Plan pokojowy z Iranem to akt kapitulacji Trumpa. W tym samym czasie rosyjskie postępy w Ukrainie niemal się zatrzymały, a Ukraina niemal codziennie uderza dronami w Moskwę. Pomimo wszystkich różnic istnieje zaskakująca paralela pomiędzy tymi dwoma konfliktami.
Na początku pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku wielu komentatorów zakładało, że Ukraina musi tę wojnę przegrać. Bo jest mniejsza i słabsza.
W optyce wielu ekspertów małe państwa nie mają szans w starciu z supermocarstwami. W dodatku sprzyjający Moskwie komentatorzy do dziś lubią pisać o „specyficznej mentalności Rosjan”, którzy mają być gotowi do wszelkich poświęceń, aby uniknąć porażki.
Dziś widzimy, że było to zgubne myślenie.
A historia jest pełna przykładów sytuacji, kiedy małe państwa niespodziewanie ucierały nosa znacznie silniejszym mocarstwom, od zwycięstw greckich Polis nad Persami pod Maratonem i Salaminą, przez udane powstanie Szkotów na początku XIV wieku i grecką kontrofensywę w Albanii przeciw Włochom w 1941 roku, aż po kryzys o kanał Sueski i wojnę w Algierii jako symboliczny koniec brytyjskiego i francuskiego imperializmu.
Dla mocarstw to ważna lekcja: konfliktów z małymi krajami nie wygrywa się „z automatu”, a do tego formalne zwycięstwo może w dłuższej perspektywie okazać się zatrutym owocem.
Mitem jest też to, jakoby Rosja zawsze wygrywała wojny. Tylko w XX wieku Moskwa przegrała konflikty z Czeczenią, Japonią i Polską. Od czasów rewolucji przemysłowej zaangażowana była w cztery zbrojne konflikty globalne – wojny napoleońskie, Wojnę Krymską i dwie wojny światowe – z których przegrała połowę. Pamiętajmy też o sowieckiej interwencji w Afganistanie. Konflikt ten był zapalnikiem rozpadu ZSRR oraz jego klęski w Zimnej Wojnie.
Zapomnieliśmy o tym prostym fakcie z winy Amerykanów. Po 1989 roku i upadku komunizmu wielu spodziewało się końca historii i konwergencji świata do liberalnego, demokratycznego kapitalizmu. W międzyczasie Stany Zjednoczone, lider nowego rozdania, w ciągu 15 lat spektakularnie wygrały dwie wojny z Irakiem Saddama Husajna (regionalnym mocarstwem militarnym) i wypchnęły Talibów do jaskiń w górach Afganistanu.
Z tej perspektywy, łatwo było zapomnieć o historii sprzed czasów Reagana, a klęskę wojskową ZSRR w Afganistanie zinterpretować jako wyraz moralnej i gospodarczej słabości komunizmu, oraz uznać, że USA odkryło wreszcie idealny przepis na bycie mocarstwem.
Pustynna Burza – uderzenie USA w Irak po ataku wojsk Saddama Husajna na Kuwejt – była historyczną anomalią. Wynikała ona ze szczególnej geografii Iraku, układu sojuszy Stanów na Bliskim Wschodzie, przewagi technologicznej USA w 1990 roku nad wyczerpanym dekadą konfliktów Irakiem.
A także – z perspektywy czasu – przenikliwości Busha seniora, który wiedział, jak idealnie wybrać moment na zakończenie tej wojny. Amerykanie weszli do Iraku, załatwili swoje ograniczone cele, uczciwie ogłosili zwycięstwo i zabrali żołnierzy do domu, zanim sprawy w regionie zaczęły się komplikować.
Tej przenikliwości zabrakło jego synowi.
Bush junior postanowił „dokończyć robotę”. Czyli obalić Saddama i zbudować Irak na nowo wedle polityki tzw. budowania narodu (nation building). Problem w tym, że cały plan sprowadzał się do zachwytu potęgą amerykańskiej armii i wiary w to, że samo obalenie dyktatora magicznie zamieni Irak w demokrację i sojusznika Waszyngtonu.
Po szybkim triumfie militarnym okazało się, że administracja Busha ma zarówno nikłe poparcie samych Irakijczyków, jak i mierne rozeznanie sytuacji politycznej w regionie. Skończyło się chaotyczną, nieraz wewnętrznie sprzeczną prowizorką, która szybko zamieniła się w tzw. damage control bez długofalowej wizji odbudowy kraju.
Dwie dekady, setki tysięcy ofiar, jeden ISIS i setki miliardów dolarów później, upokorzeni Amerykanie musieli wycofać się z Iraku, nie potrafiąc wskazać choćby jednego pozytywu, który wynikł z całego tego chaosu.
Jeszcze w 2016 roku wydawało się, że Amerykanie potrafili wyciągnąć lekcję z własnych błędów. Obama postawił na unikanie bezpośrednich interwencji wojskowych na Bliskim Wschodzie, a Hilary Clinton obiecywała kontynuować tę politykę. Po drugiej stronie barykady Trump otwarcie krytykował za wojnę w Iraku neokonserwatywnych oponentów w prawyborach, szczególnie Jeba Busha.
Ten ponadpartyjny konsensus przełożył się na rzeczywistą politykę, Amerykanie powoli zwinęli swoją obecność w Iraku i potem (na początku kadencji Bidena) wyszli z Afganistanu.
Tu kryje się jednak ważny niuans. Popularne hasło o „wiecznych wojnach” (forever wars) sygnalizuje fakt, że wielu Amerykanów (szczególnie tych bardziej konserwatywnych) miało dość nie tyle wojen tak w ogóle, ile wojen przegranych, upokarzających Amerykę. To dlatego duża część elektoratu, od umiarkowanych liberałów po skrajną prawicę, zamiast izolacjonizmu, gotowa była wspierać Izrael czy „mikro-interwencje”, jak na przykład naloty na grupy Islamistów w Afryce i na Bliskim Wschodzie.
Najlepiej tę niejednoznaczność reprezentuje sam Trump, który w kampanii prezydenckiej 2016 roku twierdził, że inwazja na Irak była kosztownym błędem, dlatego… Ameryka powinna zabrać Irakowi ropę naftową.
To nastawienie wobec wojen okazało się decydujące na początku bieżącego roku. Katastrofalna polityka gospodarcza i społeczna Trumpa po silnej wygranej w 2024 roku szybko doprowadziła do końca „miesiąc miodowy” z wyborcami i do znaczących spadków w sondażach. Do tego ruch MAGA dekadą szalonych wojen kulturowych odstraszył „normalnych” fachowców, dlatego Trump otoczył się neokonserwatystami jak Marco Rubio, albo (pisząc bardzo dyplomatycznie) kompletnymi dyletantami jak Pete Hegseth.
Na początku 2026 roku Trump zdecydował się na eskapadę do Caracas i porwanie prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro. I chociaż jego notowania się nie poprawiły, sama akcja z czysto wojskowego punktu widzenia okazała się spektakularnie udana i (wedle słów Trump) „była dobrą telewizją”.
Nominalnie antywojenny ruch MAGA zareagował entuzjazmem na zdjęcia dyktatora Wenezueli w kajdankach, a Trump i jego otoczenie zaczęli szukać okazji na powtórkę. Nie znamy dokładnie przebiegu rozmów w Białym Domu, ale wszystko wskazuje na to, że okazję wykorzystał premier Izraela Benjamin Netanjahu, któremu wojna z Iranem marzy się przynajmniej od dekady.
Nalot na Caracas jest dla prezydentury Trumpa politycznym odpowiednikiem pierwszej wojny z Irakiem, atak na Iran – drugiej. Waszyngton od początku postawił na kampanię nalotów z dwóch powodów.
Po pierwsze, ruchowi MAGA może podobać się upokorzenie ludzi na Bliskim Wschodzie, ale mało który amerykański wyborca miałby chęć na powtórkę lądowej inwazji i ugrzęźnięcia w konflikcie bez końca, jak w Iraku.
Po drugie, poprzednia konfrontacja z Iranem, w połowie 2025 roku, jak i akcja z Maduro, dały iluzję, że możliwe jest szybkie zwycięstwo. I podobnie jak w 2003 roku, w Waszyngtonie zabrakło głosu rozsądku przeciw temu magicznemu myśleniu.
Okazało się, że Iran nie ma ochoty się poddawać, choć przywództwo kraju zostało silnie przetrzebione. Iranowi za pomocą relatywnie małego wysiłku technologicznego i materiałowego udało się zablokować cieśninę Ormuz. Czyli jedną z głównych arterii handlowych globalnej gospodarki i kluczowy szlak transportu ropy naftowej (około 20 proc. światowych dostaw).
Amerykanie niemal od razu stanęli przed dylematem. Nie da się pokonać Iranu bez mobilizacji przynajmniej w skali Wietnamu i otwartej wojny lądowej z potencjalnie tysiącami zabitych amerykańskich żołnierzy. A bez pokonania Iranu Amerykanie muszą albo de facto się poddać, albo ryzykować trzecią (i potencjalnie najboleśniejszą) globalną recesję w ciągu dwóch dekad.
Kiedy światu w końcu zajrzało w oczy racjonowanie paliwa, Biały Dom musiał wywiesić białą flagę.
Przeglądając komentarze po czterech miesiącach wojny z Iranem, trudno znaleźć kogokolwiek spoza najradykalniejszego skrzydła obozu MAGA, kto nie mówi o klęsce. Amerykanom nie udało się zrealizować żadnego z zamierzonych celów: ani obalić irańskiej teokracji, ani zniszczyć potencjału irańskiego programu rakietowego i nuklearnego.
Druga grupa powodów klęski związana jest z ceną dla Ameryki. Waszyngton zgodził się odblokować irańskie aktywa (warte 100 miliardów dolarów) i zorganizować reparację na odbudowę (obecnie podaje się kwotę 300 miliardów dolarów, ale nie znamy jeszcze jej źródeł i sposobu wykorzystania).
Koszty samej operacji wojskowej to rząd wielkości minimum 30 miliardów dolarów, przy czym Pentagon zużył część sprzętu (na przykład pociski manewrujące Tomahawk), który trudno będzie szybko zastąpić z uwagi na ograniczoną produkcję.
Kolejny koszt to gospodarcze reperkusje zamknięcia cieśniny Ormuz, braków kilku ważnych surowców i wywołanych tym i zwyżek cen, przede wszystkim produktów naftowych, ale też na przykład gazu i helu. Uderzyło to bezpośrednio w amerykańską gospodarkę (straty są szacowane na 150 mld dol., ale też zaszkodziło całej światowej gospodarce, w tym ważnym partnerom handlowym USA.
Powyższa lista sama w sobie wystarczyłaby do oceny wojny jako blamażu. Wydaje mi się jednak, że komentatorzy nie zauważyli znacznie głębszego problemu, przez który atak na Iran należy ocenić znacznie surowiej, jako głęboką geopolityczną klęskę całej bliskowschodniej – jeśli nie globalnej – polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych.
Trump rozpoczął wojnę, chcąc m.in. powstrzymać irański program jądrowy. Tymczasem jednym z niespodziewanych skutków tej wojny może być pokazanie, że Iran może porzucić grę atomem, bo panując nad cieśniną Ormuz, posiada już jej ekwiwalent, gospodarczą bombę jądrową. Miną lata, zanim będziemy mogli ocenić, jak głęboko przeora to układ sił na Bliskim Wschodzie.
Wiecie, kto jeszcze na pewno nie nauczył się niczego z porażki Ameryki w Iraku i Afganistanie? Władimir Putin.
Rosyjskim odpowiednikiem dwóch amerykańskich wojen w Iraku są inwazje w 2014 i 2022 roku w Ukrainie. Podobnie jak Bush senior, Putin w 2014 za pomocą relatywnie ograniczonej kampanii wojskowej osiągnął spektakularny sukces: podbił Krym, wywołał wojnę „domową” w Donbasie i utrudnił zbliżenie Ukrainy z NATO i UE. I podobnie jak Bush junior w 2003 roku w Iraku, Putin po pierwszych spektakularnych sukcesach utknął w Donbasie w konflikcie bez horyzontu na szybkie i pomyślne rozstrzygnięcie.
„Trzydniowej specjalnej operacji wojskowej” bliżej jednak do trumpowej porażki w Iranie. Bush jr. wygrał przynajmniej „właściwą wojnę” i utonął w powojennej próbie rekonstrukcji Iraku, tymczasem Putin i Trump od początku liczyli na rozstrzygnięcie wojny błyskawicznym nokautem, a kiedy się nie udało, nie mieli „planu B”. Obaj nie docenili tego, jak silną motywacją do umocnienia wojska i struktur państwa dla Iranu i Ukrainy były poprzednie konflikty.
Putin od początku formułował cele wojny w zaskakująco przejrzysty sposób, jeśli umieć czytać „kremlińszczyznę”. Bezpośrednim zadaniem miało być podporządkowanie Ukrainy. Moskwa wyraziła to w trzech hasłach: denazyfikacja, demilitaryzacja i uznanie praw etnicznych Rosjan w Ukrainie. Oczywiście wszystkie trzy to zwyczajnie kłamstwa, jeśli brać je dosłownie.
Na przykład, Putinowi tak naprawdę nie przeszkadzają neonaziści, dlatego wielu z nich pełni lub pełniło kluczową rolę po rosyjskiej stronie konfliktu, od „separatystów” z 2014 roku pokroju Pawła Bugariewa, przez grupę Rusich i oddziały zachodnich ochotników o skrajnie prawicowych poglądach, po oddział najemników Wagner, nazwany tak na cześć „ulubionego kompozytora Hitlera” od pseudonimu jej dowódcy operacyjnego Utkina, dumnego właściciela tatuaży z symboliką SS.
Hasło denazyfikacji to kod: Kreml kocha udawać, że wszyscy przeciwnicy polityczni reżymu Putina to naziści, bo pozwala to nakręcać patriotyczną histerię w samej Rosji (która uważa się za głównego wroga III Rzeszy i jej zwycięzcę), jak i nabierać mniej zorientowanych wyborców na Zachodzie.
Innymi słowy, w denazyfikacji chodzi zwyczajnie o zastąpienie demokratycznie wybranych władz Ukrainy przez rosyjskiego namiestnika, odpowiednika Łukaszenki, który następnie podporządkuje aparat państwowy Ukrainy interesom Rosji, stłamsi opozycję i zniszczy ukraińską samoświadomość i kulturę jako coś autonomicznego od Rosji (i w perspektywie pokoleń, umożliwi rusyfikację Białorusi i Ukrainy).
W demilitaryzacji podobnie nie chodzi o rzeczywistą demilitaryzację. Jeśli potraktować propagandę Kremla na serio, wynika z niej, że rosyjskie przywództwo szczerze wierzy w to, że z jednej strony Zachód od dawna pragnie zniszczyć Rosję, a z drugiej obecne władze Ukrainy to w rzeczywistości przedłużenie i marionetka CIA. Innymi słowy, Siły Zbrojne Ukrainy to w oczach Kremla „krypto-NATO” i dlatego w obecnej formie musi zniknąć z rosyjskiej strefy wpływów – natomiast potencjał wojskowy i przemysłowy Ukrainy ma zostać przejęty i odbudowany pod rosyjską kontrolą.
Wreszcie, ochrona etnicznych Rosjan to wymówka na „poprawienie historycznych błędów”, a więc przesunięcie granicy między Ukrainą i Rosją i przyłączenie do tej drugiej tzw. Noworosji. Widać tu dobrze, jak wewnętrznie sprzeczne jest podejście rosyjskich nacjonalistów do Ukrainy: potrafią naraz wierzyć, że Odessa jest rosyjska, dlatego należy odebrać ją Ukraińcom, ale zarazem ukraińska tożsamość nie jest prawdziwym, odrębnym od Rosji bytem.
W szerszej perspektywie, podporządkowanie Ukrainy miało być pierwszym etapem globalnego planu. Nie jest przypadkiem, że Kreml i przychylni mu publicyści często mówią o świecie wielobiegunowym: Putin pragnie przywrócić zimnowojenny ład, w którym Rosja należała do klubu supermocarstw (w nowym rozdaniu: Putin widzi tu USA, Chiny i być może Indie), a każde supermocarstwo posiada na wyłączność strefę wpływów, którą zarządza wedle własnej woli i bez oglądania się na niepotrzebne nikomu opinie miejscowych.
Ultimatum z 2021 wobec Ameryki sugeruje, że Putinowi marzy się tu większość starego bloku radzieckiego, bez wschodnich Niemiec, ale za to na pewno z Polską. W putinowskim uwielbieniu naraz ZSRR i caratu widać, że putinizm – inaczej niż (przynajmniej formalnie) komunizm – jest ideologią czystej władzy dla władzy, bez jakiejś pozytywnej wizji cywilizacyjnej dla podbitych ludów.
Ponad cztery lata po rozpoczęciu „trzydniowej specjalnej operacji” Rosji nie udało się osiągnąć żadnego z przedstawionych wyżej celów. Więcej, agresja wobec Ukrainy okazała się tu wręcz przeciwskuteczna.
W aspekcie geopolitycznym, Ameryka, zamiast zrozumieć swój „godnościowy” dług wobec „zdradzonej po Zimnej Wojnie” Rosji, wspierała Ukrainę za czasów prezydentury Bidena. Wygrana Trumpa była rozczarowaniem, bo Trump nie zmusił Ukrainy do kapitulacji i zwyczajnie znudził się tematem.
W międzyczasie, Europa stała się zjednoczona i asertywna, i wcale nie uśmiecha się jej podział na kolonie Stanów i Rosji, dlatego wciąż zapewnia ważne wsparcie dla Ukrainy. Jednocześnie rosyjska gospodarka przechodzi przez poważne turbulencje i wielu ekspertów wskazuje, że zaczyna być coraz bardziej zależna od Chin. Biorąc pod uwagę różnicę potencjału obu krajów, Rosji grozi wręcz, że rozpętując wojnę o odzyskanie statusu supermocarstwa, stanie się… chińskim satelitą.
Podobnie nieudana jest rozprawa z samą Ukrainą. Ogłaszając publicznie rzekomą „denazyfikację”, by zniszczyć ukraińską tożsamość, Putin udowodnił Ukraińcom, że ta wojna istotnie jest egzystencjalna – ale dla Ukrainy, nie Rosji.
W efekcie pogłębił proces wzmocnienia ukraińskiego patriotyzmu i nacjonalizmu oraz antyrosyjskiego sentymentu, jaki nad Dnieprem wybuchł po 2014 roku. Tak oto społeczeństwo, które jeszcze w okolicy 2010 roku widziało siebie jako pomost między Europą a Rosją, dzisiaj definiuje swoją tożsamość w kategoriach odwiecznej walki z rosyjskim kolonializem.
Na koniec wyjaśnijmy klęskę demilitaryzacji Ukrainy. Wydarzenia jeszcze z 2014 roku uzmysłowiły Ukraińcom potrzebę wzmocnienia struktur państwa i wojska, walkę z korupcją i pozostałościami radzieckiego modelu zarządzania. W efekcie u progu 2022 roku, i wbrew stereotypom, Ukraina weszła do tej wojny z lepiej zorganizowanym społeczeństwem, armią i przemysłem wojskowym. ZSU na papierze jest słabsza, ale od początku walczy lepiej, do tego potrafiła sprawnie zaabsorbować zachodnie dostawy broni, a na jej zapleczu urodził się wysoce innowacyjny przemysł dronowy, za którym Rosja technologicznie zaczyna pozostawać w tyle.
Efekty widzimy na polu bitwy. Po początkowych sukcesach, rosyjskie pancerne zagony utknęły w donbaskim i zaporoskim błocie, z symboliczną klęską rajdu na lotnisko w Hostomelu na początku wojny. Rosjanie zostali zmuszeni do powolnej i brutalnej wojny na wyniszczenie, jeszcze bardziej osłabiając swoją pozycję geopolityczną. Nie jest dzisiaj nawet oczywiste, czy wciąż są w stanie zająć cały Donbas, bo panowanie nad wybrzeżem Morza Czarnego na prawo od Dniepru to marzenie ściętej głowy.
Odziedziczona po ZSRR technologia i baza produkcji rakiet pozwoliły Ukrainie uruchomić prace nad własnymi pociskami manewrującymi i dronami. W piątym roku wojny Ukraińcy najpierw zmusili Flotę Czarnomorską do de facto opuszczenia Krymu, a teraz noc po nocy systematycznie demolują rosyjski przemysł naftowy, w tym w Moskwie i „Piterze”.
Wedle szacunków Sztabu Generalnego ZSU, Ukraińcom udało się zniszczyć lub uszkodzić już ponad 40 proc. rosyjskiej infrastruktury przetwórstwa naftowego. Nawet jeśli ta konkretna liczba jest zbyt optymistycznym szacunkiem, najpewniej nie jest zbyt odległa od prawdy, co widać po tym, że w wielu regionach Rosji władze musiały wprowadzić bolesne obostrzenia dystrybucji paliwa (najcięższe na Krymie), obniżyć standardy produkcji benzyny, a w ostatnich dniach zacząć importować ją z Indii.
Tutaj dopiero ujawnia się skala porażki Kremla i paralela z klęską Trumpa w Iranie. Tak jak wspominałem, wydaje się, że rosyjskie przywództwo naprawdę uwierzyło w spiskową teorię, jakoby Kijów był zwykłą marionetką Waszyngtonu. Kreml wielokrotnie podkreślał swoje obawy przed żołnierzami i instalacjami wojskowymi NATO w Ukrainie, uznając taki hipotetyczny scenariusz za zagrożenie dla rosyjskiej państwowości (tu przykład analizy opublikowanej na miesiąc przed inwazją).
W tym aspekcie rosyjska agresja okazała się przeciwskuteczna już rok po jej rozpoczęciu, kiedy do NATO dołączyły Szwecja i Finlandia, w ten sposób de facto odcinając Rosję od Bałtyku w wypadku wojny z NATO i – przede wszystkim – wystawiając na bezpośrednie niebezpieczeństwo cienki szlak lądowy z Siewieromorskiem w Murmańskim (to tam stacjonuje jej najpotężniejsza Flota Północna, Półwysep Kola pełni też kluczową rolę w rosyjskim arsenale nuklearnym). Z tej perspektywy, nawet wejście Ukrainy do NATO nie miałoby tak katastrofalnych geopolitycznie skutków dla Rosji.
Ale sprawa jest głębsza, bo mówimy wciąż o zagrożeniach w wypadku hipotetycznej wojny, na którą w NATO nikt nie ma ochoty (co widać zresztą po bardzo ostrożnej „polityce salami” wobec dostaw broni dla Ukraińców). Tymczasem atakując Ukrainę, Moskwa niechcący uruchomiła proces, w wyniku którego na jej granicy pojawiło się nie hipotetyczne, ale prawdziwe państwo, którego armia przemieliła najpierw jej tradycyjne siły lądowe, potem przeciążyła przygotowywaną pod konflikt z NATO obronę przeciwlotniczą, aby następnie sukcesywnie zacząć podkopywać same podstawy rosyjskiej gospodarki, czyli przemysł naftowy.
Gdyby Putin w zamian za uznanie granicy z początku 2022 roku pozwolił Ukrainie na pełne członkostwo w NATO, wycofał Flotę Czarnomorską z bazy w Sewastopolu oraz pozwolił Amerykanom na rozmieszczenie Tomahawków nad Dnieprem, byłaby to porażka o niebo mniejsza, wciąż pozostająca w kategoriach „wyników hipotetycznego przyszłego konfliktu”, za to bez prawdziwego i olbrzymiego ludzkiego, materiałowego, gospodarczego i geopolitycznego kosztu, za co Kreml może się pochwalić tylko zniszczonym pasem lądowym nad Morzem Azowskim.
W paraleli między Trumpem i Putinem należy podkreślić jedną różnicę. Kiedy piszę te słowa, nie ma jeszcze prawdziwego pokoju między USA i Iranem, ale wiele wskazuje na to, że pomimo różnych incydentów Waszyngton i Teheran powoli zmierzają ku takiemu dealowi.
To jest trudna żaba do przełknięcia osobiście dla Trumpa, dla Republikanów i dla Ameryki w ogóle, ale – podobnie jak w wypadku wyjścia z Afganistanu pięć lat wcześniej – to także jedyne dobre rozwiązanie dla Waszyngtonu. W tym sensie ktoś w Białym Domu (moim zdaniem Marco Rubio) podjął „dorosłą” decyzję o tym, że lepiej zakończyć konflikt, w którym Ameryka może tylko stracić jeszcze więcej.
System Putina wciąż ewidentnie nie jest w stanie zdobyć się na taką decyzję. Przeciwnie, pewne sygnały z Kremla sugerują, że Moskwa w desperacji może chcieć wręcz dopuścić się jakiś panicznych ruchów wobec NATO, licząc na to, że nasza strona przestraszy się i „wyłączy” Ukrainę.
Świadczy to o tym, że Kreml pozostaje w pułapce tzw. błędu kosztu utopionego. Możemy się domyślać, co za tym stoi: czy to, że generałowie najpewniej oszukują Putina w sprawie skali strat, czy raczej strach Putina przed konsekwencjami po przyznaniu się do porażki (vide losy Mikołaja II i Gorbaczowa).
W gruncie rzeczy to nie ma znaczenia. Niezależnie od tego, w jakim stanie Ukraina wyjdzie z tego konfliktu, im dłużej się on przeciągnie, tym słabsza z niego wyjdzie Rosja. Putin jest jak tonący, który szarpiąc się, ciągnie na dno swoją ekipę. I im szybciej Rosja go odetnie, tym dla niej lepiej.
To ważna przestroga: pycha kosztuje. Patrząc na obecne napięcia między Polską i Ukrainą, dobrze by było, gdyby Polska nie zapominała, że pomimo sukcesu transformacji wciąż jest geopolitycznie zagrożonym krajem na dorobku, a Ukraina – że pomimo zwycięstw na polu bitwy, potrzebuje Polski i UE.
I dla Ukrainy, i dla Polski dobrze byłoby, gdyby nasze klasy polityczne wyciągnęły wnioski z błędów Trumpa i Putina. Możemy wyjść z tej sytuacji silniejsi.
Adiunkt na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego Interesuje się interakcjami rynków finansowych i makroekonomii, wpływem polityki monetarnej na stabilność makroekonomiczną i finansową, oraz bańkami spekulacyjnymi
Adiunkt na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego Interesuje się interakcjami rynków finansowych i makroekonomii, wpływem polityki monetarnej na stabilność makroekonomiczną i finansową, oraz bańkami spekulacyjnymi
Komentarze