Mam nadzieję, że rodzące się w Izraelu pokolenie nie będzie mogło spokojnie żyć w cieniu dzisiejszych zbrodni. Zada ojcom i matkom pytanie: co wtedy robiliście? Gdzie byliście? I wyciągnie wnioski, które będą torować drogę politycznemu rozwiązaniu – pisze Andrzej Leder
„Piszę jako ktoś wezwany do odpowiedzialności. Przy czym, do odpowiedzialności za zbrodnie popełniane w świecie wezwany jest każdy człowiek, również za zbrodnie Izraela. Ale bardziej wezwani czują się ci, którzy dzielą ciężar żydowskiego dziedzictwa, są Żydami, albo się z tą tradycją identyfikują, albo jako Żydzi są postrzegani. To dla nas wszystkich ludobójcza polityka państwa Izrael oznacza katastrofę egzystencjalną. Nie wystarcza przebolenie, ciągłe przebolewanie upokorzenia i zabicia europejskich Żydów w czasie Zagłady. Trzeba przeboleć upokorzenie i mordowanie Palestyńczyków przez Izrael – pisze Andrzej Leder, filozof w IFiS PAN, który praktykuje też psychoterapię, autor książek ”Prześniona rewolucja” i ”Ekonomia to stan umysłu".
Leder stawia pytanie, jak do tego doszło, że naród żydowski w oczach młodych ludzi na Zachodzie stracił wizerunek ofiar i jest utożsamiany z katami. „Potępianie antysemityzmu stało się dla nich nowomową starego pokolenia, chcącego utrzymywać pseudo-liberalny kształt świata, przestali się owego oskarżenia bać. Ba, zaczęli atakować Izrael, jakby mówiąc tym starszym: już nam nie zamkniecie ust oskarżając nas o antysemityzm! Przy okazji udało się uchylić drzwi zupełnie autentycznym, tradycyjnym antysemitom” – analizuje prof. Leder. Oto jego esej napisany dla OKO.press.
Pył bitewny w Gazie powoli opada, zmywany lodowatym, zimowym deszczem. Dzisiaj o tej wojnie trzeba mówić z perspektywy „długiego trwania”, bez działania i myślenia na skróty, wymuszanymi przez płonący temat.
Choć temat nadal płonie. Przede wszystkim – trwa ludobójcza polityka.
Jak bowiem inaczej nazwać trzymanie całej populacji w ruinach pełnych ciał zabitych, z ograniczonym dostępem do żywności, ze zdewastowaną infrastrukturą – choćby medyczną – niezbędną do życia i przeżycia? Z ciągłym ryzykiem ataku, bombardowania, ale też czystek prowadzonych przez Hamas?
Izrael wspierany przez Amerykę Trumpa brnie w ten koszmar, nie wiadomo kiedy to się skończy.
Opór przeciw zbrodniczej polityce w samym państwie żydowskim jest słaby.
Świat zajmuje się już innymi sprawami.
Na dłuższą metę Hamas wygrał tę wojnę. Mimo militarnej porażki politycznie będzie zbierać plony wojny – w ostatniej fazie wywołanej przez atak i rzeź 7 października [2023] – przez dziesięciolecia. Odbuduje zapewne względnie szybko swoje wpływy wśród ludności Gazy, bo nie ma dla niego alternatywy. Fatah wszedłby do Gazy jako kolaborant Izraela, państwa arabskie do przejęcia „kontroli” nad tym terytorium się nie palą.
***
Kluczowe dla przyszłości politycznej tego konfliktu jest jednak to, co dzieje się poza wschodnim rejonem Morza Śródziemnego. W pokoleniu urodzonym na globalnej Północy po 2000 roku, pokoleniu Z, to Hamas i Palestyńczycy, a nie Żydzi, uznawani są za ofiary ludobójstwa. To zmiana gigantyczna, kluczowa dla przyszłych polityk na Bliskim Wschodzie, ale też dla losu samego państwa żydowskiego. Ci młodzi, którzy protestowali na uniwersytetach od Pacyfiku do Bałtyku, za 10 lat nadawać będą ton polityce.
Jak to się mogło stać? Jak naród, będący synonimem określenia „ofiara ludobójstwa”, zdołał utracić ten atrybut? Przecież przez Auschwitz-Birkenau przewalają się, nawet w zimnym i ciemnym grudniu, ogromne tłumy zwiedzających. I nie pytam o to, jak Izraelczycy mogli wejść na ścieżkę ludobójczej polityki, tu akurat status ofiary nie jest żadną przeszkodą. Nie ubolewam też nad utratą owego statusu, o czym napiszę dalej. Pytam, jak to się stało, że tak szybko Żydzi w oczach młodych dawnego Zachodu stracili wizerunek ofiar i są utożsamiani z katami.
Odpowiedź jest złożona, ale jedno jest proste.
Jeśli popełnia się zbrodnie wojenne na masową skalę, to trudno nie zostać utożsamianym z katem.
Zbyt wiele obrazów bombardowanych domów, szpitali, szkół, głodnych ludzi, dzieci z urwanymi kończynami, tłumów przepędzanych z jednego miejsca na drugie, tłumów stojących przy ciężarówkach z workami mąki, do których to tłumów strzelają snajperzy, zbyt wiele…
I wszystko jedno, czy każde z tych zdjęć jest autentyczne, czy pod szkołami i szpitalami mieszczą się składy broni i kwatery główne Hamasu, czy wszyscy snajperzy są z Sił Obrony Izraela; układ sił i proporcje zabitych jednoznacznie określają, kto jest kim.
***
Piszę to, jako ktoś, kto czuje się wezwany do odpowiedzialności. Przy czym, do odpowiedzialności za zbrodnie popełniane w świecie wezwany jest każdy człowiek, każdy wezwany jest do odpowiedzialności również za zbrodnie Izraela. Ale – jak trafnie mówią o tym Adam Lipszyc i Agata Bielik-Robson w „Raporcie o stanie świata” – do odpowiedzialności za te ostatnie bardziej wezwani czują się ci, którzy w jakimkolwiek sensie dzielą ciężar żydowskiego dziedzictwa, są Żydami, albo się z tą tradycją identyfikują, albo – last but not least – w społeczeństwach, w których żyją, jako Żydzi są postrzegani.
To dla nas wszystkich ludobójcza polityka państwa Izrael i skrajnie prawicowa, rasistowska ideologia Smotricza i Ben-Gwira oznaczają katastrofę, niezależnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy się tymi sprawami nie zajmować. I nie chodzi tu tylko o wzrost nastrojów antysemickich w świecie. Chodzi o katastrofę, jak nazwała to wspomniana dwójka, egzystencjalną. Co ja rozumiem jako zakwestionowanie dotychczasowego umiejscowienia w świecie.
Nie wystarcza przebolenie, ciągłe przebolewanie upokorzenia i zabicia europejskich Żydów w czasie Zagłady. Trzeba przeboleć upokarzanie i mordowanie Palestyńczyków przez Izrael.
***
Nie, Izrael nie jest takim samym tworem europejskiego kolonializmu jak, powiedzmy, francuska Algieria, czy kolonie brytyjskie. Twierdzenie, że Izrael ma taki sam charakter jak każdy obszar skolonizowany, częste wśród przedstawicieli dzisiejszej lewicy, jest moim zdaniem nadużyciem myśli post- czy anty-kolonialnej.
Przypominam więc pewne elementarne i jak sądzę niekontrowersyjne fakty. Kolonie były dla XIX wiecznych imperiów obszarem ekspansji – ekonomicznej, politycznej i ludnościowej. Izrael powstał, bo narastający w XIX wieku nowoczesny, rasistowski antysemityzm wypędzał Żydów z europejskiej diaspory, zaprzeczał aspiracjom do obiecanego przez nowoczesne społeczeństwa równouprawnienia, ale też zaprzeczał pozycji społecznej pośrednika, którą zajmowali od średniowiecza; co w kraju takim jak Rosja miało charakter morderczych pogromów, a w takim jak Francja – procesu Dreyfusa.
Nacjonalizm wykorzystał głęboko tkwiącą w tradycji chrześcijańskiej niechęć do Żydów, by mobilizować Europejczyków przeciw tej mniejszości. Odpowiedzią był nacjonalizm żydowski, wypowiedziany i zorganizowany jako syjonizm. Postulował to, co głosiły na przełomie XIX i XX wieku wszystkie nacjonalizmy „narodów bez państwa” – każdej wspólnocie etnicznej państwo się należy! Tak mówili mieszkańcy wielonarodowych imperiów – Czesi i Słowacy, Litwini i Łotysze, Serbowie i Polacy, tak mówili i Żydzi. Dla tych narodów nacjonalizm bywał ideologią emancypacyjną, co – pamiętając o zbrodniczym zagrożeniu, tkwiącym w charakterze każdego nacjonalizmu – trzeba również przyjąć.
Problem z Żydami był taki, że nie było żadnego miejsca, w którym byliby większością.
Pomysł, żeby powędrować na tereny, o których jako o żydowskich było i jest napisane w księdze sprzed paru tysięcy lat, wydawał się całkowicie fantazmatyczny. Tereny te, wchodzące w skład Imperium Osmańskiego, zamieszkane w większości przez Arabów, ale też niezbyt wielką grupę Żydów i wiele innych etni, stały się jednak miejscem i celem syjonistycznej emigracji. Druga wojna światowa, Zagłada i rozbuchany, powojenny antysemityzm, obecny w większości państw europejskich – choć eksplodujący w pogromowych paroksyzmach raczej w Europie Wschodniej, a w szczególności Polsce – powodował, że
dla wielu Żydów projekt syjonistyczny stawał się konieczną i jedyną obietnicą ocalenia.
Poza skądinąd komunistami żydowskiego pochodzenia, którzy ocalenie widzieli w przyszłym braterstwie wszystkich ludzi pracy.
Jak zauważa Maria Świetlik w wywiadzie, którego udzieliła OKO.press 27 kwietnia 2025 roku wraz z Patrycją Dołowy: „Ludzie wygłaszający pogląd, że Izrael był zbędny, widocznie nie wiedzą, że powracający z ZSRR lub wychodzący z kryjówek Żydzi byli w Polsce mordowani, pewnie nie słyszeli o pogromie kieleckim, nie słyszeli o antysemickiej kampanii z 1956 r., przez którą wyjechała z Polski większość ocalałych. I że obie te grupy uciekające z Polski w 1946-49 i 1956 znalazły swoje schronienie właśnie w Izraelu. Hitler już nie żył, alianci wygrali, a oni nadal nie byli w Europie (w Azji też) bezpieczni. To tak jakby chłopom uciekającym z pańszczyzny zarzucić, że kolonizowali Ukrainę w imieniu polskich panów albo zbiegłym czarnym niewolnikom, że kolonizują terytorium Indian.”
Nakba, katastrofa wypędzenia ludności arabskiej z powstającego Izraela [po wygranej wojnie 1948-1949 roku – red.], nastąpiła po tym, jak w listopadzie 1947 w ONZ USA i ZSRR nie mówiąc o 31 innych krajach, zgodnie zagłosowały za powstaniem na terenie Palestyny dwóch państw, żydowskiego i arabskiego.
Nakba jest „grzechem pierworodnym” państwa żydowskiego. Dziś jednak skutki jej są tylko częściowo odwracalne. Powrót milionów Palestyńczyków i wypędzenie Żydów z miejsc, w których żyją od pokoleń byłby równie realny – i sprawiedliwy – jak powrót Niemców do Wrocławia i wypędzenie stamtąd mieszkających tam Polaków.
Projekt dwóch państw jest, jak sądzę, jedynym możliwym rozwiązaniem, niezależnie od tego jak jawi się dziś jako trudne.
Chyba że przyjmie się ludobójcze scenariusze: wymordowanie Palestyńczyków, co jest propozycją faszystów w Izraelu, albo wymordowanie izraelskich Żydów, co jest opcją proponowaną przez fundamentalizm islamski, skądinąd też będący rodzajem faszyzmu. Bo, w odróżnieniu od francuskich mieszkańców francuskiej Algierii, Żydzi nie mają swojej Francji, do której mogliby wrócić.
Niektórzy zwolennicy opcji „From the river to the sea…” [palestyńskie hasło utworzenia świeckiego państwa obejmującego Izrael i tereny okupowane: Zachodni Brzeg oraz Strefę Gazy – red.] twierdzą, że jeśli w Południowej Afryce udało się stworzyć jedno państwo, w którym żyją potomkowie Burów, Anglików i czarnoskórych, rdzennych ludów tego regionu, to może się też udać w Palestynie. Może, w jakiejś odległej przyszłości…
Dzisiaj i Izraelczycy i Palestyńczycy są zakładnikami w potężnej grze interesów; z jednej strony USA i żydowskiej diaspory tam żyjącej, fanatycznie (ale też w imię konkretnych interesów ekonomicznych) wspierającej nacjonalizm żydowski oraz akcje osadnicze na terenach palestyńskich, z drugiej – fundamentalizmów islamskich w krajach arabskich i Iranie, karmiących się wizją nowego Saladyna, przywracającego Jerozolimę islamowi.
***
Ogromna zmiana stosunku do Izraela – a przez to do Żydów – która dokonała się w najmłodszym pokoleniu krajów globalnej północy jest czymś, co niepokoi diasporę żydowską, a także przedstawicieli liberalnych establishmentów.
Dla młodych to walka o Palestynę stała się symboliczną walką o sprawiedliwość.
Podobnie jest z krajami globalnego południa – Izrael, stworzony przez emigrantów z Europy i wspierany od dziesięcioleci przez USA, wieloletni sojusznik rasistowskiego reżimu białych w Południowej Afryce, jest synonimem imperializmu i obiektem głębokiej niechęci wszystkich, którzy chcą zmienić aktualny porządek świata – od Brazylii po Indonezję. Inne walki i rzezie mają dla tych grup znacznie mniej symboliczny charakter – piszę te słowa, gdy trwają wielkie protesty w Iranie, a islamski reżim w ciągu dwóch tygodni zamordował kilkanaście tysięcy osób. Niedawno doszło do masakr w Sudanie, liczba zabitych nieznana, choć wiemy, że ogromna. Te wydarzenia przyciągają nieporównanie mniejszą uwagę.
Poza faktem niesłychanej brutalności uzbrojonego po zęby, rządzonego przez faszyzujących nacjonalistów izraelskiego państwa w stosunku do zamkniętej na małym terytorium ludności cywilnej, co samo w sobie prowokuje odruch protestu, istnieją dwie główne linie tłumaczenia tej zmiany.
Po pierwsze, środowiska żydowskie i liberalne wskazują na nadal drzemiący w większości krajów chrześcijańskiej północy antysemityzm.
Lewicowość wcale antysemityzmu nie wyklucza; jak dobrze pamiętają Polacy, antysyjonizm może być pretekstem do klasycznej, antysemickiej czystki.
Po drugie, wskazuje się na rolę ogromnych społeczności islamskich, żyjących w krajach europejskich; we Francji sojusz czerwono-zielony, z werbalnie antyamerykańskim, antyimperialistycznym i antykolonialnym ostrzem dość otwarcie wybiera sobie za cel mniejszość żydowską.
Sądzę jednak, że te wyjaśnienia pomijają ważny proces, osadzony w psychologii zbiorowości, dokonujący się pomiędzy pokoleniami naszych społeczeństw.
Liberalne demokracje, zbudowane w oparciu o sojusz mieszczaństwa i klas pracujących po II wojnie światowej, jako fundament moralny przyjęły „nigdy więcej”. Podobnie było w „internacjonalistycznym” i „walczącym o pokój” bloku radzieckim.
Ta oficjalna linia ukrywała ogromne pokłady powojennego antysemityzmu, wzmocnionego przez nieczyste sumienie większości europejskich społeczeństw, które w okresie okupacji hitlerowskiej ochoczo wysłały swoich Żydów do gazu.
To nieczyste sumienie było zresztą jedną z przyczyn dość powszechnego poparcia Europejczyków dla idei powstania w Palestynie państwa żydowskiego w 1947 roku. Wyeksportowano w ten sposób na Bliski Wschód problem, z którym żadne europejskie państwo narodowe nie potrafiło sobie poradzić.
Dwadzieścia lat później, kiedy młode wówczas pokolenie „boomerów” zbuntowało się przeciw „mieszczańskiej” tradycji, odrzucenie antysemityzmu, przy dość krytycznym stosunku do Izraela, stało się powszechne. Jednym z elementów tego buntu, szczególnie w Niemczech Zachodnich, było pytanie zadawane pokoleniu ojców: co wtedy robiłeś? Zwracam uwagę na ten moment – bezpośrednio po ujawnieniu zbrodni zapanowało dławiące milczenie i trzeba było dwudziestu lat, czasu dojrzewania i dojścia do głosu całego pokolenia, by wybrzmiały te pytania: jak mogliście? Uczestniczyliście w tym? Gdzie wtedy byliście? A potem, kiedy – jak napisał dziś już trochę zapomniany Milan Kundera – „imagologia zastąpiła ideologię”, kultura masowa wzmocniła ten przekaz.
W Polsce trauma wydarzeń 68 roku ukształtowała całe pokolenie inteligencji, która każdy przejaw antysemityzmu traktowała jako wyraz autorytarnych, jeśli nie totalitarnych ciągot.
I tak na ówczesnym Zachodzie, jak w Polsce, to pokolenie nadawało ton liberalnej i globalistycznej polityce końca wieku.
Przemilczane pozostawały potworne koszty pokoju społecznego, panującego na ówczesnym Zachodzie. Koszty w dużym stopniu wyeksportowane na globalne południe. Koszty globalizacji, konsensusu Waszyngtońskiego, strukturalnej przemocy związanej z gwałtownym rozwojem, koszty narastania przepaści między stanem majątkowym 1 proc. a sytuacją pozostałych 99 proc... Symbolem tego mógł być Izrael – otwarty na kulturowe postulaty lewicy, choćby tolerancję wobec mniejszościowych grup LGBTQ+, kilkadziesiąt kilometrów dalej wspierający bezwzględną, uzasadnianą fanatyzmem „biblijnym” przemoc osadników wobec ludności palestyńskiej, dokonującą się pod osłoną i często rękami żołnierzy Izraela.
Równolegle karnawał rozkręcającej się konsumpcji przykrywał rozpadanie się podstaw dobrobytu społeczeństw bogatych. Choćby – rozpad sfery publicznej edukacji czy służby zdrowia.
***
Ofiarami tego pozornego pokoju społecznego były też najmłodsze pokolenia, na które – coraz mniej liczne – zaczął spadać ciężar niewydolności całego tego systemu. Kryzys kredytów studenckich w USA, kryzys cen mieszkań w wielu krajach Europy, wzrost obciążenia kosztami służby zdrowia, konieczny by opiekować się starzejącymi boomerami, koszt ich, bommerów, emerytur... W naszej sferze kulturowej konflikt klasowy ucieleśnił się jako konflikt pokoleń.
Dla młodych – urodzonych w okolicach 2000 roku – symbolem hipokryzji stawało się celebrowanie owego „nigdy więcej”, symbolizującego liberalny ład powojennej Europy, w obliczu nędzy, strukturalnej przemocy, eksportowania wojen „gdzie indziej”, topienia „kolorowych” migrantów w morzach i bagnach, powrotu rasizmu, obojętności wobec katastrofy klimatycznej – katastrofy skądinąd drastycznie odczuwanej w krajach globalnego Południa…
Obchody w Auschwitz, skupiające głowy państw, które po rytualnym powtórzeniu „nigdy więcej”, wracały do swoich polityk – by jak prawica włoska, odmawiać ratowania rozbitków próbujących przedostać się przez Morze Śródziemne, albo jak Donald Tusk, twierdzić, że prawo azylowe jest przestarzałe – jawiły się temu najmłodszemu pokoleniu jako szczyt obłudy. Na to nakładała się instrumentalizacja Zagłady przez izraelski nacjonalizm, który z tej zbrodni i nieszczęścia milionów ludzi zrobił narzędzie indoktrynacji, mające uzasadniać w oczach własnego społeczeństwa zbrodniczą politykę wobec Palestyńczyków. Każdy protest w tej sprawie tłumiony był zarzutem „antysemityzmu”.
Gdy potępianie antysemityzmu stało się „nowomową” starego pokolenia, chcącego utrzymywać pseudo-liberalny kształt świata, młodzi przestali się owego oskarżenia bać.
Ba, zaczęli atakować Izrael, jakby mówiąc tym starszym: już nam nie zamkniecie ust oskarżając nas o antysemityzm!
Był i jest w tym element prowokacji, odrzucenia zmurszałego języka, odrzucenia starego kształtu świata!
Przy okazji jednak udało się uchylić drzwi zupełnie autentycznym, tradycyjnym antysemitom… Znane są anegdoty o tym, jak do strajkujących na UW w obronie Gazy studentów, jak najdalszych od antysemityzmu, przyszli przedstawiciele Konfederacji, mówiąc, że w sprawie Żydów mogą lewaków poprzeć… Poza jednak poziomem anegdotycznym „mleko się wylało”.
W bardzo wielu krajach długo maskowana niechęć do Żydów, uzyskała prawo głosu.
W Polsce to prawo głosu jawi się choćby w tym, jak trudne od początku wojny w Gazie stało się upamiętnianie wymordowanych społeczności żydowskich małych miasteczek. Dlatego nigdy nie dość przypominania, że kontekst, w którym wypowiada się buntownicze hasła, ma znaczenie. W Polsce antysyjonizm odsyła do Gomułki z Moczarem, powojennych (i przedwojennych) pogromów, przede wszystkim jednak do tego, że nadal w tym kraju bardzo wielu ludzi żyje w zrabowanych, żydowskich domach, a ich dobrobyt zbudowany jest na zrabowanym, żydowskim mieniu. I niezbyt chętnie o tym wspominają, chętnie za to słuchają tych, którzy wytykają Żydom ich zbrodnie albo niewdzięczną naturę. O tym powinni pamiętać przedstawiciele lewicy, mówiący o Żydach tak, jakby tego kontekstu nie było.
***
Izrael dokonuje ludobójczych zbrodni. W samym Izraelu bardzo niewielu przeciw temu protestuje, większość popiera.
Rzuca to na Izraelczyków mroczny cień, ogarnia tym cieniem również żydowskie społeczności diaspory, które najczęściej wpisują się w retorykę Netanyahu.
Przypominają zbrodnie popełnione przez Hamas, szczególnie te 7/10, pomijając całkowicie te popełniane przez Siły Obrony Izraela. Ta część intelektualistów żydowskiego pochodzenia, którzy politykę Izraela potępiają, jest zbyt mała, by to zrównoważyć.
Ten smutny stan rzeczy odsyła mnie do innych, podobnie ponurych okoliczności. Myślę o stanie społeczeństwa niemieckiego tuż po drugiej wojnie światowej. Jeszcze pod koniec wojny polityka Hitlera cieszyła się poparciem ogromnej większości Niemców. Tuż po wojnie, kiedy wiedza o zbrodniach hitlerowców przestała być tajemnicą, pokolenie wojenne zacisnęło zęby, ale nie zmieniło poglądów. Godząc się z konsekwencjami klęski i wymogami „godziny 0” – nowego początku „bez pamięci” – tak naprawdę dobrze pamiętało, tylko żyło w głębokim zaprzeczeniu ludobójczej prawdy. Dlatego w Niemczech rewolta młodego pokolenia przeciw „starym”, przebiegająca w latach 60, po procesach Eichmanna i strażników z Auschwitz, miała tak gwałtowny charakter.
Otóż myślę – i mówiąc szczerze, mam nadzieję – że coś podobnego zdarzy się w Izraelu.
Że rodzące się dziś pokolenie nie będzie mogło spokojnie żyć w cieniu dzisiejszych zbrodni.
Że za pewien czas zada swoim ojcom i matkom pytanie: co wtedy robiliście? Gdzie byliście? I wyciągnie wnioski, które będą torować drogę politycznemu rozwiązaniu.
Oby nie było za późno… Izraelska skrajna prawica robi wszystko, żeby wykorzystać swój czas dla dokonania nieodwracalnych zmian, czystek etnicznych i wypędzeń. Pamiętać trzeba, że konsekwencje ludobójczych zbrodni okresu II wojny światowej okazały się nieodwracalne.
Co gorsza, przebudzenie etyczno-polityczne – a tak nazywam moment, gdy zadawane jest pytanie: gdzie wtedy byliście? – też niestety nie jest pewne. Wystarczy wspomnieć na przykład Indonezję, gdzie po entuzjastycznym wymordowaniu w latach sześćdziesiątych miliona obywateli chińskiej mniejszości, oskarżanych o komunizm, milczenie trwa do dzisiaj. Pikanterii tej historii dodaje fakt, że chińska mniejszość w Indonezji pełniła przez wieki podobną rolę jak Żydzi w Europie – pośredników, kupców, lichwiarzy…
Warunki etyczno-politycznego przebudzenia w Izraelu są więc skomplikowane. Na pewno pierwszym i koniecznym warunkiem jest utrzymanie demokracji. Ale i to wcale nie musi być wystarczające, co gorsza – nie jest pewne; w ostatnich czasach Netanjahu dążył do autokracji, a
wojna i nacjonalizm sprzyja temu, żeby Izrael zamienił się w jedną z autorytarnie rządzonych satrapii, typowych dla bliskiego Wschodu. Wtedy o żadnym przebudzeniu nie będzie mowy.
Sprzyja zaś przebudzeniu to, że w świadomości społeczeństw globalnej północy Zagłada traci swój „uświęcony” charakter. Nawet dla tych, którzy świadomie żyją w jej cieniu, staje się nie jedyną, a jedną z wielkich zbrodni, które w historii ludzkości zdarzają się regularnie.
***
Co oznacza dla społeczeństw europejskich wyprowadzenie Zagłady ze sfery uświęcenia?
Mam tu na myśli moment, kiedy słabnie dyskurs o „niewyrażalności”, „absolutnie wyjątkowym charakterze” i „wydarzeniu poza historią”. Co oczywiście nie oznacza zapomnienia o skali, bezwzględności, potwornym sposobie przeprowadzenia i powszechnym przyzwoleniu, które Zagładę europejskich Żydów cechowały. Nie oznacza zapomnienia o ofiarach i sprawcach.
O jednej z konsekwencji już wspomniałem: oznacza uchylenie drzwi dla zawsze żywego w wielu krajach antysemityzmu. Nie dopuszczany do głosu w okresie, kiedy pamięć Zagłady była jeszcze pamięcią żywą, wyrzucany poza to, co dozwolone w dyskursie politycznym, wrócił do niego i – jak pokazuje przykład Polski – znajduje chętny „elektorat”. Wypisywane w toaletach
hasło polskich ruchów nacjonalistyczno-kibolskich: „68 pamiętamy, 68 powtórzymy!”, wróciło na niektóre polityczne salony.
Drugą konsekwencją jest to, że dla wielu ruchów lewicowych Zagłada stała się kwestią stricte historyczną, która nie powinna przysłaniać dzisiejszych problemów i zbrodni. Nie powinna przysłaniać zbrodni Izraela, a może jeszcze bardziej tego, że wspólnota żydowska w USA wspiera imperializm tego kraju. Biorąc pod uwagę tradycyjne w lewicowym myśleniu zbitki w rodzaju Żyd-kupiec-kapitalista, utożsamienie Żydów z globalnym kapitalizmem nie jest trudne. Lewica abstrahuje tu od kontekstu.
Te dwie konsekwencje nie cieszą.
Sądzę jednak, że na dłuższą metę możliwość spojrzenia na Zagładę jako na jedną z potwornych, masowych zbrodni w ludzkiej historii – zbrodni, które zdarzały się i zdarzają regularnie – będzie miało pozytywny efekt.
Po pierwsze, umożliwia racjonalne o niej myślenie, co oznacza też, że pozwala zastanawiać się nie tylko nad przeszłymi, ale również aktualnymi i przyszłymi warunkami, które umożliwiają tego rodzaju masakry. To właśnie jest, z mojego punktu widzenia, sens rozumnego badania historii. Nacjonalizm jest jednym z najważniejszych warunków umożliwiających rzezie.
Niezależnie od tego, czy będzie to nacjonalizm niemiecki, żydowski czy polski. I czy mierzy w Żydów, Arabów czy czarnoskórych.
Bronię poglądu, że
uświęcenie czegokolwiek, rozumiane jako wyłączenie tego z obszaru racjonalnego myślenia i sądu, w gruncie rzeczy otwiera drogę do nadużyć, a często niepohamowanego okrucieństwa.
Mordowanie w imię takiej czy innej świętości miało najczęściej i ma szczególnie bezwzględny charakter. Wyłączanie Zagłady z obszaru racjonalnej analizy, oburzanie się na wszelkie próby uogólnienia wniosków z niej płynących na inne zbrodnie ułatwiało też jej instrumentalizację, taką, jakiej dopuszczały się w ostatnich dziesięcioleciach kolejne rządy Izraela.
Po drugie, bardziej kontrowersyjne. Zerwanie z antysemityzmu zasłony obłudy, owego niedopowiadania do końca, powtarzania: „nie, nie jestem antysemitą, najwyżej judeosceptykiem”, i jednocześnie ciągłego „puszczania oka” – „wie Pan, rozumie…he, he, he, Żydki, Żydóweczki…”, wydobywa na wierzch jego morderczy charakter.
W takim kraju jak Polska może nadać powagę debacie na temat rasizmu, dla którego matrycą wywodzącą się z kultury chrześcijańskiej jest antysemityzm.
A powaga w podejściu do dramatycznych procesów, zachodzących w dzisiejszym świecie jest wymaganiem chwili.
Racjonalny spór nie zastąpi walki politycznej z rosnącą siłą nowego faszyzmu, nowych nacjonalizmów, podsycanych przez grupy oligarchiczne we wszystkich krajach świata. Nie zastąpi polityk antykolonialnych, również, choć w inny sposób, dążących do zmiany dotychczasowego porządku świata. Ale pozwala na poszerzenie pola mobilizacji tych, dla których wrzask i szyderstwo, jako podstawowe formy komunikowania się w sferze politycznej, są nieznośne. A sądzę, że nie jest ich (nas) wcale tak mało.
Powaga racjonalnego myślenia o wszystkim, bez żadnych tabu, jest dla nas szansą, a nie zagrożeniem. Jest też jednym z warunków zatrzymania zbrodni w strefie Gazy.
Komentarze