10 października 2022

Apokalipsa w Mariupolu, koszmar w Ołeniwce, wolność w Polsce. Opowieść Nastii z morskiej piechoty

„Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że to ze mnie będą się tak szydzić, nade mną się tak znęcać. Oni chcą zniszczyć twoją godność" – ukraińska żołnierka opowiada o bohaterskiej obronie Mariupola i gehennie, którą przeszła w rosyjskich więzieniach

Rosjanie każą oddać broń, podnieść ręce i biec. Biegną tak, żeby Nastia była w środku kolumny, żeby jej nie było widać.

Rosjanie to zauważają. Jeden z nich ładuje karabin i celuje do dziewczyny.

- Jest snajperem. Zabić ją!

Ukraiński żołnierz zasłania Nastię własnym ciałem.

Jeszcze w kombinacie, podczas obrony Mariupola, pytali ją:

– Nastia, możemy trafić do niewoli. Nie boisz się? Wiesz, co oni robią z kobietami.

– Boję się – odpowiadała – ale co mam robić?

Teraz Rosjanie wyciągają Nastię z kolumny jeńców. Oglądają obojczyk, czy nie ma siniaków od karabinu. Patrzą na ręce, szukają modzeli. Nic nie znajdują..

W rosyjskiej niewoli znalazło się kilka tysięcy ukraińskich jeńców. Anastasija Rustamowa trafiła do niej w Mariupolu razem ze swoim oddziałem piechoty morskiej. Przeszła przez kilka rosyjskich więzień: w Sartanie, Ołeniwce, Taganrogu i Sewastopolu.

– Umiesz strzelać? – pytam.

– Każdy żołnierz umie strzelać. Ale do ludzi nigdy nie strzelałam.

***

Z Anastasiją Rustamową lub Nastią, jak się do niej zwracam, spotykamy się w szczególny dla nas jako Ukrainek dzień –Święto Flagi Narodowej, w przeddzień Dnia Niepodległości Ukrainy. Jadę do Siedlec, gdzie mieszka od końca maja. Przywożę ciastka w kształcie serduszek, udekorowane żółto-niebieskimi kłosami pszenicy. Siedzimy w cieniu na ławce w centrum miasta. Ktoś przyglądający się nam z boku mógłby pomyśleć, że to spotkanie koleżanek.

Nastia jest zawodową żołnierką. Po ukończeniu szkoły podoficerskiej we Lwowie dostała przydział w 36. Samodzielnej Brygadzie Piechoty Morskiej im. kontradmirała Mychajła Biłyńskiego w Mikołajowie na południu Ukrainy. Był 27 lutego 2018 roku.

Wróg atakuje z trzech stron

Obejmuje stanowisko kierownika magazynu spożywczego. Potem zostaje dowódcą drużyny remontowo-mechanicznej w plutonie uzbrojenia artylerii rakietowej. Mimo że obie mamy po 24 lata, Nastia zwraca się do mnie per “Wy”. To forma grzecznościowa, której po armii trudno się jej pozbyć. Oprócz obowiązków wynikających ze stanowiska, Nastia pomaga dowódcy kompanii prowadzić dokumentację.

Po roku idzie na urlop macierzyński. Szczęśliwie rodzi synka i w sierpniu 2021 roku wraca do służby. Na moje pytanie o męża odpowiada:

– Nie chcę o tym rozmawiać.

We wrześniu wymieniają dowódcę brygady. Zaczyna się rotacja – żołnierze do tej pory odbywający służbę w Mikołajowie jadą na miejsce tych, którzy przez pół roku bronili wschodnich granic Ukrainy przed separatystami i armią rosyjską. Nastia też musi jechać. Za poprzedniego dowódcy żołnierze, którzy mieli małe dzieci, mogli sami decydować - jechać na front, czy nie. Teraz nie ma wyjątków, jeśli coś się nie podoba, do widzenia.

Przed wyjazdem w strefę OOS, Operacji Połączonych Sił Zbrojnych Ukrainy, żołnierze powinni przejść szkolenie. Nastia wiezie synka do teściowej, a sama jedzie na ćwiczenia na poligon wojskowy w Oleszkach w obwodzie chersońskim. Szkoli się przez półtora miesiąca. 5 grudnia przyjeżdża do Mariupola.

Z punktu zero, czyli linii frontu, przywożą im uszkodzone pojazdy wojskowe. Mężczyźni je naprawiają. Nastia zamawia części samochodowe, pilnuje dystrybucji paliwa. Skrupulatnie liczy i zapisuje w specjalnym zeszycie dni, które każdy żołnierz z jej oddziału spędził w OOS: kiedy wrócą do Mikołajowa, to każdy dostanie 10 dni urlopu, jeśli dotrwa do końca rotacji.

Nastia jeszcze nie wie, że za dwa miesiące będzie palić tygodnie swojej pracy, żeby wróg nie miał o nich żadnych danych.

Od czasu do czasu Nastia patrzy na mnie podejrzliwie, przypomina sobie, że jestem hrażdanska, czyli po rosyjsku z cywila, i wyjaśnia, co oznaczają skróty, którymi się posługuje. Mówi surżykiem, mieszanką ukraińskiego i rosyjskiego, za co bardzo przeprasza jeszcze na początku naszej rozmowy.

Wydawało się, że służba w OOS będzie taka sama jak w Mikołajowie. Jedyna różnica była taka, że ukraińscy wojskowi mieli zakaz poruszania się samotnie po Mariupolu: z koszar można wychodzić na miasto tylko w grupach, by uniknąć prowokacji i hejtu. Niektórzy mariupolanie, ufający rosyjskim mediom, niespecjalnie lubili ukraińskich wojskowych.

Od 21 lutego oddział ma szkolenia: podczas alarmu nocą trzeba wstać, biec po broń i do schronu - w ich przypadku rolę schronu pełni piwnica. W nocy z 23 na 24 lutego żołnierze już nie śpią; są w pełnej gotowości bojowej. Są pewni, że wróg zaatakuje Mariupol, z którego w 2014 roku ukraińscy żołnierze już raz go wygnali. Nie spodziewają się jednak, że armia rosyjska o świcie zaatakuje Ukrainę z trzech stron: od północy, wschodu i południa. A Mariupol stanie się miejscem zagłady.

„No i kto cię wołał, czemu przyszłaś, stara prostytutko, suko, wojno?”*

Nastia dzwoni do teściowej w Hajsynie w obwodzie winnickim, prosi teściów, by z jej synkiem wyjechali na wieś. Tam powinno być spokojniej.

27 lutego przychodzi rozkaz dowódcy brygady, by przenieść się do kombinatu metalurgicznego im. Iljicza. To największy ukraiński producent blach ocynkowanych walcowanych na zimno. Eksportuje swoje towary do ponad 50 krajów. “Zajmuje obszar siedem razy większy niż Księstwo Monako” ー pisała “Ukraińska Prawda”. W 2019 roku pracowało tam 14 680 osób.

W pokoiku ochroniarza tłoczą się w szesnaścioro. Mechanicy z remroty, kompanii remontowej, śpią po kilka godzin. Holują na wpół spalony sprzęt z pola walki. Z trzech samochodów lepią jeden. Niedługo nie będzie już niczego do naprawiania.

W tym samym czasie żołnierze pułku Azow zajmują pozycje w drugim wielkim kombinacie metalurgicznym – Azowstali. Tam są potężne schrony, sięgające trzy piętra w dół. W kombinacie Iljicza niczego takiego nie ma.

15 marca część lekarzy ze zniszczonego szpitala garnizonowego dołączyła do żołnierzy w kombinacie Iljicza. W podziemiach operują rannych. Nie przeszkadza im sypiący się na głowę podczas bombardowań tynk i gruz.

Nastia zabłądziła. Zajrzała przez uchylone drzwi do jakiegoś pokoju. Na stole leżał ukraiński żołnierz. Pocisk rozerwał mu nogę od kolana aż po stopę, wisiała w nogawce spodni, wciąż w wojskowym bucie. Lekarze przepiłowują kość. Czuć zapach jak sklepie mięsnym, który sprzedaje nieświeży towar. Miesza się z zapachem pyłu z sypiących się ścian i wilgoci podziemi.

ー Nigdy nie zapomnę tego zapachu i pewnie już nigdy nigdzie go nie poczuję ー mówi Nastia.

[video width="1920" height="1080" mp4="https://oko.press/images/2022/10/20220831_zolnierka-szpital_WJ.mp4"][/video]

Mariupol jest w okrążeniu. Od 2 marca w mieście nie ma prądu, wody i gazu. Nie ma jak dostarczać żywności, wody, amunicji, wywozić ciężko rannych. Zaczyna się chaos. Wróg atakuje miasto z lądu, nieba i morza. Cywile żyją w piwnicach, jedzenie gotują na paleniskach przed domami. Giną od ostrzału, umierają z braku leków.

Nie ma jak ich pogrzebać – groby kopie się na podwórkach, w ogródkach. Ciała tych, których nie pochowano na czas, rozwłóczają psy. Sytuację w Mariupolu pracownicy Czerwonego Krzyża określili jednym słowem: Apokalipsa. Według danych z końca sierpnia w mieście zginęło 87 tys. osób. Zapewne było ich więcej.

Nie ma zasięgu. Rodziny żołnierzy dzwonią dzień i noc do jednostek poza linią frontu, wypytują, co z ich dziećmi, mężami, żonami, braćmi czy siostrami. Zwracają się do prezydenta, pojadą nawet do papieża. Świat ogląda zdjęcia mariupolskiej zagłady i chodzi do pracy, wyjeżdża na wakacje, bawi się.

*fragment utworu ukraińskiego zespołu Skriabin

Takiej małej do wojska nie wezmą

Natalia, mama Nastii, wie, że córka jest w okrążonym Mariupolu. Nic więcej. Jej mąż, tata Nastii, Ołeksandr jeszcze w pierwszym dniu wojny spakował się i wrócił do kraju, zgłosił się do wojska. Żeby tylko córka nie musiała walczyć. Razem z tysiącami innych ukraińskich żołnierzy bije się na froncie wschodnim. Nastia wspomni o tym dopiero pod koniec naszej rozmowy. Bardziej troszczy się o losy towarzyszy, którzy trafili do niewoli, bo wie, jak tam jest.

– Z ojcem Nastii myśleliśmy, że takiej małej, chudej jak ona do wojska nie wezmą ー mówi Natalia, kiedy odwiedzam salon urody, który od niedawna prowadzi z córką w Polsce.

Przyjechała do Siedlec w 2018 roku, wkrótce po mężu.

Kiedy Natalia wiezie córkę i jej koleżankę na rozmowę wstępną do lwowskiej szkoły podoficerskiej przy Narodowej Akademii Wojsk Lądowych im. hetmana Piotra Sahajdacznego, liczy na to, że wróci do domu z córką. Zabierze z powrotem tylko przyjaciółkę. Nastia dostanie pierwszy rozkaz: “Zostać z rzeczami”.

– Płakałam przez miesiąc – wspomina Natalia.

Nastia nie miała pomysłu, jaki wybrać zawód. Do szkoły w Tomakiwce w obwodzie dniepropietrowskim, 40 km od Zaporoża, przychodzą przedstawiciele uczelni wojskowych, zachęcają, by składać dokumenty. Nastia zapala się do tego pomysłu ー zostanie żołnierką.

W 2015 roku kończy 11. klasę, ostatnią w ukraińskim systemie edukacji. Robi badania lekarskie, zbiera zaświadczenia. Rodzice nie cieszą się z wyboru córki, ale niczego jej nie zabraniają. Niech spróbuje, żeby w starości im nie zarzucała, że zepsuli jej życie.

Nastia składa papiery do uczelni w Odessie, Kijowie i Lwowie. Chce zostać oficerem, jednak na jedno miejsce jest dużo chętnych, dlatego wybiera szkołę podoficerską. Zostaje przyjęta do tych we Lwowie i w Kijowie. Jako dziecko była na wycieczce we Lwowie, miasto jej się bardzo spodobało, dlatego się nie waha. Spędza dwa i pół roku w koszarach. Przez pierwsze miesiące rodzice przyjeżdżają do Nastii w odwiedziny, choć dzieli ich ponad 900 km. Później wyjadą do Polski.

Kiedy Nastia jest na urlopie macierzyńskim, uczęszcza na kurs przedłużania rzęs. Dziś tak zarabia na życie. Nie mówi jeszcze po polsku, nigdy wcześniej w Polsce nie była. Warszawa robi na niej duże wrażenie. Dogaduje się z klientkami na migi. Polki są wyrozumiałe, zupełnie im nie przeszkadza, że kosmetyczka nie zna języka. A Nastia dba o to, żeby pani, która przyszła na zabieg, czuła się komfortowo. Obok jej mama robi innej klientce manicure. Sama Nastia też ma zadbane paznokcie w kolorze bladoróżowym.

Wspomina, jak w podziemiach kombinatu razem z koleżanką Lilą, z którą zaprzyjaźniła się w grudniu, kiedy przybyła na rotację, obcinają resztki długich paznokci. Dziewczyny też muszą być przygotowane do walki. W piwnicy przy świetle latarki z telefonu wciskają naboje do pasów amunicyjnych. Z poranionych rąk cieknie krew. Naboje wchodzą ciasno. Pięć, dziesięć wsadzić łatwo, ale nie całe pudło.

Z Lilą zżyły się jak siostry. Przed wyjazdem do kombinatu, 27 lutego, dowódca zaproponował kobietom ewakuację. Wiele wykorzystało szansę, wróciły do domu. Lila zostaje, bo jest medykiem, jedynym na dwa pododdziały. Nastia nie zostawi przyjaciółki. Lila robi Nastii szkolenie, żeby odświeżyć to, czego uczyła się na studiach z medycyny pola walki.

– Myślałam, że boję się krwi. Chyba bałam się jej, póki nie miałam z nią do czynienia

– mówi Nastia.

Została też dlatego, że czuła, że to jej obowiązek wobec Ojczyzny.

– Ja przecież jestem patriotką, nie wyjadę, nie opuszczę moich chłopców. Będę im pomagać, robić wszystko, co w mojej mocy. Podawać naboje, gotować jedzenie ー tłumaczy się trochę ironicznie, a trochę poważnie.

Rozkaz: „przeżyć”

Za murami kombinatu remrota (kompania remontowa) pracuje jak zwykle. Przyzwyczaili się. Tylko muszą pamiętać o tym, że niebezpieczeństwo może się pojawić w każdej chwili. Oszczędzają jedzenie, bo nie wiedzą, ile czasu tu spędzą. W pierwszych dniach wojny z żołnierzami kontaktuje się właściciel sieci hipermarketów, pozwala im zabrać z żywność z magazynów. Dzięki temu przetrwają do połowy kwietnia.

Ukraińskie władze proszą obrońców miasta, by wytrzymali kilka dni, zapewniają, że Rosjanie wkrótce się wycofają, nie mają wystarczających sił i broni, by zdobyć Mariupol.

ー Teraz rozumiem, że miało to wspierać naszego bojowego ducha.

W kombinacie jest jedno miejsce, gdzie można złapać internet. Czekają godzinami, aż pojawi się jedna kreska, żeby zadzwonić do rodziny. Później mają połączenie tylko u dowódcy. Żeby tam dotrzeć, trzeba przejść przez hangar, później przebiec pod gołym niebem i zejść do piwnicy. Wszystko po to, żeby napisać: “Żyjemy”.

– Mogliśmy napisać: „żyjemy”, wyjść i już nie żyć. Ostrzał był bezustanny. W kombinacie wszędzie jest mnóstwo żelastwa i jak uderza rakieta, to jest takie echo, że nie można się zorientować, czy to 10 metrów, czy kilometry od ciebie.

Nastia pisze wiadomość do rodziców i jak któryś z chłopaków idzie „na internet”, daje mu telefon. W ich hangarze też nie jest bezpiecznie. Sufit, przedziurawiony pociskami, wygląda jak sito.

4 kwietnia 501. batalion piechoty morskiej poddaje się Rosjanom. 267 osób. Wróg coraz bliżej.

– Nas tam nie było. Nie znamy wszystkich okoliczności. Nie będę nikogo osądzaćー tłumaczy Nastia. – Zajęliśmy ich bunkier, rozdzieliłyśmy się z Lilą. Zostałam jedyną kobietą w grupie. Zaczął się straszny ostrzał.

Do bunkra przynoszą rannych żołnierzy. Leżą na wpół żywi, majaczą, wymiotują. Środków przeciwbólowych nie starcza dla wszystkich. Jeśli przeżyją, nie będą musieli nosić rękawic czy butów.

ー Kiedy przynosili rannych, wołali: „Niesiemy, Nastia, stań w kącie i nie wychodź. Nie powinnaś na to patrzeć”.

W tym bunkrze spędzają trzy dni. Potem przenoszą się do innego, na obrzeżach kombinatu. Przez ostatnie dwa tygodnie żołnierze jedzą raz dziennie po misce zupy. Chleba dawno nie widzieli.

ー Chłopcy chodzili sini z głodu. Pracowali fizycznie, a jedzenia nie było. Mieliśmy pudło z tuszonkami, mogliśmy wszystkie konserwy zjeść na raz. Ale nie wiedzieliśmy, czy będziemy tu jeszcze trzy dni, czy trzy miesiące.

Może uda się oszukać wroga

Dowódca brygady, płk Wołodymyr Baraniuk, podejmuje decyzję o próbie wydostania się z okrążenia. Jest 46. dzień wojny. Plan był taki: wszyscy razem wyjeżdżają z kombinatu, jadą tak daleko, jak się da, a później próbują indywidualnie przedostać się na terytorium kontrolowane przez Ukrainę.

Separatyści i Rosjanie tylko na to czekają.

– Przed wojną mieliśmy też cywilną odzież. Jednak jeżdżąc z miejsca na miejsce zabieraliśmy ze sobą tylko najbardziej potrzebne rzeczy. Zostały mi w kieszeni jedne czyste majtki. Poza tym miałam broń, hełm, pasy amunicyjne, mundur, wojskowe buty, kurtkę, torebkę z dokumentami i telefonem, a w rękach niosłam apteczkę. To wszystko.

Na dwa samochody ciężarowe, które im zostały, KrAZ-a i MAZ-a, wpycha się 70 osób. Wcześniej narysowali na nich litery “Z”, znak rozpoznawczy sił rosyjskich. Może jednak się uda oszukać wroga. Ruszają 11 kwietnia tuż przed świtem. Stają na końcu kolumny pojazdów ciężarowych i opancerzonych.

Droga jest wąska. Przed nimi walczą czołgi. Spadają bomby, rakiety, na drodze są miny. Chaos. Krzyki rannych.

– Byliśmy jak kawałki mięsa, które zaraz zostaną zmielone w maszynce.

Pada rozkaz: wozduch!, czyli powietrze. Nastia tłumaczy:

ー To znaczy, że nadlatują bombowce. Trzeba wyskoczyć z wozów i schować się gdzieś w rowie.

Nastia biegnie po zrytej pociskami drodze, klucząc pomiędzy koleinami czołgów. Ma na sobie 30 kg ekwipunku, sama waży zaledwie 15 kg więcej. Żegna się z życiem. Ale bomby uderzają w przód ich kolumny, a oni jadą z tyłu. Przeżyli.

Któryś z młodszych dowódców wydaje rozkaz – natychmiast do samochodów. Przez krótkofalówkę pyta dowódcę brygady, co dalej. Cisza. Zostali zdradzeni?

Dziś wiadomo, że płk Baraniuk jest w niewoli. Żołnierze i ich bliscy obwiniają go o to, że naraził życie setki żołnierzy bez rozkazu z góry.

Decydują, by wracać do kombinatu. Niektórzy protestują, przecież Rosjanie mogą już tam na nich czekać. Ale nie czekają.

Podczas próby wydostania się z okrążenia brygada poniosła ogromne straty. Nastia słyszała od chłopaka z kompanii czołgów, która liczyła 75 osób, że zostało ich 25, z czego połowa rannych. Oficjalne dane są utajnione.

„Gdzie ty polazłaś, po co?”

Dowództwo brygady przejął dowódca 1. samodzielnego batalionu, major Jewhenij Bowa. On również wydaje rozkaz opuszczenia miasta. Proponuje, by przebijać się już następnego dnia. Tego wróg nie będzie się spodziewał. Dowódcy pododdziałów ostrzegają, że nawet jeśli będą robić wszystko według podręcznika, przeżyje 10 proc. składu osobowego. Każdy musi liczyć sam na siebie. Rannych nie biorą. Osłabionych też.

– Zaczęliśmy panikować. Nikt nie chciał iść do niewoli.

Nigdy nie widziałam, jak mężczyźni płaczą. Patrzysz człowiekowi w oczy i widzisz, jak bardzo chce żyć.

Za pierwszym razem nie baliśmy się iść, bo nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Teraz już wiedzieliśmy, że będą ginąć ludzie. I to dużo.

Przez parę godzin wszyscy milczą, jakby już byli w żałobie. Jeszcze nigdy życie nie wydawało im się tak kruche. Jeden z towarzyszy Nastii mówi, że każdy powinien decydować sam, czy się przebijać, iść do niewoli, czy zostać i dalej się bronić - bez broni i amunicji. Ranni muszą się poddać, bo ich nie da się wynieść.

– Mieliśmy do Edika szacunek, chociaż nie był dowódcą. Miał wielką rodzinę. Ojczym nie żył, matka z jego braćmi i siostrami została sama. Edik mówił: „Dla nich muszę żyć. Nie mam prawa umierać” – Nastia powtarza jego słowa. Płacze. Ten jeden, jedyny raz podczas naszej rozmowy.

– Każdy w głębi duszy chciał ratować życie, ale nie mieliśmy odwagi się do tego głośno przyznać.

Większość decyduje, że zostaną w kombinacie. Druga próba wydostania się z Mariupola, na którą zdecydowała się także część osób z oddziału Nastii, również była nieudana. Skończyło się tak samo, jak za pierwszym razem: nowy dowódca przez krótkofalówkę krzyczy, że nie ma szans na wydostanie się z okrążenia. Nastia słyszy urywane prośby: „Cztery 300, jeden 200, potrzebujemy pomocy”

Kod „300” to ranni, „200” – zabici.

– Słyszałaś kiedyś krzyk człowieka, któremu urwało nogę czy rękę? Błagali o pomoc, w odpowiedzi słyszeli ciszę.

Nie mogliśmy im pomóc. Nie wiem, ilu ich zostało na polu walki. Boję się nawet to sobie wyobrazić. Jestem pewna, że Rosjanie martwych nawet nie pogrzebali.

Tylko część żołnierzy wróciła z tej drugiej próby. Z oddziału Nastii na szczęście wszyscy. Dowódcy rozkazują, by resztki brygady zebrały się w jednym miejscu na kolejną naradę. Ale w kombinacie są już Rosjanie. Jeńcy wychodzą z pojazdów z podniesionymi rękami.

Jest 12 kwietnia. W tym dniu okupanci wezmą do niewoli kilkuset ukraińskich żołnierzy. Tych z 36. Samodzielnej Brygady Piechoty Morskiej oraz działających razem z nią innych pododdziałów spotka różny los: część trafi do niewoli, ale 186 żołnierzy dołączy do Azowców w kombinacie “Azowstal”. Tam będą się bronić jeszcze przez miesiąc pod dowództwem legendarnego już 30-letniego majora Serhija Wołyńskiego, znanego jako “Wołyna”.

Trzecia grupa spróbowała pieszo wyjść z okrążonego miasta w grupkach po 4-6 osób. Szli nocami, przez kilka tygodni. 4 maja na terytorium kontrolowane przez Ukrainę dotarło siedem osób z batalionu Aristida – żołnierza, który opowiedział o tym mediom. Z całej 36. Brygady pieszo z Mariupola wyszło co najmniej 76 osób.

– Nie mieliśmy dowódcy, broni, produktów, wody, leków. Nic. W takich okolicznościach mieliśmy prawo się poddać. Ale nie zrobiliśmy tego dobrowolnie! Złapali nas podczas próby wyrwania się z okrążenia – tłumaczy się Nastia.

Jest jedyną kobietą w swojej grupie. Odbierają jej torebkę, w której ma telefon, 5 tys. hrywien, karty bankowe, dokumenty, dowód osobisty, paszporty jej i dziecka, obrączkę, pierścionki. Każą wracać do reszty jeńców.

Rosjanie stoją w dwóch szeregach, a pomiędzy nimi z rękami do góry biegają ukraińscy jeńcy. Tamci wyzywają ich od najgorszych.

– Wstyd mi nawet powtarzać takie słowa. Mogę cytować?

– Możesz.

– “Będziesz sosat` naszemu „200”. Brudnemu diedowi, który nie mył się od miesiąca” ー zapewniali Nastię.

Wsadzają ją do samochodu, w którym już są dwie kobiety, na oko 45-latki. Nastia słyszy: “A wot eta krasiwaja. Nie trogat’. Astawlu jijo na wieczer”.

Ta jest ładna, nie ruszajcie jej, zostawię ją sobie na wieczór.

– Chciałam wtedy, żeby mnie po prostu zastrzelili.

Jeńcy przebiegają kolumną na osiedle mieszkaniowe. Na domach wiszą rosyjskie flagi. Na ulicy już klęczą inni ukraińscy żołnierze. Mają opuszczone głowy, ręce za plecami, przed sobą powyciągane z kieszeni rzeczy. Nastia i inne kobiety dołączają do nich.

Okupanci zaczynają ich przepytywać.

– Boże, przecież jesteś małolatą. Przyjechałaś nas zabijać?

– Popatrzcie na mnie. Zabijać? Broniliśmy naszego terytorium.

– Bombardowaliście nas przez osiem lat! ー krzyczy Nastii w twarz żołnierz samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej. Separatyści wydają się jej bardziej agresywni niż Rosjanie.

– Podejdź – rozkazuje mężczyzna w mundurze, którego inni separatyści się słuchają. Nie ma dystynkcji, z wyjątkiem flagi Federacji Rosyjskiej na rękawie. – Nikt cię nie dotknie. Nie słuchaj ich.

Te słowa jej nie uspokoiły. Pakują wszystkich do samochodów ciężarowych, a Nastii każą usiąść obok kierowcy. Po drodze pytają ją, czy była na Majdanie.

– Chodziłam wtedy do 10 klasy – odpowiada. – O czym wy mówicie?

– Mam córkę w twoim wieku. Gdzie ty polazłaś, po co? Jakaś durna jesteś, czy co?

„Przecież jesteś dzieckiem”

Przyjechali na miejsce. Na ulicy czeka już na nich z kamerą reporter wojenny Aleksandr Sładkow. Nastii zabraniają wychodzić z samochodu. Patrzy na wszystko przez okno. Jeńcy muszą wyciągnąć dokumenty, reporter filmuje ich twarze. “WSU-wniki zdaliś w plen”, dostali się do niewoli – relacjonuje. WSU to rosyjski skrót Sił Zbrojnych Ukrainy.

Nastia, jak nigdy przedtem, chce zostać gwiazdą rosyjskich mediów. To jedyna szansa, żeby rodzice dowiedzieli się, że żyje.

Rodzinom ukraińskich żołnierzy nie zostaje nic innego, jak śledzić rosyjskie media z nadzieją, że wypatrzy się tam bliskich. Istnieją nawet kanały na Telegramie, gdzie okupanci chwalą się jeńcami. Jeden z nich nazywa się “Opoznaj chochła po czubu”, rozpoznaj (tu pogardliwa nazwa Ukraińca) po kozackim czubie.

Do samochodu, w którym siedzi Nastia, podjeżdża drugi z literami Z. Młodzi mężczyźni w mundurach marionetkowej republiki każą jej przesiąść się do nich. Po drodze pytają, jaki jest żołd w ukraińskiej armii, jak żyją Ukraińcy. Proponują kanapki i kawę. Nastia odmawia jedzenia, kawę wypija, bo całą dobę nie miała w ustach żadnego płynu. Przyjeżdżają do jakiegoś domu. Pojawia się dowódca z samozwańczej DNR, zaczyna krzyczeć o bombardowaniu ich przez osiem lat, dodając inne “argumenty”, które usłyszał w rosyjskich mediach. Nic ciekawego, klasyka, podsumowuje Nastia.

– Ty przyjechałaś nas zabijać? Popatrz tylko na siebie! Co umiesz robić?

– Wszystko mogę robić.

– Prasować?

– Mogę.

– Przygotowywać żarcie?

– Mogę.

– Propozycja jest następująca: zostajesz tu, gotujesz dla nas, sprzątasz i jesteś bezpieczna. Albo wracasz do swoich, wsadzają was do więzienia i zgodnie z prawem republiki DNR będziecie gnić tam przez 15-25 lat.

– Jeśli moi będą gnić, to ja będę gnić z nimi. Nie zostanę.

Separatyście taka odpowiedź się nie podoba.

– Czego się boisz? Myślisz, że ktoś tu będzie cię jebać?

– Boję się, nie znam was.

– Wyluzuj. Nie jesteś w naszym guście. Jeśli mielibyśmy na ciebie ochotę, to wrzucilibyśmy cię do bani, wykąpali i wyjebali po kolei.

– A jeśli będą wymiany jeńców, a mnie nie będzie na listach?

– Jakie wymiany? Będziecie gnić w więzieniu. Będziecie odbudowywać Donbas. Będziecie naszymi niewolnikami.

Wyrzucają ją, wsadzają do autobusu. Są tam ukraińscy żołnierze, ale Nastia nie widzi nikogo znajomego. To snajperzy. Boi się, żeby nie wzięli jej za jedną z nich. Jadą godzinę przez pola. Konwojujący odbiera im cenne rzeczy – złote naszyjniki, obrączki, bransoletki, zegarki, telefony.

– Patrzy na AirPodsy i pyta: “A sznurek gdzie?”. Oni zostali w ZSRR. Nie wiedzieć, że istnieją słuchawki bezprzewodowe?!

Niektórym jeńcom zabierali nawet wojskowe bluzy. Patrzyli z pożądaniem na wojskowe buty. Jeśli ktoś miał mniej zniszczone – zabierali.

Do Sartany w obwodzie donieckim docierają nocą. Rozmieszczają ich w kilku hangarach dawnych magazynów.

W hangarze są duże drzwi i zakratowane okienko bez szyby. Jeńcy dostają rozkaz: stanąć twarzą do ściany. Rosyjski żołnierz podchodzi do każdego od tyłu i dotyka go. Jeniec podaje nazwisko i stopień.

Rosjanin podchodzi do Nastii.

Jebat`, ty szto, baba? Anu pawierniś, odwróć się.

Wykonuje rozkaz.

– Przecież jesteś dzieckiem – mówi.

– Mogę dołączyć do mojej remroty?

Małaja, nie obiecuję, ale postaram się dowiedzieć, czy twoi tu są.

W hangarze nie ma podłogi. Tylko beton i kilka porozrzucanych desek.

– Masz tu karimatę i śpiwór, żebyś nie marzła.

Taki przywilej miała tylko Nastia. Niedługo potem inne kobiety dostały karimaty, ale nie starczyło dla wszystkich.

[video width="1920" height="1080" mp4="https://oko.press/images/2022/10/20220831_zolnierka-woda_WJ.mp4"][/video]

Rustamowa, ka mnie. Paszli.

Odwożą Nastię do innego hangaru. Są tam żołnierze z jej brygady, ale remroty nie ma. Wkrótce przywieziono tam kobiety, z którymi wzięto ją do niewoli. W hangarze, w którym wcześniej były nowe znajome Nastii, zamknięto 600 osób. Mężczyznom nie wolno było siadać. Jakby byli chłopcami, którzy nabroili, a teraz muszą stać w kącie i zastanowić się nad tym, co zrobili. Nie dawali im nawet wody.

Potem rannych i kobiety, około 200 osób, umieszczono w oddzielnym hangarze. Ukraińskie żołnierki, czyli baby, jak nazywali je okupanci, pomagają rannym. Ale zamiast środków przeciwbólowych mogą im dać co najwyżej wodę. Medycy błagają chociaż o cewniki dla najciężej poszkodowanych. Ranni leżą na betonie. Wielu nie wytrzymało. Wyniesiono ich stamtąd na zawsze.

W hangarach jeńcy spędzają trzy dni. Pierwszy posiłek dostają dopiero półtorej doby po wzięciu do niewoli.

– Nie chciało się nam tak bardzo jeść, przede wszystkim pić.

Dają im po kawałku chleba. Nawet jest świeży. I lekko zabarwioną wodę – „herbatę”. Następnego dnia jest kasza perłowaー puszka na dwie osobyー kawałek chleba, jeden wafelek i herbata. Na trzeci dzień kobiety znów pakują do autobusów. Nie mówią, dokąd je wiozą. Okaże się, że do Ołeniwki.

To tam trzy miesiące później, 29 lipca, spłonie żywcem 53 obrońców Mariupola. Tak Rosja zaciera ślady tortur. Dzień wcześniej w mediach społecznościowych pojawiło się wideo z frontu, na którym rosyjski żołnierz nożem odciął ukraińskiemu jeńcowi genitalia.

Ołeniwka. Jak w filmie

Kobiety z autobusów patrzą jak z przepełnionych ciężarówek zeskakują ukraińscy żołnierze. Obok stoi grupa Rosjan. Jeden z nich trzyma na smyczy owczarka niemieckiego, inni są w maskach, z pałkami. Ukraińcy schodzą po kolei, nie muszą się śpieszyć. Tamci zajmą się każdym. Jeśli ktoś upada, podnoszą go i biją jeszcze mocniej.

Nie mają litości dla nikogo. A pies musi zasłużyć na obiad. Od czasu do czasu dają mu gryźć ukraińską nogę. Jak tylko się rozsmakuje, odciągają go i zanoszą się śmiechem.

Nie spodobał im się jeden jeniec. Postawili go twarzą do ściany, z rękami do góry, dłońmi na zewnątrz, nogami na szerokość pleców. Stał tak sześć godzin - tyle, ile trwało „powitanie” wszystkich jeńców. Padał, podnosili go, stawiali do pionu, stał, padał i tak od nowa. Takie ćwiczenie wykonuje się na wojskowych treningach. Zdrowemu człowiekowi trudno wytrwać kilka minut. A ten jeniec przedtem został pobity, nie spał i nie jadł normalnie od kilku tygodni.

Kobiety wypatrują znajomych twarzy, szukają przyjaciół czy ukochanych. Zabierają je do DIZO, oddziału kolonii karnej w Ołeniwce dla osób naruszających reżim osadzenia. Jest tam długi korytarz, po obu jego stronach na dwóch piętrach cele z żelaznymi kratami, w środku prycze przypięte łańcuchami do ścian.

– Pamiętasz, jak wygląda więzienie w filmach? Tak tam było.

Odbierają im ostatnie cenne rzeczy. Zapewniają, że później oddadzą. Wyciągają gumki z ubrań i sznurowadła z butów, „żeby jedna drugiej nie zadusiła”. Tacy troskliwi.

W celi przeznaczonej dla sześciu osób kwaterują 42 kobiety. Jedno kojko-miesto, czyli prycza, jest połamana. Mają więc pięć miejsc do spania. Kobiety ścielą na podłodze kurtki i płaszcze. Śpią tam na zmianę. Część śpi, a część siedzi. W kącie każdej celi jest tołczok, sedes, i pół wiadra wody, żeby spłukiwać nieczystości. Wody do picia w DNR nie ma. Winni są oczywiście Ukraińcy. Jeńcy dostają więc brudną wodę. Piją, co mają zrobić. Na dobę na osobę wychodziło około 150 ml płynu.

Raz dają im herbatę. Do jedzenia jest chleb i postna kasza – pszenna, perłowa, owsianka, ale aż trzy razy dziennie. Najpierw porcje są normalne, jednak z każdym dniem stają się coraz mniejsze. Więźniarki wpychają w siebie po kilka łyżek kaszy. Chce im się wymiotować, ale muszą jeść, bo umrą z głodu.

– Czasami dawali do kaszy sałatkę z buraków i kapusty. Chociaż sałatka to zbyt dużo powiedziane, pokrojone warzywa. Jak w menu był kiszony ogórek, to delektowałyśmy się nim, bo miał chociaż jakiś smak. Jeśli rano była sałatka, to na obiad była zupa z tymi burakami. Na kolację kasza perłowa, nie zawsze dobrze ugotowana – mówi Nastia i ciszej, jakby zawstydzona, dodaje: – Wiesz, w Ukrainie psy lepiej jedzą, niż my jedliśmy w Ołeniwce…

Zamyśla się. – Chleb dawali zawsze świeży. Ten chleb nas uratował.

Do czego służy Czerwony Krzyż?

Po wydostaniu się z niewoli Nastia, która w lutym ważyła 56 kg, zobaczy na wadze 10 kilo mniej. Teraz w Siedlcach ma problem z jedzeniem: nie może przełknąć pożywienia, gdy wspomina, co w niewoli jedzą jej towarzysze.

Po wyjściu na wolność Nastia razem z innymi żołnierkami, żonami i bliskimi jeńców utworzy organizację pozarządową Sztab Wsparcia Piechoty Morskiej. Działa na rzecz ewakuacji ukraińskich jeńców do kraju niezaangażowanego, na przykład Turcji, żeby uchronić ich przed torturami oraz zapewnić im godne warunki przebywania w niewoli.

– Piszemy do Czerwonego Krzyża, do misji pokojowych ONZ. Cisza. Po co powstały te organizacje? Dlaczego nie ma ich na miejscu? Mówią, że ich tam nie wpuszczają. Jak to jest możliwe? Nic nie robią. Tam przecież katują ludzi. Może nadszedł moment, żeby stworzyć nową instytucję, która byłaby zdolna coś zrobić?

Szef ukraińskiej dyplomacji Dmytro Kuleba po incydencie w Ołeniwce wezwał międzynarodowe organizacje do odwiedzenia kolonii karnej i ustalenia okoliczności zbrodni. Jednak do 1 października Czerwony Krzyż nie dostał zgody na wjazd na teren Ołeniwki, gdzie najprawdopodobniej wciąż przebywają ukraińscy jeńcy.

– Chcemy mieć pewność, że są żywi i że kiedyś wrócą do domu, że nic im się nie stanie. Nie wiemy dokładnie, gdzie są. Piąty miesiąc nie mamy z nimi kontaktu. Nie wierzę, że cały świat nie może niczego zrobić. Po co są te międzynarodowe konwencje?

Ukraińcy na całym świecie organizują manifestacje, zbierają podpisy pod petycją o uwolnienie ukraińskich jeńców. Nie wiedzą, czy to pomoże. Ale nie mogą nic nie robić, kiedy ktoś gdzieś dzień i noc wybija duszę z ciał ich bliskich.

12 kwietnia, w dniu, kiedy Nastia trafiła do niewoli, Iryna Wereszczuk, wicepremier Ukrainy kierująca ministerstwem ds. terytoriów tymczasowo okupowanych, podała, że w rosyjskiej niewoli znajduje się około 1700 ukraińskich żołnierzy i cywilów. Pięćset z nich to kobiety. Między 16 a 20 maja w kombinacie Azowstal do niewoli wzięto 2439 obrońców Mariupola.

Od 24 lutego ponad 7 tys. ukraińskich żołnierzy zaginęło bez wieści. W infolinii, do której zgłaszają się rodziny zaginionych, przypuszczają, że 20-25 proc. z nich może być w rosyjskiej niewoli.

Rosjanie nie podają żadnych informacji. Do 4 września ukraińskim władzom udało się wymienić 600 osób. Sto z nich to cywile, którzy według Konwencji Genewskich nie mogą być brani do niewoli. Na początku września do Ukrainy w wyniku wymiany wróciło też ponad 500 ciał żołnierzy, którzy zginęli broniąc Ojczyzny.

21 września odbyła się największa do tej pory wymiana jeńców: 200 ukraińskich wojskowych za kuma Putina, prorosyjskiego polityka Wiktora Medwedczuka. Pięciu dowódców z Azowstali, czyli Denysa Prokopenkę, Serhija Wołyńskiego “Wołynę”, Światosława Pałamara, Denysa Szłehę oraz Oleha Chomenkę przewieziono do Turcji. Pozostaną tam do końca wojny. Uwolnionych zostało też 10 cudzoziemców, którzy walczyli po stronie Ukrainy.

Wśród 215 szczęśliwców jest Mariana Mamonowa, wojskowa lekarka w ostatnich tygodniach ciąży, w niewoli od 4 kwietnia, dwie inne ciężarne kobiety ーJana Szumowećka i Anastasija Czerneńka oraz 108 obrońców kombinatu Azowstal.

Cztery dni po powrocie do domu Mariana urodziła zdrową córeczkę.

Taganrog. Tu dali się umyć

Na wychod, do wyjścia! – strażnicy zapukali do drzwi celi 19 kwietnia. Kobiety się cieszą. Strażnik zdradził, że wiozą je na wymianę. Na rosyjskiej granicy nikogo nie kontrolują. Więźniarki nie mają już dokumentów.

– Policzyli nas po głowach, jak bydło.

Jadą. Nie zasłonięto im oczu. Oglądają Rosję.

– I to oni z nami walczą?! Ukraina w porównaniu z Rosją to Europa. Jakbym się znalazła w przeszłości. Pola zachwaszczone, nieuprawiane. Dróg w ogóle nie ma – Nastia nie kryje emocji.

Trafia do więzienia w Taganrogu, w obwodzie rostowskim. Na dziedziniec wpuszczają po jednym autobusie. Instruują: wychodzić ze spuszczoną głową, nie patrzeć na boki, iść szybko, nie zadawać pytań. Na zewnątrz czeka znana już procedura: Rosjanie stoją w dwóch rzędach, pośrodku idą ofiary. Mają głowy pochylone tak nisko, że widzą kolana mężczyzn. Rosjanie każdą Ukrainkę muszą spoliczkować, popchnąć, uderzyć, bo nie wystarczająco nisko się schyliła.

– Myślę sobie: Nastia, to wszystko naprawdę się dzieje! Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że to ze mnie będą się tak szydzić, nade mną się tak znęcać. Oni chcą zniszczyć twoją godność.

Nie tak wyobrażała sobie służbę, kiedy we Lwowie składała przysięgę na wierność Ojczyźnie.

Upychają 85 kobiet w dwóch małych pokoikach. Wzywają po kolei. Każą się rozebrać. Wydają czarny strój więzienny ze sztucznego materiału. Nastia, rozmiar 40, dostaje 56. Klapki – rozmiar 45. Używane skarpetki. Majtki dziewczyna owija po pasie dwa razy i podwija, żeby nie spadły. Wydają im też kubek i łyżkę. Znowu zaczyna się bieganie po gabinetach. Pobierają odciski palców, ślinę, obcinają pasmo włosów i paznokieć.

– Musiałyśmy usiąść, a strażniczki zaglądały przy pomocy lusterka do pochwy, żeby zobaczyć, czy niczego nie wnosimy. Potem pobiegłyśmy pod prysznic. Miałyśmy półtorej minuty.

ー Ile? ー dopytuję.

ー Półtorej minuty na umycie się. Ręczników nie dali.

ー Jak się zachowywały wobec was Rosjanki?

ー Były gorsze od mężczyzn. Złe, jakbyśmy im mężów odbierały. Nie rozumiem, co im zrobiłyśmy. To my mamy prawo być złe, bo to ich mężowie najeżdżają naszą ziemię, rabują, zabijają, gwałcą i torturują.

Nastii odebrali też gumkę do włosów. Stwierdzili, że więcej jej się nie przyda.

ー Niech golą, tylko żeby nie gwałcili ー pomyślała wtedy. W sieci można zobaczyć zdjęcie z wymiany jeńców 1 kwietnia. Iryna Wereszczuk stoi wśród ogolonych żołnierek.

W Taganrogu chyba nie golili.

Nastia dostaje miejsce w 4-osobowej celi. Oprócz niej jeszcze trzy kobiety - dwie z nich już są w domu, jedna nadal w niewoli. Porządek dnia wygląda następująco: pobudka o 06:00 rano, cisza nocna o 22:00, jeśli trafi się dobry dyżurny, jeśli nie – o północy.

ー Dziewczyny mówiły, że jak wyjechałam, to zdarzało się, że ciszy nocnej w ogóle nie ogłaszali.

ー Co więźniarki muszą robić, kiedy nie ma ciszy nocnej?

ー Uprawiać sport, sprzątać milion razy celę. Moczysz szmatkę i wycierasz podłogę, Wyschnie ーwycierasz od nowa. I tak cały dzień.

ー Nie można siadać na pryczy?

ー W żadnym wypadku. Można na chwilę usiąść przy stole. Ale większość czasu trzeba było być na nogach.

W celi jest zimno i wilgotno. Jest duże zakratowane okno, ale nie można się do niego zbliżać, wyglądać też nie. Tak mijają dni. Nastia myśli o tym, co się wydarzyło i planuje przyszłość. Nic innego jej nie zostało. Zalewa się łzami, kiedy myśli o synu, który na nią czeka i o mamie, która nie wie, gdzie jest jej córka.

W więzieniu kobiety dzień i noc słyszą krzyki torturowanych rodaków. Więźniarki wyznaczone do sprzątania mają już dosyć zeskrobywania zaschłej krwi.

ー Mówili: umyj dobrze zwłaszcza w tym kącie ー Nastia wspomina ich opowieści. Jedna z dziewczyn po powrocie do domu postradała zmysły. Nie poradziła sobie z traumą.

ー Nie wiem, jak tam nie zwariowałam. Chyba dlatego, że ciągle myślałam o dziecku.

W Taganrogu o 8. serwują śniadanie: kaszę manną pachnącą chlorem. Herbata pachnie tak samo. Na szczęście chleb jest solony, zagryzają nim kaszę. Na obiad ー zupa i kasza. Wieczorem kasza i kotlet rybny, zazwyczaj nieświeży stęchły, herbata i chleb.

Wodę można pić z kranu bez ograniczenia. To wielkie szczęście.

Nastii z powodu stresu spóźnia się okres. Prosi strażniczkę o podpaski. Dają jej kilka sztuk tych najtańszych. Stara się przykleić na ogromne majtki wkładkę tak, żeby nie ciekło po nogach. W celi jest kran, nabiera do kubka zimnej wody i tak się myje. W Ołeniwce kobiety darły podkoszulki i te szmatki służyły im zamiast podpasek - jak kiedyś ich babciom. Wody nie było, a w celi z Nastią przebywało jeszcze z 40 kobiet. Zaduch był nie do opisania.

W kombinacie Iljicza na początku mieli podpaski. Chłopcy wkładali je do butów, żeby nie przeciekały i żeby noga „oddychała”. Starali się też zdobyć czy nazbierać dla Nastii wody, podgrzać ją, żeby mogła się podmyć. Kiedy zapasy się kończyły, zawsze potrafili gdzieś znaleźć jeszcze jedną podpaskę. W pierwszych dniach zrobili też zapas nawilżanych chusteczek - wiedzieli przecież, jak jest na wojnie.

W Taganrogu trzy razy dziennie wyprowadzają więźniarki na korytarz: sprawdzają, czy nie mają igieł, noży czy innych przedmiotów, którymi mogłyby zaatakować strażników. W każdej celi na ścianie wisi tekst hymnu Federacji Rosyjskiej oraz wyjaśnienie, co oznaczają rosyjskie symbole narodowe. Ukrainki muszą nauczyć się hymnu i go śpiewać. Muszą też deklamować wiersz: „Prostitie nas, rodnyje Rosijanie…”, Rosjanie, najbliżsi, wybaczcie nam. Nastię to ominęło, bo była tam tylko cztery dni.

– Rustamowa, na wychod!

Wydają jej rzeczy, w których przyjechała do Taganrogu. Zasłaniają oczy i wiążą ręce. Wraz z innymi więźniarkami wiozą na lotnisko. Stamtąd wojskowym samolotem polecą na Krym.

Więzienie typu LUX

W Sewastopolu oprócz Nastii jest jeszcze dziewięć kobiet z jej 36. brygady. Mieszkają w budynku, który nadzoruje Czerwony Krzyż. Nikt ich tam nie ciągnie za włosy i nie bije. Dają jedzenie, które da się zjeść, wodę, która nie śmierdzi i wypraną pościel. Kobiety w końcu mogą się umyć, dają im nawet szampon. Wszystko jak w zwykłych wojskowych koszarach, tylko okna są zakratowane.

– Zrobili pokazówkę dla międzynarodowych organizacji. Patrzcie, jak dobrze obchodzimy się z jeńcami. Ale było tam tylko 70 osób, a jeńców są tysiące.

Z okien Nastia widzi hotel Ukraina.

– Mówiłyśmy sobie z dziewczynami, że tu wkrótce będzie Ukraina.

Jeńcy mogą oglądać telewizję, ale są tylko rosyjskie kanały. Nie da się na to patrzeć, dlatego czytają książki. W koszarach są też obrońcy Wyspy Wężowej, którzy – oprócz bohaterskiej obrony ukraińskich terytoriów – zasłynęli frazą: “Russkij wojennyj korabl, idi nachuj”.

W Sewastopolu Rosjanie nadal przepytywali jeńców: gdzie są pozycje Sił Zbrojnych Ukrainy, ile mają broni, kto zabijał, gdzie są Azowcy, ilu ich jest, czy używali cywilów jako żywych tarcz…

Na Wielkanoc, 24 kwietnia, przyjeżdża batiuszka, czyli prawosławny ksiądz. Rozdaje święcone jajka i paskę, ukraińską potrawę wielkanocną. O 04:00 rano 28 kwietnia do sypialni kobiet przychodzą strażniczki z informacją, że jadą na wymianę - 20 osób, w tym osiem kobiet. Jeńcy nie mogą uwierzyć, że jadą do domu. Zdarzało się, że pakowali żołnierzy do autobusu, a kiedy strona ukraińska strona nie wyczytała czyjegoś nazwiska, to człowiek wracał do więzienia. Jeszcze za wcześnie, żeby się cieszyć.

Przyjeżdżają na lotnisko w Sewastopolu. Tam do ich autobusu dokładają jeszcze pięciu rannych żołnierzy. Jest ciasno. Siedzą jedni na drugich, ranni na podłodze. Zdrowi zdejmują płaszcze i kurtki, podkładają im pod głowę.

W dniu, kiedy umawiam się z Nastią na wywiad, dodaję do stories w swoim Instagramie wideoreportaż Radia Swoboda. 20-letni Roman Horodeńskyj opowiada, jak stracił w Mariupolu nogę i rękę, a potem trafił do niewoli. Tam piętę, która mu została, przebijali mu śrubokrętem, gasili niedopałki na ciele. Dwa razy porazili go prądem. Roman, któremu amputowano dwie kończyny, i który nie doczekał się pomocy lekarskiej oraz żadnych leków przeciwbólowych, czuł wtedy ulgę, bo ból przenosił się w inne miejsca.

Nastia słyszy tę historię od Romy, kiedy jadą na wymianę. Jest jednym z tych rannych.

Wymiana odbywa się na zniszczonym moście w obwodzie zaporoskim. Wśród rosyjskich jeńców nie ma kobiet. Potem Nastia trafia do centrum rehabilitacji.

– Gdzie jest to centrum?

– Mamy zakaz mówienia o tym.

Przebywa tam dwa tygodnie. Pomagają jej wyrobić nowe dokumenty. Nastia jedzie do Mikołajowa, pisze podanie o zwolnienie ze służby. Wyjeżdża do Polski z mamą, która po nią przyjechała.

– Wrócisz kiedyś do armii?

– Tęsknię za służbą. Myślałam, że doczekam tam emerytury. Ale musiałam wywieźć dziecko w bezpieczne miejsce. Mój syn potrzebuje żywej matki.

Nastia w więzieniu wypłakała wszystkie łzy. Teraz musi być szczęśliwa. Powtarza to jak mantrę. Jednak ma jeszcze do wykonania ostatni rozkaz, od swojego sumienia ー pomóc towarzyszom broni. Rodziny nie mają z nimi kontaktu, nie wiedzą, gdzie są ich bliscy i czy żyją. Dlatego proszą o podpisanie petycji w sprawie przekazania ukraińskich żołnierzy do państw neutralnych. By dać im szansę na przeżycie, na powrót do domu.

Udostępnij:

Krystyna Garbicz

Jest dziennikarką, reporterką, „ambasadorką” Ukrainy w Polsce. Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisała na portalu dla Ukraińców w Krakowie — UAinKraków.pl oraz do charkowskiego Gwara Media.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne