Po roku wniosków o azyl jest mniej (to dość oczywiste), udanych prób przejścia też. Mniej osób prosi o pomoc organizacje humanitarne. Ale tzw. „presja migracyjna” specjalnie się nie zmienia. Kiedy rząd uzna, że to już koniec i można wrócić do przestrzegania prawa?
Według najnowszego raportu We Are Monitoring za rok 2025:
W porównaniu z 2024 rokiem zarówno próśb o pomoc, interwencji humanitarnych, jak i udokumentowanych pushbacków jest mniej. Porównaj tutaj.
Rok temu, 21 lutego 2025, gdy Sejm w trzecim czytaniu przyjął ustawę, która pozwalała na zawieszenie prawa do azylu (czyli możliwość złożenia wniosku o ochronę międzynarodową), odpowiedzialny za ustawę minister Maciej Duszczyk (na zdjęciu), mówił:
„To nie jest tak, że po przyjęciu ustawy, po podpisaniu przez pana prezydenta natychmiast wchodzi. Dopiero muszą wystąpić specjalne okoliczności, kiedy ta ustawa wejdzie. Wtedy będziemy jednak pod gigantyczną presją migracyjną, z którą trzeba będzie sobie poradzić”. I na nieszczęście ministra stało się właśnie to, co stać się nie miało – prezydent podpisał ustawę 26 marca, 27 zaś rozporządzenie przygotowane wcześniej przez Donalda Tuska weszło w życie.
Co się stało między 21 lutego a 26 marca? Nie wiadomo, ale rząd uznał, że te wyjątkowe środki na sytuację ekstraordynaryjną trzeba przyjąć (nawet ponad głową swojego ministra).
Kolejne rozporządzenia pojawiają się co dwa miesiące – 13 marca Sejm przedłużył zawieszenie prawa do azylu po raz szósty. Uzasadnienia są właściwie te same, każde jest kopią poprzedniego. Mówią, że z jednej strony zawieszenie prawa działa świetnie i ratuje sytuacje, a z drugiej trzeba je ciągle i ciągle stosować. Nie wiemy jednak, do kiedy. Nie wiemy, kiedy zawieszenie zadziała tak dobrze, że będzie można prawo odwiesić.
W całej operacji „ograniczenia prawa do azylu” (ograniczenia, bo prawo dopuszcza przyjęcie wniosków od tzw. grup wrażliwych) niejasności jest więcej.
Na koniec 2025 roku Straż Graniczna podała, że przez cały rok podjęto ok. 30 tys. prób nielegalnego przekroczenia granicy polsko-białoruskiej (dokładnie 29,6 tys.). Przez cały 2024 rok takich prób było... ok. 30 tys. (dokładnie 30,4). Czyli w zasadzie tyle samo.
Władze to informują, że tzw. presja migracyjna rośnie (np. sierpień 2025), w innych – że jednak spada (grudzień-styczeń 2026). Nie oznacza to oczywiście, że ktoś się myli, tylko że faktycznie „presja" ma zmienne natężenie – i zależy od miesiąca. W ostatnich miesiącach – od listopada – jest wyraźnie mniejsza. Natomiast patrząc w ujęciu rocznym, niewiele się zmieniło.
Podczas ostatniej sejmowej dyskusji nad przedłużeniem obowiązywania „tymczasowego” zawieszenia prawa do azylu wiceszef MSWiA, Czesław Mroczek, przekonywał, że dzięki temu narzędziu spadła liczba udanych prób nielegalnego przekroczenia granicy. W 2023 roku było to aż 12 tys. W 2024 roku – 5 tys., a w 2025 tylko tysiąc. Prawo do azylu zawieszono w marcu 2025. Ogromny spadek w 2024 roku nie może więc być „zasługą” nowego prawa. Większe znaczenie ma z pewnością coraz bardziej najeżony elektroniką mur, który znacząco utrudnia przejście przez granicę.
W rozporządzeniu MSWiA, przyjętym 13 marca 2026, czytamy natomiast, że spadła spektakularnie liczba składanych wniosków o ochronę międzynarodową (w 2024 roku przyjęto wnioski od 2723 osób, a w 2025 nie przyjęto wniosków od 451 osób, a przyznano ochronę 94 osobom z grup wrażliwych).
Rząd się chwali: „Powyższe w sposób klarowny pokazuje, że zastosowanie rozwiązania prawnego polegającego na wprowadzeniu czasowego ograniczenia prawa do składania wniosków o udzielenie ochrony międzynarodowej na odcinku granicy polsko-białoruskiej przynosi pożądane skutki – przede wszystkim oddziałuje w sposób prewencyjny, utrudniając wykorzystywanie procedury ochrony międzynarodowej do przekroczenia granicy i legalizacji pobytu w Polsce, w celu dalszej podróży do państw członkowskich Unii Europejskiej”.
Problem w tym, że mniejsza liczba wniosków nie jest dowodem mniejszej presji migracyjnej, a jedynie skutkiem... zawieszenia prawa do azylu. Jeżeli zamkniemy pocztę, bo przyjmowała za dużo listów poleconych i listonosze nie dawali rady, to owszem, listów będzie mniej, a nawet nie będzie ich wcale. Sukces!
W rozporządzeniu – za każdym razem, gdy odnawia się zawieszenie – władza lawiruje między udowodnieniem, że zawieszenie działa a tym, że to narzędzie wciąż jest potrzebne: narzędzie działa dobrze, ale „przyczyna nie ustała”. Faktycznie, skoro ciągle mamy 30 tys. prób.
W przywołanym już wystąpieniu sejmowym min. Mroczek także lawiruje: „Trzeba wyraźnie powiedzieć, że to narzędzie związane z czasowym zawieszeniem prawa do składania wniosków o ochronę międzynarodową w istotny sposób przyczyniło się do ograniczenia nielegalnej migracji, która, co trzeba przypomnieć, jest instrumentem w wojnie hybrydowej, która jest prowadzona z naszym krajem. To jest przejaw agresji rosyjsko-białoruskiej przy wykorzystaniu świata przestępczego, który organizuje ten nielegalny szlak migracyjny. W związku z tym w dalszym ciągu utrzymujemy znaczące… Istotnie ograniczyliśmy skalę nielegalnej migracji, mimo to w 2023 roku przez granicę białorusko-polską przedarło się ok. 12 tys. osób, które później przemierzały Polskę do zachodniej granicy. W 2024 ograniczyliśmy tę liczbę do ok. 5 tys., w ubiegłym roku niewiele ponad 1 tys. osób zdołało pokonać zabezpieczenia, przedrzeć się przez granicę”.
W tych fragmentów nie wynika jasno, czy faktycznie zawieszenie prawa do azylu działa, tak jak chciałaby władza (poza tym, że spadła liczba składanych wniosków, ale trudno to uznać za dowód skuteczności). Czy i kiedy „presja migracyjna” osiągnie taki stan, że „tymczasowe” zawieszenie będzie można odwiesić? Tego nie wiemy. Czy będzie to 15 tys. prób nielegalnego przejścia, czy może 10 tys. w ciągu roku? Ten pułap nie jest znany.
Warto dodać, że sama liczba wniosków o ochronę składanych na granicy polsko-białoruskiej była niewielką częścią wszystkich wniosków. W ciągu 2024 roku 17 tys. osób złożyło takie wnioski, z czego niemal 13 tys. stanowili Ukraińcy, Białorusini i Rosjanie. Zostaje ok. 4 tys. na granicę PL-BY. Jak pisało z kolei ministerstwo, w okresie marzec 2024 – luty 2025 tylko na granicy polsko-białoruskiej złożono ponad 2700 wniosków. Niezależnie od tego, czy to 3, czy 4 tys. – to bardzo niewielka część wszystkich.
Opisałam nieścisłości narracyjne wokół ustawy ze strony władzy oraz to, że tak drastyczne środki jak pozbawienie grupy ludzi praw nie są dostatecznie uzasadnione. Pozostała jeszcze sprawa oczywista – prawo.
Rok temu szczegółowo opisywałam, w jaki sposób ustawa, która umożliwia teraz kolejne rozporządzenia, szła przez Sejm. W styczniu i lutym podczas komisji sejmowych i senackich oraz podczas wysłuchań obywatelskich odbywał się ciekawy pojedynek. Organizacje humanitarne, UNHCR, Rzecznik Praw Obywatelskich oraz Biuro Legislacyjne Senatu stanowczo twierdziły, że ustawa nie jest zgodna z prawem międzynarodowym i polską konstytucją. Dyrektor Departamentu Spraw Międzynarodowych i Migracji Paweł Dąbrowski oraz ówczesny minister Maciej Duszczyk przekonywali, że to nieprawda, że jednak są zgodne. Dlaczego? Bo tak uznał polski rząd m.in. dzięki słowu „instrumentalizacja”, które uzasadnia każde odstępstwo od konwencji na rzecz uchodźców. UNHCR i RPO dowodzili, że instrumentalizacja nie wystarczy, ale decydenci szli w zaparte.
Gdy Biuro Legislacyjne wskazało, że ustawa może być niezgodna z art. 31 Konstytucji, dyrektor Dąbrowski uznał, że takie stanowisko jest „dogmatyczne”.
W marcu 2025 roku przeprowadziłam też, razem z Reginą Skibińską, wywiad z ministrem Duszczykiem. Minister przekonywał nas, że państwo może interpretować prawo zgodnie z własnym rozeznaniem, gdy występuje sytuacja ekstraordynaryjna, a z taką mamy do czynienia na granicy. Przypomniałyśmy ministrowi ustawę przyjętą za PiS, którą wszyscy, na czele z ówczesną opozycją, krytykowali (chodzi o ustawę, która pozwalała na granicy wprowadzić stan wyjątkowy i strefę buforową). Dzisiaj rządzący z tej ustawy korzystają. Minister odpowiedział: „Na pewno to prawo nie jest idealne i instrumenty, z których obecnie my też korzystamy, nie są idealne. Mam nadzieję, że kiedy sytuacja się już uspokoi, czyli gdy odzyskamy kontrolę, zakończymy umacnianie zapory, będziemy mogli normalnie zaprojektować prawo, które będzie jasne. Nie możemy dzisiaj zrezygnować ze wszystkich instrumentów, które mamy. One nie są optymalne, ale są (...) Nie nazwałbym tego kapitulacją. Jednak bez tego prawa, wprowadzonego w 2021 roku, nie moglibyśmy adekwatnie reagować na to, co się dzieje obecnie. To prawo nie jest na zawsze, absolutnie nie. Gdy sytuacja się ustabilizuje, zmienimy je”.
To tytuł niedawnego ważnego tekstu George'a Packera w The Atlantic. Ma on co prawda na myśli USA i to, co Donald Trump robi ze wszystkimi prawami, w tym z prawami człowieka. Opisuje losy afgańskiej rodziny, ukrywającej się w Islamabadzie, a której w ojczyźnie grozi śmierć z rąk talibów. Przed dojściem do władzy Trumpa rodzina była pierwsza w kolejce do przyznania statusu uchodźcy. Ale prezydent zamknął drzwi przed każdym Afgańczykiem i każdą Afganką. Zrobił tak, bo chciał.
W tym samym czasie jednostki ICE rozbijały się po ulicach Minneapolis, strzelały do ludzi, aresztowały i deportowały dzieci. Co ciekawe, działania administracji oburzyły ludzi, którzy na Trumpa głosowali, ale nie przyszło im do głowy, że obietnica „deportujemy wszystkich” będzie oznaczać także ICH i ICH rodziny (autorzy Podcastu Amerykańskiego przywołują w tym kontekście słynną „partię lampartów jedzących ludzkie twarze” – z twitta z 2025 roku, który brzmiał: „Nigdy nie myślałam, że lamparty zjedzą MOJĄ twarz – płacze kobieta, która głosowała na partię lampartów jedzących ludzkie twarze”).
W Polsce jesteśmy w nieco innej sytuacji, ale backlash w kwestii praw człowieka jest tak samo widoczny – jak zresztą na całym świecie. Jego symptomy to: traktowanie praw człowieka wybiórczo, instrumentalnie i luźno oraz wykluczanie ich z systemu prawa. Uznawanie, że są jakimś dodatkowym zadaniem, a nie częścią systemu, który świadczy o państwie. A dowolna interpretacja uzasadniona „wyjątkową” sytuacją i bezpieczeństwem zawsze powinna stanowić sygnał ostrzegawczy.
Maciej Grześkowiak pisał niedawno w OKO.press: „Jeśli zatem większość z nas – otwarcie lub milcząco – zaaprobowała niezgodne z prawem środki podejmowane przez państwo względem migrantów na granicy, to dlaczego mielibyśmy oczekiwać ochrony ze strony tego samego państwa gdzie indziej? Jeśli prawo realnie przestaje obowiązywać na peryferiach, czy naprawdę możemy być pewni, że przetrwa w centrum? I wreszcie: jeśli organy mające nadzorować przestrzeganie praw człowieka wobec migrantów przestają spełniać tę funkcję pod wpływem politycznych nacisków, to czego innego mielibyśmy oczekiwać, gdy politycznie opłacalne stanie się także odmawianie podstawowych praw grupom obywateli? Granica między „nimi” a „nami” może bowiem okazać się cieńsza, niż chcielibyśmy wierzyć”.
Naczelna OKO.press, redaktorka, dziennikarka. W OKO.press od początku, pisze o prawach człowieka (osoby LGBTQIA, osoby uchodźcze), prawach kobiet, Kościele katolickim i polityce. Wcześniej pracowała w organizacjach poarządowych (Humanity in Action Polska, Centrum Edukacji Obywatelskiej, Amnesty International) przy projektach społecznych i badawczych, prowadziła warsztaty dla młodzieży i edukatorów/edukatorek, realizowała badania terenowe. Publikowała w Res Publice Nowej. Skończyła Instytut Stosowanych Nauk Społecznych na UW ze specjalizacją Antropologia Społeczna.
Naczelna OKO.press, redaktorka, dziennikarka. W OKO.press od początku, pisze o prawach człowieka (osoby LGBTQIA, osoby uchodźcze), prawach kobiet, Kościele katolickim i polityce. Wcześniej pracowała w organizacjach poarządowych (Humanity in Action Polska, Centrum Edukacji Obywatelskiej, Amnesty International) przy projektach społecznych i badawczych, prowadziła warsztaty dla młodzieży i edukatorów/edukatorek, realizowała badania terenowe. Publikowała w Res Publice Nowej. Skończyła Instytut Stosowanych Nauk Społecznych na UW ze specjalizacją Antropologia Społeczna.
Komentarze