Negocjacje w Abu Zabu, tym razem bez udziału Amerykanów, zaczynają się 1 lutego. Mają się toczyć na ukraińsko-rosyjskim poziomie eksperckim. Tymczasem Moskwa mnoży warunki i grozi jeszcze bardziej bestialskim ostrzałem Ukrainie. Bo pokój, nawet na warunkach Trumpa, byłby dla Putina klęską.
Zdaniem wysłannika Trumpa Steve’a Witkoffa kolejna, „ekspercka” tura może potrwać nawet tydzień (Moskwa potwierdza, że rozmowy mogą trwać „dłużej niż dzień”). Rozmowy na niższym szczeblu są od roku patentem Moskwy na przeciąganie negocjacji. Oraz na przeciąganie wojny, odkąd Trump w czasie spotkania na Alasce z Putinem 15 sierpnia 2025 r. dał się przekonać, że negocjacje można prowadzić bez rozejmu.
Przed tą turą Moskwa wykorzystała już dwa swoje atuty: najpierw ostrzeliwała Kijów, pozbawiając go ciepła i światła w środku zimy („taki atak jest kartą przetargową Rosji w negocjacjach” – ogłosił telewizor w programie „publicystycznym” „60 minut” 30 stycznia). A potem obiecała ograniczenie tego ostrzału. Ale tylko do 1 lutego. Czyli następnie negocjatorzy mają już rozmawiać sprawdzając w komórkach, co się dzieje w Kijowie.
To chwilowe ograniczenie rosyjskiego bestialstwa w Ukrainie miało być – wedle Pieskowa, rzecznika Putina – gestem jego dobrej woli, by „nie utrudniać negocjacji”. W żadnym razie nie ustępstwem.
Rosja sprowadza swoje stanowisko negocjacyjne do nieustępliwości.
Zaraz po „geście” głos zabrał szef Dumy Wołodin i postraszył: „Deputowani Dumy Państwowej nalegają na użycie potężniejszej broni – »broni odwetowej«” – i osiągnięcie celów specjalnej operacji wojskowej”.
Groźba jest zawoalowana – zdanie deputowanych mało kogo w Rosji obchodzi. Taka forma groźby pozwala zdjąć z Putina odpowiedzialność. Wszyscy jednak pamiętają, że kiedy poprzednio deputowani ustami swego marszałka wyrazili pragnienie użycia w Ukrainie „broni odwetowej”, na okolice Lwowa spadł Oriesznik. Hipersoniczna rakieta średniego zasięgu, którą Rosja się szczyci. Atak wywołał zachwyt w Rosji, na świecie zrobił mniejsze wrażenie – do brutalnych ataków Rosja już przyzwyczaiła, a sytuacja w samym Kijowie skupia uwagę świata.
Może teraz Putin też coś szykuje. W piątek 30 stycznia szeroko rozwodził się nad możliwościami rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego.
Takie jest tło negocjacji. Ich szczegółów rozmów negocjatorzy nie ujawniają. Nastają na to Amerykanie i bardzo zależy na tym Kremlowi. Publiczne omawianie, czego Putin chce, a czego może nie dostać, jest całkowicie niezgodne z imperialną i carską kulturą polityczną Rosji.
Oficjalnie nie wiadomo więc nawet, w którym pałacu w Abu Zabi odbywają się rozmowy, a z pierwszej tury opublikowano tylko jedno zdjęcie.
Mimo to i Rosjanie, i Amerykanie, i Ukraińcy co nieco ujawniają. Najwięcej do powiedzenia ma Kreml – choć jednocześnie lży stronę ukraińską za to, że ujawnia, na czym Ukrainie zależy.
Kreml jest wręcz gadatliwy: podaje kolejne warunki, na jakich zgodziłby się zakończyć najazd na Ukrainę. Te warunki są coraz bardziej konkretne (inaczej niż na początku najazdu, kiedy mowa była jedynie o "denazyfikacji, demilitaryzacji, denuklearyzacji (!) oraz neutralnym statusie Ukrainy). A przez to, że są konkretne, widać, jak wiele się Putinowi nie udało. I w jakiej pułapce się znalazł.
Bez realizacji postulatów, nawet jeśli wspólnie z Trumpem zmusi Ukrainę do ustępstw terytorialnych, poniesie klęskę. A postulaty Putina są coraz mniej do osiągnięcia, nawet w sojuszu z Trumpem. Tymczasem – co bardzo ciekawie opisał w OKO.press Tomasz Makarewicz – zasoby Putina kurczą się. Ale jeszcze starczą na prowadzenie wojny.
Stanowiska negocjatorów są teraz takie:
Ukraina nie jest gotowa na kompromis w sprawie oddania Donbasu i elektrowni jądrowej w Zaporożu. To znaczy – nie zgodzi się na oddanie swoich ziem i wycofanie się z tego, czego Putin, który utknął pod Kupiańskiem, zająć nie zdołał. Takie oświadczenie złożył prezydent Zełenski 30 stycznia.
Zełenski gotów jest do rozmów pokojowych na najwyższym szczeblu, ale na pewno do Moskwy nie pojedzie. To nie wchodzi w grę – bo Ukraina nie jest tu petentem. Tymczasem Rosja zgodziłaby się na takie spotkanie, ale tylko w Moskwie. Putin „zagwarantowałby Zełenskiemu bezpieczeństwo” – co brzmi jak kpina, bowiem równocześnie Moskwa opowiada, że pokoju nie będzie, dopóki nie uda się pozbyć Wołodymyra Zełenskiego (o czym niżej).
Szef ukraińskiego MSZ Andriej Sybiha ujawnił też, jak mogłaby wyglądać sama procedura podpisywania porozumienia. Nie jest to proste, bowiem Moskwa twierdzi, że nikt w Ukrainie nie jest władny złożyć ważny podpis – obecne władze mają najwyżej prawo podpisać akt kapitulacji. Jednak Ukraińcy mówią, że problem Rosjan z nieuznawaniem Ukrainy da się obejść:
Ukraina podpisałaby traktat z USA, a USA – Rosją.
Ukraińcy nie ukrywają, że do porozumienia jest daleko – bo Ukraina nie może się tak po prostu wyrzec swoich ziem, a zwłaszcza tych, których Rosja nie zdobyła. Ukraińcy zdają też sobie sprawę, że negocjacje o terytorium to tylko pretekst – Moskwa ma w zanadrzu dużo więcej roszczeń.
Ale przy tym wszystkim Ukraińcy ostentacyjnie zgadzają się rozmawiać po rosyjsku.
Amerykanie są przekonani, że rozmowy „idą dobrze” i „jest postęp”. Sekretarz stanu Marco Rubio, wysłannik Witkoff a także przedstawiciel USA w NATO Matthew Whitaker powtarzają, że tak naprawdę do omówienia została tylko sprawa terytorialna, a reszta jest uzgodniona.
Nie do końca jest więc jasne, dlaczego Amerykanie zgodzili się teraz na dwustronne rosyjsko-ukraińskie negocjacje na szczeblu eksperckim, którym mają się tylko przyglądać. Wysłannicy Trumpa przyznawali wprawdzie, że nie orientują się w zawiłościach geograficznych i historycznych tej części świata, ale przecież kwestii terytorialnych nie rozstrzyga się na na szczeblu eksperckim.
Whitaker ogłosił tej nocy, że „porozumienie pokojowe, które ostatecznie jest pierwszym krokiem, jest bardzo złożone, Chodzi o terytoria, o ustalenie granic, o ich kontrolowanie, o monitorowanie zawieszenia broni. Ale jego zawarcie będzie dopiero pierwszym krokiem w kierunku rozwiązania kryzysu ukraińskiego”. Może to znaczyć, że Amerykanie zrozumieli, że na roszczeniach terytorialnych Rosja nie poprzestanie, ale chcą ogłosić sukces Trumpa w negocjacjach. Putin mógłby wtedy ogłosić, że resztę załatwi się „potem”.
Rubio przed komisją senacką 28 stycznia mówił jednak także, że gotowe jest już też porozumienie USA-Ukraina-Europa w sprawie gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Jedyne, co trzeba zrobić, to przekonać do niego Rosję.
Wedle Rubio gwarancje zakładają, że w Ukrainie stacjonować będzie europejski korpus (brytyjsko-francuski) a USA zobowiążą się do interwencji na rzecz Ukrainy, jeśli Rosja znowu ją zaatakuje.
Tymczasem Moskwa w kółko powtarza, że żadne (poza rosyjskimi oczywiście) wojska nie mogą stacjonować w Ukrainie. A tym bardziej europejskie, bo to przecież wojska NATO.
Kreml w sprawie deklaracji amerykańskich stosuje stałą taktykę: o niczym nie wie, niczego nie czytał. A jeśli już chce skomentować propozycje, o których mówią Amerykanie, to nazywa te propozycje „ukraińskimi”.
„Kwestia terytorialna jest najważniejsza” – przyznał 28 stycznia doradca Putina Uszakow.
Ale „wiele innych kwestii pozostaje w porządku obrad”.
Optymizm Rubio, że reszta jest już załatwiona, nie ma więc wedle Uszakowa podstaw.
Uszakow, a także Pieskow odwołują się do „formuły Anchorage”. Chodzi o porozumienie, do jakiego rzekomo miało dojść między Putinem a Trumpem na Alasce 15 sierpnia 2025 r. Istnienia takiego porozumienia nigdy nie potwierdzili Amerykanie. Rosjanie zaś traktują te ustalenia jako wytrych – „formuła Anchorage” zawierać ma bowiem wszystko, czego życzy sobie Rosja i jest zgodna ze „stanowiskiem Putina”.
Chodzi o jego wypowiedź z 2024 r., kiedy Putin po raz pierwszy skonkretyzował, czego chce w Ukrainie. Że odda mu ona w całości Donbas, ale także Zaporoże i Chersońszczyznę anektowane po „referendum” w 2022 r. A więc też cały dolny bieg Dniepru. Potem Putin opowiadał też o Odessie – a więc o odcięciu Ukrainy od morza.
Czy Odessa jest w „formule Anchorage” – tego nie wiemy. Nie wiemy, czy taka formuła istnieje, czy jest rosyjskim blefem.
Sytuację Moskwy skomplikowało to, że w tym tygodniu zwróciła się do ONZ „z prośbą o rozważenie uznania prawa narodów Donbasu , »Noworosji« [Chersońszczyzny i Zaporoża – red.] i Krymu do samostanowienia, podobnie jak Grenlandii”. Biuro Prawne ONZ stwierdziło jednak, iż zasada samostanowienia nie ma zastosowania do sytuacji na Krymie i Donbasie, ponieważ pierwszeństwo ma tam zasada integralności terytorialnej [Ukrainy].
W tym miejscu warto wspomnieć, że w mijającym tygodniu – a więc między pierwszą a drugą turą rokowań w Abu Zabi – szef dyplomacji Kremla Ławrow publicznie i z dużą przyjemnością posługiwał się (w rozmowie z dziennikarzami tureckimi) terminem
„była Ukraina” oraz „to co zostanie z byłej Ukrainy”.
Dyplomata nie ułatwia więc negocjacji – ale może o to chodzi.
Ławrow mówi coś jeszcze: Rosja przez cały styczeń nie zdołała się zapoznać z „20-punktowym planem” Trumpa. I to mimo specjalnych wizyt na Kremlu wysłanników Trumpa: Witkoffa i Kushnera. Oraz rozmów wysłannika Putina Dmitriewa z Amerykanami w Davos 21 i 22 stycznia oraz kolejnej, 31 stycznia, wizyty Dmitriewa na Florydzie u ludzi Trumpa.
„Nie widzieliśmy dokumentu, który Wołodymyr Zełenski stale nazywa »planem 20-punktowym« [Ławrow trzyma się linii i starannie unika nazywania planu amerykańskim – red.]. Rozumiemy, że Ukraińcy i Europejczycy »przerobili« go na podstawie pierwotnego planu USA. I teraz próbują »sprzedać« swoją wizję tego »pokoju« administracji amerykańskiej. Nadal nie widzieliśmy go w całości, ale te tymczasowe wersje nie zawierają już wymogu zapewnienia i poszanowania praw mniejszości narodowych”.
Mimo spowijającej rozmowy tajności rosyjskie media streszczają poufne stanowisko USA tak: „Według zagranicznych mediów inicjatywa USA początkowo zakładała przekazanie całego Donbasu pod kontrolę Moskwy, uznanie go i Krymu za terytoria rosyjskie, zamrożenie większości linii kontaktowej w obwodach zaporoskim i chersońskim, zmniejszenie liczebności ukraińskich sił zbrojnych o połowę oraz zakaz rozmieszczania na Ukrainie wojsk zagranicznych i broni dalekiego zasięgu”.
„Problem kryzysu ukraińskiego nie leży na terytorium, główną przyczyną jest rusofobiczny reżim nazistowski (Ławrow, 29 stycznia). Z tego powodu gwarancje, o jakich mówił Rubio (i których Moskwa nie zna i nie czytała), są „nie do przyjęcia”.
„Najwyraźniej chodzi o gwarancje dla tego samego ukraińskiego reżimu, który prowadzi rusofobiczną, neonazistowską politykę” – podkreślił Ławrow. -”I do tego chcą użyć gwarancji zachodni sojusznicy Ukrainy”.
Czyli warunkiem porozumienia jest to, że wybór władz Ukrainy będzie zależał od Moskwy.
I nie chodzi tu tylko o wybór prezydenta, ale także parlamentu. Ogłosił to 30 stycznia przebywający w Moskwie ukraiński zdrajca Medwedczuk. („Dziś Rada Najwyższa Ukrainy jest gnijącym trupem, niezdolnym do rozwiązania żadnej istotnej kwestii. Kraj potrzebuje całkowitej zmiany władzy”).
Poza zmianą władz w Ukrainie na prorosyjskie dochodzi tu też
postulat uprzywilejowania mniejszości rosyjskiej i jej związanych z Kremlem organizacji.
Krem liczy tu na Trumpa, gdyż powtarza znane, a działające na obecnego prezydenta USA zaklęcie: Ukraina ograniczyła polityczne wpływy Moskwy „przy wsparciu administracji ówczesnego prezydenta USA Joe Bidena”.
Dalej Ławrow (dalej w wypowiedzi dla tureckich mediów): „Rosja postrzega konflikt na Ukrainie jako starcie z Zachodem, w którym sama Ukraina jest pionkiem”. „Przyczyny konfliktu na Ukrainie nie mają źródła w wewnętrznych sporach między dwoma sąsiednimi narodami, lecz w długoletnim geopolitycznym projekcie Zachodu, mającym na celu zniszczenie Rosji”.
Kreml więc wylicza publicznie swoje warunki sprowadzające się do tego, że Ukraina ma skapitulować. Bez ich spełnienia tych warunków pokoju nie będzie. Putinowi z takich deklaracji wycofać będzie się trudno.
„Wielokrotnie powtarzano, a prezydent Władimir Putin często nam o tym przypominał, że zawieszenie broni, o które znów zabiega Wołodymyr Zełenski, nawet jeśli miałoby trwać co najmniej 60 dni, a najlepiej dłużej, jest dla nas nie do przyjęcia” – powtórzył Ławrow.
Jedynym ustępstwem Kremla jest wybiórcze ograniczenie ostrzału Ukrainy przez tydzień. Prezydent Trump ogłosił to jako swój sukces 29 stycznia. Następnego dnia rzecznik Kremla doprecyzował, że chodzi o tydzień kończący się 1 lutego.
I tak oto Kreml dał Trumpowi po nosie.
Z publicznych wypowiedzi trzech układających się stron wynika więc, że Amerykanie są optymistami, bo optymistą jest Trump. Ukraina broni swojej ziemi, a Rosjanie w czambuł wszystko odrzucają – bez czytania. Przez to stanowisko Ukrainy, że bronionej ziemi nie oda, czynią całkowicie zrozumiałym.
Pomysł, by negocjacje odbyły się bez świadków, nie wypala. A licytując coraz wyżej, Putin stawia się w coraz trudniejszej pozycji. Wszystkie jego warunki sformułowane zostały tak, że odstępstwo byłoby zdradą „świętej Rusi” i upadkiem imperium.
Co oznacza, że Moskwa dziś nie chce i nie może zawrzeć porozumienia. Może tylko zwiększać i zmniejszać ataki na Ukrainę.
Tymczasem w stolicy Floty Północnej Siewieromorsku nie było prądu całą sobotę. W Murmańsku też. Się zepsuło w Rosji od mrozów. Pod Irkuckiem nadal nie ma prądu i ogrzewania. Telewizja pokazała tam wizytę zatroskanych notabli.
Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)
Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)
Komentarze