0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Marek KowalczykFot. Marek Kowalczyk

Ukraińscy artyści komentują wojenną rzeczywistość. Na zdjęciu: graffiti na kamienicy w Kijowie, przedstawiające „Ducha Kijowa” – legendarnego pilota ukraińskiego.

Naga kobieta stoi w oknie kijowskiego mieszkania. Trzyma zwiniętego w kłębek królika. Stoi tam przez trzy miesiące, bez ruchu, dopóki Anna Wereszczaka nie wstawi jej z powrotem do przestronnego pokoju dziennego.

Między marcem a czerwcem 2022 roku naszkicowana kobieta chroniła mieszkanie i zarazem pracownię malarki, przed odłamkami rosyjskich rakiet. 24 lutego, kiedy zawyły pierwsze syreny, Wereszczaka spanikowała, nie wiedziała, co robić. To jej partner Maks chwycił podłużny obraz, nad którym wtedy pracowała, zabezpieczył nim okno i zarządził wyjazd. Spakowali się w dwa małe plecaki i pojichali, do przyjaciół w Użhorodzie. Gdyby Rosjanie dotarli do Lwowa, to pobiegną do Słowacji. Tak stwierdzili.

Tę wojnę zaczęła właściwie aneksja Krymu w 2014 roku, ale my zbudziliśmy się z nią 24 lutego 2022 rano. Wtedy była szokiem, dziś jest częścią codzienności. W Ukrainie giną tysiące ludzi, kraj jest zrujnowany, ale trwa w solidarnym, wspaniałym oporze. Polska pomaga, pokazując siłę społeczeństwa obywatelskiego.

Od roku to jest nasza wojna.

W OKO.press przypominamy ten czas, analizujemy, gdzie jesteśmy i co może stać się dalej: z wojną, z Ukrainą, z Rosją. Z Europą i Polską. Oto nasz cykl ROK NA WOJNIE

młoda malarka w swojej pracowni
Anna Wereszczaka w swojej pracowni w Kijowie. Fot. Marek Kowalczyk

Malewicz jest z Kijowa

Przez pierwszy tydzień Wereszczaka tylko wpatrywała się w liście na podwórzu. – Kiedy cały świat wali ci się na głowę, nie myślisz o tworzeniu sztuki, tylko o rodzicach, którzy zostali w Czernihowie, blisko kordonu. Skupiasz się na tym, żeby nie umrzeć.

Aż zaczęła znowu rysować. Bo tak trzeba – sztuka może przecież podnieść na duchu.

Nie spodziewała się, że rysunki będą masowo udostępniane w mediach społecznościowych, a aktywiści z Anglii zrobią z nich wlepki.

W czerwcu, po powrocie do Kijowa, dokończyła obraz z nagą kobietą. Wokół królika pojawiła się czerwona wstęga, wzdłuż sylwetki kobiety czerwone kreski. Teraz „Квітка” („Kwiatek”) wisi w barcelońskiej Imagine Arte Gallery, razem z pracami 12 innych młodych ukraińskich artystów. – Na wernisażu ludzie podchodzili do nas i płakali. To normalne. Obcowanie ze sztuką to przecież zupełnie inne doświadczenie niż śledzenie wiadomości czy czytanie artykułów pełnych suchych faktów i liczb. Sztuka porusza.

I daje nadzieję. Żołnierze, którzy przed wojną zajmowali się tworzeniem kultury, regularnie wysyłają wiadomości do 20-letniej Wereszczaki. – „Ja tu siedzę w okopie i widzę na Instagramie, że masz wystawę we Lwowie. Jestem taki szczęśliwy. Jak wrócę z wojny, to kupię któryś z twoich obrazów”. Tak mi piszą. Na początku byłam zdziwiona, że to dla nich ważne. Przecież oni ryzykują życie, żeby nas wszystkich obronić. Co ich obchodzi jakaś moja wystawka we Lwowie!

Wereszczaka właśnie wróciła do pogrążonego w mroku Kijowa z grudniowej, przedświątecznej aukcji we Lwowie. Udało jej się sprzedać jeden z obrazów za 600 dolarów. Dochód trafił do lwowskiej brygady.

– Przed wojną znalezienie kupca graniczyło z cudem. Teraz Ukraińcy zaczęli kolekcjonować sztukę. Wzrosło też zainteresowanie za granicą, chociaż wcześniej mało kogo obchodziło ukraińskie malarstwo. A raczej postradzieckie, bo tak nas klasyfikują na Zachodzie. Nie wspominając już o tym, że wielu ukraińskich twórców zalicza się do „rosyjskich” malarzy. Między innymi Kazimierza Malewicza, autora słynnego „Czarnego kwadratu”. A urodził się w Kijowie i wykładał na Akademii, na której studiowałam!

Podniesiony głos Wereszczaki zamiera na chwilę. Malarka wzrusza ramionami.

– Rosjanie od wieków zawłaszczają kulturę skolonizowanych narodów i rdzennych grup: od Jakucji po Ukrainę. Wieki kulturowej propagandy skierowanej na Zachód sprawiły, że się tego nie kwestionuje. Teraz przynajmniej dochodzi do dyskusji, bo uwaga całego świata jest skierowana na Ukrainę. Ukraińscy artyści tworzą na uchodźstwie. Niektórzy moi znajomi opowiadają, że zagraniczni kuratorzy pytają zdziwieni, gdzie oni się podziewali. No jak to, gdzie? W Ukrainie!

Przeczytaj także:

Graffiti uliczne, żołnierz ukraiński z granatnikiem na ramieniu wystrzeliwuje pocisk na napisem jeden cel
Ukraińscy artyści uliczni szybko zaczęli komentować wojenną rzeczywistość. Fot. Marek Kowalczyk

A Gogol i Czechow?

Jak Malewicz stał się „rosyjskim” malarzem? W 1962 roku brytyjska historyczka sztuki Camilla Gray wydaje książkę „Wielki eksperyment: sztuka rosyjska 1863-1922”. Pisze ją po uzyskaniu dostępu do tajnych zbiorów muzeów w Moskwie i Petersburgu. Znajdują się w nich m.in. dzieła Malewicza, Aleksandry Ekster i Dawida Burluka – ukraińskich artystów, przechrzczonych na twórców rosyjskiej awangardy.

Przed pojawieniem się tej książki kraje Europy Zachodniej postrzegały Rosję jako kraj o bogatym dorobku literackim, ale ubogiej kulturze wizualnej. Wywód Gray i otwarcie słynnej wystawy Paryż-Moskwa w paryskim Centrum Pompidou w 1979 roku zapewniło Rosji miejsce na awangardowej scenie. Ale już w latach 80. francuski historyk sztuki Jean Claude Marcade skrytykował kulturowe zawłaszczenie i wprowadził pojęcie ukraińskiej awangardy. Wskazywał na cechy charakterystyczne dla ukraińskich twórców: bogactwo kolorów, dbałość o światło i przestrzeń oraz obfitość form wywodzących się z ukraińskiego baroku.

Mimo to w muzeach i galeriach na całym świecie wciąż wiszą obrazy „rosyjskich” twórców.

Kiedy francuscy wykładowcy w 2011 roku pytali o różnice między rosyjską a ukraińską kulturą, Viktor Ruban wychodził z siebie. Był pierwszym Ukraińcem na studiach magisterskich dla profesjonalnych artystów we Francji. Sfinansowanie tego wyjazdu kosztowało go wiele trudu – wówczas nie było programów stypendialnych dla Ukraińców (dla Rosjan owszem). Dlatego, gdy uznany profesor, który zjeździł pół świata, poprosił go o podanie kilku nazwisk ukraińskich twórców, Ruban stwierdził tylko, że trudno wybrać, bo lista jest długa. I dodał, że jeżeli ludzie we Francji uważają, że Gogol i Czechow to rosyjscy pisarze to tylko dowód, że rosyjska kulturowa propaganda działa.

– To się z resztą nie zmieniło. Jestem zmęczony wiecznym tłumaczeniem. Jak długo jeszcze będziemy wyjaśniać „różnice”, zamiast po prostu pokazywać, że mamy własną scenę: postapokaliptyczną, antyutopijną, postdramatyczną? Wiesz, tyle się tutaj dzieje. Ukraińska kultura przez cały czas się rozwija.

Maluję w świetle czołówki

Nawet podczas rosyjskiej inwazji, mimo nieustających ataków, wyjących syren i przerw w dostawie prądu muzea organizują pokazy filmowe. Galerie są pełne, teatry i domy kultury odnawiają repertuar. Ale na początku było inaczej: muzea zamknięto, teatry udzielały schronienia uchodźcom, a wielu artystów nie było w stanie tworzyć. Dopiero po dwóch, trzech miesiącach świat ukraińskiej kultury otrząsnął się z pierwszego szoku.

– Musimy pracować. Bo jaki będzie z nas naród bez kultury? – rzuca Wereszczaka.

Siedzi wyprostowana jak struna, w cienkiej, białej bluzce, choć chłód daje się we znaki. Ostatnie promienie grudniowego słońca wpadają do wypełnionej obrazami pracowni. – Zimą jest jeszcze gorzej zachować pogodę ducha. Siedzimy bez prądu i wody, nawet przez kilka dni. Rosjanie próbują nas złamać.

Wereszczaka pracuje codziennie – kiedy tylko jest światło. Gdy zabraknie prądu, przyświeca sobie czołówką. Przed rosyjską inwazją tworzyła znacznie mniej. Prowadziła „typowe, artystyczne życie”. Nie spieszyła się, przesiadywała w pracowniach znajomych artystów, szukała inspiracji, wieczorem wpadała na jakiś pomysł i dopiero następnego dnia siadała przy płótnie.

– Owszem, było trudno, ciągle kombinowaliśmy, jak zdobyć pieniądze na opłaty. Jak sprzedałam jedną z prac za grosze, to świętowałam przez tydzień. Mimo to żyło się łatwiej, bo było spokojnie. Teraz czas przyspieszył. Każdy robi, co w jego mocy, by chronić siebie i Ukrainę. My, ukraińscy artyści, też walczymy. Nie w okopach, ale na kulturowym froncie.

Staramy się chronić ukraińską kulturę, którą Rosja usiłuje zniszczyć.

I to nie od 24 lutego, tylko od dwóch stuleci. Na początku XIX w. car Aleksander I dopuścił użycie niektórych języków w szkołach – poza ukraińskim, który uznał za dialekt. Dekrety z 1876 roku wprowadziły zakaz wydawania książek i czasopism po ukraińsku oraz wystawiania sztuk teatralnych w języku ukraińskim.

W latach 30. XX w. NKWD dokonało masowych aresztowań ukraińskich intelektualistów, pisarzy, artystów, naukowców. Martyrologium pisarzy ukraińskich wspomina o 246 pisarzach, którzy padli ofiarą stalinowskiego terroru. Język ukraiński był marginalizowany przez cały XX wiek, aż do rozpadu Związku Radzieckiego w 1991 roku.

dwie osoby śpiewają na scenie
Artem Vusyk śpiewa w spektaklu „Jak poznałem wojnę i prawie zabiłem Putina". Fot. Marek Kowalczyk

Tworzę po ukraińsku, myślę po rosyjsku

W 1917 roku już tylko jedna piąta mieszkańców Kijowa mówi po ukraińsku. Rosyjski staje się językiem roboczym donieckich manufaktur – największymi przedsiębiorcami byli Rosjanie. Najwięcej rosyjskojęzycznych szkół znajduje się w miastach przemysłowych. W 1974 roku nauka odbywa się w języku rosyjskim w 139 z 144 charkowskich szkół.

Reżyser teatralny Artem Vusyk też uczęszczał do rosyjskojęzycznej szkoły w Charkowie. Urodził się trzy lata przed odzyskaniem przez Ukrainę niepodległości, w rosyjskojęzycznej rodzinie. Jego matka jest Rosjanką. Vusyk wciąż myśli po rosyjsku. Choć od 12 lat tworzy po ukraińsku. – Dla mnie to logiczne. Mieszkam i pracuję w Ukrainie. Chcę się przyczynić do rozwoju kultury ukraińskiej.

Ta ma być na razie stricte ukraińska – co do tego Vusyk i reszta ukraińskiego świata teatralnego nie mają wątpliwości. W czerwcu Instytut Strategii Teatru ustalił, że ukraiński teatr rezygnuje z korzystania z dzieł rosyjskich pisarzy. – Bo jak czytać i wystawiać rosyjską literaturę, skoro Rosja chce nas zniszczyć? To absurd! – stwierdza Vusyk, żywo przy tym gestykulując.

Spotykamy się kilkakrotnie. Pierwszy raz w czerwcu, we lwowskiej knajpie. Toast lokalnym piwem za nową grupę teatralną Vusyka wzniesiemy po godzinie. Bo w czasie trvohi (alarmu) nie przyjmują zamówień.

Wtedy Vusyk dopiero zaczynał się aklimatyzować w konserwatywnym Lwowie. – Wiesz, ja jestem przyzwyczajony do charkowskiego undergroundu, my tworzyliśmy po piwnicach, a tu się spotykam z dyrektorami państwowych teatrów. To dosyć dziwna, nowa sytuacja. I zupełnie inny świat. Przed inwazją w Charkowie działało 50 niezależnych teatrów, mieliśmy swój kolektyw Njeft. A tutaj jest tylko jeden niezależny teatr, reszta to państwowe.

Dawajte, zrobimy teatr

Na początku inwazji Vusyka podobnie jak Wereszczakę ogarnęła apatia. W Charkowie zostawił wszystko – od rzeczy z apartamentu w Sałtiwce po scenografie i oświetlenie z teatru. – Tworzyliśmy ten teatr przez trzy lata. Wystawiliśmy 10 przedstawień, organizowaliśmy szkolenia dla aktorów. I co? Nie wiadomo, kiedy wrócę. Czy kiedykolwiek wrócę. To boli.

Kiedy partnerka znajomej z Charkowa opowiedziała Vusykowi o dostępnej przestrzeni na drugim piętrze Dzikiego Domu w centrum Lwowa, wstąpiła w niego nowa energia. – Zamieściłem posta na Instagramie: dawajte, zrobimy teatr. Przyszli aktorzy i aktorki z Charkowa, Kijowa, Lwowa. Poznaliśmy się, naradziliśmy, zebraliśmy materiał – w trzy dni napisałem scenariusz pierwszego przedstawienia.

Tak powstał „Teatr Varta - na straży kultury”. Już 24 marca 2022 premierę miał „Pierwszy dzień wojny”, spektakl dokumentalny oparty na osobistych doświadczeniach członków zespołu. – Nie było czasu na rozmyślania i długi proces twórczy, jak przed inwazją. Dużo się działo, więc trzeba było tworzyć, przekuwać wydarzenia w sztukę, znaleźć ujście dla wszystkich emocji. Potrzebowaliśmy tego przedstawienia. Publiczność była nam wdzięczna. Ludzie z widowni też zabierali głos. Chcieli opowiedzieć o tym, jako przeżywają wojnę.

W grudniu, po dziewięciu miesiącach intensywnej pracy i stworzeniu pięciu przedstawień Varta na chwilę zawiesiła działalność. Vusyk ze swoją partnerką, choreografką Niną Khyzną wyjechali do Austrii, by promować ukraińską kulturę za granicą.

Mężczyzna w czapce gestykuluje
Wiktor Ruban w czasie dyskusji po spektaklu w niezależnym teatrze w Kijowie. Fot. Marek Kowalczyk

Cena oporu

Niektórzy ukraińscy artyści wyjeżdżają i już nie wracają. Nie są w stanie pracować w ciągłym strachu o własne życie, w zimnie, bez prądu, w niepewności.

Ruban stara się wspierać tych, którzy zostali. Założył fundusz dla niezależnych artystów i zespołów.

– Bo co stanie się z ukraińską kulturą jeżeli ukraińscy artyści zaczną tworzyć dla swoich nowych ojczyzn? – pyta, trzęsąc się z zimna. W jego malutkim biurze w kijowskim Centrum Dowżenki nie sposób się zagrzać. Nie pomaga siedzenie w czapce, rękawiczkach i zimowej kurtce. Mimo to Ruban przez półtorej godziny opowiada o katastrofalnym wpływie rosyjskiej inwazji na ukraińską kulturę i kulturowym froncie w Ukrainie.

– Media wspominają o widocznych stratach dla ukraińskiej kultury: grabieżach zbiorów muzealnych i bibliotek.

Trudniej oszacować negatywny wpływ wojny na artystów i twórców kultury, którzy są porywani, torturowani.

A nawet mordowani. Tak jak Jurij Kerpatenko, uznany główny dyrygent Chersońskiego Teatru Muzyczno-Dramatycznego. – Odmówił udziału w prorosyjskich koncertach. Media podały, że został zastrzelony w swoim mieszkaniu. Ale w kostnicy okazało się, że ma połamane kończyny i czaszkę. Co oni mu zrobili? Przecież był dyrygentem! Dmytrowi Zakhozhenko załamuje się głos.

Zapada cisza. Zakhozhenko wpatruje się w pustą scenę Teatru Lesi Ukrainki we Lwowie, zanim znowu zacznie mówić. – Ta inwazja przypomina najazd Hunów. Najazd nastawiony na absolutne zniszczenie ukraińskiego narodu. To realny pizdet. Ludobójstwo, absolutnie niczym nieumotywowane.

Rodzice Zakhozhenko znali Kerpatenko. Jego matka, skrzypaczka, straumatyzowana okupacją Chersonia, niedawno przyjechała do syna, do Lwowa. Zakhozhenko pracował jako główny reżyser w Teatrze Lesi Ukrainki już przed rozpoczęciem inwazji.

Wcześniej reżyserował w Kijowie. Od początku kariery, czyli od 15 lat, usiłuje unowocześnić ukraiński teatr i pozbyć się reliktów sowieckiej mentalności.

– Wcześniej to było normalne, że przez całe życie pracowałeś w tym samym teatrze, później twoje stanowisko zajmowali krewni. Ale w ten sposób tworzyły się hermetyczne środowiska, bardzo szkodliwe dla rozwoju sztuki. Niestety, wciąż jest wiele zespołów teatralnych, które przesiadują w swoich wieżach z kości słoniowej i ograniczają kontakty do kręgu przyjaciół i znajomych. Nie chcą współpracować, boją się konkurencji.

Musimy rozbić tę sztywną strukturę i zacząć pracować razem, żeby stworzyć wspólną strategię. W ten sposób ukraiński teatr będzie się rozwijał.
ludzie w bieliźnie z białymi wiadrami na głowie, scena z przedstawienia
Scena ze spektaklu o sytuacji osób LGBTQI+ we Lwowie. Fot. Marek Kowalczyk

Premiera z gazem pieprzowym

Zakhozhenko nie ma zamiaru do końca życia pracować we Lwowie. – W pewnym momencie wyczerpuje się to, co możesz dać teatrowi i co dany teatr może dać tobie.

Na razie w Teatrze Lesi Ukrainki nie brakuje wyzwań. W 2021 roku Zakhozhenko zdecydował się wyreżyserować przedstawienie o sytuacji osób LGBTQI+ we Lwowie, pierwszy taki spektakl w historii państwowego teatru w Ukrainie.

– Na premierę zamówiliśmy ochronę, wszyscy w zespole mieli gaz pieprzowy. Na wszelki wypadek. Lwów to konserwatywne miejsce.

Teraz Zakhozhenko śmieje się ze swoich obaw, ale dwa lata temu był sparaliżowany strachem. I zaskoczony pozytywnym przyjęciem przez publiczność. Spektakl wciąż cieszy się dużym zainteresowaniem. 17 grudnia sala jest pełna. Monologi o doświadczeniach queerowych osób przeplatane są scenami, ekstatycznym tańcem i momentami, w którym to publiczność zabiera głos.

Na scenie pojawia się też Rodion w czarnej, powiewnej sukni, pozłacanych naszyjnikach i wielkich klipsach. - Wszystkie homofoby powinni umrzeć. To bez znaczenia, czy są Rosjanami, czy Ukraińcami. Spójrzmy prawdzie w oczy: w Ukrainie też mamy problem z homofobią.

Zanim Rodion skończy, dwie osoby opuszczą salę. – To stwierdzenie było dość radykalne – przyznaje Zakhozhenko. – Ale każdy ma prawo wypowiedzieć swoją opinię, nie? W końcu żyjemy w demokratycznym kraju, nie siedzimy cicho.

Ukraińcy zaznaczyli to już podczas Rewolucji Godności. – Majdan dał nam siłę. Staliśmy się bardziej świadomi naszych praw, zrozumieliśmy, że mamy wpływ na rzeczywistość – wspomina Vusyk. – W teatrze pojawiły się nowe tematy: krytyka korupcji, separatyści w Siewierodoniecku.

Zaczęło powstawać więcej spektakli dokumentalnych. Twórcy teatralni przedstawiali i komentowali w ten sposób zmieniającą się rzeczywistość. – W Rosji to niemożliwe. Ustawodawstwo zabrania „propagandy” LGBTQI+, przeklinania i obnażania się na scenie. Masz siedzieć cicho, słuchać reżimu albo cię rozstrzelają.

Ale to przecież twoje zadanie jako wolnego reżysera teatralnego: tworzyć krytyczne przedstawienia, za które mogliby cię rozstrzelać.

Zakhozhenko wybucha nerwowym śmiechem.

Kultura to twarz narodu

Kijów od pięciu dni spowija mrok. Ataki dronów w nocy z 18 na 19 grudnia uszkodziły infrastrukturę energetyczną - 80 proc. miasta musi sobie radzić bez stałego dostępu do prądu. W monumentalnym gmachu Narodowego Muzeum Sztuki panuje zupełna ciemność. Ludzie krążą po korytarzach, przyświecając sobie telefonami komórkowymi. Planowany pokaz filmu o sztuce w czasie wojny zostaje odwołany. – Siła wyższa, problem techniczny – ogłasza organizator. Schodzimy na dół szerokimi schodami, jak duchy nawiedzające opuszczone zamczysko.

W Muzeum Historycznym Kijowa pali się światło i jest ciepło – dzięki generatorom. Tylko winda nie działa. Z sali na drugim piętrze dobiega tajemnicza muzyka elektroniczna. Odwiedzający przechodzą powoli od instalacji do instalacji – od rozmowy na Whatsappie między żołnierzem, który zginął na froncie, a jego partnerką, po sety DJ-ów, którzy odtwarzają odgłosy katastrofy w elektrowni atomowej w Czarnobylu.

Eliza, studentka charkowskiej Akademii Sztuki oprowadza nas po wystawie „30 lat niepodległości”.

– Postawiliśmy na sztukę cyfrową, żeby opowiedzieć o naszej historii, tożsamości i światopoglądzie w inny sposób. W tym trudnym czasie to kluczowe, żeby galerie i muzea pozostawały otwarte. W ten sposób dajemy ludziom nadzieję, że Ukraina będzie wolna.

Ukraina zawsze aspirowała do wolności, pisał Wolter w XVII w., komentując kozackie powstania. Воля, wolja – siła woli i wolność – stanowi podstawę ukraińskiej tożsamości. Słowo to wpisane jest w ukraiński trójząb, widnieje na odzieży, gadżetach i skórze Ukraińców i Ukrainek – jako tatuaż.

Jeden z plakatów w muzeum też przedstawia wolność: to niebieska kobieta-anioł trzymająca nad głową miecz, ubrana w suknię w tradycyjne wzory. Na żółtym tle rozchodzą się promienie słońca.

„My jesteśmy wolni, Rosjanie nie”. Słyszę to wielokrotnie.

Ukraińska воля to cierń w oku Rosji. I wcześniej Moskowitów, carów, sowieckich przywódców.

W XIII w. Moskowici przemianowali swoje imperium na „Imperium Rosyjskie” i zaczęli rościć pretensje do ukraińskich i białoruskich ziem dawnej Rusi Kijowskiej. Mit o jednym rosyjskim narodzie miał legitymizować podbój tych terytoriów. W XIX i XX wieku obiegł on cały świat – znalazł się w podręcznikach do historii. Od początku XXI wieku narracja jednego narodu rosyjskiego znajduje się w centrum kampanii dezinformacyjnej Kremla. Według rosyjskiej propagandy Ukraina i Białoruś nie mają prawa istnieć jako odrębne państwa, ponieważ stanowią naturalną strefę wpływów Rosji. Putin ma zamiar zjednoczyć wszystkich rozproszonych rosyjskojęzycznych „rodaków”.

– Trochę mu się to nie udało. Miał zamiar „zdenazyfikować” Ukrainę, oswobodzić nas, a wzmocnił ukraiński naród i naszą tożsamość – stwierdza Vusyk popijając piwo. – Wcześniej się kłóciliśmy, były podziały. Tutaj wschód, tam zachód. Teraz wszyscy siedzimy we Lwowie i tworzymy razem. Bo taka jest misja kultury, teatru: tworzyć poczucie jedności. Kultura to twarz narodu. Unikalnego narodu – Vusyk powtarza to z naciskiem, podnosząc dłonie w górę, jakby w geście natchnienia.

mural przedstawiający scenę z baśni ukraińskiej
Mural nawiązujący do tradycyjnych motywów ukraińskiej kultury. Podil, Kijów. Fot. Marek Kowalczyk

Czajkowski, idi na chuj

Rosyjska inwazja przyspieszyła proces dekolonizacji i derusyfikacji ukraińskiej kultury. Nawet matka Zakhozhenko, wychowana na uległego homo sovieticus, rozprawiła się z sowiecką przeszłością.

– Nie miałem pomysłu na zakończenie przedstawienia „Imperium Delendum Est”, czyli „Imperium Musi Upaść”. Poprosiłem aktorów, żeby przedstawili swoje pomysły. Niektórzy napisali piosenkę, inni wiersze. Moja mama gra w tym spektaklu na skrzypcach, ale nic nie mówi. Na końcu zapytałem, co ona o tym wszystkim sądzi. A ona stwierdziła tylko: Czajkowski, idi na chuj. To nas rozłożyło na łopatki, bo moja matka studiowała na Akademii im. Czajkowskiego.

To bez wątpienia znakomity kompozytor, ale dopóki jest symbolem imperialnej, kolonialnej polityki to nie ma opcji, żebyśmy nazywali Akademię Muzyczną jego imieniem. Zresztą, po co nam taka akademia w Kijowie? Przecież w Londynie nie ma Akademii im. Mozarta! Czy my jesteśmy jakimiś bezmyślnymi analfabetami, że nie znamy własnych kompozytorów?!

Choć studenci Akademii Muzycznej naciskają na zmianę nazwy, a opery i filharmonie zrezygnowały z utworów Czajkowskiego, to Narodowa Akademia Muzyczna Ukrainy pozostaje nieugięta.

W Charkowie dyrekcja Charkowskiego Teatru Dramatycznego zgodziła się na usunięcie nazwiska Puszkina po pół roku przekonywań ze strony charkowskiego środowiska artystycznego. Udało się dopiero po wystosowaniu listu otwartego do prezydenta Zełenskiego.

Pod koniec grudnia, tydzień po zatwierdzeniu decyzji, nazwisko Puszkina wciąż widnieje na bladożółtym budynku teatru.

Mijam go w drodze na jedno z pierwszych przedstawień po ponownym otwarciu.

Na zewnątrz wyją syreny, ale spektakl „Kochaj swojego bliźniego” o uchodźcach uciekających z Niemiec w latach 30. na podstawie powieści Ericha Marii Remarque’a nie zostaje odwołane. Wejście na wychłodzoną salę jest przy ulicy Gogola – ukraińskiego pisarza piszącego po rosyjsku. W 1828 roku przeprowadził się do Petersburga w poszukiwaniu pracy. Rok później napisał swój pierwszy wiersz i został okrzyknięty rosyjskim pisarzem.

Ja nie mogę teraz grać

Rosjanie nie przestali przywłaszczać sobie ukraińskiego dorobku kulturowego. Jeszcze w 2021 roku Rosyjskie Centrum Nauki i Kultury w Kijowie, oddział rosyjskiej agencji państwowej Rossotrudniczestwo, zakwalifikowało urodzonego w Ukrainie Tarasa Szewczenkę jako „rosyjsko-ukraińskiego poetę” – bo Szewczenko napisał kilka wierszy po rosyjsku. W roku 1847 został skazany za tworzenie w języku ukraińskim i promowanie niepodległości Ukrainy.

– Mnie też zaliczają do rosyjskich twórców. Bo jestem z Krymu! – rzuca Oksana Dmitriewa, dyrektorka charkowskiego Teatru Lalek, gdy krząta się w kuchni swojego mieszkania. Dokłada sera, oliwek, wędlin. Goście muszą się najeść. A i ten „straszny rok” trzeba pożegnać: artemowskim szampanem i spotkaniem z nowymi ludźmi. Spotkaniem, które przynosi radość.

Aleksander, partner Dmitriewy i aktor charkowskiego Teatru Lalek, cieszy się najbardziej. Dolewa wódki, podsuwa „kartofelki i mięsko”. Od początku inwazji praktycznie nie wychodzi z domu. Nie gra. – Ja po prostu nie mogę. Nie mogę się pogodzić z tym, co nam zrobili. Wszystko zniszczyli.

Przed inwazją współpracował z rosyjskimi aktorami. Podziwiał zwłaszcza jednego.

– Ale on przyjechał do Mariupola. Do tego rozbombionego teatru, żeby tam zagrać! Wyobrażasz to sobie?!

Aleksander kuli się w sobie z bólu, grymas cierpienia wykrzywia mu twarz.

W wyniku zbombardowania budynku Teatru Dramatycznego zginęło nawet 800 osób, w tym dzieci. Okupanci ogrodzili zniszczony budynek, a na ogrodzeniu powiesili wizerunki rosyjskich pisarzy. – I temu ma służyć rosyjska kultura? – pyta Zakhozhenko. - Żeby przykryć masowy mord na dzieciach? W imię ruskiego miru? Ja się nie zgadzam na taki świat. Nie zgadzam się na budowanie świata, które miałoby być okupione krwią chociaż jednego dziecka.

Udostępnij:

Ula Idzikowska

Dziennikarka, reporterka. Absolwentka filologii niderlandzkiej, literatury porównawczej i dziennikarstwa śledczego. Obecnie mieszka we Lwowie, czasami w Szczecinie. Poprzednie 11 lat spędziła w Belgii, Holandii i reszcie świata. Pisze o migracji i tematyce społecznej.

Przeczytaj także:

Komentarze