22 października 2022

Co udało się Strajkowi Kobiet? Bitna kobieta z temperamentem z Węgorzewa kontra okrutne państwo

Raz zadzwoniła dziewczyna z pytaniem o aborcję. I raz osoba transpłciowa. Obie z Węgorzewa. Powiedziały: “Tylko do pani mogę w tym mieście się zwrócić. Do pani mam zaufanie”. Jeśli chcecie wiedzieć, jak “politycznie” działa w Polsce Strajk Kobiet – to tak. Lokalnie, ale w sieci ogólnopolskiego wsparcia

Czy Ogólnopolski Strajk Kobiet odniósł jakikolwiek sukces?

Protesty kobiet z 2020 roku były gigantyczne, ale przetoczyły się, a drakońskie, nielegalnie wprowadzone prawo pozostało. Opozycja składa co prawda różne deklaracje, ale nie ma żadnych gwarancji, że prawa kobiet znowu nie padną ofiarą różnych kompromisów zawieranych w męskim gronie.

Anna Styrańczak (52 lata) z Węgorzewa jest członkinią Zarządu Fundacji Ogólnopolski Strajk Kobiet. W Fundacji pracuje. Wcześniej przez wiele lat była dziennikarką w lokalnych pismach, potem przez jedną kadencję urzędniczką samorządową.

I na pytanie o efekty protestów kobiet odpowiada:

"Zmieniło się bardzo dużo, choć jeszcze konsekwencji tej zmiany nie ogarniamy. Ale widać to już w sondażach i troszkę w zachowaniu polityków".

"Jestem przedstawicielką pokolenia, które pamięta czasy dostępu do terminacji ciąży w «skrobankowym podziemiu». Po 1993, po wprowadzeniu ustawy fałszywie nazywanej «kompromisem» (de facto antyabrocyjnej), przerywanie ciąży odbywało się w atmosferze czegoś paskudnego. To właśnie się zmieniło. O aborcji wreszcie mówi się normalnie - że jest świadczeniem medycznym, zabiegiem ratującym życie i zdrowie, do którego powszechny dostęp powinien być zapewniony" - tłumaczy.

"I nie tylko to – lata protestów, które odbywały się nie tylko w wielkich miastach, ale i w małych, takich jak Węgorzewo, to była fala obywatelskiego sprzeciwu wobec łamania wszelkich praw człowieka i praworządności. Na ulice wyszły tysiące obywatelek i obywateli z wieloma postulatami.

To zmieniło ludzi. Nauczyli się rozpoznawać problemy i potrzeby osób w najróżniejszych trudnych sytuacjach. Nieheteronormatywnych, z niepełnosprawnościami, w kryzysach psychicznych. Tych, którym nasze państwo gwarantuje w Konstytucji równe traktowanie – ale ich dyskryminuje".

Styrańczak opowiada też, jak Ogólnopolski Strajk Kobiet od protestów przeszedł do tworzenia sieci obywatelskiej pomocy. I jak to się sprawdziło, gdy w 2022 roku schronienia w Polsce zaczęły szukać tysiące uchodźczyń i uchodźców z Ukrainy.

“Uzmysłowiłyśmy sobie: w tych tłumach ludzi idących do Polski są ofiary gwałtów i przemocy, osoby w terapii onkologicznej, być może bez leków i dokumentacji, ludzie w kryzysach psychicznych. Osoby LGBT i transpłciowe. Osoby z niepełnosprawnościami. Dzieciaki wykorzystane przez zwyrodnialców. Tam są ludzie z najróżniejszymi problemami, których przecież nasze państwo nie rozwiąże - bo nie umie wspierać swoich własnych obywatelek i obywateli. A my w OSK umiemy. Lub wiemy (a jeśli nie wiemy, to umiemy się dowiedzieć), gdzie i kto może wesprzeć” - opowiada.

"Bo mamy ogromną sieć kontaktów. Bo jesteśmy zorganizowane. Bo jesteśmy wszędzie".

50 kobiet z Węgorzewa - rozmowa z Anną Styrańczak

Agnieszka Jędrzejczyk, OKO.press: To kiedy Pani zaczęła działać?

Anna Styrańczak: W mojej rodzinie to się robiło od zawsze. Rodzice są przesiedleńcami z Akcji Wisła - wyrosłam w tradycji pracy społecznej, na rzecz wspierania mniejszości ukraińskiej i jej integracji. Na wiele problemów wyczuliłam się i "w boju zahartowałam" jako mama samodzielnie wychowująca dzieci. Sporo nauczyłam się jako dziennikarka, szczególnie w Giżycku i potem w rodzinnym Węgorzewie, gdzie byłam blisko ludzi jako "redaktorka naczelna" - i jednocześnie jako Ania Styrańczak, którą od zawsze wszyscy znają.

Stałam się więc osobą pierwszego kontaktu – gdy ktoś znalazł się w sytuacji kryzysowej, kiedy - po prostu - potrzebował wsparcia w biedzie, kiedy nie umiał o siebie zawalczyć czy nie wiedział, jak załatwić jakąś sprawę w urzędzie.

(Potem z regionalnego wydawnictwa odeszłam, choć byłam ceniona - w geście sprzeciwu wobec polityki pracowniczego wyzysku i bezwzględnej komercjalizacji w miejsce misji dziennikarstwa).

Węgorzewo to maleńka mieścinka na końcu świata, 12-tysięczna. Tu nikt nigdy nie protestował na ulicy. I nagle przyszedł październik 2016 i Czarny Protest.

Kiedy rządzący PiS po raz pierwszy zapowiedział okrutne prawo, zmuszające kobiety do rodzenia płodów z ciężkimi wadami, martwych płodów lub dzieci niezdolnych do życia. Co oznaczało, że będzie jeszcze trudniej z dostępem do lekarza, diagnostyki i leczenia w najtrudniejszych sytuacjach. I że po aborcję będzie można się zgłaszać już tylko do aktywistek aborcyjnych.

Pamiętam Węgorzewo z spotkania w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym, na które do rzecznika praw obywatelskich Adama Bodnara przyszli rodzice dzieci z niepełnosprawnościami. Opowiadali jak ciężko jest cokolwiek załatwić: lekarza, rehabilitację, rentę. Gdy nie ma jak i za co zorganizować dowozu dziecka do szkoły. Państwo nie tylko im nie pomaga, ale po prostu udręcza. Stale i systemowo – ale w sumie nikogo to nie dziwi. Co zatem sprawiło, że ludzie powiedzieli “dość”?

Może wyczerpanie i determinacja na granicy desperacji? Bo ten pomysł PiS był po prostu druzgocący. No i zareagowała cała Polska, więc ludzie zrozumieli, że nie są z tym sami.

Czasem potrzebna jest iskierka, jedna osoba w takim mieście jak nasze. U nas iskierką była Eliza Brzozowska-Płońska. Najwspanialsza, najtwardsza, najbardziej niezłomna strajkowiczka, jaką poznałam. Najpierw działała w KODzie, a wtedy, przed Czarnym Protestem, zgłosiła zgromadzenie publiczne.

Nie miała pojęcia, czy ktoś przyjdzie.

Zajmowałam się wtedy mediami gminnymi, pracowałam w urzędzie miejskim. Tego typu zgłoszenia są automatycznie publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej: miejsce, godzina, nazwa wydarzenia.

Moim zadaniem było przerzucenie takiego komunikatu z BIP na serwis miejski. Ale to ogłoszenie wbiło mnie w fotel.

To był ten moment w życiu, kiedy bardzo chciałam coś robić dla kobiet jako na wskroś feministyczna dusza. Zadzwoniłam do Elizy i tak się poznałyśmy. Zrobiłam o planowanym zgromadzeniu większy materiał na stronę miejską. O tym, o co chodzi w tym proteście, jaką dokładnie trasą przejdzie i o której.

Dla ówczesnego burmistrza to było OK. Podobnie jak wszystko, co działo się później w związku ze Strajkiem. Wspierał nas. Niestety, przegrał wybory. Może i ja, urzędniczka - strajkowiczka, hejtowana przez lokalnych pisowców i konferederatów, nieco do tego przyłożyłam. Tak to jest: krok do przodu, krok do tyłu. Ale wiem, że szef nigdy tego nie żałował.

Ale wtedy, po Twoim tekście, co się stało?

Przyszło 50 osób, w większości kobiety. To w Węgorzewie tłum.

Był tam ktoś znajomy? Znałyście się?

Z widzenia.

I to był taki moment rozpoznawania się: o rany, Mariolka, mama dziecka, które chodzi z moim do szkoły. I właścicielka sklepu. I bibliotekarka.

Nigdy nie zapomnę atmosfery pierwszego nagłego zgromadzenia miejscowych, ludzi, którzy się znają mniej lub lepiej, część tylko z widzenia - a teraz spotykają po jednej stronie barykady. I stając tego dnia, "pod pocztą", składają bardzo ważną deklarację. Bardzo jednoczące. I poruszające.

"Pod pocztą" - w malutkich miasteczkach takie określenia są jak dokładny adres. W Węgorzewie stąd ruszył protest i potem parking "pod pocztą" stał się tradycyjnym placem manifestacji.

Nie mogłyśmy się wtedy rozejść. Grupka malała, ale my ciągle stałyśmy i gadałyśmy. I na koniec zostały cztery dziewczyny: Eliza Brzozowska-Płońska, Ania Bolik-Kun, bibliotekarka, Jolanta Świrkowicz, dawna działaczka “Solidarności” i nauczycielka, no i ja.

Tak zaczęły działać Dziewuchy Węgorzewo.

Podchwytywałyśmy akcje, które robił Ogólnopolski Strajk Kobiet, i rozwijałyśmy je po swojemu.

Protestowałyśmy w obronie prawa do zgromadzeń, Puszczy Białowieskiej i wolnych sądów, w obronie Marszu Równości w Białymstoku i wyśmiewając Kaczyńskiego w rocznicę stanu wojennego.

Eliza "opatentowała" protestowe tablice plenerowe, czyli słupki na trawnik z małymi transparentami, tłumaczące istotę praw, których bronimy. Były happeningi, blokady uliczne, przemarsze, zgromadzenia, klejenie plakatów, akcje ulotowe. Długo by wymieniać. Dużo się działo, ludzie reagowali, uczestniczyli w naszych akcjach.

Kobieta stoi przed rzędem tabliczek na trawniku
Eliza Brzozowska-Płońska przed swoimi tabliczkami w Węgorzewie, fot. Anna Styrańczak

Od 2017 roku zaczęłyśmy jeździć na spotkania OSK do Warszawy.

Kawał drogi.

A skoro podchwytywałyśmy akcje Strajku, to uznałyśmy, że i my ten Strajk tworzymy. Na briefingu o prawach kobiet 22 marca 2017 – kiedy kobiet nie wpuszczono do Sejmu – osobiście poznałam Martę Lempart. I tak weszłyśmy w sieć ogólnopolską.

Rok 2020 i oświadczenie Przyłębskiej z 22 października było oczywiście przełomowe. To już było po pierwszych lekcjach z pandemii, kiedy ćwiczyłyśmy nowe metody komunikacji i sposoby rozpoznawania potrzeb społecznych.

Wtedy narodziły się struktury, powstała Fundacja OSK, na rok powołałyśmy też Radę Konsultacyjną, by opracowała sposoby wdrożenia postulatów uczestniczek i uczestników protestów. A ja przeszłam do pracy w Fundacji – w urzędzie złożyłam wypowiedzenie po wyborach w 2019 roku.

Akcja bucikowa

A ile osób wyszło na protest w Węgorzewie po decyzji Przyłębskiej?

230! Ech, musiałam odsiadywać kwarantannę. Więc wywiesiłam transparent na dachu i krzyczałam do dziewczyn protestujących na ulicy. A one mi odpowiadały.

Anna Styrańczak protestuje z okna (w kwarantannie). Fot. z jej archiwum

Po kwarantannie oczywiście dołączyłam.

Rok później były też w Węgorzewie protesty pod kościołem, w sprawie pedofilii kościelnej.

Akcja bucikowa, jedno z moich mocniejszych doświadczeń aktywistycznych. To było dzień przed Wigilią. Pomyślałam: taka straszliwa, drastyczna zbrodnia i krzywda dzieci – a my, co? Buciki? Zdjęcia na FB? Plakaty? (Chociaż akurat nasze były niezłe, udawały ogłoszenia parafialne).

Nie spałam wtedy całą noc – i zdecydowałam: położę się z tabliczką na schodach kościoła, niech po mnie depczą. Dziewczyny do tego pomysłu nie były przekonane, więc dogadałyśmy się, że ja się kładę, one fotografują.

Zrobiło wrażenie. Kilka osób wchodzących na mszę podało mi rękę szepcząc "prawda" albo "szacun". Kilka zwyzywało. Większość udawała obojętność, ale obojętna nie była. Osiągnęłyśmy cel: przykuło uwagę.

Kobieta lezy na schodach do kościoła
Protest Anny Styrańczak pod kościołem, fot. ze zbiorów Anny Styrańczak

Musiała być z tego sprawa na policji.

W tej sprawie wyjątkowo nie. Ale spraw miałyśmy mnóstwo - wykroczeniowych. Za “blokowanie drogi”, pisanie kredą po chodniku, za wywieszanie transparentów na siedzibie PiS, za brzydkie wyrazy ("odpierdolcie się od mojego ciała”).

To absolutna klasyka – w taki sposób władza ściga aktywistów w całej Polsce. W OKO.press udało nam się to dobrze udokumentować. Nazywamy to “SLAPPem po polsku” albo braniem ludzi “na celownik”. Władza namierza sobie aktywne osoby i gnębi je drobnymi, ale pochłaniającymi czas sprawami.

Jak to się u Was skończyło?

Dobrze. W sprawie wulgaryzmu sąd napisał w wyroku, że użyłam słów adekwatnych do sytuacji. Wygrywałyśmy te sprawy po kolei - z pomocą prawników, którzy nam pomagali. My, strajkowiczki, mamy prawniczą sieć wsparcia i to znakomicie działa.

Oddolne państwo

A potem protesty wygasły. Tak się mówi przynajmniej w centralnych mediach.

Ty jednak wiesz, że to nieprawda? Z “ognistej rewolucji” nasz ruch płynnie przerodził się w coś, co tworzy teraz alternatywne państwo.

To mało medialne i mało o tym wiadomo. Ale coś wiem. Bo relacje zebrane przez OKO.press w ramach projektu “Na celowniku” pokazały nowy typ obywatelskiej aktywności.

Sensowny i potrzebny. Właściwie niezbędny.

Zaczęłyśmy organizować ogólnopolską wzajemną kobiecą pomoc w różnych sprawach. Wspieramy siebie i innych oddolnie, wyręczając i zastępując struktury państwa, w którym żyjemy i które nawet nie to, że nie działa - które jest dla nas niebezpieczne. Które zastrasza i ściga (Justyna Wydrzyńska!), zabija na porodówkach, zabija na granicy, dyskryminuje, upokarza, doprowadza do samobójstw, skazuje na ubóstwo.

Więc robimy sobie lepszą Polskę (to jest zresztą hasło OSK).

Ładne hasło. A w szczegółach?

Wspólne rozwiązywanie problemów prawnych, w które nas władza wpędza, sprawiło, że z demonstrantek stałyśmy się łączniczkami z tymi, którzy potrzebują pomocy. Różnej pomocy.

Zaczęło się od aborcji, bo to jest dramatyczny problem, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Kontaktujemy dziewczyny z Aborcyjnym Dream Teamem , ułatwiamy zdobycie tabletek.

Łączymy z Federą czy Centrum Praw Kobiet – wtedy, gry ktoś jest w kryzysie czy doświadcza przemocy albo gdy potrzebuje pomocy w szpitalu, nie ufa lekarzowi, coś jest nie tak z diagnozą płodu, a on ci nie mówi, co się dzieje, bierze cię na przetrzymanie.

Wy to widzicie w sondażach, a to nasza sieć tworzy zmianę, w tym zmianę podejścia do aborcji i myślenia o niej.

Jestem przedstawicielką pokolenia, które pamięta czasy dostępu do terminacji ciąży w "skrobankowym podziemiu". Po 1993, po wprowadzeniu ustawy fałszywie nazywanej "kompromisem" (de facto antyaborcyjnej, wciąż będącej zakazem), gazety zarabiały na ogłoszeniach o “Aaaaawaryjnym przywracaniu miesiączki”, a temat był zepchnięty do podziemia – i to wszystko odbywało się w atmosferze czegoś paskudnego.

To właśnie się zmieniło. O aborcji wreszcie mówi się normalnie - że jest zabiegiem ratującym życie i zdrowie, do którego powszechny dostęp powinien być zapewniony - tłumaczy.

Nauczyłyśmy się więc mówić o aborcji jak o świadczeniu medycznym, które się należy, jeśli kobieta podejmuje taką decyzję. Nareszcie!

Długo zresztą zastanawiałyśmy się nad hasłem “Aborcja na życzenie”, bo to może kojarzyć się z, sama nie wiem, “szastaniem aborcją”? Jak pierwszy raz usłyszałam hasło “Aborcja jest OK", to się skrzywiłam. Dziś jestem pewna: aborcja jest OK.

To nie znaczy, że nie rozumiem dramatu osób, które pragną urodzić zdrowe dziecko i z jakiegoś powodu nie mogą. Ale nawet w takiej sytuacji aborcja pozostaje aborcją - zabiegiem medycznym, który często okazuje się jedynym rozwiązaniem i ratunkiem.

Nic dziwnego, że zmiana od 2016 roku idzie w jednym kierunku: dziś mamy w Polsce 70 proc. poparcia dla legalizacji aborcji, 97 proc. poparcia wśród elektoratu największej – i konserwatywnej! – koalicji opozycyjnej, czyli KO. 94 proc. poparcia w elektoracie Polski 2050, mimo że na jej czele stoi zwolennik całkowitego zakazu aborcji.

Koleżanki sąsiadki

Z czasem OSK zaczął się zajmować wzajemnym wsparciem kobiet. Drugi rok prowadzimy projekt “Koleżanki Sąsiadki”. To autorski program OSK, wymyślony przez Agnieszkę Czerederecką. Skoro jesteśmy wszędzie i jesteśmy predestynowane do pomocy, to tworzymy sieć wzajemnego wsparcia osób doświadczających przemocy. Uzupełniamy, a czasem zastępujemy system.

Mamy szkolenia online prowadzone przez certyfikowane trenerki (z Centrum Praw Kobiet) oraz zajęcia z pierwszej pomocy psychologicznej (z trenerkami z Instytutu Pozytywnej Terapii Kryzysu należącego do Światowej Federacji Zdrowia Psychicznego): jak profesjonalnie rozmawiać z osobami doświadczającymi przemocy, jak wspierać i ratować, jak rozpoznawać mechanizmy powiązane z przemocą. Po przejściu takich szkoleń - a zajęcia są obowiązkowe - uczestniczki dostają certyfikaty.

W tym roku w tym projekcie bierze udział aż 220 osób!

Macie czas na szkolenia, kiedy jest wojna w Ukrainie?

Jasne, że te programy spowolniły. I nie tylko od czasu wojny w Ukrainie. Przedtem był Usnarz, granica polsko-białoruska. OSK nie tylko wspiera obywateli, ale i inne organizacje i ruchy. Nie wpychamy się tam, gdzie ludzie wiedzą, co robić, bo z szacunkiem podchodzimy do kompetencji. Ale jak trzeba pomóc, to jedziemy z tą pomocą – tak było w Usnarzu.

Pod flagą OSK?

Musiałaś to już zauważyć. Strajk nie jest nastawiony na promocję działaczek - tylko na działania. Więc zwija sztandar, jeśli trzeba.

Rzeczywiście, to się pojawia we wszystkich relacjach z tego roku: ze Swarzędza, Piotrkowa, Rybnika, Wodzisławia, Iławy...

To jest cecha ruchów kobiecych – a niesienie pomocy humanitarnej na granicę polsko-białoruską było doświadczeniem cementującym naszą sieć.

Prawa Polek, prawa Ukrainek

To teraz powiedz, jak było 24 lutego.

Mam na Ukrainie rodzinę, mam przyjaciół. Przez dwa czy trzy tygodnie nie byłam w stanie nic zrobić. Odcięłam się. Na krótko pozwoliłam sobie na wyparcie.

Ale była jakaś pilna sprawa do załatwienia w Warszawie, pojechałam do naszego biura przy Wiejskiej. Tam już działał punkt pomocowy, dziewczyny dogadywały się z uchodźczyniami w miarę możliwości, trochę po rosyjsku, trochę po angielsku. A ja przecież płynnie mówię po ukraińsku. Przecież jestem Ukrainką.

Były uściski, łzy, opowiadane między stertami darów historie drogi przez piekło. To było dla mnie graniczne przeżycie.

Już wtedy uzmysłowiłyśmy sobie: w tych tłumach ludzi idących do Polski są ofiary gwałtów i przemocy, osoby w terapii onkologicznej, być może bez leków i dokumentacji, ludzie w kryzysach psychicznych. Osoby LGBT i transpłciowe. Osoby z niepełnosprawnościami. Dzieciaki wykorzystane po drodze przez zwyrodnialców.

Tam są ludzie z najróżniejszymi problemami, których przecież nasze państwo nie rozwiąże - bo nie umie wspierać swoich własnych obywatelek i obywateli. Okazało się, że my, strajkowiczki, jesteśmy w stanie wypatrzeć te problemy i znaleźć rozwiązanie. Bo mamy kontakty i umiejętności. Nie zawsze i nie wszystko same załatwiamy, bo często jest to ponad nasze siły i możliwości - ale umiemy się dowiedzieć, jak coś załatwić i kto może pomóc. I tak kolejne osoby wchodzą w sieć pomocy.

Ja akurat wykorzystuję swoje kompetencje językowe. Początkowo zostałam “pilotką” zagubionych i nieporadnych z powodu traumy. Odświeżyłam swoje ukraińskie znajomości w Polsce, a mam mnóstwo kontaktów. Łączę to z pomocą, jaką może oferować OSK – to się znakomicie uzupełnia.

Zaczynałam od tego, że siedziałam noc na telefonie i uspokajałam dziewczynę, która z Przemyśla jechała do Wrocławia. Tam już miała zorganizowaną pomoc, ale podróż trwała długo, a ona po tym, co przeszła, była na skraju załamania nerwowego. Więc gadałam z nią, wyjaśniałam, co się dzieje – bo ona nie znając polskich realiów co chwila wpadała w panikę.

Było mnóstwo roboty papierkowej - tłumaczenie pism, pisanie do urzędów. Przecież wojewódzkie punkty pomocy działały źle - to znaczy były przygotowane do obsługi ludzi bezproblemowych: przyjąć, znaleźć mieszkanie, dać talony, odfajkować. Żadnej spójnej pomocy dla migrantek, w tym pomocy psychologicznej.

Weźmy przykład z moich stron: trafiła do nas rodzina z Buczy. Dostali mieszkanie w bloku popegeerowskim, czyli niby wszystko OK. Ale oni, mieszkańcy aglomeracji, trafili do zapuszczonego domu w szczerym polu. Coś im pomagałam załatwić i okazało się, że córka tych ludzi była w Ukrainie leczona na depresję - ale teraz nie ma ani leków, ani dokumentacji. Siedzi w tym mieszkaniu – a z oddali słychać strzały. Bo to PGR w pobliżu poligonu. Rozpacz.

Inna grupa uchodźców trafiła na inną wieś pod Węgorzewem. Jedna osoba ciężko chorowała tam psychicznie, było też dziecko w głębokim ADHD – i też bez pomocy.

Dwóch chłopców z Mariupola, z odłamkami w nogach – a jeden z nich niepełnoletni. W takiej sytuacji trzeba najpierw uporządkować ich sytuację prawną, żeby dało się ich leczyć.

Była też dziewczyna chorująca onkologicznie. Żeby przeprowadzić ją przez nasz system “ochrony zdrowia”, trzeba było się narobić. Ale pamiętam to przede wszystkim dlatego, że to ja dostałam do przetłumaczenia polskie wyniki jej badań. I to ja do niej zadzwoniłam:

“Masz dobre wyniki. Jest dobrze!!!”.

Od rozwiązywania pojedynczych przypadków przeszłyśmy do systemowej pomocy. Teraz właśnie uruchomiłyśmy psychopogotowie dla uchodźczyń i uchodźców. Nie telefon zaufania, ale pogłębiona pomoc – ze spotkaniem diagnozującym i terapią, jeśli jest potrzebna. Szukamy kontaktów z różnymi organizacjami pomocowymi w trudnych sytuacjach rodzinnych, a tym razem zatrudniłyśmy profesjonalne psychoterapeutki z Ukrainy.

Każda, każdy, kto potrzebuje wsparcia, może napisać SMS pod numer: (+48) 791 343 773. W ciągu 48 godzin odpowie psychoterapeutka, zdiagnozuje, w razie konieczności zaproponuje dłuższą terapię.

My jesteśmy w całej Polsce – tam, gdzie wiele organizacji nie dociera. Działamy lokalnie, ale korzystamy z ogólnopolskiej sieci kontaktów i wsparcia. To jest bardzo wydajne.

Protesty obywatelskie i obywatelska sieć pomocy

Przychodzi mi do głowy, że dokonuje się teraz w Polsce rewolucja podobna do tej sprzed 30 lat, kiedy powstały samorządy - i niekompetencja władzy centralnej przestała być tak niebezpieczna dla ludzi. Tamtej rewolucji też długo nie zauważyliśmy - dopiero teraz okazuje się, jak ważną oddolną siłą są samorządy. Teraz zaś powstają prawdziwe lokalne wspólnoty, co jest mocniejsze od samych struktur samorządowych.

Widzę to trochę inaczej. Ukrainki i Ukraińcy trafili do nas w momencie, gdy walka o prawa człowieka już trwała parę lat. To nas przygotowało, zahartowało - ale też po prostu wyczuliło i nauczyło wyłapywać nienormatywne sytuacje i newralgiczne momenty. Nauczyliśmy się tych praw człowieka i wiemy, gdzie i jak są łamane.

Zdołaliście opanować cały II Rozdział Konstytucji – o prawach i wolnościach, które nam przysługują, ale władza o to nie dba.

Możesz tak to nazwać. Ale po prostu przez sześć lat działania OSK nauczył się zadawać pytanie:

W jakiej sytuacji jest ten człowiek, czego potrzebuje.

I doskonale wiemy, że nie dostanie takiej pomocy od polskiego państwa, bo – jak mówiłam - polskie państwo takiej pomocy nie świadczy swoim obywatelkom i obywatelom. Więc sami ją sobie organizujemy.

Ukrainki potrzebują aborcji. Czyż nie? I trzeba im pomóc. Na Ukrainę trzeba też dostarczyć tabletki dzień po. Tam jest wojna i to oczywiste, że to jest potrzebne. Kiedy myślisz o potrzebach konkretnej osoby, to taki wniosek jest oczywisty.

Sukcesy?

Uchodźcy radzą sobie w Polsce coraz lepiej, a wielu aktywistów wyłącza się z działalności. Mówią, że muszą odpocząć. Co będzie dalej?

Boję się spowszechnienia tematu. Że uznamy, że ta nadzwyczajna sytuacja i nieefektywność państwa, to, że szkodzi obywatelom, to zwyczajna kolej rzeczy. Że damy się poszczuć jedni na drugich. I że wojna w Ukrainie wtopi się w krajobraz.

Tak chyba nie będzie - poparcie dla Ukraińców w Polsce nie spada, co budzi zdumienie komentatorów. Ale pewnie tak jest dzięki temu, że akcja pomocy była tak powszechna - że prawie każdy coś w tej sprawie zrobił, pomógł, doradził. Poczuł się potrzebny.

Są takie badania? To super. Ludzi na placu boju nie zabraknie, choć będzie ich mniej. Niesienie pomocy wymaga dużej dojrzałości aktywistycznej, nie można się zniechęcać tylko dlatego, że trafiło się na osoby trudne albo nieuczciwe. Bo nawet jak się tak zdarzy, to nas nie zwalnia z obowiązku.

Gdybyś miała teraz powiedzieć, co się OSK udało, to...?

  • Po pierwsze – nasz udział w pomocy Ukrainie. Do dziś na pomoc Ukrainie (na wsparcie uchodźczyń, uchodźców, walczących na froncie i ludności cywilnej w Ukrainie) zebrałyśmy blisko 890 tys. zł.
  • A po drugie - zmiana podejścia do aborcji.
  • Po trzecie – to, jak ludzie nauczyli się mówić o potrzebach innych. Jak są wyedukowani, jak rozróżniają osoby transpłciowe od homoseksualnych, jak starają się używać niewykluczającego języka. Powiesz może, że to nie jest spektakularne – ale to jest wielka zmiana.

OSK miał jednak wielkie plany polityczne, domagał się dymisji rządu, tworzył zespoły programowe.

Z natury nie jestem politycznym zwierzęciem, tylko bitną kobietą z temperamentem. Nie patrzę na świat “politycznie” - a jeśli już, to w takich kategoriach, jakich używałam w tej rozmowie. To jest dla mnie polityka.

Więc jeśli pytasz mnie o cel polityczny – to chciałabym, żeby Polska wyszła z tego dna, żeby skończyły się rządy degeneratów i przestępców z koalicji PiS-Kościół rzymskokatolicki, żeby wróciła praworządność, żeby aborcja została zalegalizowana. Marzę, by potem kolejną zmianą legislacyjną dotyczącą aborcji było całkowite wyjęcie tego zabiegu z regulacji prawnej.

To się nie zmieni z dnia na dzień, a prawo będzie zwieńczeniem procesu społecznego, który się teraz dokonuje. Więc jeśli mówisz “prawo się jeszcze nie zmieniło, więc przegrałyście”, to popełniasz logiczny błąd.

Dlatego “politycznie” ważna jest dla mnie debata sejmowa przy okazji projektu "Legalna aborcja. Bez kompromisów", w czerwcu 2022. Mimo że ten projekt od razu odrzucili, to ważne było, że w Sejmie kobiety mówiły o swoich prawach – i to, jak mówiły. Niesamowite wystąpienie Natalki Broniarczyk i Marty Lempart, to było coś.

Z tego jesteś dumna?

Z matką rozmawiasz. Dumna to ja jestem z tego, jak wychowałam swoje dzieci. Z tego, że córka walczy o prawa zwierząt, a syn spędził ileś dni na granicy pomagając uchodźcom z Food Not Bombs i woził pomoc do Lwowa. I że oboje są gorącymi antyfaszystami.

Jeśli już mamy rozmawiać o polityce – to ważne jest jak społeczeństwo się zmieniło. Kobiety weszły do mediów. Są Ronda Kobiet (mamy takie w Giżycku), samorządy dofinansowują in vitro. Ludzie są bardziej odważni, bo OSK ich ośmielił. Nauczyliśmy się patrzeć na ludzi osobno, na ich rzeczywiste problemy - mało ci?

U nas w Węgorzewie pojawiają się nowe świetne napisy i świetne wlepki – a ja nie mam pojęcia, kto je stworzył. To mnie codziennie zachwyca.

Ale co z tego wynika – to jeszcze nie zostało nazwane.

Aha, zapisz to koniecznie: dwa razy usłyszałam przez telefon “Tylko do pani mogę w tym mieście się zwrócić. Tylko do pani mam zaufanie". Raz, kiedy zadzwoniła do mnie dziewczyna z pytaniem o aborcję i raz osoba transpłciowa. To dla mnie bardzo ważne.

Były z Węgorzewa?

Właśnie.

Udostępnij:

Agnieszka Jędrzejczyk

historyczka z wykształcenia. Od 1989 r. przez 22 lata redaktorka w Gazecie Wyborczej, potem przez 10 lat urzędniczka, m.in. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara. Od 2021 r. w OKO.press

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne