Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: AP Photo/Denes ErdosAP Photo/Denes Erdos

Wszystko wskazuje na to, że kierowany przez Orbána Fidesz traci w końcu władzę na Węgrzech. W Budapeszcie przyglądamy się fieście urządzonej przez zwolenników opozycji. Po jednej stronie Dunaju trwa impreza rave. Po drugiej – wielki wiec wyborców i polityków Tiszy.

Na pełne wyniki wyborów poczekamy jeszcze chwilę, a na Węgrzech nie przeprowadza się znanych m.in. z polskich wyborów sondaży exit poll będących najbardziej miarodajnym narzędziem szacowania rezultatu wyborów. Niemniej już niedługo po zamknięciu urn wyborczych kilka niezależnych ośrodków badawczych przedstawiło swoje prognozy dotyczące wyników tych wyborów. Dawały one opozycyjnej Tiszy zwycięstwo z rezultatem od 54 do 55,5 proc. a Fidesz mógł według nich liczyć na od 37 do 4o proc. głosów. Dawałoby to Tiszy w większości scenariuszy bezwzględną większość w 199 osobowym węgierskim parlamencie, w dodatku z widokami na większość konstytucyjną (2/3 głosów w parlamencie) – do której potrzeba 133 mandatów. Zwycięstwo w wyborach pozwoliłoby zaś Tiszy na przejęcie władzy, jednak do przeprowadzenia głębokich zmian zabetonowanego przez 16 lat rządów Fideszu systemu niezbędna jest właśnie większość konstytucyjna.

Cząstkowe wyniki wyborów publikowane sukcesywnie przez węgierskie Narodowe Biuro Wyborcze wskazują tymczasem na powiększającą się przewagę Tiszy. Wydaje się, że węgierska opozycja może liczyć nawet na większość konstytucyjną – wyniki po zliczeniu 60 proc. głosów oddanych przez Węgrów wskazywały na przykład na to, że Tisza może otrzymać aż 136 mandatów w parlamencie.

Na tym etapie przesądzone jednak wydaje się co najmniej uzyskanie przez Tiszę samodzielnej większości w parlamencie. I to na tyle, że niedługo po 21 w wyborczą niedzielę zwycięstwa pogratulował już telefonicznie Peterowi Magyarowi sam Viktor Orbán. Niedługo później obecny premier Węgier zrobił to też publicznie. „Ten wynik jest bolesny, ale jasny. Gratulujemy zwycięskiej partii. Nie poddamy się. Nigdy, nigdy, nigdy się nie poddamy. Bóg jest ponad wszystkim, Węgry są ponad wszystkim” – mówił Orbán.

Sześć elementów zdecydowało o tym, że system Orbána zaczął się kruszyć. Oto one:

1. Bo system medialny się rozszczelnił

Przez lata Węgrzy żyli w zamkniętym systemie państwowej medialnej propagandy. Tak już nie jest . To zasługa niestrudzonych dziennikarzy śledczych z niezależnych węgierskich portali oraz społeczno-technologicznej zmiany. Rzadziej z telewizji, a częściej z platform społecznościowych Węgrzy czerpią informacje.

Filmy o interesach otoczenia Orbana, w tym jego rodziny miały na YouTubie miliony wyświetleń. Dziennikarze z portalu Telex, z którymi rozmawiałam, uznali to za kluczowy czynnik zmiany. Podobnie jak ograniczenia reklam politycznych na Facebooku wprowadzone przez Unię Europejską w październiku 2024 roku. Od tego momentu Fidesz przestał dominować na najpopularniejszej wśród Węgrów platformie. W mobilizacji młodszych wyborców pomóc miały influencerki na TikToku.

„Jednym z niedocenianych, choć istotnych trendów wyborów węgierskich w 2026 roku jest zaangażowanie się w politykę dziewcząt. Nie chodzi tu o tradycyjne „wyborczynie”, matki czy emerytki, którym przysługują ulgi podatkowe czy dodatkowe świadczenia, ale o młode dziewczęta, które społeczeństwo generalnie postrzega jako bierne i niepoważne, zdecydowanie odległe od polityki” – pisze dziennikarka portalu 444.hu. Tiktokerki relacjonowały trasę wyborczą Petera Magyara niczym trasę koncertową.

Przeczytaj także:

2. Bo Węgrzy zaczęli się wkurzać

Wiedza o skali korupcji zaczęła się upowszechniać, a Węgrzy wręcz pasjonowali się kolejnymi doniesieniami na ten temat. Luksusowe wille-twierdze, prywatne zoo Orbána z zebrą i antylopami, gromadzenie majątku na słupy, uwłaszczanie się na państwowym, ustawiane unijne miliardowe przetargi. „To po prostu ciekawe historie” – przyznają dziennikarze Telexu.

Ale oprócz opowieści o skorumpowanych oligarchach, Węgrów poruszyło zamiecenie pod dywan skandalu pedofilskiego. W domu dziecka w miejscowości Bicske, około 30 kilometrów na zachód od Budapesztu, doszło do szokującej porażki państwa węgierskiego. Dyrektor placówki miał przez długi czas dopuszczać się molestowania seksualnego co najmniej 10 chłopców. Został skazany, ale prezydentka Węgier Katalin Novák ułaskawiła go, a ministra sprawiedliwości (prywatnie żona Petera Magyara) kontrasygnowała ułaskawienie. Sprawa wyszła na jaw 2 lutego 2024 roku dzięki publikacji portalu 444.hu.

Węgrzy wyszli na ulice, a Magyar organizował część protestów. W czasie kampanii obiecywał, że ci, którzy tuszowali tę sprawę, w końcu za nią odpowiedzą.

3. Bo Węgrzy zbiednieli

Załamał się kontrakt między społeczeństwem a Fideszem.

Choć skala doniesień o patologiach systemu władzy jest w ostatnich latach bezprecedensowa, wcześniej ludzie przecież też wiedzieli, że część pieniędzy trafia do kieszeni ludzi władzy. „Kradną, ale się dzielą” – to hasło znane również w Polsce. Tyle że ostatnio nie mieli już czym się dzielić.

„Orbanowi skończyły się pieniądze” – powiedział OKO.press Daniel, project manager z Budapesztu. „Siłą Orbána było to, że doskonale znał swój elektorat, potrafił do niego mówić i wspierał go finansowo. Tym razem nie był w stanie tego zrobić, bo zabrakło pieniędzy”. Daniel słyszał o sprawozdaniu z wykonania budżetu państwa – „w marcu jesteśmy na etapie listopada”.

Rzeczywistości nie da się zaklinać: Węgrzy biednieją. Skarżą się na kiepską opiekę zdrowotną, upadający transport publiczny i brak perspektyw dla młodych. Nie wystarczą tłumaczenia Orbana, że to przez wojnę w Ukrainie. Nawet jego wyborcy nie chcą już wskazywania winnych, tylko realnej poprawy ich sytuacji ekonomicznej. O zgrozo! (z punktu widzenia Orbana) nadzieję dostrzegli w odzyskaniu zablokowanych środków europejskich. „Te pieniądze nie rozwiążą wszystkich problemów, ale to dobre na początek” – słyszałyśmy.

Obietnice Donalda Trumpa, który w ostatnich dniach kampanii zapowiadał, że wesprze Orbána finansowo, wydają się dużo bardziej odległe.

4. Bo ujawnili się sygnaliści

Sprzeciw wobec systemu zyskał konkretną twarz, a właściwie twarze.

– Przez ostatnie 16 lat takie przypadki były rzadkie. Teraz mamy ich nagły wysyp. To oznacza, że ludzie zaczęli wierzyć, że ten system można pokonać. To sygnał nadziei. Ludzie widzą, że istnieje alternatywa i że warto zaryzykować, nawet jeśli oznacza to koniec kariery – mówi Adrien Laczó, prawniczka Szabó.

Za sygnalistę jest też uznawany lider opozycji Peter Magyar. Sam był częścią systemu władzy. Nie stał w pierwszym szeregu, ale jako dyplomata i prawnik, a także mąż ministry sprawiedliwości korzystał na nim finansowo. Jednak właśnie jako człowiek z wnętrza systemu wydawał się wiarygodny, bo go dobrze znał. A kiedy zwrócił się przeciwko Fideszowi, natychamist wytoczono przeciwko niemu działa propagandy, zniszczyć go miało np. nagranie seksu z byłą partnerką. Okazało się, że to też pracuje na korzyść Magyara.

W polityce konsekwencja dobrze działa („zawsze taki byłem, zawsze to głosiłem”), ale jeszcze lepiej działa dobrze opowiedziana przemiana. I to właśnie umiał Magyar.

5. Bo Węgrzy mają dość rosyjskich wpływów

„Ruscy do domu!” – skandowali uczestnicy wieców Tiszy. Poniosła się wieść, że połowa pracowników rosyjskiej ambasady w Budapeszcie należy do służb specjalnych. Rosyjskie powiązania orbanowskiej władzy zaczęły drażnić. Nawet jeśli część wciąż mówi, „w Rosji lepiej mieć przyjaciela niż wroga”, coraz licznijsi są ci, którzy słysząc o obcych agentach wpływających na życie Węgier, myślą o agentach rosyjskich, a nie brukselskich.

6. Bo opozycja odrobiła lekcję. A właściwie wiele lekcji

Bodaj najważniejsza z nich to wyjście z Budapesztu. Takiej trasy wyborczej Węgry jeszcze nie widziały. Peter Magyar objechał całe Węgry, na ostatnim wiecu w Debreczynie podsumował: „Częściej byłem na uliach niż w domu”. Odwiedził 700 miejscowości, niektóre kilka razy. Ściskał ręce, patrzył ludziom w oczy, wykonał pracę, która od wieków dawała politykom sukces. Zdeterminowany, pracowity, niestrudzony.

W dodatku poszedł drogą Orbana, bo to młody przywódca Fideszu budował dwie dekady temu w podobny sposób: jeżdżąc po kraju i słuchając, w jaki sposób ludzie opowiadają o swoich bolączkach. Potem nawet konkretne sformułowania zasłyszane w miasteczkach i wioskach włączał do swoich przemówień.

Jego wiece były silnie zrytualizowane – każdy zaczynał się od wejscia lidera z uniesioną flagą, w trakcie wzywał do złapania się za ręce w geście jedności. Ta powtarzalność dobrze się filmowała. Z czasem coraz więcej osób chciało wziąć udział w tym, o czym słyszeli albo widzieli na platformach społecznościowych. Wiece Magyara stały się wydarzeniem samym w sobie.

Magyar odciął się nie tylko od Fideszu, ale też od dawnej opozycji. Choć nie ma wątpliwości, że to polityk prawicy i światopoglądowo bliżej mu do Fideszu niż do lewicy, prezentował się jako węgierska „trzecia droga”.

Przyciągnął więc osoby zniechęcone dotychczasowymi porażkami opozycji. Nie zaryzykował też tworzenia szerokiej koalicji, co miało być szansą, a okazało się błędem przed czterema laty. Jeden lider i jedna partia, więc jeden przekaz. Magyar mógł mieć kontrolę nad tym, co mówi i robi. Słabością koalicji wyborczej z 2022 roku było między innymi to, że socjjaldemokratyczni politycy musieli się tłumaczyć z poglądów skrajnie prawicowego Jobbiku i odwrotnie, a to obniżało wiarygodność (jak mieliby później współpracować i zmieniać kraj?).

Nie zrobił też zaciągu doświadczonych polityków, miał wokół siebie artystów i influencerów. Drugą z twarzy Tiszy jest popularny aktor. A „rekrutację” na kandydatów w wyborach (najpierw europejskich, teraz parlamentarnych) prowadził na Facebooku.

Może się okazać, że to wszystko pozwoli Tiszy wygrać, ale zmienianie kraju to już zupełnie inna historia. Do tego Węgry mogą potrzebować innego niż ten oferowany przez Magyara zestawu politycznych cnót. Oczekiwanie zmiany jest ogromne. Równie duże może być rozczarowanie. Chodząc po ulicach mniejszych i większych miast na Węgrzech słyszałam: „Wiemy, że zmiany nie będzie natychmiast, ale niech chociaż coś się ruszy, niech się zacznie”.

Na zdjęciu Agata Szczęśniak
Agata Szczęśniak

Dziennikarka polityczna OKO.press. Współzałożycielka i wieloletnia wicenaczelna Krytyki Politycznej. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Socjolożka, studiowała też filozofię i stosunki międzynarodowe. W radiu TOK FM prowadzi audycję „Jest temat!“, a w OKO.press podcast „Program Polityczny”.

Komentarze