Błędy i zaniechania władzy ustawodawczej przekładają się na ocenę sądów. Władza przerzuca na nie odpowiedzialność. Rzeczywiste grzechy sądów, ich pomyłki, zaniechania, niezręczności, niedostateczne doświadczenie w operowaniu prawem unijnym i prowadzaniu dialogu ze społeczeństwem ulegają wyolbrzymieniu. Przenikliwy tekst prof. Łętowskiej.

Obywatele stykają się z prawem poprzez działanie sądów, które w tej sytuacji stają się „chłopcem do bicia” . To zręcznie wykorzystują politycy, niechętni rzetelnie realizowanemu podziałowi władz, hołdujący idei „dziel i rządź”. W Polsce sądy płacą wielką cenę za swe konstytucyjne wyniesienie do pozycji trzeciej władzy. Ich władza nad znaczeniem prawa bywa – i tak jest obecnie w Polsce – przedmiotem rekonkwisty na rzecz władz politycznych. To nie poprawia ani pracy sądów, ani atmosfery wokół nich –  pisze prof. Ewa Łętowska.

Poważnie chyba nikt nie powie, że reformy, realizowane w wymiarze sprawiedliwości od trzech lat z uporem i – niestety –  z ostentacyjną arogancją, poprawiły szybkość i sprawność działania sądownictwa. Wątpliwe zresztą czy kiedykolwiek był to ich główny cel.

W ciągu ostatnich kilku lat nie polepszyło się w samych sądach, a atmosfera wokół nich uległa jeszcze pogorszeniu.

W tekście„Sądy jako ostatnie ogniwo, czyli chłopiec do bicia”, który publikujemy poniżej, prof. Łętowska podaje nie zawsze uświadamiane  przyczyny niskiej społecznej legitymacji sądów.

Po pierwsze, olbrzymie znaczenie ma trwająca od kilku lat polityczna rekonkwista władzy sądowniczej, ograniczająca niezależność sądów i  osłabiająca niezawisłość sędziów. Prof. Łętowska zauważa, że dziś zamiast kooperacji władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, mamy do czynienia z polityczną eksploatację imperialnej zasady „dziel i rządź”.

Po drugie,  sądy zawsze są „chłopcem do bicia” ze względu na swoją pozycję „ostatniego ogniwa” w procesie „stanowienia-wykładni-stosowania prawa”. Ponoszą odpowiedzialność za błędy czy zaniechania władzy ustawodawczej i wykonawczej. Te często przerzucają na sądy konieczność rozwiązywania problemów, które bezpośrednio dotykają obywateli, co dobitnie pokazuje reprywatyzacja oraz sprawa kredytów frankowych. A sądy z rozwiązywaniem tych problemów nie zawsze sobie radzą, co skutkuje utratą zaufania obywateli.

„Stykając się bezpośrednio z obywatelami, właśnie  sądy płacą – nie tylko za błędy własne, ale i cudze: te, które spowodowała źle działająca władza ustawodawcza, a także jej  niechęć lub nieumiejętność podjęcia zagadnień wymagających interwencji systemowej” – zauważa prof. Łętowska.

Po trzecie, także samym sądom trzeba wypomnieć bezpieczną izolację, niechęć do transparentności i budowania mostów ze społeczeństwem, a także niedostateczny dialog z Europejskim Trybunałem Praw Człowieka i Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Tymczasem to także w interesie sądów i sędziów jest budowanie zarówno społecznego zaufania, jak i zaufania w Radzie Europy i w Unii Europejskiej.

Konsekwencje tych wszystkich zaniechań ponoszą obywatele, w których interesie jest posiadanie bezstronnego rozjemcy, zwłaszcza w konfliktach na linii obywatel-państwo.

Polityczna rekonkwista „trzeciej władzy” nie służy obywatelom.

Prof. Ewa Łętowska: Sądy jako ostatnie ogniwo, czyli chłopiec do bicia

Dziel i rządź

Poważnie chyba nikt nie powie, że reformy, realizowane w wymiarze sprawiedliwości od trzech lat z uporem i – niestety –  z ostentacyjną arogancją, poprawiły szybkość i sprawność działania sądownictwa. Wątpliwe zresztą czy kiedykolwiek był to ich główny cel.

Nie polepszyło się w samych sądach.

„Temida zwalnia, bo brakuje sędziów” – donosi w ostatnich dniach „Rzeczpospolita”. „Sądy na krawędzi katastrofy. Tak źle jeszcze nie było”– alarmuje „Dziennik Gazeta Prawna”. Statystyki i dane dokumentują fakty: wydłużenie czasu spraw, idące w setki wakaty sędziowskie i dezorganizujące pracę niejasności systemu losowego przydziału spraw.

Nie polepszyła się atmosfera w sądach i wokół sądów. Przykłady:

  • Niewyjaśniona i niewyjaśniana, niesłychana sprawa:  zorganizowanego – z niechlubnym udziałem funkcjonariuszy Ministerstwa Sprawiedliwości – hejtu wobec sędziów;
  • niesnaski  w Sądzie Najwyższym; konieczność powtórzenia w SN wyborów rady ławniczej, podważająca wiarę w profesjonalizm organizacji pracy ławników;
  •  brak jawności list poparcia do KRSi lekceważenie wyroków sądów nakazujących ich ujawnienie (delikt konstytucyjny);
  • niejasne stanowisko i komunikaty KRS w związku z realizacją jej konstytucyjnych i ustawowych kompetencji, świadczące o słabości przyjętej  strategii;
  • wysyp wątpliwych i wybiórczych posunięć rzeczników dyscyplinarnych;
  • niepewność co do następstw i oczekiwań wobec pytań prejudycjalnych dotyczących polskiego sądownictwa; w sądach akcjei protesty wobec legitymizacji jawnych i ukrytych naruszeń standardów państwa prawa;
  • sprawy sądowe przeciw ministrowi sprawiedliwości, z inicjatywy poszkodowanych sędziów, nie mogących doczekać się ochrony przed zinstytucjonalizowanym hejtem.

Wymaganą przez preambułę i art. 10 Konstytucji współpracę i kooperację władz, zastąpiło  imperialne „dziel i rządź”.  Tyle, że chaos i niepewność nie służą społecznej legitymizacji, bez której nie może prawidłowo funkcjonować żadna władza. Także ta trzecia.

Niebezpieczny konstytucyjny dar

W 1997 r., w Konstytucji  podniesiono sądy do rangi partnera i kontrolera dwóch innych władz, zakładając  ich wzajemną „kontrolę i równoważenie”.

Konstytucyjne wyniesienie sądów ma jednak swoją cenę.

Po pierwsze, wymagało od samych sądów – czemu one nie całkiem sprostały –  rezygnacji z bezpiecznej izolacji. A do tego: większej przejrzystości, otwartości, gotowości budowania mostów ze społeczeństwem, publicznego tłumaczenia przyjętych rozstrzygnięć i również jednak tłumaczenia „się”.

Po drugie, wejście w 1991 r.  do systemu Rady Europy a później  (2004) do Unii Europejskiej nakazywało dialog  z partnerami  w stosowaniu prawa – w Strasburgu dialog z Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, w Luksemburgu dialog z Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Trudności wynikające z potrzeby  szybkiego odnalezienia się w nowym, multicentrycznym systemie prawa, nie zostały chyba dostatecznie szybko spostrzeżone i docenione.

Dialog z Europejskim Trybunałem Praw Człowieka natrafiał na kompletnie zbędne przeszkody, a nadmierna wiara we własne siły osłabiała gotowość do partnerstwa i dialogu z Trybunałem Sprawiedliwości UE.

Dopiero, gdy same sądy znalazły się w potrzebie, ujawnił się tkwiący tu potencjał.

Polityczna rekonkwista

Władza sądów nad znaczeniem prawa zawsze skłania władzę polityczną do rekonkwisty, ograniczającej  niezależność sądów i  osłabiającej niezawisłość sędziów. Jesteśmy właśnie tego świadkami.

Odzyskiwanie wpływu na sądownictwo odbywa się nie tyle i nie tylko poprzez zmiany instytucjonalne i prawo, ale poprzez personalia. Obejmuje to zarówno działania – powiedzmy – nomenklaturowe, takie jak obsada stanowisk funkcyjnych i w postępowaniu dyscyplinarnym, jak i rekrutację i kształcenie kadr.

Ale  do rekonkwisty dochodzi także poprzez działania, które – nie bez ironii – można nazwać miękkimi, ponieważ dotyczą wpływu  i motywacji na samych sędziów. To efekty  mrożące (zniechęcające wobec pewnych postaw i zachowań) i – odwrotnie – stymulujące, aprobowane przez polityków zachowania i postawy. W tym zakresie skutecznym narzędziem jest arbitralne i wybiórcze stosowanie lub niestosowanie represji i takież nagradzanie.

Ostatnie ogniwo

Sądy są ostatnim ogniwem w łańcuchu „stanowienia-wykładni-stosowania prawa”.

Stykając się bezpośrednio z obywatelami, to właśnie  sądy płacą – nie tylko za błędy własne, ale i cudze: te, które są spowodowała źle działająca władza ustawodawcza, a także jej  niechęć lub nieumiejętność podjęcia zagadnień wymagających interwencji systemowej.

Charakterystyczne jest, że gdy politycy i ustawodawca nie bardzo mogą się uporać z jakimś zadaniem wymagającym interwencji systemowej – chętnie delegują problem na sądy.  Pozbywają się wtedy kłopotu, a także kanalizują społeczne niezadowolenie, które nieuchronnie spada na sady. Jako przykłady wystarczy wskazać reprywatyzację czy kredyty frankowe, a więc sprawy dotykające wielu obywateli i ogniskujące trudne do rozwiązania – jeżeli w ogóle to możliwe – konflikty interesów.

W obu wypadkach zresztą, rezygnację z rozwiązania ustawowego poprzedzały wypowiedzi polityków, nawiązujące do znanego gestu umycia rąk, zaś sądy postawiono z góry na straconej pozycji. Inna rzecz, że i sądy same niewiele zrobiły, aby jakoś się z niekomfortowego położenia wydobyć.

W kwestiach reprywatyzacyjnych niewydolność sądów wykorzystano kolejny raz jako argument za powołaniem komisji reprywatyzacyjnej. W konsekwencji sądy i tak muszą orzekać o skutkach decyzji po jej wydaniu przez komisję, która wykreowała nadzieję definitywnego załatwienie sprawy nierozwiązywalnej. Rozczarowani wystawiają zaś za to rachunek sądom.

W sprawach kredytów frankowych to, co wcześniej powinien był zrobić ustawodawca i nadzór finansowy, również  zrzucono na głowę sądom. Te nienadzwyczajnie radziły sobie z unijnymi zasadami  chroniącymi konsumentów. Ustawodawca i administracja też sobie nie radziły, tyle, że one  przerzucały sprawę na sądy, a te ostatnie,  zamiast w porę zwrócić się z pytaniami prejudycjalnymi do TSUE, nieroztropnie zaniechały dialogu.

Tymczasem, jak trafnie wskazuje raport  dr Anety Wiewiórowskiej – Domagalskiej (Uniwersytetu w Osnabrueck) „od sądów państw członkowskich oczekiwano, że orzekając będą się kierowały zasadami, których w pełni nie rozumieją, stosując narzędzia, którymi nie bardzo umieją się posługiwać”. Ta gorzka, ale trafna ocena nie ogranicza się tylko do studium przypadku polskich kredytów frankowych, gdzie ją sformułowano.

Krajobraz po transformacyjnej bitwie

Z racji przynależności Polski do Unii Europejskiej polskie sądy są sądami unijnym. Fakt ten  nie zapewnia jednak im samym niezbędnej sprawności w posługiwaniu się zasadą efektywnej ochrony prawnej: ani w interesie tych, którym sądy mają służyć, ani w ochronie ich własnej pozycji, gdy spotykają się z ograniczeniami ich niezależności.

Przynależność do UE wiele sędziom daje, ale i sporo ciągle od nich wymaga. Również konstytucja deklarująca, że sądy są niezależne, a sędziowie niezawiśli, sama w sobie nie sprawia, że konstytucyjne słowo staje się ciałem.

Funkcja sądów – ich pozycja „ostatniego ogniwa” utrudnia im zyskanie społecznej akceptacji. Zwłaszcza, że zamiast kooperacji trzech władz, mamy polityczną eksploatację zasady „delegowania  kłopotów”.

Natomiast niezależność sądów i niezawisłość sądów obywatelom się po prostu opłaca. Dobrze wyjaśnia to w filmie przygotowanym dla „Wolnych Sądów” reżyser Wojciech Smarzowski: opłaca się mieć  bezstronnego rozjemcę na wypadek jakiejś szkolnej awantury, gdzie bójka dwóch nielubiących się uczniów przeradza się w grubszą sprawę. Gdy dyrektorką szkoły jest matka jednego z uczestników bójki – jest raczej oczywiste, kto zostanie kozłem ofiarnym.

Obywatelom nie opłaca się natomiast polityczna rekonkwista trzeciej władzy.

Tak jak sądom – nie opłaca się brak dbałości o własną legitymizację społeczną i unijną.

Ostatnie lata dobitnie to pokazały.

Najpierw sądy, potem media. Nie pozwólmy na to władzy.
OKO.press utrzymuje się dzięki Waszym wpłatom.

Ewa Łętowska - prof. dr hab., profesor w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, członek korespondent Polskiej Akademii Umiejętności. Pierwszy rzecznik praw obywatelskich w Polsce (1988–1992), sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego (1999–2002) i Trybunału Konstytucyjnego (2002-2011).


Komentarze

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press