sobie i wiele równoległych tożsamości. Dopóki mamy wolność wyboru i bogaty kontekst społeczny, pozwalający żonglować różnymi aspektami tożsamości zależnie od okoliczności, nie stanowi to problemu. W naturalny sposób korzystamy z tego, co w każdej z nich najlepsze.
Problemy pojawiają się dopiero wtedy, gdy w otoczeniu obowiązują silne restrykcje: kiedy jedna z naszych tożsamości staje się niepożądana, wywołuje lęk lub bywa postrzegana jako zagrożenie. Wówczas rodzi się niepewność: kim jestem, skoro nie wiem, kim wolno mi być? W ekstremalnych sytuacjach, takich jak pobyt w łagrze, żadna z dostępnych tożsamości nie daje oparcia ani poczucia wartości. Nie daje też bezpieczeństwa.
(...)
Ale jest coś jeszcze. Właśnie w takich historiach, jak ta przytoczona przez Ciebie, najlepiej uwidacznia się to, jak głęboko kontekst może naruszyć poczucie tożsamości. Jeśli w wyniku przymusowego przesiedlenia przez całe pokolenia żyje się z dala od własnych korzeni, bez możliwości wyboru, to pytanie „kim jestem?” staje się naprawdę egzystencjalne. To nie jest zwykła ciekawość, tylko zmaganie się z brakiem zakorzenienia, z pamięcią traumy i z koniecznością budowania siebie w przestrzeni, która nigdy nie była dobrowolnie wybrana.
Wróćmy do tej sytuacji, w której wszyscy jesteśmy teraz zanurzeni, do świata, w którym codziennie docierają do nas dziesiątki gigabajtów nowych informacji. Wcale nie wszyscy zmieniają zdanie w nowym kontekście. Zastanawiam się, co robimy z informacjami, których nie chcemy przyjąć.
W cytacie, od którego zaczęłyśmy, jest ukryte założenie, że każda docierająca do nas informacja jest wartościowa i powinna być uwzględniona jako podstawa do zmiany przekonań.
Może w czasach Churchilla i Keynesa, którym to powiedzenie bywa przypisywane, tak było…
No nie wiem. W nauce od dawna toczy się dyskusja o tym, skąd właściwie wiadomo, że informacja, która do nas dociera, jest wartościowa. To istota problemu. Jesteśmy potencjalnie gotowi na zmianę i otwarci na nowe dane, ale w praktyce wiele komunikatów uznajemy za nieistotne albo traktujemy jako manipulację czy próbę wprowadzenia w błąd, a więc coś, co należy odrzucić.
Poza tym każda ocena informacji wiąże się z takimi kategoriami, jak zaufanie, autorytet czy prawdziwość. Dużą część danych można łatwo zweryfikować i wykazać ich fałszywość, ale są też takie, wobec których nawet eksperci nie potrafią jednoznacznie orzec, co jest prawdą. Dotyczy to również sfery nauki: często możemy jedynie powiedzieć, że nasze stanowisko jest najlepszą wiedzą, jaką dysponujemy w danym momencie, choć być może przyszłe odkrycia, nowe narzędzia lub szersze dane zmuszą nas do jego rewizji.
Dochodzą do tego jeszcze inne kwestie: ogromna liczba informacji, które codziennie nas zalewają, oraz zmiana całego kontekstu komunikacyjnego – ten strumień nowości nie jest już filtrowany. Dawniej istniały dość jasne wskazówki, które pomagały ocenić wiarygodność źródeł: wiadomo było, kto jest ekspertem, a kto nim nie jest. Można było się z ekspertami spierać, ale ich status był w miarę przejrzysty. Dziś takich oczywistych drogowskazów brakuje, musimy więc samodzielnie wydeptywać ścieżkę, próbując zrozumieć i uporządkować świat. Korzystamy z dostępnych wskazówek, na przykład ufamy tym, których poglądy podzielamy, z którymi się utożsamiamy, których popieramy. (...)
Pomówmy jeszcze o informacjach, których nie potrafimy przyjąć. Pamiętam, że w 2022 roku dziwiliśmy się, jak to możliwe, że Rosjanie, z których tak wielu ma rodziny w Ukrainie, nie przyjmują do wiadomości tego, że wybuchła wojna, i wierzą w operację specjalną.
Z naszej perspektywy może to być trudne do zrozumienia, ale doskonale pokazuje, jak silne są mechanizmy obronne i wpływ propagandy.
Propaganda nie tylko selekcjonuje informacje, ale również akcentuje określone interpretacje rzeczywistości. Wzmacnia znane i akceptowane schematy myślenia.
Brak dostępu do niezależnych źródeł informacji oraz podzielanie przez większość społeczeństwa określonych wizji zdarzeń sprawia, że ludzie nie przyjmują faktów sprzecznych z oficjalną, często głęboko zinternalizowaną narracją o rzeczywistości. W takich warunkach prawda staje się trudna do dostrzeżenia.
Dodatkowym czynnikiem, który powoduje odrzucenie informacji pojawiających się w przestrzeni publicznej, są silne, negatywne emocje, jakie te informacje wywołują. Po prostu bezpieczniej jest je ignorować. Badania pokazują, że w sytuacjach intensywnego stresu ludzie tracą racjonalny odbiór rzeczywistości, błędnie przypisują źródła emocji i dokonują fałszywych interpretacji. Dlatego odrzucają informacje, które odbierają jako zagrażające. Wszystko to służy ochronie siebie. Ciało i umysł „zamrażają się”, zyskując czas na zrozumienie sytuacji, reset działania i opracowanie strategii postępowania.
Równolegle działają mechanizmy obronne oparte na racjonalizacji. Jeśli uczestniczę w czymś, co jest jawnie złe, a nie chcę postrzegać siebie jako osoby złej, muszę przeformułować całą sytuację tak, aby znaleźć uzasadnienie dla swojej obecności. Im silniejszy stres, tym mocniejsza racjonalizacja. W ten sposób umysł szuka spójności i chroni własną tożsamość. Propaganda wzmacnia ten proces, dostarczając gotowych ram interpretacyjnych, które ułatwiają racjonalizowanie i usprawiedliwianie rzeczywistości zgodnie z przyjętym światopoglądem.
Presja społeczna oraz konflikt emocjonalny sprawiają, że utrzymywanie spójności ze znanym i podzielanym przez większość światopoglądem pełni funkcję naturalnej ochrony psychicznej. Od dawna wiadomo, jak silna jest potrzeba spójności i jak bardzo jesteśmy skłonni ulegać złudzeniom, przeinaczeniom bądź nieprawdzie, by ją utrzymać. Łatwiej nam dopasować rzeczywistość do naszej wizji świata niż poddać ją dekonstrukcji i zmienić nasze wyobrażenie o niej. (...)
Pomyślałam jeszcze, że chcemy wierzyć, że żyjemy w sprawiedliwym świecie. Pamiętam rozmowę z izraelskim psychologiem Danielem Bar-Talem, przeprowadzoną już po 7 października 2023 roku i po tym, jak wojska izraelskie weszły do Strefy Gazy. Mówił o swoim osamotnieniu, także w środowisku uniwersyteckim, i o tym, jak trudno jest Izraelczykom dostrzec krzywdę Palestyńczyków.
Jego poglądy zawsze były wyjątkowe, a on sam w swoim sposobie postrzegania sytuacji pozostawał odosobniony. Trudno przyjąć obiektywną perspektywę w sytuacji, która głęboko dotyka fundamentów tożsamości. Daniel potrafi to zrobić, ponieważ kieruje się nadrzędnym celem: dostarczeniem wiedzy o ludzkim myśleniu i działaniu, by znaleźć trwałe rozwiązanie sytuacji bez wyjścia.
Ale tak, chcemy wierzyć, że świat, w którym żyjemy, jest sprawiedliwy.
Jak to działa?
Zobacz, w Palestynie i w innych miejscach na świecie, niekiedy bardzo blisko, dzieją się rzeczy straszne, a większość z nas traktuje je jako coś zwyczajnego. Jest nam przykro, jesteśmy skalą przemocy przerażeni, ale większość z nas żyje z tą świadomością dalej. Po prostu akceptujemy istniejący porządek społeczny, nawet jeśli jest on dla nas i dla tych wokół niekorzystny czy niesprawiedliwy. Warto jednak zauważyć, że rozumienie pojęcia „świata sprawiedliwego” może nas diametralnie różnić.
Wspominałam już o fundamentalnych różnicach w pojmowaniu sprawiedliwości między lewicą a prawicą i o konsekwencjach tego pojmowania, które Stefan Chwin określa jako „lewicową transgresję”. Istotny jest jednak także kontekst kulturowy. W Europie czy na szeroko rozumianym Zachodzie wyobrażenie „sprawiedliwego świata, wolnego od przemocy” znacznie różni się od tego, co uważane jest za „sprawiedliwe” w klasycznej myśli i praktyce muzułmańskiej, obejmującej między innymi hierarchiczny status mężczyzny i kobiety, surowe karanie homoseksualizmu, włącznie z karą śmierci, czy mocne ograniczenia wolności słowa. Na te różnice zwraca uwagę Piotr Kłodkowski w wielu swoich książkach, w tym w najnowszej, zatytułowanej Azjatycka wielka gra.
Co więcej, zobacz, jak strony konfliktu o nim opowiadają. Nie dostrzegają zła, które same wyrządzają.
Nie przyjmują faktów, legitymizują własne działania nawet przy dużych kosztach moralnych, a rozwiązania polityczne traktują jako niemożliwe. To wszystko szczególnie mocno wybrzmiewa w narracji sprawców – Izraelczyków, Rosjan.
Żeby zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, warto sięgnąć do dwóch komplementarnych teorii psychologicznych, które podkreślają, że ludzie nie kierują się wyłącznie oceną faktów, ale przede wszystkim głębokimi potrzebami psychologicznymi: poczuciem stabilności, przewidywalności i znaczenia. Pierwsza z nich to rozwijana przez Johna Josta i Mahzarin Banaji od początku lat 90. teoria usprawiedliwiania systemu. Druga to teoria wiary w sprawiedliwy świat, zaproponowana przez Melvina Lernera w latach 70.
Teoria usprawiedliwiania systemu zakłada, że ludzie mają motywację, by postrzegać obowiązujący porządek jako słuszny i właściwy, nawet jeżeli obiektywnie taki nie jest. Usprawiedliwianie systemu pomaga utrzymać obraz świata jako uporządkowanego, nawet jeśli wymaga to umniejszania własnych trudności lub racjonalizowania niesprawiedliwości. Na przykład Bar-Tal w swoich pracach pokazuje, jak powszechne jest wśród Izraelczyków przekonanie, że militarna i polityczna przewaga Izraela jest konieczna „dla bezpieczeństwa”, co usprawiedliwia zbrodnie popełniane wobec Palestyńczyków. Wiara w sprawiedliwy świat pozwala z kolei interpretować działania drugiej strony jako zasłużoną konsekwencję jej wcześniejszych wyborów. A to wzmacnia moralne potępienie przeciwnika. W efekcie ofensywne działania własnej grupy bywają przedstawiane jako „obrona konieczna”, a dramatyczne straty drugiej strony jako nieuchronne lub wynikające z jej „prowokacji”.
Tak więc wiara w sprawiedliwy świat opiera się na przekonaniu, że ludzie zasadniczo dostają to, na co zasługują. Dobrzy są wynagradzani, a źli karani. Ta wiara daje poczucie sensu i bezpieczeństwa. Ale ma także konsekwencje społeczne: sprzyja obwinianiu ofiar przemocy, biedy, choroby czy dyskryminacji oraz usprawiedliwianiu nierówności społecznych. Jeśli świat jest z natury sprawiedliwy, to system działający w tym świecie również musi być sprawiedliwy. Wiara w sprawiedliwy świat pozwala poradzić sobie z chaosem i chronicznym poczuciem zagrożenia. Skłania na przykład do przekonania, że Palestyńczycy czy Ukraińcy dostają to, na co zasługują. To oczywiście sprzyja racjonalizowaniu ich cierpienia.
Mechanizmy, o których mówię, nie ograniczają się do grup bezpośrednio zaangażowanych w konflikt. Kształtują też opinie społeczności międzynarodowych, mediów i polityków. Proste narracje w stylu „gdyby naprawdę chcieli pokoju, już dawno by go osiągnęli” są typowym przejawem wiary w sprawiedliwy świat, ponieważ zakładają istnienie racjonalnego, moralnie uporządkowanego świata nawet tam, gdzie sytuacja jest złożona i głęboko asymetryczna.
Warto jednak zwrócić uwagę, że obronny charakter mają niekiedy również przekonania o niesprawiedliwości świata. Pozwalają one chronić pozytywny obraz siebie w sytuacji niepowodzeń: jeśli doświadczam porażki, łatwiej przypisać ją niesprawiedliwości świata niż własnym ograniczeniom czy brakowi kompetencji. Podobnie w wypadku niekorzystnych porównań społecznych: gdy widzimy, że inni osiągają więcej, mają stabilność materialną, odnieśli zawodowy sukces, wówczas narracja o świecie rządzonym przez „cwaniaków” i „złodziei” może stanowić psychologiczną tarczę. Zgodnie z taką interpretacją uczciwość przestaje być źródłem dumy, a staje się wyjaśnieniem życiowych niepowodzeń: w niesprawiedliwym świecie „taki jak ja” nigdy nie ma szans na sukces.
Jak te mechanizmy działają w Polsce?
Okazuje się, że dla nas – ale jak pokazują analizy Aleksandry Cichockiej i Johna Josta, również dla innych mieszkańców naszej części Europy – typowe jest raczej myślenie o świecie jako niesprawiedliwym.
Wydaje się, że nasze mity legitymizujące porządek społeczny opierają się na przekonaniu, że system społeczno-polityczny działa źle, ponieważ władza pozostaje w ręku osób wykorzystujących ją do własnych partykularnych celów, a nie dla dobra ogółu. Że zasoby materialne nie są rozdzielone sprawiedliwie, że dobry uczynek zostaje raczej ukarany aniżeli wynagrodzony, a występek odwrotnie.
O tym na początku XXI wieku pisał Bogdan Wojciszke w tekście „Przekonania delegitymizujące porządek społeczny w Polsce”. Uważał, że „jesteśmy społeczeństwem, które albo nie potrafi stworzyć prawomocnego porządku, albo nie potrafi uprawomocnić porządku istniejącego, być może niezależnie od tego, jaki ów porządek jest”. Stąd zapewne łatwość, z jaką łamiemy reguły, szargamy autorytety, nie ufamy instytucjom. Jednocześnie cenimy zaradność, kombinowanie, obchodzenie systemu.
Mówiłaś o tym, ile wysiłku wkładamy w to, żeby zdyskredytować argumenty sprzeczne z naszym światopoglądem. Ale niektórzy potrafią utrzymywać w umyśle sprzeczne opinie.
Można spojrzeć na tę sytuację przez pryzmat badań nad dogmatyzmem Miltona Rokeacha. W wypadku dogmatyzmu mamy do czynienia z systemami poglądów, które sprawiają wrażenie spójnych i totalizujących, podczas gdy w rzeczywistości składają się z wielu opinii, które wcale nie są ze sobą powiązane ani nie tworzą jednolitego systemu przekonań. Często bywają nawet sprzeczne, a mimo to są wykorzystywane tak, jakby tworzyły logiczną i spójną całość.
Przez długi czas była to zagadka, ponieważ
wydawało się, że dogmatyzm polega na posiadaniu ograniczonego, uporządkowanego i spójnego zasobu poglądów na temat rzeczywistości. Badania pokazały jednak, że siła dogmatyzmu tkwi właśnie w tym, że system zawiera elementy niepasujące do siebie nawzajem.
Taka struktura pozwala na elastyczne adaptowanie przekonań do różnych sytuacji, co umożliwia jednoczesne utrzymywanie wrażenia spójności i przystosowywanie się do zmieniających się okoliczności.
Przykładem może być światopogląd polityczny osób, które deklarują przywiązanie zarówno do wolności jednostki, jak i do silnej kontroli państwa. Z pozoru te poglądy się wykluczają. Wolność jednostki i silna władza państwowa często są ze sobą w konflikcie. A jednak w codziennym myśleniu tworzą spójny system: osoba taka może argumentować, że państwo powinno interweniować tylko wtedy, gdy zagrożone są najważniejsze wartości, a w pozostałych przypadkach obywatele powinni mieć pełną swobodę. (...)
Czasami nasze przekonania na temat tego, jak wygląda świat, są mocne i wyraźne, a czasami bardziej płynne. Istnieje raczej spektrum opinii, po którym się poruszamy w zależności od sytuacji. Jednak na krańcach tego spektrum przekonania nabierają charakteru monolitycznego: są nie do ruszenia bez względu na to, co by się wokół nas działo.
W wypadku tych skrajności nie chodzi o treść poglądów, jak rozumiem?
Chodzi tu nie tylko o treść przekonań, ale przede wszystkim o ich aspekty formalne, takie jak zamkniętość, uporządkowanie i ustrukturyzowanie. To właśnie one sprawiają, że niezależnie od tego, jakie są poglądy, pewne ich elementy pozostają stabilne i niezmienne.
Jednocześnie istnieje środek spektrum poznawczego, który jest bardziej elastyczny. W zależności od okoliczności może być zamknięty, ale może też pozostać otwarty. Ta elastyczność jest częściowo regulowana cechami indywidualnymi, zwłaszcza naszą tendencją do reagowania lękiem i niepokojem na zagrożenia. W pewnych sytuacjach czujemy się pewni siebie, w innych mniej, a niekiedy reagujemy intensywnym niepokojem. To te pełne emocji sytuacje motywują nas do uproszczeń, korzystania z tego, co wyraźne, znane i podzielane w ważnych dla nas grupach. Bo tylko takie przekonania redukują niepewność i lęk.
Pamiętajmy jednak, że są wśród nas tacy, którzy potrzebują pewnego chaosu i niejasności, by odnaleźć swoje miejsce w świecie. Takie osoby przejawiają wyraźny rys niezależności i nawet jeśli jest on subiektywny, to ma ogromne znaczenie. Nie podążają bezrefleksyjnie za tłumem, nie ulegają konformizmowi poznawczemu. Jeśli większość podziela dany pogląd, osoby te często go kwestionują, sądząc, że w tym tkwi coś niewłaściwego.
Czy ci, którzy mają większą skłonność do chaosu i nonkonformizmu, reprezentują jakiś konkretny światopogląd?
Nie. Wspólna dla takich osób nie jest konkretna ideologia, lecz sposób, w jaki podchodzą do rzeczywistości: krytyczny, refleksyjny i niezależny. To ich zdolność do dostrzegania sprzeczności, otwartość na różnorodne perspektywy i samodzielne formułowanie opinii sprawiają, że osoby te mogą odnajdywać sens w niejednoznacznych sytuacjach, zamiast uciekać w uproszczenia i schematy. Można powiedzieć, że ich światopogląd jest żywy i dynamiczny, nie zamyka się w monolicie dogmatów, lecz adaptuje się do złożoności świata. Tak, takie osoby też są wśród nas.
Czyli nie jest tak, że jeśli ktoś ma konserwatywne poglądy, to nie może być motywowany potrzebą niejasności i chaosu? W potocznym myśleniu konserwatyści są bardziej wrażliwi na lęk, więc łatwo sobie wyobrazić, że są też bardziej skłonni do zamkniętości poznawczej, żeby jakoś sobie z tym lękiem radzić.
Teoretycznie tak. Dotychczas uważano, że osoby o poglądach prawicowych są bardziej lękliwe i silniej reagują na bodźce negatywne. Jednak ostatnie dwie dekady badań, prowadzonych przy użyciu nowoczesnych metod neuropsychologicznych i z udziałem reprezentatywnych prób, nie potwierdzają tego założenia. W dobrze skonstruowanych próbach, zrównoważonych pod względem przekonań politycznych, związki między lękiem a konserwatyzmem są minimalne lub wcale nie występują.
Zamiast prostego mechanizmu „więcej lęku to więcej konserwatyzmu”, współczesne badania wskazują na znaczną rolę asymetrii w konstrukcji świata społecznego. U jej podłoża leżą motywacje – do obrony ego, grupy czy systemu. Ponadto John Jost i inni badacze pokazują, że dystrybucja poglądów w populacjach jest raczej prawoskośna, co wynika zarówno z indywidualnych predyspozycji emocjonalnych i motywacyjnych, jak też z uwarunkowań społecznych, kulturowych i instytucjonalnych. Nasze badania to potwierdzają.
Co to znaczy, że dystrybucja poglądów jest prawoskośna? Jest więcej osób o poglądach konserwatywnych?
Nie chodzi o to, że w społeczeństwach więcej jest osób konserwatywnych. Raczej obserwujemy asymetrię w dystrybucji poglądów. Oficjalny przekaz społeczny jest często bardziej konserwatywny w rozumieniu, jakie nadał temu pojęciu John Jost. Badacz ten przyjmuje, że przekonania konserwatywne można opisać przez względnie trwałe elementy, takie jak opór wobec zmian czy akceptacja nierówności społecznych, a także przez bardziej zmienne, peryferyjne aspekty ideologii, na przykład stanowisko wobec dostępu do broni czy wobec kary śmierci. W praktyce oznacza to, że pewne poglądy, które w jednym kontekście uznaje się za konserwatywne, w innym mogą być postrzegane zupełnie inaczej.
Dystrybucja poglądów to jedno, a odrębne profile psychologiczne osób o poglądach konserwatywnych i liberalnych to drugie. Konserwatyzm nie sprowadza się wyłącznie do przynależności politycznej w klasycznym wymiarze „prawo–lewo”. Przede wszystkim jest to zestaw psychologicznych potrzeb i motywacji, które skłaniają jednostki do preferowania stabilności, porządku i utrzymania status quo w społeczeństwie. Tu tkwi źródło asymetrii ideologicznej. Jost wykazał na przykład wyraźną ideologiczną asymetrię między konserwatystami a liberałami w zakresie motywacji relacyjnej, czyli mechanizmu, który pomaga ludziom utrzymywać poczucie wspólnej rzeczywistości z osobami podzielającymi ich poglądy. O tym już rozmawiałyśmy. Konserwatyści częściej niż liberałowie kładą nacisk na konformizm i tradycję, wyolbrzymiają konsensus w grupie zarówno przy ocenach politycznych, jak i pozapolitycznych, oraz utrzymują homogeniczne sieci społeczne, sprzyjające rozprzestrzenianiu dezinformacji.
Liberałowie natomiast częściej doświadczają tak zwanej „iluzji wyjątkowości” i mają tendencję do niedoszacowywania stopnia, w jakim podzielają konsensus z innymi.
Badania przeprowadzone przez R. Kelly Garretta i Roberta Bonda pokazują też, że amerykańscy konserwatyści gorzej radzą sobie z odróżnianiem prawdy politycznej od fałszu, a asymetria w podatności na dezinformację prowadzi do nierównomiernego rozkładu przekonań opartych na nieprawdziwych informacjach. Te różnice w psychologii znajdują odbicie w asymetrii poglądów.
Chociaż więc łatwo ulec złudzeniu, że poglądy i zjawiska polityczne rozkładają się symetrycznie, że dezinformacja, teorie spiskowe czy uprzedzenia pojawiają się po obu stronach sceny politycznej w równym stopniu, badania wyraźnie pokazują, że tak nie jest. Prawica i lewica, wraz ze swoimi zwolennikami, nie odzwierciedlają wzajemnie swoich postaw, wiedzy ani zachowań politycznych. To nie są dwa obozy, które „dryfują w przeciwnych kierunkach w tym samym tempie”. Wręcz przeciwnie, tendencje, o których mowa, są znacznie bardziej nasilone po prawej stronie sceny politycznej, gdzie zjawiska dezinformacji i radykalizacji stają się szczególnie wyraźne.
Przekaz medialny, dla odmiany, jest bardziej lewicowy?
Nie sądzę. W rzeczywistości medialnej również widać asymetrię w dystrybucji treści ideologicznych, z przewagą przekazu konserwatywnego, w którym liczą się takie wartości, jak tradycja, rodzina, porządek i bezpieczeństwo. Wskazują na to badania mainstreamowych mediów w Stanach Zjednoczonych, ale także w Europie. Prawa strona dominuje zarówno pod względem liczby, jak i spójności przekazu.
Mechanizmy tej asymetrii są wielorakie. Przede wszystkim konserwatywne poglądy są bardziej monolityczne i łatwiej rezonują w grupach spójnych demograficznie, co zwiększa ich siłę przebicia. Wydaje się też, że strukturalne uwarunkowania historyczne i ekonomiczne sprzyjają utrzymaniu status quo. Do tego logika rynkowa sprawia, że media koncentrują się na treściach, które przeważają w społeczeństwie. To takie błędne koło. W rezultacie odbiorcy mają więcej kontaktu z narracjami konserwatywnymi, podczas gdy poglądy lewicowe pozostają bardziej rozproszone i mają mniejszy wpływ na ogólną percepcję rzeczywistości.
Ale pamiętajmy, że nie chodzi tu o skrajnie prawicowe media i szerzone przez nie poglądy. Chodzi o konserwatywny w treści przekaz, czyli zakładający, że dobre jest to, co tradycyjne, niezmienne etc.
A czy ma znaczenie to, kto mnie otacza i czy moje poglądy współbrzmią z poglądami większości?
Ma. Głównie ze względu na efekt ekspozycji. Poglądy, które są częściej słyszane i powtarzane, z czasem zaczynają być postrzegane jako właściwe i pożądane. Jeśli dodatkowo wiemy, że inni je podzielają i jesteśmy skłonni się z nimi identyfikować, stają się tym bardziej atrakcyjne. (...)
A czy w ostatnich latach zmieniłaś zdanie w jakiejś ważnej sprawie?
Zaszczepiłam się przeciw COVID-19. Wiele lat wcześniej przeżyłam – dosłownie – długi i wyczerpujący proces chorobowy uruchomiony szczepieniem przeciw żółtaczce. Wtedy obiecałam sobie, że już nigdy więcej.
Trudno było podjąć decyzję, czy się zaszczepić?
O dziwo, nie. Nie miałam żadnego dylematu mimo wcześniejszych doświadczeń.
Nauka
konserwatyzm
lewica
liberalizm
Palestyna
polityka
Polska
prawica
psychologia
psychologia społeczna
rozmowa
społeczeństwo
Ukraina
wojna
Prof. Małgorzata Kossowska kieruje Zakładem Psychologii Społecznej oraz Centrum Badań nad Poznaniem Społecznym w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prowadzi program Behaviour in Crisis Lab, poświęcony badaniu zachowań w sytuacjach globalnych kryzysów, w tym wojny w Ukrainie. Interesuje się poznawczymi i motywacyjnymi podstawami złożonych zjawisk społecznych (m.in. ideologii politycznej, uprzedzeń, nierówności społecznych w kontekście kulturowym), zjawiskami odporności na wiedzę, sztywności poznawczej oraz jej związków z rozwiązywaniem problemów społecznych i podejmowaniem decyzji społeczno-politycznych.
Prof. Małgorzata Kossowska kieruje Zakładem Psychologii Społecznej oraz Centrum Badań nad Poznaniem Społecznym w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prowadzi program Behaviour in Crisis Lab, poświęcony badaniu zachowań w sytuacjach globalnych kryzysów, w tym wojny w Ukrainie. Interesuje się poznawczymi i motywacyjnymi podstawami złożonych zjawisk społecznych (m.in. ideologii politycznej, uprzedzeń, nierówności społecznych w kontekście kulturowym), zjawiskami odporności na wiedzę, sztywności poznawczej oraz jej związków z rozwiązywaniem problemów społecznych i podejmowaniem decyzji społeczno-politycznych.
Komentarze