Prawie cztery lata po inwazji z lutego 2022 roku Rosja ma coraz większe problemy z mobilizacją wysiłku wojennego. „Rosja daleka jest od kapitulacji i wciąż ma potencjał na prowadzenie wojny, ale wojna ta to z wolna zaciskająca się garota na szyi Kremla” – pisze dla OKO.press Tomasz Makarewicz.
Powoli zbliża się czwarta rocznica Specjalnej Operacji Wojskowej (SOW), jak kremlowska propaganda eufemistycznie nazwała pełnoskalową napaść Rosji na Ukrainę. To dłużej, niż działania wojenne na froncie wschodnim w trakcie Pierwszej Wojny Światowej (licząc do traktatu brzeskiego i pomijając dalszą wojnę domową w Rosji) i Drugiej. Zwłaszcza to drugie porównanie przykuło uwagę komentatorów.
Pomimo początkowych klęsk, Armia Czerwona pomiędzy rokiem 1941 a 1945 pomaszerowała od Moskwy do Berlina i podbiła całą Europę Wschodnią. W samym ostatnim roku wojny, ZSRR przejął kontrolę nad Finlandią, krajami Bałtyckimi, Białorusią, Polską, zachodnią Ukrainą, prawie całymi Bałkanami i wschodnim połową Niemiec.
Tymczasem Rosja, której przywództwo otwarcie marzy o restauracji imperium radzieckiego, przez ostatni rok zajęła (i to chyba wciąż nie do końca) Pokrowsk, miasto o przedwojennej populacji 60 tysięcy osób, oraz kilka okolicznych wsi. Wszystko to kosztem setek tysięcy zabitych i rannych żołnierzy.
Pomimo kłopotów z siłą ludzką i przeciążoną gospodarką, Ukraina wciąż daleka jest do kapitulacji. Dzisiaj nie jest nawet oczywiste, jakim kosztem i czy w ogóle Rosja byłaby w stanie zająć cały Donbas, o dwóch pozostałych „zaanektowanych” obwodach – chersońskim i zaporoskim, nie wspominając.
Przypomnijmy, że na samym początku wojny większość analityków, zachodnie rządy oraz sam Kreml – wszyscy spodziewali się szybkiej klęski Ukrainy. Waszyngton i sprzymierzeńcy gotowi byli wysyłać Ukraińcom lekkie uzbrojenie do wojny szarpanej, ale już nie ciężki sprzęt, w obawie, że ten wpadnie w rosyjskie ręce wraz z dezintegracją SZU.
Komentatorzy spekulowali, czy Rosja zaanektuje całą Ukrainę, czy „zaledwie” okroi ją z lewego brzegu Dniepru i wybrzeża czarnomorskiego. Wydaje mi się, że w lutym 2022 roku mało kto na serio potraktowałby prognozę, że cztery lata później Rosja będzie związana krwawą wojną na wyniszczenie gdzieś w Donbasie, niewiele poza linią startu.
Z tej perspektywy, można się kłócić o to, w jakim stopniu sama obrona suwerenności jest już dla Ukrainy zwycięstwem – ale strategiczna klęska Rosji wydaje się oczywista.
Na ostatnim szczycie w Davos prezydent Finlandii Aleksander Stubb powiedział:
„Patrząc na to z rosyjskiej perspektywy, i gdyby Rosjanie byli uczciwi sami ze sobą, nie osiągnęli żadnego ze swoich strategicznych celów. (…) [Putin] uczynił Ukrainę europejską, (…) dodał dwóch nowych członków do NATO, Szwecję i Finlandię, (…) chciał podzielić Europę; ta jest bardziej zjednoczona niż kiedykolwiek wcześniej, (…) teraz będziemy wszyscy wydawać 5 proc. [PKB na bezpieczeństwo]. (…) Gospodarczo, mamy [w Rosji] stopy procentowe i inflację powyżej 10 proc. Mamy gospodarkę z zerowym wzrostem (…), której brak już rezerw (…). I dlatego pojawia się pytanie, jak długo będzie można to utrzymać?".
Czy ta opinia jest prawdziwa? A jeśli tak, to dlaczego Putin nie próbuje na serio negocjować pokoju, wciąż zachowując się, jakby zwycięstwo miał w kieszeni? Z okazji czwartej rocznicy wojny chciałbym zaoferować Czytelnikom cztery lekcje, jakie ekonomista widzi w tym konflikcie.
Porównania obecnej wojny z dwiema wojnami światowymi są w jednym istotnym aspekcie mylące.
Inaczej niż w latach 1914 i 1941, Moskwa nie zdecydowała się na pełną mobilizację gospodarki i społeczeństwa na wysiłek wojenny, zamiast tego stawiając na „pełzającą mobilizację” po udanej ukraińskiej kontrofensywie pod Charkowem.
Dwa filary pełzającej mobilizacji to
To wszystko było finansowane z olbrzymich zasobów kapitałowych, jakie Rosja zgromadziła jeszcze przed wojną (w szczególności Rosyjski Bank Centralny posiadał w rezerwie aktywa warte około 600 miliardów dolarów, a Fundusz Narodowego Dobrobytu dodatkowe 200 miliardów dolarów), oraz – tradycyjnie dla Rosji – ze sprzedaży zasobów energetycznych, których ceny gwałtownie wzrosły wraz z wybuchem konfliktu.
Pełzająca mobilizacja miała ważną dla Kremla zaletę: pozwoliła finansować wysiłek wojenny, jednocześnie nie mobilizując bezpośrednio sektora prywatnego i przeciętnych Rosjan.
Co ciekawe, wypłaty dla żołnierzy w praktyce oznaczały olbrzymi program redystrybucji od bogatych oligarchów do uboższych regionów, zwiększając popularność wojny i psychologicznie łącząc ją z nagłym spadkiem biedy. Do tego ewentualne straty frontowe nie miały takiego negatywnego oddźwięku jak te z wojny w Afganistanie. Ginęli ludzie z prowincji, którzy „sami chcieli”, a nie bezwolni poborowi z Moskwy i Petersburga.
Problem w tym, że pełzającej mobilizacji nie można kontynuować bez rezerw gospodarczych i ludzkich, a po czterech latach chyba właśnie doszliśmy do tego momentu, kiedy te się wyczerpują.
Na początku wojny mniej więcej połowa rosyjskich aktywów ulokowana była w zachodnich instytucjach finansowych. To sugeruje, że Moskwa liczyła na relatywnie łagodną reakcję ze strony Zachodu, szczególnie po szybkim zwycięstwie nad Ukrainą. Wbrew tym nadziejom, Zachód zamroził te aktywa, a wojna trwa już cztery lata. W efekcie w płynnej połowie „skarbonki wojennej” zaczęło świtać dno. W istocie jest tak źle, że w ostatnich tygodniach Rosjanie zostali zmuszeni do wyprzedaży części swojego złota.
Po realnej stronie gospodarki widać też skutki sankcji. To prawda, że nie są w pełni skuteczne i Rosja stara się je omijać – ale zawsze oznacza to dodatkowe koszty i jest możliwe tylko do pewnego stopnia.
Na początku wojny wiele mówiło się o ucieczce z Rosji znanych marek konsumpcyjnych. Znacznie poważniejszym wyzwaniem jest brak dostępu do zachodniego kapitału przemysłowego, od elektroniki, przez maszyny produkcyjne, po silniki. Wedle ostatnich badań, problem dotyczy 60 proc. rosyjskich przedsiębiorstw. Doskonałą egzemplifikację tych kłopotów stanowi lotnictwo cywilne, które wyraźnie dusi się przez brak zachodnich samolotów i komponentów.
Te problemy dotyczą także produkcji wojskowej. Do tej pory Rosjanie mogli się pochwalić roczną produkcją tysięcy wozów bojowych i systemów artyleryjskich. Ale z drobnym zastrzeżeniem – większość to w istocie restauracja (gromadzonych dekadami) po-radzieckich zasobów strategicznych, a naprawdę nowe systemy stanowiły mniejszość.
Ekonomiści już kilka lat temu przewidywali, że syberyjskie magazyny, w zależności od rodzaju sprzętu, opustoszeją w okolicy roku 2025 i 26. Ta prognoza na naszych oczach się spełnia, co objawia się szczególnie brakami ciężkiego sprzętu na froncie.
Gwoli sprawiedliwości należy podkreślić, że rosyjska produkcja amunicji i dronów bojowych naprawdę robi wrażenie. Zbiega się to też z ewolucją rosyjskiej doktryny wojennej na rzecz ataków lekkiej piechoty i „bitwy dronów”.
Z drugiej strony i wbrew stereotypowi, ciężki sprzęt bojowy wciąż jest niezwykle przydatny na polu bitwy, nawet przy obecności dronów. Zastąpienie klasycznego zagonu pancernego „mięsnymi szturmami” (czyli atakami lekkiej piechoty bez ciężkiego wsparcia) odbywa się kosztem rekordowych, katastrofalnych strat w ludziach, i jest w stanie posunąć front o dosłowne metry dzienne.
Tymczasem rosyjska armia z jej centrami szkoleniowymi jest w stanie przygotować maksymalnie 30-35 tysięcy rekrutów miesięcznie. Biorąc pod uwagę skalę strat (zabitych i ciężko rannych), ta liczba wystarczy ledwie do pokrycia bieżących braków, dlatego liczebność rosyjskich sił w Ukrainie pozostaje od kilku lat na mniej więcej stałym poziomie około 700 tysięcy żołnierzy. W efekcie Rosjanie wciąż atakują, ale zajęcie małego Pokrowska zajęło im półtora roku (dla porównania: w tym samym regionie, we wrześniu 1943 roku Armia Czerwona od rzeki Doniec doszła pod Pawłohrad w dwa tygodnie).
Te wszystkie czynniki oznaczają, że w gospodarce pojawiły się dwie ważne „siły”.
Jednocześnie z Rosji uciekło prawie milion dobrze wykwalifikowanych pracowników, którzy bali się mobilizacji i śmierci na ukraińskim froncie. Kolejne setki tysięcy poszły pracować w dobrze opłacanej zbrojeniówce albo ruszyły szukać szczęścia na wojnie. W efekcie firmy nie miały fizycznej możliwości, by zwiększyć produkcję i nadążyć za popytem. A to musiało skończyć się wysoką inflacją (w szczycie prawie 10 proc.).
Rosyjski bank centralny próbował ratować stabilność cen wysokimi, sięgającymi w szczycie 20 proc. stopami procentowymi (obecnie wynoszą 16 proc.). Pomogło to ustabilizować inflację, ale dla sektora prywatnego oznaczało to gorzką pigułkę przeraźliwie drogich kredytów (w szczycie oprocentowanie kredytów hipotecznych potrafiło przekroczyć 30 proc.!) i kolejny szok kosztowy. Negatywne efekty są już widoczne: wskaźnik przyrostu nowych firm spadł o jedną piątą w porównaniu do roku 2024, a niektóre sektory stoją w obliczu masowych bankructw (to przykład choćby transportu ciężarowego ).
Wedle oficjalnych danych, Rosja rozwija się w tej chwili w anemicznym tempie około połowy punktu procentowego rocznie. Biorąc pod uwagę skalę rozwoju sektora wojskowego, jest to wyraźnym dowodem na to, że Putinowi nie udało się osiągnąć najważniejszego celu SOW: prowadzić wojnę tak, aby nie odbiła się ona na poziomie życia klasy średniej w Moskwie i Petersburgu. Cztery lata wojny zaowocowały gospodarką dwóch biegów: prężnym sektorem wojskowym i kurczącym prywatnym.
A to dla Kremla oznacza dylemat – albo starać się ograniczyć skalę wojny (już teraz niektóre obłastie zmuszone są obcinać bonusy dla mobików), albo kontynuować wojnę kosztem dalszego drenażu sektora cywilnego, który zaczyna się zwijać.
Problem w tym, że to przeciążenie sektora cywilnego oznacza, że coraz trudniej mu dobrowolnie finansować wysiłek wojenny. Jako przykład można podać wyprzedaż obligacji na rynku wewnętrznym z października ubiegłego roku, w trakcie której rosyjskie ministerstwo finansów zmuszone było zaoferować ceny emisji średnio o 6 proc. poniżej cen nominalnych tych obligacji (po części wynika to z ich oprocentowania wyraźnie poniżej stopy procentowej rosyjskiego Banku Centralnego). Do tego wbrew popularnemu stereotypowi, Rosja nie posiada nieskończenie wielkiej populacji. W ostatnich tygodniach widać wyraźny spadek ochotników do mobilizacji, co wywołało spekulacje (podkreślmy: na razie tylko spekulacje) o zbliżającym się kryzysie w sile ludzkiej na froncie.
Na koniec wspomnijmy o zasobach energetycznych. Stanowią one dla Rosji podstawowe źródło dochodów z handlu, a więc zagranicznej gotówki. To o tyle ważne, że nawet jeśli rosyjski przemysł wojskowy ma olbrzymi potencjał, wymaga – podobnie jak sektor cywilny – wielu zagranicznych komponentów (w tym do produkcji pocisków i dronów). Do tego import może łagodzić braki w wewnętrznej produkcji dóbr konsumpcyjnych czy nawet broni, jak w wypadku dostaw północnokoreańskiej amunicji. Tymczasem splot czynników, o których napiszemy w szczegółach później, doprowadził do wyraźnego spadku przychodów z gazu, i szczególnie ropy naftowej i produktów rafinowanych, na przykład w listopadzie 2025 roku te dochody spadły o jedną trzecią w porównaniu z końcówką 2024. W efekcie wpływy z tego sektora znajdują się na najniższym poziomie od momentu wybuchu wojny.
Czyli: w ostatnim roku zaczynamy obserwować wyraźny spadek zasobów do prowadzenia wojny, jakimi Kreml dysponuje. Utrzymanie obecnej skali walk coraz częściej może od Kremla wymagać cięć w innych obszarach wydatków publicznych (na przykład usług publicznych), podwyżek podatków, a zapewne i z czasem bardziej drastycznych środków „przymusu bezpośredniego” (jak rozszerzenie obowiązkowej mobilizacji), kosztem kulejącego sektora cywilnego i zwykłych Rosjan. Tymczasem mniej więcej od pół roku kolejne sondaże sugerują, że Rosjanie stracili początkowy zapał do Specjalnej Operacji. Dotychczasowa niechęć Putina do pełnej mobilizacji sugeruje, że dyktator naprawdę boi się związanych z nią niepokojów społecznych. Powagę sytuacji najlepiej oddaje fakt, że w nowym budżecie na 2026 rok wydatki na wojsko mają spaść o około 4 proc., za to te na bezpieczeństwo wewnętrzne – wzrosnąć o 11 proc.
Na domiar złego, mówimy tutaj tylko o utrzymaniu obecnej skali drenażu gospodarki na rzecz wojny. Z drugiej strony, wcale nie jest jasne, czy Kreml w ogóle może wygrać SOW przy obecnym wysiłku wojennym, bez jego wyraźnego albo wręcz skokowego wzrostu. W efekcie Rosja daleka jest od kapitulacji i wciąż ma potencjał na prowadzenie wojny, ale zarazem ta wojna to z wolna zaciskająca się garota na szyi Kremla.
Problemem „krótkiej kołdry” nazywa się sytuację, kiedy ktoś ma zbyt małe zasoby na wszystkie postawione sobie cele, dlatego staje przed dylematem: gdzie jeszcze próbować działać, a gdzie się poddać. Obecne problemy w rosyjskiej gospodarce są ewidentną egzemplifikacją tego problemu. Do tego skala walk w Ukrainie oznacza, że Rosja musi w nich angażować coraz więcej swojego potencjału militarnego i produkcji wojskowej, a właśnie te dwa czynniki, wraz z poturbowanym sektorem zasobów energetycznych, stanowią podstawę geopolitycznej siły Kremla.
Rozpętując wojnę z Ukrainą, Putin niechcący wpędził Rosję w sytuację krótkiej kołdry. Na razie zemściło się to na nim na arenie międzynarodowej, w ostatnich latach ze strefy wpływów Rosji wypadły Syria (w wyniku udanego powstania przeciw al-Asadowi) i Armenia (w wyniku nawrotu konfliktu z popieranym przez Turcję Azerbejdżanem), do tego traci wpływy w Afryce i może je przez Trumpa stracić w Wenezueli i (na razie mniej prawdopodobnie) w Iranie. Do tego Chiny bezceremonialnie rozpychają się w Azji Środkowej.
W każdej z tych sytuacji, Rosja nie była w stanie pomóc lojalnym reżymom właśnie dlatego, że jest zbyt zaangażowana w Ukrainie. Do tego niedawny nalot amerykańskich helikopterów na Caracas, pomimo obecności rosyjskich systemów obrony przeciwlotniczej to kolejny po wybuchających w Ukrainie czołgach policzek dla rosyjskiej zbrojeniówki.
Do 2024 roku Kreml miał dość rezerw, aby utrzymywać gospodarkę w dobrym stanie. Teraz jednak, gdy te rezerwy się wyczerpały, gospodarka zaczęła trzeszczeć, stąd strach przed widmem recesji. Ale największym zagrożeniem dla Putina jest jakiś ekonomiczny odpowiednik Syrii: pierwszy kamyczek, który wywoła lawinę w gospodarce o nieokreślonych konsekwencjach dla stabilności reżymu.
Skrajnym przykładem takiego wydarzenia był krach na Wall Street w 1929, który w efekcie domina przeorał sceny polityczne w Ameryce i Europie. Im dłużej Putin będzie kontynuował wojnę z Ukrainą, im dłużej będzie drenował gospodarkę, tym bardziej będzie nakręcał prawdopodobieństwo ekonomicznego trzęsienia ziemi.
Od samego początku wojny w publicystyce często pojawia się opinia, że Ukraina nie ma szans Rosją. Ten argument zawsze mnie fascynował, bo jest naraz bardzo prawdziwy i kompletnie chybiony. To oczywiście fakt, że Rosja ma kilkukrotnie większy potencjał gospodarczy, wojskowy i ludzki od Ukrainy. Tylko że w tym kontekście to nie ma znaczenia.
Po pierwsze, Ukraina walczy o przetrwanie, dlatego może w pełni mobilizować wszystkie dostępne zasoby na poczet wojny. Doskonały przykład to mobilizacja. Krytycy Ukrainy często dzielą się w mediach społecznościowych filmami, na których ukraińska żandarmeria siłą „porywa” jakiegoś rekruta na front.
Pomijając fakt, że trudno oceniać takie filmy bez kontekstu (a jeśli na przykład widzimy jakiegoś dezertera-złodzieja, który trafi nie na front, ale do więzienia?), paradoksalnie stanowią one o sile Ukrainy. Ukraina może sobie pozwolić na coś takiego, bowiem ukraińskie społeczeństwo popiera wysiłek wojenny i gotowe jest na daleko idące wyrzeczenia, bojąc się powrotu krwawego imperium Moskwy. W tym samym czasie Putin nakręca inflację olbrzymimi bonusami dla ochotników, bo obawia się społecznego buntu przed mobilizacją. Podobnie, musi żonglować zasobami, aby utrzymać wojnę w Ukrainie, status mocarstwa i dobrą sytuację w gospodarce.
Drugi problem jest znacznie poważniejszy.
Od kiedy tylko Ukraińcy wygrali bitwę o Kijów i udowodnili, że nie zamierzają oddać wojny bez walki, stało się jasne, że nie będą w tej wojnie sami. Europa, szczególnie wschodnia, przeraziła się Rosji – a najlepszy sposób na powstrzymanie jej przed aneksją krajów bałtyckich czy Polski to dać się jej wykrwawić w Ukrainie. Po drugiej stronie Atlantyku, administracja Bidena uznała, że ten konflikt jest świetną okazją, aby – Czytelnicy wybaczą – „zafganistanować” Rosję. Ta reakcja Zachodu była tak oczywista, że stała się wręcz częścią kremlowskiej narracji o tym, jakoby „Anglosasi” celowo sprowokowali całą tę wojnę i wciągnęli w nią Putina, aby zniszczyć Rosję. Ten argument ma oczywiście „drobną” lukę – otóż Kreml mógł ten niecny plan bardzo prosto pokrzyżować… nie zaczynając wojny. Ot Putin, naiwniak, dał się Anglosasom podpuścić jak pięcioletnie dziecko!
Ukraina miała olbrzymie szczęście do ram czasowych całej tej wojny. Ameryka to jednolity organizm państwowy o olbrzymim potencjale wojskowym i produkcyjnym, który można łatwo zmobilizować na rozkaz jednej osoby, czyli prezydenta. A w lutym 2022 był nim Biden, który ochoczo poparł Kijów. Oczywiście ten charakter amerykańskiego państwa okazał się obosiecznym mieczem, kiedy rok później Republikanie przejęli połowę Kongresu i zaczęli umniejszać skalę pomocy dla Ukrainy, a dwa lata później odciął ją do końca nowy lokator w Białym Domu, czyli niechętny Zełenskiemu Trump.
Patrząc na nastroje w kremlowskim przekazie, początek 2025 roku był momentem wielkiej euforii – jeśli Donald porzuci Ukrainę, Kijów pozostanie bezbronny i będzie musiał skapitulować. Decydenci w Moskwie nie zrozumieli jednak zmian w Europie, bo gardzą nią, myśląc, że jest tylko klubem dyskusyjnym małych demokracji, a do tego demokracje z natury są słabe.
To prawda, że Europa weszła w ten konflikt bez politycznej samowystarczalności, w dodatku kolegialny sposób podejmowania decyzji w UE oznacza, że głębsze reformy wymagają czasu i olbrzymiego wysiłku, no właśnie, dyskusyjnego.
Powolność Europy ma jednak też zaletę: stałość.
Raz podjęte decyzje mają szerokie poparcie pośród państw członkowskich, dlatego nie mogą ich cofnąć np. jednorazowe wybory w Niemczech (tak jak w USA). Obok tego, pomoc dla Ukrainy w Europie od początku cieszyła się znacznie większym poparciem społecznym i politycznym, nie stanowiąc (jak w USA) przedmiotu wojny kulturowej pomiędzy lewicą i prawicą (widać to doskonale w Polsce). Wreszcie, nawet jeśli jakieś państwo (jak Czechy) wypada z koalicji wsparcia Ukrainy, ta koalicja wciąż istnieje. Żeby zrozumieć ten mechanizm, wyobraźcie sobie, w o ile lepszej sytuacji byłby Kijów, gdyby demokratyczne stany pod przywództwem Kalifornii i Nowego Jorku zignorowały Trumpa i słałyby Ukrainie kolejne pakiety sprzętu wojskowego.
Cztery lata później Europa odbudowuje potencjał wojskowy i wzmocniła się do tego stopnia, że coraz łatwiej jej zastąpić Amerykę. Doskonały i symboliczny przykład to szybki wzrost produkcji pocisków 155 mm, co w dużej mierze rozwiązało ukraiński głód pocisków sprzed dwóch lat.
Pamiętajmy też, że Europa relatywnie szybko uderzyła w rosyjskie finanse, uniezależniając się od dostaw kremlowskiego gazu. Od samego początku była kluczowym dostawcą pomocy gospodarczej i humanitarnej.
Właśnie dlatego dylemat krótkiej kołdry nie jest tak bolesny dla Kijowa jak dla Moskwy.
Europa na początku wojny bała się własnego cienia i unikała „eskalacji” i konfrontacji z Moskwą. I tak samo jak w wypadku jej potencjału wojskowego, zaczęła się tego strachu stopniowo pozbywać. Działo się to małymi krokami (pamiętacie dyskusje o wysyłaniu Ukrainie zachodnich czołgów?), nieraz poprzedzonymi owym pogardzanym przez Kreml) klubem dyskusyjnym, ale cztery lata później, jesteśmy w sytuacji, kiedy Unia uchwaliła liczący sobie 90 miliardów euro pakiet pomocy dla Kijowa, a Paryż i Berlin zaczęły zajmować tankowce z rosyjskiej floty cienia. Jak mawiają Niemcy, wolno, wolno, ale pewnie.
Po drugiej stronie równania, Ukraina może być słabsza od Rosji, ale zarazem pozostaje na tyle silna, że jest w stanie skutecznie zaabsorbować zachodnią pomoc. Wydaje mi się, że katastrofa SOW wzięła się w dużej mierze stąd, że Rosjanie – z ich szowinizmem wobec Ukraińców i pogardą dla demokracji – zwyczajnie przegapili wysiłek, jakie ukraińskie społeczeństwo włożyło w odbudowę państwa po epoce korupcji i stagnacji Kuczmy i Janukowycza, oraz po wydarzeniach z 2014 roku.
Ukraińcy wystawili olbrzymią armię 900 tysięcy żołnierzy i ochoczo współpracują z Zachodem w kwestiach wywiadu, szkolenia i wymiany technologicznej. Do tego sami dołożyli się do sankcji na rosyjski sektor ropy i gazu, od kilku miesięcy praktycznie co noc atakując dronami kolejne rafinerie i zbiorniki w Rosji. Właśnie dlatego, pomimo wyraźnego wyczerpania, Rosjanie wciąż nie złamali SZU.
Podsumowując, splot powyższych czynników oznacza, że sojusz pomiędzy Ukrainą a Zachodem oparty jest o wysoki poziom synergii.
Nie oznacza to, że jest idealny. Europejskie „wolno, wolno, ale pewnie” mogłoby jednak być szybsze, a cenę płacą za to ukraińscy żołnierze i cywile. Sama Ukraina mierzy się z prawdziwymi problemami, jak na przykład ostatnim kryzysem dezercji i kolejnymi skandalami korupcyjnymi. Ważne jest jednak to, że mimo wszystko ten sojusz jest na tyle dobry, że daje Ukrainie prawdziwą szansę w konfrontacji z Rosją. Właśnie dlatego rozmawiając o problemach Europy i Ukrainy, powinniśmy pamiętać o ważnym kontekście – te problemy należy traktować jako wyzwania, a nie wymówkę.
Jeden z kluczowych problemów we współczesnych naukach społecznych to pytanie o stopnień, w jakim ludzie i instytucje są racjonalni. Jeżeli ktoś postawi sobie jakiś cel, niezależnie od oceny samego tego celu, w jakim stopniu ta osoba rozumie swoją sytuację i jest w stanie dobrze szacować skutki swoich działań, a więc sensownie dobrać środki do osiągnięcia tego celu?
To pytanie komplikują dwa „problemy pomocnicze”.
Po pierwsze, racjonalność zależy, ale nie jest w pełni zdeterminowana przez inteligencję, czy wykształcenie. Świat jest pełen genialnych, oczytanych ludzi, którzy w jakichś sprawach nie potrafią zdobyć się na obiektywną analizę problemu, ufając zamiast tego przesądom, uprzedzeniom lub wadliwym wnioskowaniom.
Po drugie, racjonalność jednostek nie musi przekładać się na racjonalność instytucji. Na przykład PRL była dysfunkcyjnym, skorumpowanym państwem właśnie dlatego, że wszystkim indywidualnie opłacało się być częścią tego systemu. Jak na tym tle wypada Rosja?
Należy przyznać, że Kreml jest mistrzem w jednej dziedzinie: PR. Zaskakuje stopień, w jakim Zachód najpierw połknął propagandę o Putinie-strategicznym geniuszu, a potem przez wiele lat brał za dobrą monetę rosyjską narrację o Ukrainie i Europie Wschodniej, w szczególności, że Kijów nie ma szans w otwartej wojnie z Rosją (tu przykład takiej opinii, firmowanej przez waszyngtoński think tank Carnegie i napisanej dosłownie w Moskwie). Mam nadzieję, że w tym tekście udało mi się przekonać Czytelników, że obraz rzeczy jest jednak znacznie bardziej skomplikowany.
Po pierwsze, Rosja rozpoczęła swoją SOW w oparciu o szereg opisanych wyżej założeń wobec Ukrainy i Zachodu, które okazały się zwyczajnie mylne. Wynika to z szowinizmu i uprzedzeń włodarzy Kremla, ale i z systemu władzy, którego podstawą i istotą jest systemowa korupcja (tu przykład niedawnego artykułu z „Financial Times” o tym, jak generałowie oszukują Putina o skali porażki w Ukrainie ).
Po drugie, praźródłem całego tego konfliktu jest fakt, że Putin chyba naprawdę uwierzył w bzdurną teorię spiskową, jakoby CIA miało magiczną umiejętność organizowania tzw. kolorowych rewolucji, za grosze obalając wrogie rządy. Że protesty w Rosji w 2012 nie wzięły się stąd, że Putin okłamał rodaków i sfałszował wybory, ale stąd, że Amerykanie chcieli go odsunąć od władzy.
Putin, gardzący demokracją i spontanicznym społeczeństwem obywatelskim, podobnie nie potrafił zwyczajnie zrozumieć, że w 2013 roku Euromajdan wybuchł, bo Ukraińcy naprawdę i ponad podziałami politycznymi woleli umowę gospodarczą z Europą niż Rosją – z tego prostego powodu, że w Europie zwyczajnie żyje się lepiej. Jeszcze w 2022 roku Putin nagrywał kolejne mowy o kolorowych rewolucjach, a „przewrót w 2014 roku” jest stałym elementem kremlowskiej propagandy.
Innymi słowy, Putin jest inteligentnym manipulatorem, ale jest też politycznym odpowiednikiem stereotypowego wujka, który na imprezach rodzinnych po jednym kieliszku zaczyna opowiadać o tym, że plandemię zaplanowali globaliści od Rotszyldów.
Indywidualna racjonalność przedstawicieli Kremla nie musi przekładać się na racjonalność Rosji jako państwa (tu chcę podkreślić: państwa, a nie Rosjan jako ludzi).
Wydaje mi się, że po czterech latach wojny Putin i jego otoczenie za bardzo w tę wojnę się uwikłali, żeby mogli sobie pozwolić na jej zakończenie bez wyraźnego zwycięstwa. Nawet gdyby Rosji opłacało się dzisiaj tę wojnę zakończyć, po doświadczeniach z ostatniej dekady Ukraińcy nie zgodzą się na zbyt wiele ustępstw wobec Moskwy. Biorąc pod uwagę cztery lata kremlowskiej narracji sukcesu i niechybnej odbudowy imperium, taki „nijaki” pokój za cenę gospodarczej i geopolitycznej katastrofy byłby upokorzeniem dla Putina.
Ten musiałby znaleźć jakiegoś kozła ofiarnego, a nikt w jego otoczeniu nie chciałby „zostać wybranym na ochotnika” do tej zaszczytnej roli. W efekcie Putin chce kontynuować wojnę, a jego otoczenie tylko stara mu się w tym pomóc.
Dla nas to ważne z dwóch powodów.
Po pierwsze należy zachować sceptycyzm wobec aktualnych negocjacji pokojowych. Moim zdaniem, do realnego kompromisu Putina skłonić mogłaby tylko katastrofa gospodarcza, która groziłaby wybuchem realnych społecznych niepokojów. Zarazem system Putina niezdolny jest na umowę, w której Ukraina pozostałaby realnie niezawisła, a Ukraińcy nie są obecnie na tyle zdesperowani, by porzucić swoja wolność.
Być może jestem nadmiernym pesymistą, ale wydaje mi się, że wojna potrwa jeszcze wiele miesięcy.
Druga sprawa to kwestia ewentualnej wojny Rosji z NATO (w tym i z Polską). Zwolennicy Rosji lubią argumentować, że nie można naraz uważać, że Rosja jest słaba, a zarazem że chce taki konflikt rozpocząć.
To rozumowanie ma dwie „drobne” wady.
Tymczasem trwający już dwanaście lat konflikt w Ukrainie dobitnie pokazuje, że rosyjskiej państwowości brakuje właśnie racjonalności. Putin, zwiedziony swoimi teoriami spiskowymi, w 2014 roku otworzył międzynarodową puszkę pandory. Dla Polski najlepiej, jeśli pomożemy Ukraińcom tę puszkę zamknąć, zanim wojna dotrze nad Wisłę.
Juniorprofesor na Uniwersytecie w Bielefeld. Interesuje się interakcjami rynków finansowych i makroekonomii, wpływem polityki monetarnej na stabilność makroekonomiczną i finansową, oraz bańkami spekulacyjnymi
Juniorprofesor na Uniwersytecie w Bielefeld. Interesuje się interakcjami rynków finansowych i makroekonomii, wpływem polityki monetarnej na stabilność makroekonomiczną i finansową, oraz bańkami spekulacyjnymi
Komentarze