Inflacja jest na optymalnym poziomie, średnia pensja idzie w górę, rośnie minimalna pensja, maleje ubóstwo. Ale ten sukces gospodarki krajowej jest nierówno odczuwany. Niektórzy zmiany na lepsze odczuwają bardziej niż inni. Są też tacy, którzy realnie biednieją. I krytykują OKO.press, że ich nie zauważamy

Pod naszym tekstem na temat tego, że w Polsce niemal wszystkim się poprawia jakość życia, rozgorzała dyskusja. Pisaliśmy m.in., że inflacja jest na niskim poziomie i wyprzedza ją wzrost płac. Wielu komentujących krytykowało tekst, zwracało uwagę na to, że w ostatnim czasie nie tylko nie dostali podwyżek, ale również, że zbiednieli, ponieważ w kieszeniach odczuli rosnące ceny produktów spożywczych.

Nierówne rozłożenie efektów wzrostu to bardzo istotny problem. Nie tylko dlatego, że jest postrzegane jako niesprawiedliwe, ale również – o ile jest nadmierne – prowadzi do politycznej destabilizacji.

Dlatego OKO.press analizuje stan dochodów i poziomu życia poszczególnych grup społecznych. Wyniki są pasjonujące.

Inflacja a zmiana cen

Inflacja to wzrost cen w gospodarce. Jeżeli mamy do czynienia ze spadkiem cen wtedy mówimy o deflacji. Inflację oblicza Główny Urząd Statystyczny na podstawie cen przeszło 1400 towarów i usług z ponad 35 tys. punktów handlowych i usługowych w całym kraju. Bardzo ważne jest to, co możemy przeczytać na stronie Narodowego Banku Polskiego: „Ceny poszczególnych dóbr i usług w gospodarce zmieniają się nieustannie. Przykładowo, dzięki postępowi technologicznemu i globalizacji, w tym przenoszeniu produkcji do krajów o niższych kosztach pracy, produkty takie jak komputery, sprzęt RTV i odzież tanieją już od wielu lat.

Jednak sama zmiana cen poszczególnych dóbr bądź usług nie musi jeszcze oznaczać inflacji bądź deflacji. Spadek (wzrost) ceny jednego towaru, może być bowiem kompensowany wzrostem (spadkiem) ceny drugiego. O inflacji można bowiem mówić dopiero wówczas, gdy rośnie ogólny poziom cen dóbr i usług w gospodarce”.

W październiku 2017 roku inflacja w Polsce wyniosła 2,1 proc. Zdaniem NBP to optymalna wartość tego wskaźnika. Najogólniej rzecz ujmując zarówno wyższa, jak i niższa inflacja ma negatywne skutki dla gospodarki.

W latach 2015-2016 mieliśmy do czynienia z deflacją, czyli ogólnym spadkiem cen. Jednak we wcześniejszych latach – w zasadzie od początku przemian gospodarczych, towarzyszyła nam inflacja na znacznie wyższym poziomie niż obecnie. Według danych Bankier.pl, w 1992 inflacja przekraczała 46 proc., była więc wyższa od dzisiejszej ponad 20 razy. W ostatniej dekadzie, poza dwoma latami spadku cen (2015, 2016) inflacja wynosiła od 2 proc. do 4,8 proc.

Jednak to, że GUS podaje, że towary rok do roku drożeją średnio o 2,1 proc., nie znaczy, że każda osoba w ten sam sposób odczuwa wzrost (lub spadek) cen.

Jeżeli tanieją 75-calowe telewizory OLED, meble i samochody luksusowe, a drożeje masło, mleko i chleb, to osoby zamożne z pewnością odczują swoją „własną” deflację (bo niższa cena drogiego telewizora pokryje wzrost kosztów masła), natomiast osoby ubogie odczują inflację (bo najzwyczajniej w świecie nie stać je na przerośnięte telewizory).

O tym właśnie pisali komentatorzy pod naszym tekstem.

Jak więc patrzeć na statystykę, żeby nie złapać się na to, że gdy wśród 10 biedaków jest jeden miliarder, to średnio wszyscy są milionerami?

Gospodarstwa domowe i ich koszyki

GUS często podaje wiele wartości, takich jak dochód rozporządzalny (wyjaśnienie poniżej) dla gospodarstw domowych. Jest to optymalne rozwiązanie z punktu widzenia statystyki: ludzie mieszkają z innymi ludźmi, w tym z dziećmi, funkcjonują w gospodarstwach domowych, przeznaczają pieniądze na utrzymanie innych osób i tak dalej.

  • Co to jesr dochód rozporządzalny

    Dochód rozporządzalny według Głównego Urzędu Statystycznego
    Suma bieżących dochodów gospodarstw domowych z poszczególnych źródeł, pomniejszona o zaliczki na podatek dochodowy od osób fizycznych, o podatki od dochodów z własności, podatki płacone przez osoby pracujące na własny rachunek, w tym przedstawicieli wolnych zawodów i osób użytkujących gospodarstwo indywidualne w rolnictwie oraz o składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne.

    W skład dochodu rozporządzalnego wchodzą dochody pieniężne i niepieniężne, w tym spożycie naturalne (towary lub usługi konsumpcyjne pobrane na potrzeby gospodarstwa domowego z gospodarstwa indywidualnego, bądź z prowadzonej działalności gospodarczej na własny rachunek – rolniczej i pozarolniczej) oraz towary i usługi otrzymane bezpłatnie. Dochód rozporządzalny jest przeznaczony na wydatki oraz przyrost oszczędności.

I tak poziom przeciętnego miesięcznego dochodu rozporządzalnego na osobę wyniósł w 2016 roku 1475 zł i był realnie wyższy o 7 proc. od dochodu z roku 2015 (w 2015 roku wzrost realny wyniósł 4,3 proc.).

Czy więc wszyscy wzbogacili się o 7 proc.? Nie, ponieważ wzrost zamożności nie jest równomierny – jedni bogacą się szybciej inni wolniej, a jeszcze inni wcale.

Powyższy wskaźnik jest podany dla przeciętnej osoby w przeciętnym polskim gospodarstwie domowym. Spróbujmy więc dochód rozporządzalny rozbić – jak to robi GUS – na grupy społeczno-ekonomiczne.

I tak

  • dochód rozporządzalny pracowników wynosi 104 proc. średniej,
  • dochód osób pracujących na własny rachunek to już 121 proc. średniej,
  • natomiast dochód rolników to 78 proc,
  • a rencistów 79 proc. średniej,
  • najciekawsze jest to, że dochód emerytów wynosi 106 proc. średniej.

Dla każdej z powyższych grup również da się wyróżnić podgrupy, a dla tych podgrup kolejne podgrupy. Każda z nich będzie miała nieco inny dochód rozporządzalny. Wiemy na przykład, że emerytury kobiet są znacznie niższe niż emerytury mężczyzn.

Inaczej ma się też dochód rozporządzalny samozatrudnionego pracownika IT i sprzątaczki zmuszonej do założenia działalności.

Dochód ze względu na wykształcenie

Możemy też podzielić gospodarstwa domowe pod względem wykształcenia domowników i przyjrzeć się ich dochodowi rozporządzalnemu.

I tak

  • największym dochodem rozporządzalnym dysponują osoby z wyższym wykształceniem – 141 proc. średniej,
  • dalej – osoby z wykształceniem policealnym – 100 proc.,
  • osoby z wykształceniem zawodowym dysponują 80 proc. średniego dochodu rozporządzalnego,
  • osoby z wykształceniem gimnazjalnym i podstawowym jedynie 72 proc. średniego dochodu.

Jest jeszcze jedna kwestia, o której warto wspomnieć. Powyżej mówiliśmy o średniej. Średnią liczy się dzieląc jakąś wartość przez liczbę osób.

I tak jeśli wśród 10 osób bez grosza przy duszy jest ktoś kto ma 20 milionów, to wszyscy średnio są milionerami.

Dlatego lepszą kategorią jest mediana, która dzieli grupę osób na równe połówki – zarabiających poniżej oraz powyżej wartości medianowej.

Dla przykładu – mediana dochodu rozporządzalnego dla osób samozatrudnionych wynosi 1470 zł, natomiast średnia 1792 zł. Średnią ciągną w górę najbogatsi; przy medianie takie zjawisko nie występuje.

I tu dochodzimy do najważniejszej kwestii  – udziału wydatków gospodarstw domowych w tak zwanych koszykach dóbr konsumpcyjnych. Brzmi skomplikowanie, ale sprawa jest prosta:

  • osoby zamożniejsze przeznaczają mniejszą część dochodów np. na jedzenie i mieszkanie, czyli dobra pierwszej potrzeby, ponieważ zostaje im poza tym część pieniędzy, które odkładają, lub wydają na dobra luksusowe;
  • osoby biedniejsze na jedzenie wydają procentowo więcej.

Udział przeciętnych wydatków na jedną osobę na koszyk żywności i napojów bezalkoholowych w 2016 wyniósł średnio 24,2 proc.  w ich dochodach. Oznacza to, że przeciętny Kowalski właśnie taką część swojej wypłaty przeznaczał na jedzenie.

Ale jeśli zaczniemy dzielić włos na czworo, to się okaże, że osoby pracujące na własny rachunek (a więc grupa najbogatsza, jak już widzieliśmy powyżej) wydała na ten cel 21 proc. dochodu, a rencista już niemal 30 proc. Im większa dysproporcja w zarobkach, tym większa różnica w części przeznaczanych na ten cel środków finansowych; bogaci wydają na jedzenie proporcjonalnie mniej, biedniejsi więcej.

Każdy ma swoją inflację

To z kolei oznacza, że każda grupa inaczej odczuwa podwyżki cen artykułów żywnościowych, które w ostatnim czasie zauważalnie wzrosły.

I choć – jak pisaliśmy powyżej – inflacja, czyli ogólny wzrost cen, jest na poziomie 2,1 proc., tak już żywność i napoje bezalkoholowe rok do roku w październiku zdrożały aż o 5,4 proc. Przyczyniły się do tego między innymi bardzo wysokie podwyżki cen masła, czy spore podwyżki cen chleba.

A warto pamiętać, że ludzie niechętnie odchodzą od przyzwyczajeń konsumpcyjnych – kupują, ponieważ się przyzwyczaili, do momentu aż rzeczywiście stwierdzą, że pewien artykuł jest dla nich za drogi i albo z niego zrezygnują, albo się przerzucą na jakiś jego ekwiwalent.

Osoby z biednych gospodarstw domowych mogły więc odczuć znacznie większą inflację i podwyżkę cen niż osoby zamożniejsze.

Często jest tak, że zamożni nie zauważają nawet wysokich podwyżek cen żywności: biorą do koszyka to na co mają ochotę, płacą i wychodzą. Osoby mniej zamożne nie mają tego komfortu. A wyższy wzrost cen żywności wyrównuje inflację do poziomu 2,1 proc. taniejąca odzież i obuwie oraz wyposażenie mieszkania, czyli rzeczy, na które rzadziej stać biedniejszych.

Komu rosną zarobki, a kto podwyżek płac nie odczuwa

GUS podaje, że mamy do czynienia z największymi podwyżkami średniej pensji od 8 lat. Ale znowu – nie wszyscy to odczuwają.

Średnia pensja w tym badaniu odnosi się do firm zatrudniających powyżej 9 osób oraz tylko do przedsiębiorstw prywatnych.

W części administracji publicznej płace stoją od lat. Emerytury również nie są waloryzowane z miesiąca na miesiąc, tylko raz w roku, a składową tego wzrostu jest między innymi inflacja z roku poprzedniego.

Jeżeli więc w 2016 mieliśmy do czynienia z deflacją, to emerytury wzrosły bardzo niewiele.

Osoby, które dostają bardzo małe świadczenia, podwyżka cen żywności naprawdę silnie uderzyła po kieszeniach.

Kto biednieje?

Możemy pokusić się o podsumowanie. Po pierwsze, wzrost zamożności, chociaż zauważalny, nie dotyczy wszystkich osób. Część osób się bogaci szybciej niż inni. Część nie bogaci się w ogóle, a wręcz – np. na skutek podwyżek cen żywności – realnie biednieje.

W najbardziej niekorzystnej sytuacji są osoby starsze, bezdzietne, bądź z odchowanymi dziećmi, z mniejszych miejscowości, mniej wykształcone, pobierające emerytury bądź renty, zwłaszcza kobiety.

Ich świadczenia są niskie, a środki przeznaczane na żywność są nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do osób zamożniejszych. Nawet jeżeli ogólny obraz bogacenia się większości ludzi – na co wskazuje dynamika wzrostu pensji, niewielka inflacja, świadczenia takie jak 500 plus, czy wzrastająca pensja minimalna – jest prawdziwy, to osoby, które nie załapały się do żadnej z grup korzystających na wzroście nie powinny znikać z radarów.

Wyodrębnienie tych zapomnianych grup i nakreślenie planów na poprawę ich sytuacji powinno być absolutnym priorytetem tworzenia polityk publicznych zabezpieczających przed ubóstwem.


Abonament na wolność słowa

Analityk nierówności społecznych i rynku pracy związany z Fundacją Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, prekariusz, autor poczytnego magazynu na portalu Facebook, który jest adresowany do tych, którym nie wyszło, czyli prawie do wszystkich.
W OKO.press pisze o polityce społecznej i pracy.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym