0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Andriy Andriyenko /Ukraine's 65th Mechanized Brigade via APAndriy Andriyenko /U...
  • W ciągu 12 lat mechanizm dialogu z agresorem wykazał nieskuteczność. Trzeba myśleć w kategoriach zmuszania agresora do pokoju.
  • Rosyjski reżim potrzebuje wojny, stała się jego naturalnym stanem politycznego trwania.
  • Należy zaprzestać wpuszczania pustych tankowców z listy sankcyjnej na Bałtyk, które płyną aby załadować się w rosyjskich portach.
  • Kompromis terytorialny – na zasadzie oddajcie Rosji „kawałek Donbasu” i nadejdzie pokój – to po prostu taktyczne oszustwo.

Przeczytaj także:

„Przychodzi morderca, a pokazują mu kodeks karny”

Krystyna Garbicz, OKO.press: Wraca pan przez Warszawę ze Światowego Forum Ekonomicznego w Davos. Wśród ukraińskich ekspertów były obawy, że temat Grenlandii może przyćmić temat wojny Rosji przeciwko Ukrainie.

Mychajło Gonczar, prezes Centrum Globalistyki „Strategia XXI”: Do pewnego stopnia tak było, ponieważ temat Grenlandii w przededniu Forum wywołał rezonans. Ale nie powiedziałbym, że całkowicie wyparł kwestię rosyjskiej agresji wobec Ukrainy.

W swoim artykule dla magazynu „Zerkało Tyżnia” napisał Pan, że nie spodobało się panu hasło Forum. Zacytuję:

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że hasłem Davos-2026 jest „Duch dialogu”, pomyślałem, że problemy natury mentalnej dotyczą nie tylko Putina czy Trumpa, ale także organizatorów forum. Wyobraźcie sobie następującą sytuację. Do europejskiego domu włamuje się z jednej strony morderca, a z drugiej – złodziej. Co powinien zrobić gospodarz domu? Bronić się! Z bronią. A co on naprawdę robi? Bierze do jednej ręki kodeks karny, a do drugiej Biblię i pokazuje każdemu swoje, mając błędne przekonanie, że wpłynie to na ich zamiary – zabić i okraść. Nietrudno zgadnąć, jaki może być wynik takich „działań obronnych”.

Jak pana zdaniem powinno było brzmieć hasło Forum w dzisiejszych okolicznościach?

Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie, a praktycznie przeciwko Europie, trwa już 12 lat, nie cztery lata. Zaczęła się w 2014 roku. W ciągu tych lat mechanizm dialogu z agresorem już wykazał swoją nieskuteczność.

Trzeba myśleć w innych kategoriach – zmuszania agresora do pokoju. A zatem trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Przełom nastąpiłby wtedy, gdyby hasłem Forum było coś w tym rodzaju. Kiedy mówimy o wojnie w Ukrainie, to nie oddaje to natury tej wojny.

Bo w tym sformułowaniu nie ma Rosji?

Kiedy w Europie słyszy się wyrażenie „wojna w Ukrainie”, to przeciętnie rozumie się, że coś się dzieje w Ukrainie, że jest to wewnętrzny problem Ukrainy i należy rozwiązać go w tym kraju. A to jest szablon rosyjskiej propagandy od 2014 roku. Zaraz po okupacji i aneksji Krymu rozpoczęła się inwazja na wschód Ukrainy, na Donbas. Rosja wmawiała, że w Ukrainie trwa wojna domowa, są tam ludzie, którzy chcą być z Rosją, a „kijowska junta” wysłała tam wojska i dlatego wybuchła wojna. Konflikt w Ukrainie, wojna domowa w Ukrainie, wojna w Ukrainie – nazwy, które zostały do dziś.

A jeśli diagnoza jest błędna, to i leczenie jest błędne.

Mówi pan, że Europa powinna działać prewencyjnie, a nie reaktywnie. Działać wspólnie z Ukrainą. Musi być gotowa „odciąć łapy drapieżnikowi”, zanim zaatakuje. Prezydent Ukrainy w swoim krytycznym przemówieniu mówił w Davos właśnie o tym, że Europa nie jest wystarczająco zjednoczona i zmobilizowana do obrony.

Jednak nie wszyscy zgadzają się z jego tezami. Zaskoczyło mnie, co usłyszałam wieczorem po jego przemówieniu w polskiej telewizji. Niektórzy polscy posłowie – zarówno lewicowi, jak i prawicowi – sądzą, że Zełenski zaszkodził Ukrainie. Ich zdaniem nie można gryźć ręki, która cię karmi, ponieważ tylko dzięki Europie Ukraina się trzyma. Zełenski nie powinien być sumieniem Europy, a zająć się Ukrainą i nie powinien nas pouczać, co i jak mamy robić – mówili. Co pan o tym sądzi?

Przepraszam, ale muszę to szczerze powiedzieć. To zwykła polska pycha i wyższość. Śledzę stosunki ukraińsko-polskie od lat 90. Niestety, polscy politycy nie są w stanie prawidłowo ocenić realiów, chociaż Polska znajduje się w pobliżu linii frontu między rosyjską hordą a Europą. To, co mówimy, może nie podobać się naszym partnerom, jesteśmy wdzięczni im za pomoc, ale właśnie my, Ukraińcy, mamy moralne prawo o tym mówić, ponieważ my ponosimy ofiary, przede wszystkim w wymiarze ludzkim, ale też straty we wszystkich innych aspektach. Polscy żołnierze nie giną na frontach wojny z agresorem, który walczy nie tylko przeciwko Ukrainie.

I właśnie my mówimy to, czego europejscy politycy nie mają odwagi powiedzieć swoim wyborcom, ponieważ chcą nadal prowadzić wygodne życie w ramach obecnych realiów.

Rosja w grudniu 2021 roku wysunęła ultimatum nie wobec Ukrainy, a wobec Zachodu – odsunąć NATO do granic 1997 roku. Kiedy ani Polska, ani Czechy, ani inne kraje Europy Środkowej, ani kraje bałtyckie nie były członkami NATO.

Ukraina jest dla Rosji pierwszym etapem.

Potem Rosja chce w krajach Europy Środkowej doprowadzić do władzy te reżimy, które są dla niej wygodne. Widzimy to już na Węgrzech, Słowacji, w Czechach, gdzie w różnym czasie do władzy doszły siły, które są bardziej zorientowane na Kreml. Biorą pieniądze z Brukseli, i równolegle prowadzą prorosyjską politykę.

„Stabilność rosyjskiego reżimu zależy od dynamiki wojny”

W krajach NATO od jakiegoś czasu obserwujemy ze strony służb Rosji próby destabilizacji, dywersje na kolejach, uszkodzone kable na dnie Morza Bałtyckiego, drony naruszają przestrzeń powietrzną. Po osiągnięciu rozejmu w Ukrainie Rosja pójdzie dalej?

Oczywiście. W ciągu ostatnich czterech lat reżim rosyjski przestawił gospodarkę na tory wojenne. Nie ma znaczenia, czy Putin będzie go uosabiał, czy też nastąpi jakiś okres postputinowski.

Potrzebują wojny, ponieważ stała się ona dla nich naturalnym stanem politycznego trwania.

Społeczeństwo w Rosji milczy. Są pewne oznaki niezadowolenia, ale mają charakter lokalny – np. mieszkańcy proszą Putina, aby wpłynął lokalne władze, aby zapewniono im usługi komunalne, naprawiono coś. W tych „protestach” nie ma nic antywojennego.

Nie oznacza to, że rosyjskie czołgi pojadą kolumnami przez Suwałki. Rosjanie wypracowali inne sposoby, m.in. te, o których pani słusznie wspomniała. Natomiast to nie wyklucza, że w pewnym momencie będą gotowi do fizycznych ataków. Nie bez powodu para strategicznych bombowców Tu-22М3 pojawiła się nad Morzem Bałtyckim podczas trwania Forum w Davos, które poszukuje „ducha dialogu”. Rosja zademonstrowała, jakim duchem żyje.

Za „nierozpoznanymi dronami”, których rosyjskiej przynależności nie udało się jednoznacznie zidentyfikować w krajach regionu, może przylecieć w pełni zidentyfikowane lotnictwo strategiczne z bronią na pokładzie.

Kiedy Rosja widzi, że przeciwnik nie ma odwagi nazwać rzeczy po imieniu, że to rosyjskie drony, to oznacza, że może robić, co chce. Z tego punktu widzenia będą mieli pewność, że nikt nie będzie chciał walczyć np. o jakiś niewielki skrawek w Morzu Bałtyckim w postaci archipelagu Moonsund, wysp estońskich. Rosja zawsze to uzasadni, mówiąc, że NATO ich otoczyło, po przystąpieniu do sojuszu Szwecji i Finlandii mają tylko wąski pas Zatoki Fińskiej, a potrzebują „bezpieczeństwa”, dlatego chcą odzyskać kontrolę nad tymi wyspami, które kiedyś należały do Imperium Rosyjskiego, a potem Związku Radzieckiego.

Rosja liczy na to, że w wielu stolicach europejskich politycy powiedzą: po co nam ten kawałek ziemi, po co operacje wojskowe, mogą zginąć nasi żołnierze. Rosjanie poczuli, że to postawa typowa dla niektórych krajów UE i NATO – węgierscy, słowaccy, czescy itd. żołnierze nie powinni ginąć na wojnie. Będą mówić, że to problem Estończyków, którzy są rusofobami. (Rosjanie uważają Polaków za takich samych rusofobów).

Dlatego sytuacja jest tu bardziej wielowymiarowa i niestety polska scena polityczna przymyka na to oko. Z myślą o kolejnych wyborach nie chcą straszyć wyborców jakąś wojną. Przestrzegają zasady „jakoś to będzie, jakoś się wszystko rozwiąże”.

„Kawałek lodu”, kawałek Donbasu, kawałek ziemi jeszcze gdzieś… Chodzi przecież nie o kawałki, lecz jakie mogą być konsekwencje tego przekazania terytoriów.

Absolutnie. Właśnie na Forum w Davos padło stwierdzenie, że Unia Europejska – jak i NATO, ponieważ to prawie jeden format – się rozpręża. Każdy zaczął bardziej myśleć o sobie, a to jest właśnie to, czego potrzebują Rosjanie. Każde państwo europejskie, jak ślimak wpełza do swojego domku, nie rozumiejąc, jak bardzo jest kruchy i że nie będzie w stanie sam przetrwać.

Potrzebne jest zjednoczenie, Koalicja zdecydowanych. Zdecydowanych nie na papierze, a gotowych do działania, świadomych zagrożenia, jakie stanowi obecnie Rosja.

Weźmy za punkt odniesienia tę słynną konferencję bezpieczeństwa w Monachium w 2007 roku. W 2005 roku Putin stwierdził, że największą katastrofą geopolityczną XX wieku był rozpad Związku Radzieckiego. A w 2007 roku ogłosił, że jego kurs zmierza w zasadzie do rewizji zmian po zakończeniu Zimnej Wojny. Z tego punktu widzenia jego działania są całkiem logiczne.

Po tym, jak NATO, obiecując w kwietniu 2008 roku członkostwo Ukrainie i Gruzji, nie odważyło się jednocześnie uruchomić planu dojścia do członkostwa (Membership Action Plan), Rosja zrozumiała, że może zrobić znacznie więcej niż tylko wygłaszać oświadczenia na różnych prestiżowych konferencjach.

Dlatego już w sierpniu 2008 roku doszło do inwazji na Gruzję. Co zrobiła Europa? Ostatecznie obwiniła o wszystko prezydenta Gruzji Saakaszwilego („tak, zachowania Rosji były nieadekwatne, ale winna była Gruzja”), a Rosja zamiast sankcji otrzymała partnerstwo na rzecz modernizacji ze strony europejskiej, a z amerykańskiej – politykę resetowania. Skutki tego podejścia obserwowaliśmy w Ukrainie w latach 2014 i 2022.

Dochody z ropy już nie wystarczają

Prezydent Zełenski mówił również o niewystarczających działaniach, m.in. w zakresie sankcji. Znajdujące się pod sankcjami tankowce nadal transportują rosyjską ropę. Są pojedyncze przypadki zatrzymania takich tankowców przez Europejczyków – niedawno to zrobili Francuzi, ale to wciąż za mało. Eksport ropy nadal zasila budżet wojny.

W ciągu ostatnich 14 lat nasze Centrum prowadzi statystyki dotyczące dochodów Rosji z eksportu zasobów energetycznych – ropy naftowej, produktów ropopochodnych, gazu ziemnego, węgla. Analizujemy eksport surowców oraz ogólny wolumen eksportu.

Do 2021 roku były to oficjalne dane rosyjskich urzędów takich jak Rosstat, Służba Celna Rosji, Bank Centralny Rosji. Odpowiadały rzeczywistemu stanowi rzeczy. Od 2022 roku zamknęli wszystkie statystyki. Podają okrojone informacje, dalekie od rzeczywistości. Jednak na podstawie źródeł zachodnich można z wystarczającą dokładnością zweryfikować, ile Rosja uzyskuje z eksportu surowców energetycznych.

Do tego dodaliśmy koszty wojenne. Tu podobna sytuacja – do 2022 roku były one mniej więcej zweryfikowane, chociaż Rosjanie już wtedy – w tzw. lepszych czasach – nie ujawniali w pełni wydatków wojskowych. Jednakże na podstawie danych chociażby Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem można je zweryfikować.

Porównaliśmy te wydatki. Wprowadziliśmy umowny współczynnik udziału dochodów z ropy naftowej w wydatkach wojennych.

Ustaliliśmy, że w latach 2012-2022 ten udział w budżecie wojskowym wynosił od 1/3 do połowy (27,9 – 56,8 proc.). W 2025 roku współczynnik przekroczył 100 proc. Według średnich szacunków Rosja uzyskała w 2025 r. 157 mld dolarów dochodów z tytułu „eksportu ropy naftowej i produktów ropopochodnych”. Wydatki wojskowe, ponownie według średnich szacunków, wyniosły 160 mld dolarów.

Innymi słowy, dochody z eksportu ropy naftowej nie pokrywają już kosztów wojny.

A to oznacza poważne konsekwencje dla całej gospodarki Rosji, ponieważ w znacznym stopniu polityka społeczna, różne programy regionalne były utrzymywane przede wszystkim dzięki wpływom do budżetu Rosji z eksportu ropy naftowej i produktów ropopochodnych.

Mimo to reżim rosyjski nie zmniejsza wydatków na wojnę. Na 2026 rok zaplanowany jest większy wzrost wydatków wojskowych. Co więcej, oni starają się jeszcze bardziej ukryć te wydatki, zamieścić je w innych, cywilnych pozycjach budżetu.

Tłumaczą też, że nie chodzi już tylko o „obronę”, ale także o bezpieczeństwo. Istotna część wydatków związanych z medycyną na polu walki, na przykład leczenie rannych, rehabilitacja – nie jest uwzględniana jako wydatki na wojnę – a wpisana do budżetu Ministerstwa Zdrowia. Transport dużych ilości sprzętu wojskowego, żołnierzy jest ukryty w wydatkach rosyjskich kolei. Formalnie nie jest budżetem wojny, chociaż jest jego ważną częścią, bez której machina wojenna nie będzie działać.

Żeby zrealizować wydatki wojenne w 2026 roku potrzebują prawie półtora raza więcej pieniędzy, niż może dać eksport ropy i produktów ropopochodnych w warunkach spadających cen na globalnym rynku.

Rosyjska gospodarka jako całość wkroczyła na cienki lód, gdzie powinna się załamać.

Kiedy to się może wydarzyć?

Czy to nastąpi w tym roku, czy w przyszłym zależy w dużej mierze od dynamiki cen ropy naftowej i sankcji. Ważna jest synergia wysiłków. Z jednej strony pakiety sankcji przyjęte przez Unię Europejską muszą zacząć działać. Nie może być tak, że słyszymy: UE w maju 2022 roku przyjęła szósty pakiet sankcji, który zakazuje tankowcom z rosyjską ropą wpływanie do naszych portów. Ukraińcy, za co nas krytykujecie?

Ale Rosja nadal zarabia na eksporcie ropy. Tak, nie z europejskiego rynku – z Chin, Indii, Turcji, Brazylii itd. Wykorzystuje te pieniądze przede wszystkim na wojnę przeciwko nam, ale także na działania destabilizacyjne przeciwko wam od wewnątrz.

Bałtyk – główny kanał eksportu rosyjskiej ropy

Tankowce z rosyjską ropą przechodzą m.in. przez Morze Bałtyckie.

Tak. Zgodnie ze statystykami, około 50-60 proc. rosyjskiego eksportu ropy naftowej odbywa się właśnie przez Bałtyk. Rosja robiła to celowo, zasadniczo od początku wieku, kiedy stworzyła dwa potężne systemy transportu ropy naftowej – Bałtycki system rurociągowy 1 i 2 z terminalami w Primorsku i Ust-Ługa.

UE przyjęła szereg pakietów sankcji, w tym przeciwko tankowcom tzw. floty cieni. Według moich obliczeń obecnie obejmują 599 tankowców. Jest to około połowa floty tankowców obsługującej rosyjski eksport ropy naftowej.

Na początek należy zaprzestać wpuszczania do strefy Morza Bałtyckiego pustych tankowców z tej listy, które płyną, aby załadować się w rosyjskich portach. Sama nadzieja, że skoro tankowiec został objęty sankcjami, nie popłynie po rosyjską ropę, nie wystarcza. Popłynie, nic mu nie grozi. Nie jest przewidziane, że zostanie zatrzymany. Wtedy pojawia się pytanie: a po co są sankcje? Tylko po to, żeby ta ropa nie była na rynku Unii Europejskiej? Dobrze. Ale Rosja nadal uzyskuje z eksportu ropy dochody.

Amerykanie pokazali, jak należy postępować z tankowcami objętymi sankcjami, na przykład w przypadku ropy wenezuelskiej lub irańskiej. Brytyjczycy, Francuzi to podchwycili. Próby reakcji – dosłownie kilka przypadków – na ruch tankowców na Morzu Bałtyckim były w zeszłym roku. Raz Finowie, raz Estończycy zatrzymali tankowce przewożące rosyjską ropę.

Najbardziej spektakularnym przypadkiem było zatrzymanie przez Niemców i konfiskata tankowca Eventin, który niebezpiecznie dryfował u ich wybrzeży. Ale Niemcy zatrzymali go nie dlatego, że znajdował się na liście sankcji, a przez to, że miał awarię silnika i istniało niebezpieczeństwo wycieku ropy. Dokonano konfiskaty, ale sprawiedliwy niemiecki sąd ostatecznie pod koniec ubiegłego roku zdecydował, że były to niewłaściwe działania i że wszystko powinno zostać zwrócone właścicielowi. Absurd.

Dlatego mówimy, że jeśli jest to Koalicja zdecydowanych, to teraz powinna ona przystąpić do wdrożenia opracowanych list sankcyjnych. Do kontroli tankowców, nie dopuszczając do Morza Bałtyckiego tych na listach sankcyjnych.

Tym bardziej, że zazwyczaj nie idą pod rosyjską flagą. A nawet jeśli pod rosyjską, to tym bardziej trzeba zatrzymywać. Rosyjska flaga nie zapewniła ochrony, jak pokazały wydarzenia w Zatoce Meksykańskiej. Rosja wysłała tam okręt podwodny i okręt wojskowy, które krążyły w pobliżu, ale nie zdecydowała się na żadne radykalne działania.

Rosja nie zatrzyma się, dopóki się jej nie powstrzyma.

Nie trzeba czekać, aż na Bałtyku dojdzie do katastrofy z wyciekiem ropy, jak to miało miejsce na przykład w 2002 roku z tankowcem Prestige. Stary tankowiec rozbił się w rejonie Zatoki Biskajskiej. Hiszpania wydała 4 mld euro na likwidację skutków. I było na otwartym oceanie, a jeśli to się stanie na Bałtyku, który jest praktycznie morzem zamkniętym, płytkim, to będzie katastrofa, która może kosztować dużo więcej.

Imitacja negocjacji pokojowych i kot w worku

Po Davos ukraińska ekipa negocjacyjna pojechała na kolejne rozmowy pokojowe do Abu Zabi. Wiemy, że Ukraina nie może w nich nie brać udziału, bo zarzucono by nam, że nie chcemy pokoju. Czy te spotkania mają jakiś sens, poza tym, żeby nie narazić się Donaldowi Trumpowi?

Po każdym spotkaniu słyszymy, że było dobre, konstruktywne, merytoryczne, a negocjacje będą kontynuowane. Nie ma kompromisu w kwestii terytorialnej i, jak rozmawialiśmy, na razie Rosjanie nie zamierzają zakończyć wojny.

Te spotkania mają sens w tym kontekście, że strony demonstrują swoje dążenie do pokoju. Każda na swój sposób. Rosja pokazuje, że chce pokoju, choć jasne, że jest to kłamstwo. Trump chce pokoju – to też jest fałsz, bo Ameryka dobrze zarabia na wojnie (w znacznym stopniu na Europie). Mamy imitację procesu negocjacyjnego. Nikt nie chce być oskarżony o to, że nie chce pokoju.

W niektórych kwestiach kompromis jest po prostu niemożliwy. I to nie dotyczy tylko naszego przypadku. Jaki może być kompromis między zabójcą, który przyszedł zabijać, a tymi, którzy chcą żyć?

Doskonale rozumiemy, że kompromis terytorialny – na zasadzie oddajcie „kawałek Donbasu” i nadejdzie pokój – to po prostu taktyczne oszustwo.

A czy kiedykolwiek prawdziwe negocjacje będą możliwe?

Są one możliwe tylko wtedy, gdy zacznie działać mechanizm zmuszający agresora do pokoju.

Na razie agresor czuje się całkowicie komfortowo. Nie jest nazywany agresorem (w Stanach Zjednoczonych od początku prezydentury Donalda Trumpa, który mówi o wojnę – w piaskownicy dzieci się biją), obiecuje się mu zniesienie sankcji, zwrot pieniędzy itd. Dopóki nie zacznie się nazywanie rzeczy po imieniu, ale także konkretne działania zmuszające agresora do pokoju, nic się nie zmieni.

Te działania powinny być przede wszystkim ze strony tych, którzy nie chcą, aby wojna się nie rozprzestrzeniła.

Zadaniem numer jeden jest pozbawienie agresora dochodów, aby nie miał z czego finansować wojny. Tu jeszcze dużo do zrobienia. Teraz, kiedy dochody z ropy gwałtownie spadają, a wojnę gazową z Europą w zasadzie Rosjanie przegrali, zaczęli zwiększanie produkcji i eksport nawozów mineralnych. Nikt ich w tym nie ogranicza, bo przecież to kwestie bezpieczeństwa żywnościowego. A to również wpływy do rosyjskiego budżetu wojennego. Wszystkie te kwestie powinny być brane pod uwagę przez europejskich decydentów.

Wtedy być może negocjacje doprowadzą do jakiegoś kompromisu.

Ale nie kompromisu opartego na zachciankach Putina, który chce choćby „kawałek Donbasu”. Wtedy może zawrzeć rozejm, aby zyskać czas na przeformowanie swoich sił zbrojnych, uzupełnienie ich sprzętem i personelem, a po kilku miesiącach ruszyć dalej przez lukę w obronie Ukrainy, która się pojawi. Bo pod pozorem tego narzuconego kompromisu – oddajcie „kawałek Donbasu”, a dostaniecie 800 mld na odbudowę – siły zbrojne Ukrainy będą zmuszone wyjść na otwartą przestrzeń, pozbyć się fortyfikacji, które budowali przez kilka lat. To w razie nowej inwazji doprowadzi do klęski.

Prezydent Zełenski poinformował niedawno, że dokument dotyczący gwarancji bezpieczeństwa ze strony USA jest w pełni gotowy. Ukraina oczekuje od partnerów wyznaczenia daty podpisania. Umowa musi zostać ratyfikowana przez Kongres Stanów Zjednoczonych i Radę Najwyższą Ukrainy.

Ponadto istnieje „plan prosperity” dla Ukrainy, o którym pan wspomniał, który przewiduje 800 mld dolarów inwestycji na odbudowę powojenną na 10 lat. Nie jest jednak jasne, jak to będzie funkcjonować? Wojna nadal trwa.

Absolutnie. Nie ma tu nawet co komentować. To wszystko jest jak kot w worku. Jakie 800 miliardów, jeśli kraj znajduje się w stanie zagrożenia wojennego? Nikt nie będzie ryzykował. Sam rozejm niczego nie gwarantuje.

To samo dotyczy gwarancji bezpieczeństwa. Nie wiemy, co tam naprawdę jest, ale myślę, że jest to jak gra w trzy kubki. Nasz partner strategiczny – Stany Zjednoczone – próbuje nam wmówić, że otrzymamy 800 miliardów i gwarancje bezpieczeństwa, tylko powinniśmy się zgodzić na oddanie terytoriów. Tylko gdzie to wszystko jest? Dlatego kolejne rozmowy, gdziekolwiek się odbywały, będą miały charakter rytualny.

Oznakami gotowości Rosji do zakończenia działań wojennych – nie wojny, ponieważ dynamika wojny jest gwarancją istnienia i utrzymania się reżimu Putina, z nim lub bez niego – będzie po pierwsze zgoda na zawieszenie broni i rozejm. Po drugie – bezwarunkowa wymiana wszystkich jeńców wojennych, cywilnych zakładników, politycznych więźniów Kremla, jeszcze z czasów aneksji na Krymie. Po trzecie – to kwestia powrotu porwanych ukraińskich dzieci.

Jeśli zgodzą się na te rzeczy, to będzie oznaczało, że Rosja jest gotowa do zrobienia pauzy w wojnie.

I znowu: nie po to, aby ją zakończyć, ale aby przygotować się do kolejnego etapu – wojny przeciwko Europie.

Nie jest to pozytywny scenariusz.

W Kijowie, Charkowie, Dniprze, Czernihowie, Zaporożu, Sumach dochodzi do aktów o charakterze ludobójczym – uszkodzenia zimą systemów dostarczania ciepła i wody. Rosja pokazuje, że nie zamierza się zatrzymać.

Już wkrótce odbędzie się Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa. W ciągu roku nastąpiły zmiany w myśleniu Europejczyków, ale czy są gotowi do zdecydowanych działań? Czy Koalicja zdecydowanych przekroczy Rubikon niezdecydowania?

;
Na zdjęciu Krystyna Garbicz
Krystyna Garbicz

Jest dziennikarką, reporterką. Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisała na portalu dla Ukraińców w Krakowie — UAinKraków.pl oraz do charkowskiego Gwara Media. W OKO.press pisze o wojnie Rosji przeciwko Ukrainie oraz jej skutkach, codzienności wojennej Ukraińców. Opisuje również wyzwania ukraińskich uchodźców w Polsce, np. związane z edukacją dzieci z Ukrainy w polskich szkołach. Od czasu do czasu uczestniczy w debatach oraz wydarzeniach poświęconych tematowi wojny w Ukrainie.

Komentarze