Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. uzyskane przez dziennikarzy Slidsvo.InfoFot. uzyskane przez ...

„Rosja uważa, że może porwać każdego, zamknąć w więzieniu i udawać, że nic się nie stało. Że ta osoba po prostu nie istniała” – mówi w rozmowie OKO.press Władysława Kobko, dziennikarka portalu Slidstvo.Info, autorka śledztwa w sprawie Polaka Krzysztofa Galosia, który trafił do rosyjskiej niewoli i został tam zamordowany.

Na zdjęciu u góry Krzysztof Galos. Zdjęcie uzyskane przez dziennikarzy Slidstvo.Info.

„Ten przypadek powinien pokazać każdemu Europejczykowi, każdemu obywatelowi Polski, co się stanie, jeśli, broń Boże, znajdzie się pod rosyjską okupacją, co Rosja będzie gotowa zrobić z człowiekiem”.

W całej Ukrainie jest ponad 70 tys. osób zaginionych. Nie wiadomo, ilu z nich znajduje się w rosyjskich więzieniach.

Tajemnicze zniknięcie

W grudniu 2025 roku „Gazeta Wyborcza”, powołując się na raport Memoriału – rosyjskiej organizacji broniącej praw człowieka, napisała szereg tekstów o Polaku, który zginął w rosyjskim więzieniu. Dziennikarzom udało się ustalić jego personalia, porozmawiać z rodziną zaginionego oraz nagłośnić sprawę. „Wyborcza” przekazała swoje ustalenia oraz informacje od Memoriału do MSZ, MSW, Prokuratury oraz polskim służbom.

Z tekstów – jak pisze gazeta – wynika, że „obywatel Polski udał się w kwietniu 2023 roku do Ukrainy, by przekonać się, czy rzeczywiście toczy się tam wojna”. Podczas podróży w regionie przyfrontowym (obwód zaporoski) „skręcił w złą stronę i wjechał na posterunek wojskowy Federacji Rosyjskiej”.

Ukraińska redakcja Slidstvo.Info postanowiła zbadać tę sprawę.

W dalszej części tekstu rozmowa z autorką śledztwa. Ale najpierw kilka szczegółów.

Krzysztof Galos miał 55 lat, mieszkał w Krakowie i większość życia pracował na poczcie.

Według źródeł Slidstvo.Info w ukraińskich organach ścigania, Galos wjechał do Ukrainy 14 kwietnia 2023 roku przez przejście graniczne „Krakowiec”. Dzięki danym operatora komórkowego redakcja ustaliła, że potem pojechał do Odessy, gdzie przebywał od 15 do 17 kwietnia. Dalej pojawił się (17-18 kwietnia) w Berysławie w obwodzie chersońskim.

20 kwietnia Polak miał zostać zatrzymany przez ukraińskich żołnierzy w punkcie kontrolnym we wsi Hryhoriwka w obwodzie zaporoskim. Powiedział, że jechał „do dziewczyny w tymczasowo okupowanym Enerhodarze”. Żołnierze wyjaśnili obcokrajowcowi, że dalsza jazda jest niebezpieczna, nie mogą go przepuścić. Prawdopodobnie Galos znalazł jakąś inną drogę.

Potem Krzysztofa zatrzymali rosyjscy wojskowi i przekazali do aresztu śledczego w Taganrogu. Według „Wyborczej” potwierdzają to źródła Memoriału w Rosji.

Przeczytaj także:

W swoim materiale Slidstvo.Info przytacza słowa Jewhenija Bałyckiego, tzw. gubernatora okupowanej części obwodu zaporoskiego, który w jednym z programów rosyjskiej TV wspominał o przypadku zatrzymania obywatela Polski (którym mógł być Galos).

„Jeden Polak powiedział nam, że jest turystą. Nie mrugnął nawet okiem. Sam przyszedłem, żeby zobaczyć to cudo. Wytrzymał dobę, potem nacisnęliśmy na niego i powiedział, że nie jest turystą, i opowiedział wszystko, jak trzeba” – mówił Bałycki.

Głosy świadków

Dziennikarze Slidztwo.Info odnaleźli czterech zwolnionych z rosyjskiej niewoli Ukraińców, którzy byli przetrzymywani w Taganrogu w tym samym okresie co Galos. Oto ich wspomnienia:

„Gdzieś po obiedzie przywożą człowieka. Słyszymy, że nie mówi po rosyjsku. A oni na niego: «Lach, Lach! K*rwa!» – i się zaczęło. No i biją go, biją. Słychać, że biją człowieka. On jęczy, zaczynają go rozciągać w «jaskółce» na szpagat. To kiedy wybiegasz, ręce podniesione do góry za plecami. A podczas kontroli stajesz przy ścianie, rozkładasz ręce nadgarstkami do ściany, a jeden [pracownik aresztu] podchodzi, trzyma jedną nogę, a drugi ją ciągnie. I po prostu rozrywają cię na szpagat. Tak go traktowali, bo był Polakiem” – opowiadał Ukrainiec o pseudonimie „Brzytwa”, który był przetrzymywany w sąsiedniej celi.

„Śmiali się i cieszyli, że złapali Polaka. Mówili, że jesteście następni, żebyście się nie rozluźniali, że tam się rozleniwiliście w swojej Europie, że do was dotrzemy”

– mówi inny były jeniec Andrij. Wspomina, jak pewnego razu razem z Polakiem poszedł do łaźni, słyszał, jak go bili.

„Polak biegł, wpadł nogą [w drewniane deski, przez które spływała woda] i rozbił sobie czoło. Wezwano lekarza. Rosjanie zmuszali go, żeby mówił po polsku, śmiali się z niego. A kiedy bandażowali mu głowę, jeszcze go bili. Za to, że mówił po polsku, a nie po rosyjsku”.

Rosjanie nie wierzyli, żeby Polak nie znał rosyjskiego, choć według ukraińskich byłych jeńców rzeczywiście go nie znał.

„Brzytwa”, powołując się na jeńców, którzy byli z Krzysztofem w jednej celi, opowiada, że Polak twierdził, że przyjechał do Ukrainy obejrzeć zabytki religijne. Natomiast później powiedział, że „nie wierzył w wojnę, więc postanowił zobaczyć ją na własne oczy”.

„Brzytwa” wspomina, że współwięźniowie Krzysztofa opowiedzieli mu o dniu, w którym widzieli go po raz ostatni. Było to w lipcu 2023 roku. Jeńcy patrzyli przez okno wychodzące na wewnętrzny dziedziniec (co jest zabronione). Tam poruszali się specnazowcy bez masek na twarzy. Jeden z nich to zauważył. Przybiegli i pobili jeńców kijami. Według niego Galos otrzymał wiele ciosów po nogach. Stan Krzysztofa znacznie się pogorszył, nie udzielano mu pomocy medycznej.

„[Polak] był regularnie bity za to, że nie uczył się języka rosyjskiego i za to, że Polska pomaga Ukrainie. Podczas kontroli pobito go tak mocno, że jego nogi zrobiły się całe sine i przestały funkcjonować” – cytowała „Wyborcza” raport Memoriału.

„A gdzieś tam, po trzech-czterech dniach, rano słyszymy jakiś hałas. Usiedliśmy do śniadania, a Polak łamaną mową mówi: «Chyba umrę». Widzimy, że jest już bardzo blady. Z wielkim trudem poruszał się po celi, nie mógł siedzieć, wszystko go bolało, miał całe ciało poobijane. Mówią: «Zjedz chociaż trochę». A on bierze łyżkę, wkłada ją do ust, a kasza wypada mu z ust. I zaczęła mu cieknąć ślina. Stracił przytomność. Zaczęli wołać o pomoc. Mówią, że kiedy wynosili go z celi, już umierał” – mówił ukraińskim dziennikarzom „Brzytwa”.

Do celi Krzysztof już nie wrócił. A wieczorem strażnicy więzienni zmusili jego współwięźniów do podpisania dokumentu, w którym stwierdzono, że śmierć Polaka była naturalna.

Według Slidstvo.Info od 2022 roku aresztem śledczym w Taganrogu kieruje Aleksander Sztoda. W 2023 roku miał czterech zastępców: Andrieja Sapickiego, Andrieja Michailiczenkę, Aleksieja Szarapaniuka i Aleksandra Klujkowa. (W poniższym materiale wideo są ich zdjęcia).

Na filmie Władysława Kobko, dziennikarka Slidstvo.Info relacjonuje ustalenia swojego śledztwa w sprawie Krzysztofa Galosa. Widać go na kilku zdjęciach w tym materiale.

Akt zgonu

Jak pisze „Wyborcza”, o śmierci Polaka rosyjskie władze nie poinformowały polskiej ambasady. Rodzina domaga się wydania ciała do Polski.

Slidstvo.Info powiadomiło o ustaleniach stronę polską oraz ukraińską policję. 17 stycznia 2026 roku śledczy Narodowej Policji Ukrainy wszczęli postępowanie karne w sprawie prawdopodobnej śmierci Krzysztofa Galosa w rosyjskim więzieniu. Ukraińscy śledczy zwrócili się do Interpolu w Polsce i otrzymali następująca odpowiedź: „Strona polska skierowała zapytanie do właściwych organów Federacji Rosyjskiej. W odpowiedzi poinformowano, że akt zgonu został wydany przez urząd stanu cywilnego w obwodzie rostowskim, jednak obecnie nie ma kopii aktu ani żadnych informacji dotyczących miejsca, gdzie znajduje się ciało”.

Podobne informacje – według „Wyborczej” – przekazała rodzinie Galosa krakowska policja, która od maja 2023 roku zajmuje się sprawą jego zaginięcia. Z dokumentu wynika, że Polak zmarł 4 lipca 2023 roku. Natomiast na razie policjanci nie otrzymali oficjalnego dokumentu, a bez potwierdzenia nie zakończą poszukiwań.

Według stanu na 9 lutego 2026, jak pisze „Wyborcza”, Prokuratura Krajowa na razie nie wszczęła śledztwa w sprawie zabójstwa polskiego obywatela. Według prokuratorów brak wystarczających przesłanek.

„Sprawa Galosa to pierwszy przypadek, kiedy badałam los nie Ukraińca”

Krystyna Garbicz, OKO.press: Dlaczego zajęłaś się tą sprawą?

Władysława Kobko, dziennikarka Slidstvo.Info: Pod koniec grudnia 2025 roku ukraińskie media rozpowszechniały wiadomość pod tytułem typu: „Polak, który nie wierzył w wojnę na Ukrainie, zmarł w rosyjskim więzieniu”. Były to newsy na podstawie tekstu „Gazety Wyborczej”, która opisywała historię człowieka, który w jakiś sposób przekroczył linię demarkacyjną i trafił do rosyjskiego więzienia. Wydarzenia te miały miejsce w 2023 roku.

Ten materiał zaniepokoił naszą redakcję, dostrzegaliśmy w nim wiele białych plam. Dlaczego przez trzy lata nic nie było wiadomo? Dlaczego dowiedzieliśmy się o tym dopiero teraz? W jaki sposób ten mężczyzna mógł po prostu przejechać na terytorium okupowane z Ukrainy? Jedyny punkt w Wasyliwce, w obwodzie zaporoskim, przez który można było wjeżdżać i wyjeżdżać z okupowanej części obwodu zaporoskiego, już nie funkcjonował. I czy naprawdę ten Polak nie wierzył w wojnę? To stwierdzenie zaniepokoiło mnie najbardziej.

Znalazłam profile Krzysztofa w mediach społecznościowych. Zauważyłam, że ostatnią publikacją na jego Instagramie i Facebooku było wideo z akcji wsparcia dla Ukrainy w Warszawie.

Postanowiliśmy więc zbadać sprawę bardziej szczegółowo. Jako ukraińskie medium śledcze mamy większe możliwości niż media polskie, by ustalić trasę Krzysztofa w Ukrainie, znaleźć świadków, poszukać osób, z którymi kontaktował się podczas pobytu w Ukrainie.

W ostatnich latach specjalizujecie się w takich śledztwach.

Tak, jesteśmy agencją śledczą. Jednak od początku pełnoskalowej wojny znaczną część naszych sił i środków poświęcamy ściganiu zbrodni wojennych. Zajmuję się tematem rosyjskich więzień, przetrzymywania tam ukraińskich jeńców wojennych i cywilów.

Sprawa Krzysztofa Galosa była pierwszym przypadkiem nie Ukraińca, osoby z kraju europejskiego, która została zamęczona w rosyjskim więzieniu.

W Ukrainie mamy dziesiątki tysięcy przypadków, kiedy nasi obywatele są bezprawnie pozbawiani wolności, zamykani w więzieniach na terytorium Rosji lub na terytoriach okupowanych. Walczymy o każdą osobę i staramy się zdobyć jak najwięcej informacji na jej temat.

W przypadku Krzysztofa zaskoczyło mnie stanowisko Polski, przez trzy lata polska policja, jak rozumiem, nie przeprowadziła żadnego skutecznego śledztwa. Gdyby nie dziennikarze, którzy upublicznili tę informację, być może ta sprawa pozostałaby niewyjaśniona do dziś.

Wszystkie oficjalne wnioski do rosyjskich struktur Polska wysłała dopiero teraz. Dlaczego przez te trzy lata nie próbowała odnaleźć swojego obywatela?

Czy historia pana Galosa to jedyny taki przypadek?

W ciągu czterech lat wojny pełnoskalowej to drugi znany przypadek, kiedy cywilny obywatel kraju europejskiego zmarł w rosyjskim więzieniu. W 2022 roku zmarł brytyjski wolontariusz. Ale niestety w otwartych źródłach nie ma wystarczających informacji, czy był torturowany, czy zmarł z powodu choroby i braku pomocy medycznej.

Szczerze dziwi mnie bierność zarówno Polski, jak i ogólnie cywilizowanego świata, w tej sytuacji. Wydaje mi się, że sprawa ta powinna mieć znacznie szerszy rozgłos, ponieważ

ten przypadek wyraźnie pokazuje, że Rosji w zasadzie nie obchodzi, kogo zabija.

Czy to Ukraińcy, czy obywatele jakiegokolwiek innego kraju europejskiego. Wręcz przeciwnie: z naszego śledztwa wynika, że traktowali Krzysztofa jeszcze gorzej niż Ukraińców. Bili go tylko za to, że był Polakiem.

Co było dla Ciebie najtrudniejsze, kiedy próbowałaś odtworzyć drogę Krzysztofa w Ukrainie?

W zasadzie ta kwestia pozostaje otwarta – chodzi o prawdziwy motyw, dla którego Krzysztof jechał na tereny okupowane. W materiale przedstawiamy kilka różnych wersji. Jedną z nich jest to, że na posterunku kontrolnym powiedział ukraińskim żołnierzom, że jedzie do okupowanego Enerhodaru (obw. zaporoski) do dziewczyny. Mówił to w kilku miejscach, ale czy możemy wierzyć w to na 100 procent? Mam duże wątpliwości, bo jeśli zamierzał jechać do konkretnej osoby, w konkretne miejsce, to po przekroczeniu polsko-ukraińskiej granicy od razu skierowałby się do obwodu zaporoskiego i próbował przedostać się do Enerhodaru.

Dzięki danym od operatora komórkowego ustaliliśmy, gdzie telefon Krzysztofa był rejestrowany przez wieże telefonii komórkowej i w ten sposób udało nam się odtworzyć jego trasę w Ukrainie. Z obwodu lwowskiego pojechał do Odessy, potem do obwodu chersońskiego, a dopiero potem znalazł się w obwodzie zaporoskim.

Czy osoba, która ma konkretny zamiar pojechać do dziewczyny w Enerhodarze, będzie robić taki objazd?

Ustaliliśmy, że był w Berysławie (obw. chersoński). To niebezpieczne miejsce. Miasto było okupowane, w listopadzie 2022 roku wojsko ukraińskie go wyzwoliło, ale wciąż jest ostrzeliwane (z lewego brzegu Dniepru, gdzie stacjonuje wojsko rosyjskie). Przy pomocy programu do rozpoznawania twarzy udało się nam zdobyć zdjęcie Krzysztofa z ukraińskimi żołnierzami, które zostało zrobione w Berysławie na tle Rady Miasta. Jeśli się przyjrzeć, można zauważyć, że w budynku nie ma ani jednego całego okna. Dlaczego więc tam pojechał?

Była jeszcze jedna wersja, o której opowiedział mi człowiek zwolniony z niewoli. Rozmawiał z jeńcami, którzy siedzieli z Krzysztofem w jednej celi. Powiedział im, że pojechał obejrzeć zabytki religijne w Ukrainie. Dlaczego te zabytki miały znajdować się przy linii frontu? Dlaczego nie pojechał na przykład do Kijowa, aby obejrzeć Sobór św. Zofii lub Monastyr Michajłowski o Złotych Kopułach, czy też jakikolwiek inny zabytek religijny w bezpieczniejszym mieście?

To, że nie wierzył w wojnę, również nie wydaje mi się w pełni prawdopodobne. Jak już wspomniałam, w mediach społecznościowych Krzysztofa było wideo, na którym uczestniczył w akcji poparcia dla Ukrainy. Przejrzałam wszystkie jego publikacje z ostatnich lat. Nie było tam prorosyjskiej narracji.

Na tym zdjęciu z Beresławia Krzysztof stoi obok dwóch ukraińskich żołnierzy i uśmiecha się do nich – nie wygląda na to, żeby traktował ich jako wrogów. Nadal poszukujemy osób z tego zdjęcia. Chcielibyśmy ustalić, kim są ci żołnierze, ponieważ mogliby nam przekazać więcej informacji. Niestety jest to dość trudne, ponieważ na zdjęciu ich twarze są zamazane, jeden z żołnierzy ma okulary. Jeśli uda nam się ich znaleźć, opublikujemy aktualizację.

W „Wyborczej” była wypowiedź siostrzenicy byłej żony Krzysztofa, która mówiła o depresji wujka. „Dla nas to był szok. Wujek nie był w żaden sposób związany z Ukrainą. Nikogo tam nie znał. Negował przez cały czas, że toczy się tam prawdziwa wojna, mówił, że to nieprawda. Wiążemy to z depresją, na którą cierpiał od kilku lat”.

Czy istnieje potwierdzenie tej depresji, czy jest opinia psychiatry, że cierpiał na depresję lub inny dokument? Okazuje się, że nie chciał się pójść do lekarza, ale jego bliscy uważali, że cierpiał na depresję. Czy w takim przypadku można stwierdzić, że miał depresję?

Kontaktowałam się z synem Krzysztofa. Przesłałam mu dość długą listę pytań. Niestety, odpowiedział mi tylko na trzy pytania w wiadomościach głosowych. Na pytanie o tym, co ojciec mówił o wojnie, niestety nie odpowiedział.

Jeden ze zwolnionych jeńców wspomniał również o wersji, że Krzysztof miał mówić, że przyjechał obejrzeć wojnę w Ukrainie. W celi siedzieli z nim Ukraińcy i nie wiadomo, jak się tam porozumiewali. Krzysztof nie znał rosyjskiego, polski i ukraiński są w zasadzie podobne. Jednak myślę, że mogły pojawiać się trudności w tłumaczeniu, kiedy ludzie nie zrozumieli dosłownie tego, co mówił i odebrali to tak, że nie wierzył w wojnę. Natomiast nie mogę tego jednoznacznie stwierdzić.

Od dwóch tygodni w polskich mediach trwa debata o reporterce, która pojechała do Rosji, do obwodu królewieckiego i zrobiła materiał o tym, jak dobrze żyje się zwykłym Rosjanom. Jak to oceniasz? Europejka dobrowolnie jedzie do kraju, w którym tysiące ludzi marzą, żeby się z niego wydostać.

To narusza wszystkie możliwe normy etyczne i dziennikarskie. Co to znaczy pokazać życie zwykłych Rosjan? Chociażby w tym naszym materiale mówimy o tym, że Krzysztof był torturowany w SIZO – areszcie śledczym – nr 2 w Taganrogu. Można otworzyć mapę w internecie i sprawdzić, że znajduje się on w zasadzie w centralnej części miasta. To areszt śledczy, w którym torturuje się i zabija ludzi.

Krzysztof, o ile mi wiadomo od zwolnionych z niewoli, nie jest jedyną ofiarą śmiertelną tego miejsca.

20-30 metrów dalej od SIZO nr 2 stoi cerkiew, plac zabaw, budynki mieszkalne. Rosjanie codziennie przechodzą obok tego aresztu śledczego, prowadzą normalne życie, wspierają wojnę przeciwko Ukrainie i okupację naszych terytoriów, płacą podatki na wojnę, przekazują darowizny uczestnikom walk przeciw Ukrainie i dla nich to normalne życie.

Wiedza o tym, że tam zabijają i torturują ludzi, jest jawna. My, na przykład, jako Slidstvo.Info, wielokrotnie informowaliśmy o tym areszcie śledczym. Jest to znane SIZO. Przetrzymywano tam ukraińską dziennikarkę Wiktorię Roszczynę, która zginęła w innym więzieniu zaledwie kilka dni po tym, jak została przeniesiona z tego aresztu śledczego do innego. Jej organizm został zniszczony właśnie w SIZO w Taganrogu.

Świadek, który rozmawiał z osobami przebywającymi w tej samej celi co Galos, siedział również obok celi Wiktorii Roszczyny. Każdego dnia słyszał, jak młodą kobietę, która miała 27 lat, bili, torturowali, wysyłali do karceru, ciągle karali, nie przyprowadzali psychologa. To doprowadziło do tego, że pewnego dnia próbowała podciąć sobie żyły na znak protestu na oczach rosyjskich strażników więziennych.

Wszystko to dzieje się w centrum rosyjskiego miasta. Dla Rosjan jest to norma.

W tym areszcie przetrzymywano Jewgienija Matwijewa, burmistrza miasta Dniprorudne (znajduje się pod okupacją rosyjską) w obwodzie zaporoskim, który również zmarł w rosyjskiej niewoli. Miał 63 lata i stracił 50 kg w areszcie w Taganrogu. Bili go, mimo że był to starszy człowiek, cywil, którego w ogóle nie mieli prawa zatrzymywać.

Tortury trwają i dziś. Nie ma tam żadnej pomocy medycznej.

Krzysztofa bardzo bili po nogach. Nie jestem lekarzem, ale myślę, że gdyby w tym mieście była odpowiednia opieka medyczna, to można byłoby go uratować. Po uwolnieniu z niewoli jeńcy opowiadają, że cała pomoc medyczna polegała na tym, że przychodziła pielęgniarka i mówiła: Co, boli? No cóż, to go pobijcie tak, żeby nic nie mówił. I na tym kończyła się pomoc medyczna.

Dlatego krytycznie oceniam wszelkie próby dziennikarzy, aby wybielić zwykłych Rosjan, którzy rzekomo nie są zamieszani w wojnę. Dwie równoległe rzeczywistości nie mogą tak po prostu współistnieć.

Ci ludzie w rosyjskich więzieniach, o których wspomniałaś, są cywilami.

Wciąż mnie zadziwia, że Rosja nie zwróciła ciała Krzysztofa, mimo że minęły trzy lata, a jest to cywilny Europejczyk. W styczniu, po tym, jak nasza redakcja wysłała pismo do policji, ukraińskie organy rozpoczęły dochodzenie w tej sprawie. Poszukują ciała Krzysztofa. Może zostało zwrócone Ukrainie w ramach wymiany ciał poległych żołnierzy. Niestety, na razie nie ma żadnych zbieżności DNA. Rosjanie nie zwrócili ciała też Polsce. Nie ma aktu zgonu.

Rosja uważa, że może porwać każdego, zamknąć w więzieniu i udawać, że nic się nie stało, że ta osoba po prostu nie istniała.

To systemowa praktyka Rosji i to jest straszne.

Ten przypadek powinien pokazać każdemu Europejczykowi, każdemu obywatelowi Polski, co się stanie, jeśli, broń Boże, ktoś znajdzie się pod okupacją, co Rosja będzie gotowa zrobić z każdym. Krzysztof przeżył w rosyjskim więzieniu tylko kilka miesięcy. Został zatrzymany w kwietniu, a w lipcu już nie żył.

Ukraińscy jeńcy wojenni, cywile siedzą w rosyjskich więzieniach od czterech lat, a Rosja ich nie zwraca. Nawet osoby, które są w złym stanie. Pomimo tego, że stan Wiktorii Roszczyny był już krytyczny, trzymali ją i w końcu zamordowali.

W kontekście tzw. rozmów pokojowych zawsze mówię, że okupacja Ukrainy to kontynuacja wojny. Mieszkańcy okupowanych terenów są ciągle narażeni na naruszanie ich praw, prześladowania. A myślenie „oddajcie kawałek Donbasu, będziecie żyć w pokoju i wszystko będzie dobrze” jest błędne. Może w Polsce takie myślenie nie jest powszechne, ale w innych krajach zachodnich owszem.

Co to znaczy oddajcie kawałek Donbasu?! Nie możemy teraz dokładnie relacjonować o zbrodniach na okupowanych terytoriach, jako dziennikarze nie mamy tam dostępu. Próbowała to robić Wika Roszczyna, którą Rosjanie za to zamordowali. Nie widzimy tych zbrodni, ponieważ nie ma o nich informacji, ale to nie oznacza, że się tam nie dzieją.

Mieszkańcy terenów okupowanych nie zapraszali tam Rosji i nie chcą okupacji, ale są porywani i zmuszani do znoszenia wszystkich tych tortur w rosyjskich więzieniach. A Rosja nadal uważa, że nic jej za to nie będzie, bo potem można pozbyć się ciała i udawać, że to wszystko nie miało miejsca, i po prostu milczeć przez lata, nie odpowiadać na oficjalne zapytania, nie udzielać żadnych informacji.

W Ukrainie mamy ponad 70 tys. osób zaginionych. Nie wiadomo, ile z nich znajduje się w rosyjskich więzieniach.

;
Na zdjęciu Krystyna Garbicz
Krystyna Garbicz

Jest dziennikarką, reporterką. Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisała na portalu dla Ukraińców w Krakowie — UAinKraków.pl oraz do charkowskiego Gwara Media. W OKO.press pisze o wojnie Rosji przeciwko Ukrainie oraz jej skutkach, codzienności wojennej Ukraińców. Opisuje również wyzwania ukraińskich uchodźców w Polsce, np. związane z edukacją dzieci z Ukrainy w polskich szkołach. Od czasu do czasu uczestniczy w debatach oraz wydarzeniach poświęconych tematowi wojny w Ukrainie.

Komentarze