13 listopada 2022

Policyjni tajniacy śledzą aktywistę, który składa co miesiąc wieńce pod schodami smoleńskimi

Zbigniew Komosa, który składa wieńce pod pomnikiem na pl. Piłsudskiego w Warszawie, od ponad pół roku jest śledzony przez tajniaków z KSP. Na dwójkę z nich zastawił „pułapkę” i zmusił przed kamerą do ujawnienia legitymacji

Jak co miesiąc, 10 listopada 2022 Zbigniew Komosa złożył swój wieniec pod pomnikiem smoleńskim z tabliczką o treści: „Pamięci 95 ofiar Lecha Kaczyńskiego, który ignorując wszelkie procedury nakazał pilotom lądować w Smoleńsku w skrajnie trudnych warunkach. Spoczywajcie w pokoju. Naród Polski. STOP KREOWANIU FAŁSZYWYCH BOHATERÓW!”

Od kilku miesięcy żołnierze już nie robią tego, co przez poprzednie 1,5 roku - nie wyrywają mu już wieńca siłą z rąk, niszcząc go i kiereszując przy tym innych aktywistów. Bo Komosa ma już wyroki prawomocne, które potwierdzają, że nie łamie prawa składając swoje wieńce.

Tym razem też było spokojnie. Lotną Brygadę Opozycji, która jak zwykle prowadziła kontrmiesięcznicę przy pl. Piłsudskiego w Warszawie - ok. 200 m od pomnika smoleńskiego i świty Jarosława Kaczyńskiego - do kawiarni odprowadzili umundurowani policjanci. I pilnowali ich gdy LBO piła kawę. Tym razem tylko dwóch mundurowych, a nie cały oddział jak wcześniej.

„Chodzicie za nami i chcę wiedzieć dlaczego”

Komosa z Bogdanem Kucharskim - aktywistą z Miasteczka Wolność pod Sejmem, ruszyli z pl. Piłsudskiego ok. 11:00, czyli 2 godziny po odjeździe polityków PiS.

W parku nadal było sporo funkcjonariuszy mundurowych. W Parku Saskim zauważyli mężczyzn po cywilu, którzy za nimi sunęli. Zatrzymali się. Dwójka - tajniaków, jak podejrzewali - minęła ich. Aktywiści ruszyli więc z powrotem - na plac. A tamci za nimi. Komosa z Kucharskim w stronę Zachęty, a mężczyźni za nimi. Znów powrót do parku...

„Po kilku zwodach mieliśmy pewność, że oni nas śledzą, że to nie przypadek” - mówi Komosa.

W parku wykorzystali gęsto zarośniętą część i ukryli się w krzakach. Tajniacy stracili ich z oczu i rozdzielili się, by ich szukać. Gdy jeden z nich zbliżył się, Komosa z Kucharskim wyszli z krzaków i nagrali rozmowę.

„Ja sobie tylko tak chodzę” - tłumaczył najpierw ten w niebieskiej kurtce.

„Pilnuję porządku w parku” - zmienił wersję, gdy przyznał, że jest z policji.

„Nie chodzimy za panami” - przekonywał drugi w czerwonej kurtce. „My wszystkie osoby obserwujemy, które kręcą się po parku” - dodawał ten pierwszy.

Jawne kłamstwa mężczyzn zirytowały Komosę. Zażądał, by wezwali przełożonego. „Chodzicie za nami i chcę wiedzieć dlaczego. (…) Nie życzę sobie żeby pan za mną łaził! (..) Jestem uniesiony, bo ktoś mnie śledzi” - tłumaczy aktywista swój podniesiony głos.

W końcu tajniacy pokazali legitymacje. Ten w niebieskiej kurtce miał na niej: ”komisarz Piotr Sydon”, ten w czerwonej „podkomisarz Rafał Wilamowski”.

Znaleźliśmy ślad tego, że w 2014 roku istniał w KSP funkcjonariusz Piotr Sydon - wówczas pracował w wydziale ds. odzyskiwania mienia. W zawodach strzeleckich o puchar komendanta KSP zajął 49 miejsce. Nie znaleźliśmy za to śladu o funkcjonariuszu policji Rafale Wilamowskim.

Czy więc to „jazda na podwójnym białku” - jak mówią w slangu policjanci – czyli fikcyjna, operacyjna tożsamość?

Zapytałem rzecznika KSP, czy osoby podające się za policjantów i posługujące się legitymacjami z takimi danymi: Rafał Wilamowski, podkomisarz (nr ident. i nr legit. do wiadomości red.) oraz Piotr Sydon, komisarz, (nr ident. i nr legit. do wiadomości red.), to funkcjonariusze policji?

  • Jeśli tak, to czy posługiwali się legitymacjami na operacyjną tożsamość, czy też to prawdziwe dane tych funkcjonariuszy?
  • Z jakiego powodu policjanci śledzili dziś aktywistę Zbyszka Komosę i innych uczestników kontrmiesięcznicy smoleńskiej?

Żadnej odpowiedzi od rzecznika KSP, nadkom. Sylwestra Marczaka, nie otrzymałem.

Tuż po tym, gdy Komosa nagrywał tajniaków, z pl. Piłsudskiego, znowu zniknął jego wieniec. Kto go ukradł? Policjanci stojący przy pomniku twierdzili, że dopiero co rozpoczęli służbę, a siedzący od dawna w aucie – że akurat wyszli razem do WC, gdy zniknął wieniec. Nagranie OKO.press sprzed 2 miesięcy dowodzi, że wieńce wciąż zabierają żołnierze WP.

”Takie dostaliśmy dyspozycje”

„Czuje się inwigilowany” - mówi Komosa. I ma ku temu powody – od ponad pół roku wie, że jest śledzony, głównie w dni, gdy składa wieniec pod pomnikiem smoleńskim.

„Wielokrotnie już zauważyłem, że po zakończeniu tych uroczystości ktoś za mną chodzi” - twierdzi. We wrześniu grupą zgubili tajniaków dopiero pod domami Centrum tj. ok. 1 km od pl. Piłsudskiego, w październiku przy Senatorskiej, kilka miesięcy wcześniej - na pl. Bankowym.

Raz, by uciec tajniakom po kontrmiesięcznicy, wsiadał do niewidocznego jeszcze dla śledzących auta koleżanki i położył się na tylnej kanapie, by go nie zauważyli.

Radiowozy podążały za nimi, gdy razem z członkami Lotnej szli na kawę. Obserwowanie, gdy siedzą w ogródkach kawiarnianych już nie robi na nim wrażenia.

Ale tajniacy go irytują. „Mam pewność, że od ponad pół roku mnie śledzą” - podkreśla.

10 kwietnia 2022 pojechał na pl. Piłsudskiego busem kolegi. Od momentu, gdy ruszyli w drogę powrotną, śledziły ich trzy nieoznakowane radiowozy – na tym filmie widać jak za nimi jadą. Nie kryli się – podążali zderzak w zderzak.

Na parkingu na Torwarze, jego znajomy Maciek Terlikowski, też aktywista prodemokratyczny, podszedł do śledzących i zapytał czemu za nimi jeżdżą. „Takie dostaliśmy dyspozycje, więc to robimy” - relacjonuje odpowiedź policjantów.

Chwilę potem, gdy skręcali w stronę pl. Piłsudskiego, tajniacy zatrzymali ich busa. Wezwali drogówkę, by ta sprawdziła auto. Komosa: „Przeszukiwali je bardzo szczegółowo plus drobiazgowa kontrola stanu technicznego. Chcieli mnie legitymować, ale odmówiłem, bo nie było podstawy. Grozili wywiezieniem na komisariat. Ostatecznie zrezygnowali”.

Terlikowski dodaje, że później na Pradze do ogona za nimi dołączyło jeszcze czwarte auto. „Jechali za mną aż do granicy Warszawy, a jechałem do Sulejówka” - mówi.

Zapytaliśmy rzecznika KSP Z jakiego powodu policjanci śledzą Komosę od co najmniej pół roku.

Też milczy.

”To forma nękania nas”

Członkowie Lotnej Brygady Opozycji organizują od lat kontrmiesięcznice i happeningi wyśmiewające obecne władze. Czasem współpracuje z nimi Komosa. LBO od lat są śledzeni przez funkcjonariuszy KSP. W ostatnim roku najczęściej Karol Grabski i Julia Łowkis.

„Wielokrotnie za nami jeździli po kontrmiesięcznicy. Pytaliśmy ich też wiele razy, dlaczego to robią. Zasłaniali się i udawali, że nas nie ma” - opisuje Łowkis.

Najpoważniejsze śledzenie zdarzyło się 10 grudnia 2021, gdy Julia i Karol jechali z megafonami na kontrmiesięcznicę. Nieoznakowany fiat stał pod ich domem już o 06:30 rano. Śledził ich od domu aż do Hali Mirowskiej, gdzie zatrzymali ich nie tłumacząc dlaczego.

Łowkis: „Chcieli sprawdzić bagażnik, ale ja się nie zgodziłam na to bez nakazu od prokuratora”. Tajniacy zdecydowali więc o kontroli pod kątem pirotechnicznym auta. Czemu? Nie tłumaczyli. Przyjechali mundurowi z psem, ten nie wykrył żadnych środków. Wszystko trwało półtorej godziny – akurat tyle, by aktywiści nie zdążyli na kontrmiesięcznicę i nie dowieźli megafonów.

Od tego czasu Julia i Karol 10 dnia miesiąca często widywali szarego hyundaia z tajniakami. „Po kontrmiesięcznicy też mieliśmy stróżów pod domem” - dodaje Łowkis.

Para już nie jeździ autem na kontrmiesięcznice, by policja nie powtórzyła chwytu z grudnia z przeszukaniem samochodu. Ale za Julią jeżdżą do pracy i tam czekają. Albo do jej rodziców na Ochocie, a nawet, gdy aktywistka odwoziła gdzieś córkę.

Kiedy Grabski jechał metrem na kontrmiesięcznicę, śledził go mężczyzna. Aktywista trzy razy zmieniał pociągi i kierunek jazdy, a jegomość za nim. „Podszedłem i pytam czemu za mną łazi. A on, że sobie tutaj stoi” - relacjonuje aktywista.

Jeździli za nimi regularnie przez kilka miesięcy. Nie starali się tego ukryć.

Tita Halska, też z LBO, opowiada o tym, jak dwóch tajniaków w czarnej skodzie śledziło ich od miejsca, gdzie odbywała się konwencja PIS w Markach w czerwcu 2022. Na rondzie na Żoliborzu auto LBO zrobiło dwa okrążenia. Skoda za nimi. Gdy mieli już pewność, zaciągnęli tajniaków do wąskiej, jednokierunkowej uliczki Żoliborza. Tam zablokowali przejazd i podeszli do nich żądając, by przestali za nimi jeździć.

„Możemy sobie jeździć, gdzie chcemy” mieli odpowiedzieć śledzący. Filmik LBO z tej sytuacji miał prawie 150 tys. wyświetleń na Twitterze.

Arek Szczurek z LBO: „Śledzili nas też, gdy jeździliśmy do Krakowa, by tam przywitać pod Wawelem prezesa Kaczyńskiego. Przed miesięcznicą stawali pod moim domem i nawet się do mnie uśmiechali. Ja już rozpoznaję tych kilka tajniackich aut, a nawet niektórych ludzi”.

Julia: „To chyba inwigilacja japońska. Nie chodzi o to, by nas śledzić, ale by nam pokazać, że nas śledzą. O zirytowanie nas, byśmy czuli się nieprzyjemnie”

Karol: „To forma nękania nas. Ale teraz ja już ich olewam”.

„To tylko próba stworzenia sensacji”

Wojtek Kinasiewicz, jeden z liderów Obywateli RP. „Prawie każda kontrmiesięcznica się tym zaczynała i kończyła. Chodzili za nami w sposób ewidentny. Raz zapytałem, czy są ze Śródmieścia, czy ze stołecznej. Powiedzieli, że ze stołecznej”.

Innym razem Kinasiewicz, z dwójką innych aktywistów, wymknęli się ogonowi i ściągnęli mundurową policję, by ta zweryfikowała, kto tropi aktywistów. Okazało się, że funkcjonariusz o pseudonimie „Koliber”.

Chodzenie za opozycjonistami było na tyle powszechne, że Obywatele RP zaczęli to nagrywać i upubliczniać.

Gdy w 2018 r. OKO.press ujawniło stenogramy i nagrania rozmów tajniaków, okazało się, że policja śledziła setki członków tzw. opozycji ulicznej, czyli z Obywateli RP, KOD, OSA itp.

OKO także opisywało cały szereg czasami wręcz komicznych sytuacji śledzenia słynnej przyczepy LBO przez policję.

Bardzo duże zainteresowanie naszych czytelników wzbudziła historia tropienia auta aktywisty Tadeusza i Babci Kasi, którzy z dmuchaną kaczką na masce podjechali pod willę Jarosława Kaczyńskiego na Żoliborzu. W drodze powrotnej na południe Warszawy aż 8 pojazdów policji, w tym 6 nieoznakowanych, jechało ich śladem.

Gdy rzecznikowi KSP, Mariuszowi Ciarce, pokazywano nagrania - dowody na to, iż policjanci śledzą aktywistów, ten powiedział: „To tylko próba stworzenia sensacji”.

Udostępnij:

Krzysztof Boczek

Ślązak, z pierwszego wykształcenia górnik, potem geograf, fotoreporter, szkoleniowiec, a przede wszystkim dziennikarz, od początku piszący o podróżach i rozwoju, a od kilkunastu lat głównie o służbie zdrowia i mediach. Zaczynał w Gazecie Wyborczej w Katowicach, potem autor w kilkudziesięciu tytułach, od lat stały współpracownik PRESS, SENS, Służba Zdrowia. W tym zawodzie ceni niezależność.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne